Maratońskie przygotowanie – grudzień 2022

Mimo, że to dopiero początek przygotowań jestem bardzo zadowolony z faktu, że udało mi się zrealizować plan przewidziany na grudzień.

Podczas całego miesiąca przebiegłem 131,5km. Zrealizowane było to podczas takich treningów:

01/12 – 4,1km
03/12 – 5,2km
04/12 – 4,2km

06/12 – 7,2km
08/12 – 5,9km
10/12 – 4,6 km (City Trail)
11/12 – 8,9km

13/12 – 7,2km
15/12 – 7,2km
17/12 – 6,8km
18/12 – 4,9km

20/12 – 10,3km
22/12 – 10,4km
24/12 – 5,5km
25/12 – 10,4km

27/12 – 12,1km (T:1:18:23, śr. tempo:6:28min/km, śr. tętno:152 ud/min)
29/12 – 6,1km (T: 37:56, śr. tempo: 6:15min/km, śr. tętno:151 ud/min)
31/12 – 10,4km (T: 1:07:30, śr. tempo 6:29min/km, śr. tętno:153 ud/min)
01/01 -6,2km (T: 40:37, śr. tempo 6:30min/km, śr. tętno: 149 ud/min)

Początek miesiąca to jeszcze takie moje zwykłe truchtanie nie będę więc wymyślał tu jakiejś głębszej ideologii. Biegałem spokojnie, jedynym przerywnikiem był wrocławski City Trail gdzie należało trochę szybciej przebierać nogami 🙂

Głównym założeniem miesiąca (jak pisałem wcześniej) było regularne realizowanie treningów (biegów 4x na tydzień) i spokojne zwiększanie dystansu. Tak by znów przyzwyczaić się do obciążeń biegowych.

Widać to najbardziej w ostatnich dwóch tygodniach grudnia. W bieganiu pojawiły się odcinki 10 km. Robię je tempem konwersacyjnym, staram się na niskim tętnie (max. zmierzony zegarkiem mam 193 ale większość ostatnich treningów jest w górkach więc ciężko się tu tylko tętnem sugerować) i widzę, że jest całkiem ok. Przebiegam je bez problemów, na końcu mam siłę. Nie pojawiły się też żadne dolegliwości, urazy z czego jestem zadowolony najbardziej. Dobrze to rokuje na przyszłość.

Plan na styczeń jest podobny, z tym, że dystanse ponad 10 km muszą pojawiać się już regularnie, praktycznie w każdym treningu. Nie chcę jeszcze w jakiś hardcorowy sposób wykonywać długiego wybiegania (by nie przeciążyć się) więc stawiam na regularność całości. W lutym myślę, że będzie czas na już wyraźniejsze akcentowanie długich wybiegań.

Powoli do przodu, staramy się :)

Mimo wielu świątecznych pokus, przygotowania maratońskie nie upadły. Druga połowa grudnia idzie mi nawet lepiej niż pierwsza. Widać postęp kilometrowy, siły też są 🙂

 Ciągle to taki bardziej rozruch, wstrzymam się jeszcze z opisywanie tego dokładniej (do końca miesiąca). Podsumuję wtedy cały miesiąc, zobaczę czy trzeba wprowadzić jakieś zmiany. A od stycznia postaram się pisać co tydzień, co ciekawego dzieje się w treningu.

Praca koncepcyjna za to działa 🙂 chyba wprowadzę małą rewolucję do swoich treningów.

Ostatnie lata biegałem zawsze tak:
Wtorek (po płaskim)
Czwartek (po płaskim)
Sobota (góry)
Niedziela (góry + długie wybieganie)

Miało to sens kiedy próbowałem szykować się do różnych biegów górskich ale teraz gdy myślę o maratonie to chyba zmienię układ na:
Wtorek (po płaskim + długie wybieganie)
Czwartek (po płaskim + zabawa biegowa)
Sobota (góry)
Niedziela (góry)

Skąd taka wizja? Ano przemyślałem temat, że w przeszłości często zbyt ciężko było mi wykonać długie wybieganie w górach. Wiadomo teren męczy sam w sobie i te długie wybiegania były zawsze za krótkie. Dodatkowo (to teraz) w weekendy często łażę z kijkami + jeżdżę rowerem. Przy takim natłoku aktywności treningi biegowe kuleją. Jak nie zacznę dnia od biegu to później mi się już nie chce go robić. I odwrotnie po mocnym bieganiu nierozsądnie jest jeszcze „zarzynać” się rowerem, chodzeniem. To bez sensu przecież.

W teorii sens tej zmiany brzmi dla mnie akceptowalnie. Jedyny minus mojego pomysłu to fakt, że bliżej kwietnia może być już gorąco. Bo w tygodniu biegam po pracy, bliżej 17:00. Ale chyba nie ma się co tym przejmować teraz…

Maraton 2023

Ostatnie kilka (biegowych) lat w moim wydaniu to równia pochyła. Jak nie przyplątały się jakieś kłopoty zdrowotne (niewyjaśnione i w większości przechodzące samoistnie), to siadły chęci i psychika. Nigdy nie biegałem dobrze, ale jednak był czas, że byłem z siebie zadowolony. Tak jakoś koło 2016 roku 🙂

Dość długo narzekałem, narzekałem ale niewiele z tego wynikało. Finalnie uznałem, że wystarczy. Trzeba się zebrać w sobie. Chciałbym powrócić do solidnego biegania stąd też pomysł na maraton w maju 2023. Póżniej zaś 2x Śnieżka ale tym jeszcze się nie przejmujemy 🙂

Zanim przedstawię sytuację wyjściową i plan na bieganie to napiszę wprost – nie spodziewam się sukcesu pod względem czasu, miejsca. Maraton – tak naprawdę ma być dla mnie celem, który pchnie mnie znów do biegania. Niezależnie więc co w nim nabiegam to przede wszystkim chciałbym na jego Starcie/Mecie być przekonany, że w końcu zrobiłem dobrze co mogłem. Zdaję sobie sprawę, że wybierając za cel np. przebiegnięcie 10 km szybciej niż w 2022 r byłoby to dużo bardziej realne ale powiedzmy – albo grubo albo wcale. Czy się uda zobaczymy 🙂

Osiągnięcie celu musi być w jakiś sposób rozliczone więc zakładam takie targety:
– Trenować i wystartować w maratonie (Jelcz Laskowice, 1 maja 2023),
– Zakręcić się koło 4 godzin w tymże wydarzeniu (spełnienie najskrytszych snów to poniżej, ale w to niezbyt wierzę),

No dobra. Zanim przedstawię swoje pomysły na plany biegowe, trening zacznijmy od sytuacji wyjściowej. Bo ta jest zła.

Minusy
– Na obecną chwilę biegam około 50-100 km na miesiąc,
– ważę jakieś 94 kg przy 183 cm wzrostu,

Plusy:
– nic mnie nie boli 🙂
– ciągle biegam regularnie 3-4 razy w tygodniu,

Czyli droga do sukcesu będzie długa i wyboista.

Łamałem sobie głowę dość długo co by było dla mnie najlepsze, najefektywniejsze w przygotowaniach, a przy tym bezpieczne i oczywiście realne do zrealizowania.

Wyszło mi, że niezbyt jest czas i miejsce na całkowite rewolucje. 5 miesięcy to oczywiście sporo ale gdy jesteśmy w jakiś sposób do maratonu przygotowani i chcemy tylko wynik poprawić. Mi niestety brakuje bazy, wytrzymałości i na tym będę chciał się skupić.
Poprzednie miesiące to pokonane 50-100 km. Co miesiąc planuję więc zwiększać kilometraż. Ambitnie założyłem po ~50 km na miesiąc z tym, że widzę to tak:

GRUDZIEŃ -100 km
STYCZEŃ -150 km
LUTY – 150-200 km (wolałbym 200 ale miesiąc jest krótki może nie wyjść)
MARZEC – 200 km (jakby luty wszedł pod 200 to może w marcu coś dołożę)
KWIECIEŃ – 200 km

Jak pisałem to mało na rewelacyjny wynik czasowy. Boję się jednak zbyt mocno zwiększać dystans bym się nie posypał zdrowotnie. Dodatkowe treningi, kilometry chcę trochę „oszukać” dokładając chodzenie z kijkami i jazdę rowerem. No i ćwiczenia ogólnorozwojowe … wypadałoby chociaż ze 2 dni w tygodniu się poruszać i tak.

Jednocześnie spróbuję skupić się na tym, z czym zawsze mam kłopot – dieta. No niestety trzeba schudnąć przynajmniej do 85-86 kg (wolałbym na 82kg ale wątpię bym aż tyle dał radę ogarnąć).

Bez wchodzenia jeszcze w jakieś detale przygotowanie biegowe zrobię w oparciu o najprostszy plan do maratonu. Zakładam 4 treningi na tydzień. w czym będzie jedno długie wybieganie.
Długie wybieganie to zawsze był mój słaby punkt. W przeszłości leniłem się tu i dawało to złe efekty. Jestem typem, który nie ma wrodzonych zdolności do biegu, muszę raczej przepracować czyli tym razem nie ma zmiłuj 🙂 Długie wybiegania muszą być.
Co do reszty raczej bez sensacji. Chciałbym wpleść tu jakieś zabawy biegowe i na pewno siłę biegową (bo zwyczajowo 2 treningi będą w górach).

Patrzę na to sam i sensacji nie widzę 🙂 Jest jednak takie przygotowanie realne i powinno zaprocentować.

No to pora brać się do roboty 🙂

LISTOPAD – 73 km w nogach. A jak idzie w grudniu, w kolejnym wpisie.

Poncho przeciwdeszczowe Oxylane 520

Zimowy okres nie sprzyja wycieczkom rowerowym ale to dobry czas by przemyśleć czy potrzeba nam jakiegoś wyposażenia na przyszły sezon.

Podczas ostatniej wyprawy rowerowej udało mi się przetestować poncho przeciwdeszczowe z Decathlonu. W teorii model pozycjonowany do wycieczek miejskich całkiem dobrze poradził sobie z dłuższymi trasami turystycznymi.

Jeśli jesteście ciekawi co to jest, jak się to używa to zapraszam na film:

Poncho przeciwdeszczowe Oxylane 520 Decathlon

City Trail 2022/23 – Zawody 3/5

Największym moim problemem jest fakt, że z reguły dobrze zaczynam (dotyczy to wielu, różnych dziedzin życia) a słabo kończę 🙂 Zachodzą, nieprzewidziane, przeszkadzające okoliczności i jest marnie…

No dobrze. Nie wpadajmy w depresyjny nastrój. Chodzi po prostu o to. że zadowolony z pierwszych zawodów CT nastawiałem się na ciut lepszy wynik w kolejnych. Treningi szły dobrze, delikatnie podnosiłem obciążenia. W międzyczasie okazało się jednak, że mam służbowy wyjazd do Włoch i zawody nr.2 mi przepadną. Nie jest to jakaś tragedia, liczyłem na bieg nr.3 (który dość szybko był po 2). Tak jakoś wychodziło z kalendarza.
Nawet udało mi się wcisnąć do bagażu ciuchy do biegania, No i niestety… „Słoneczna Italia” przywitała mnie prawie 2 tygodniami ciągłego deszczu. Dodatkowo hotel położony był na totalnym zadu…iu. Blisko do drogi szybkiego ruchu, brak chodników itp. Niestety niewiele udało mi się pobiegać przez ten okres.
Po powrocie ruszyłem do trenowania i od razu po zaszkodził mi albo klimat (jednak zimno u nas jest) albo jakieś grypowe bakcyle (covida nie ma to można jak kiedyś łazić kaszlący, kichający do roboty i zarażać innych). Nie rozłożyło mnie nic dokumentnie ale taki byłem nijaki. Nie czułem chęci na biegi więc kolejny tydzień przepadł na odpoczynku i pasieniu się witaminami.

Dochodząc do sedna sprawy. Niewiele niestety potrenowałem i czułem, iż wielkiego wyniku z tego nie będzie.

Też tu jestem. Ten czerwony. Nie z wysiłku a z kurtki 🙂

Sobotni poranek CT przywitał biegaczy sporym zimnem i niezbyt sprzyjającymi warunkami „drogowymi”. Leśne ścieżki były błotniste, z kałużami.
Ciężko było tu cokolwiek planować na bazie swojej dyspozycji więc podobnie jak ostatnio uznałem, że wybiorę strefę ~25-28 min i ruszę z jej początku. Tym razem chyba sporo osób miało podobny pomysł bo po ruszeniu okazało się, że biegnę w grupce, która trzyma dobrze to tempo. O wyprzedzaniu mowy nie było, skupiłem się by trzymać się osoby, która dość równo i troszkę szybciej cisnęła do przodu.

Nie dałem rady utrzymać niestety „mojego zająca”. Jakoś koło 3 km trochę zwolniłem ale tempo i tak było zadowalające. Biegło się, kogoś się wyprzedziło, ktoś wyprzedził mnie…

Bez większych kryzysów, z mocniejszym finish’em doleciałem do mety. Czas mój to 25:18, czyli 4 sekundy wolniej niż w pierwszym biegu. Tym razem dało to miejsce 234 z 398 (OPEN).

Jak na słabe przygotowanie – nie było źle. Nie ma się czego wstydzić, to po prostu mój aktualny poziom. Martwi mnie jednak to, że te nieprzewidziane przerwy zachodzą bo mam duże plany na przyszłość. Duże i ryzykowne. nie ma w nich miejsca na marnowanie czasu. No ale to może w kolejnym wpisie.

Po raz drugi i po raz trzeci

Zachciało mi się koloru to kupiłem sobie kolejne paski do Fenixa.

Pasek chiński numer 2 (bikolor XGSM) miał być tym ostatnim. Zakupiłem go w połowie września (na allegro), więcej się na niego wykosztowałem (bo kosztował koło 59 zł) więc zakładałem, że będę zadowolony.

Bikolor do Garmina

Do pewnego momentu tak było. Paseczek miły w dotyku, faktycznie w dwóch kolorach. To co od razu rzuca się w oczy to solidna klamra i solidne mocowanie quickfit (tym razem jakiś metal).

Niebieska wstawka z fajną fakturą
Tym razem solidne mocowanie QuickFit

Ślady zużycia jakieś na nim się pojawiły co chyba dobrze widać na poniższej fotce. Ale to takie przetarcia, które z daleka w oczy się nie rzucają.

Szlufka trochę dostała „w kość”

Fotki zrobione przy początku października, już prawie szykowałem się do opisu gdy parę dni później … pękł między dziurkami. No świetnie…

Zdegustowany jestem tym faktem. Oczywiście uszkodzenie w miejscu najbardziej używanym czyli pasek nieużyteczny. Na siłę można w sumie ścisnąć ze 2 dziurki dalej (tak czasem robię gdy zależy mi na pomiarze tętna) ale przecież nie o to chodzi. Niewygodne na co dzień.

Cóż. Jak widać większa cena nie eliminuje dziadostwa. Myślałem przez chwilę czy go nie reklamować bo miesiąc to jednak mało ale finalnie odpuściłem. Szkoda czasu, kasy na przesyłki a nie daj Boże przepychanki (jakby nie chcieli uznać). Na ten moment leży, być może spróbuję dokonać przeszczepu mocowania do pierwszego jaki kupiłem.

Jak już złość mi przeszła to uznałem, że zrobię podejście trzecie i ostatnie. Tym razem wyszukałem sobie paseczek sprzedawany w MediaExpercie (oczywiście też chiński). Firma – Tech-Protect IconBand. Kosztował 45 zł (ja dałem 42 bo wziąłem z outletu, z uszkodzonym opakowaniem).

Pasek Tech-Protect IconBand

Kolor ładny, oczodajny. Materiał na pierwszy rzut oka i dotknięcie ręki przyjemny, aksamitny i miękki (zrobiony z jakiegoś silikonu).

Także w tym pasku jest solidna klamra i mocowanie quickfit. Optycznie patrząc chyba takie same jak w poprzednim.

Ładny jest nie powiem
Tu też solidnie

Cóż tu więcej pisać. Mam go niecały miesiąc. Na ten moment „działa” ok. Nie ma śladów zużycia, nic nie wskazuje by miał „paść”. A jak będzie później to się zobaczy 🙂

Podsumowując. Patrząc jak krótko te paski wytrzymują (niezależnie od ceny) to widzę, że ich zakup to czysta loteria. Albo się uda albo nie. Szkoda trochę, do tej pory takich przebojów nie miałem. Kupiony lata temu chińczyk do Suunto, działa do tej pory. Widać szczęście zakupowe to ważna rzecz 🙂
3 paski jakie kupiłem to już około sto kilka złotych wydane i zastanawiam się czy nie lepiej by było polować na jakąś okazję na oryginalny. Pozostawiam to Waszej rozwadze.

City Trail 2022/23 – Zawody 1/5

Sezon jesienno-zimowy to czas biegania przełajowego. No, przynajmniej w moim wydaniu 🙂 Podobnie jak w paru poprzednich latach zdecydowałem się na start we wrocławskiej edycji City Trail.

Zawody znane mi bardzo dobrze więc chciałoby się zapytać po co? Ano właśnie… przez to, że znam trasę, są cykliczne (co miesiąc) uważam, że warto było wybrać je w celu stymulacji swojego rozwoju biegowego 🙂

Tłumacząc na ludzki. Chciałbym od przyszłego roku wrócić do „zadowalającego mnie” biegania. Nie oczekuję cudów ale przynajmniej dorównania do swoich lepszych biegowych lat. Do tego trzeba zaś:
1. motywacji,
2. regularnego i sensownego treningu,
3. sprawdzianów, które potwierdzą dobry kierunek treningu,
4. rywalizacji i sukcesów podbudowujących psychikę,

City Trail wg mnie ma wszystko co powinno mi pomóc na tej drodze.

1+2. Motywacja / Regularne i sensowne treningi
Każde zawody są wyzwaniem. Chce się w nich dobrze wypaść co zmusza do trenowania.
Skoro już teraz trenuję regularnie to będę chciał te treningi wprowadzić na wyższy poziom. Jednocześnie trening pod 5 km zawody nie powinien spowodować jakichś kłopotów – kontuzji, przeciążeń jakie mogły by powstać gdybym porwał się na maraton czy ultra. Dodatkowo ten dystans nastawiony jest na szybkość. A zawsze dobrze najpierw popracować nad szybkością (nawet taki dziadek jak ja :)).

3. Sprawdziany
Start co miesiąc to możliwość podejrzenia czy idę do przodu. Jeśli coś kuleje to można wprowadzić zmiany i szybko zobaczyć czy jest ok. Jeśli stracę to miesiąc a nie cały sezon 🙂

4. Rywalizacja / Sukces
To też oczywiste. Na zawodach rywalizujemy z innymi. Żaden trening nie da nam tego co właśnie atmosfera startu. Przekracza się granice, generuje nadludzkie siły 🙂 To procentuje w przyszłości.
Oprócz takiej ogólnej rywalizacji w tegorocznych zawodach startuje mój brat. Dopiero zaczął biegać ale ma potencjał i widzę zaczynam mu się podobać 🙂 Już twierdzi, że za cel stawie sobie dorównać/wyprzedzić mnie. Niedoczekanie jego 😉 więc sami wiecie… (pkt 1 + 2).
Jest też sukces. Dla mnie będzie to poprawienie swoich czasów w poszczególnych zawodach. Fajnie by było w każdych być lepszym ale tu jestem ostrożny. Jednak pora roku jest zdradliwa (pogoda, sezon chorobowy itp. mogą trochę namieszać). Wystarczy by progres był między początkiem a końcem CT.

Wszystko to powoduje, że w mojej ocenie te zawody są ze wszech miar godne polecenia na start dla każdego.

Skupiony na sukcesie 😉

Kończąc zaś ten wpis podam, że nabiegałem 25 min 11 sek. Dało to pozycję 246 z 447. Od brata szybszy byłem o jakieś 2,5 min więc jeszcze długa droga przed nim 😉

VI Festiwal Biegów Rodzinnych COB – 16/10/22

Blog biegowy a ostatnio więcej o rowerach 🙂 Uspokajam jednak, pasja nie zginęła. Pomalutku, po cichutku szykowałem się do 10 km biegu z okazji VI Festiwalu Biegów Rodzinnych Cała Oleśnica Biega.

Skłamałbym mówiąc, że oczekiwałem tu jakiegoś przełomu biegowego, eksplozji formy czy innych epokowych wydarzeń. Nie 🙂 To za szybko na takie rzeczy. Do pomysłu startu skusił mnie ładny rower, który można było wylosować po biegu 🙂 Dodatkowymi plusami oczywiście był fakt, że biegłem u siebie, w Oleśnicy, więc nie było żadnych trudności organizacyjnych (dojazd, czas, koszty).

Festiwal Biegów Rodzinnych organizowany przez COB to nie jest impreza nowa. Widać to oczywiście po numerze – 6 🙂 Sam, kilka ładnych lat temu biegłem już w tych zawodach więc mniej więcej było wiadomo czego się spodziewać.
Z tego powodu odpuszczę drobiazgową analizę jak przygotowano bieg. W ogólnym rozrachunku było dobrze. Standardy trasy, żywienia zachowano. Pakiet startowy był bogaty. Pewne zastrzeżenia mógłbym mieć tylko do momentu dekoracji i losowania. Na scenie panował lekki chaos. Kategorie wyczytywano trochę je mieszając, powracano do niektórych (?). Przy losowaniu na początku pomylono zajęte miejsce z numerem startowym 🙂 Dobrze, że szybko to wyczaili bo sytuacja mogła by być mało miła dla osób, które by spodziewały się dostać nagrodę. No ale… uznajmy, że organizatorzy potrzebowali czasu by się rozkręcić (z powodu pandemii nie było biegu w poprzednim roku).
Niepotrzebny w mojej ocenie był również długi czas oczekiwania od biegu do rozpoczęcia dekoracji/losowań. Spokojnie można było to zacząć z 30 min wcześniej.

Przechodząc zaś do tego, co lubimy najbardziej – biegania 🙂

Start

Pogoda w niedzielę była zdradliwa. W prognozach ciepło, pod 20 stopni. Wydawało mi się to podejrzane i zaryzykowałem założenie lekkiej bluzki z długim rękawem. Wyszło później, że to zła decyzja. Świeciło słońce i podczas biegu było mi trochę za gorąco. Rozpoczęcie zawodów dodatkowo było o 12:00 więc w najcieplejszym momencie dnia.

Jako, że na start mam jakieś 10 min na piechotkę to przyszedłem na ostatni moment (numer odebrałem wcześniej). Rozgrzewka stacjonarna, ustawiam się w dalszych rzędach i można lecieć.

Większe pół 😉 za mną

Trochę zachowuję się ostatnio jak amator. Niesiony tłumem pierwszy kilometr zrobiłem w tempie około 5 min/km. Drugi utrzymałem tak samo ale zacząłem podejrzewać, że to dużo za mocno. Rozum podpowiadał by biec bliżej 5:30-6:00. Trochę zacząłem zwalniać, nie chcąc bym uskuteczniał jakieś spacerki w drugiej połowie biegu.
Trzeci kilometr wszedł po 5:20 a później skręciło się na polną, krzywą drogę, porośniętą trawą i zaczęło się ciężko. Miękka nawierzchnia wymagało sporo sił, słoneczna żarówka zaczęła dogrzewać bez litości (zero cienia). Już myślałem, że tu zakończy się dobre bieganie ale szczęśliwie pojawił się punkt nawadniający gdzie dostałem butelkę z wodą. Uratowało mnie to i o dziwo przesadnie nie zwolniłem, ot pod ~5:30-5:50. Takie mniej więcej tempo (raz szybciej, raz wolniej) utrzymałem do końca zawodów. W końcówce, kiedy wróciło się na część trasy prowadzącą przez tereny wodonośne (lepiej utwardzone) nawet trochę przyśpieszyłem.

Już blisko do mety

Na mecie pojawiłem się po 53 min 16 sekundach zajmując miejsce 90 z 154 sklasyfikowanych. Całkiem nieźle jak na moje aktualne możliwości. W kategorii M40 byłem 27, w grupie Oleśniczan 33 🙂

53:16

Wygrać nic się niestety nie udało 🙁 więc dobrze chociaż, że bieg ten dał mi ogląda na co mnie stać. Mam wrażenie, że przypominam sobie powoli lepsze czasy biegania. Na treningach biegam sporo wolniej, podczas zawodów jest jednak rezerwa mocy pozwalająca na szybsze przebieranie nogami. Nic przy okazji mi też nie przeszkadza (kolana itp) więc pocieszam się, że dobrze to rokuje na przygotowania pod jakieś ważniejsze zawody w przyszłym roku.

No zobaczymy. Sam Festiwal polecam, jak nie byliście to zapraszam za rok 🙂

Ostre Koło – Radio Wrocław (09.10.22)

Wszystko co dobre zmierza ku końcowi. Ostre Koło w roku 2022 dotoczyło się do mety. Skoro na kolejne wyjazdy trzeba czekać aż do 2023 no to oczywiście wypadało stawić się na ostatniej wycieczce w tym sezonie.
Tym razem rowerzystów przywitała Sobótka. Jeśli zaś Sobótka to należało spodziewać się, że będzie górsko (w końcu nie mamy się co Ślęży wstydzić :)).

Wyczytałem w internetach, że w ten weekend odbywają się tam wyścigi kolarskie. Przez myśl przemknęło mi, że pewnie znów będzie wyścig ale jednak nie drążyłem zbyt mocno tematu. Uznałem, iż ścigać mi się zbytnio nie chce, biorę górala i pojedzie się w ogonie stawki 🙂 Dobrze wybrałem rower o czym przeczytacie niżej 🙂

Zbiórka na Stadionie Miejskim
No to jazda

Faktycznie wyścig był ale nie dla nas. Jedyny punkt wspólny to miejsce startu – Stadion Miejski.
Radio Wrocław zorganizowało nam za to świetnego przewodnika, który zabrał nas na wycieczkę rowerową po okolicy. Super sprawą był fakt że jazda okraszona była kilkoma postojami i opowieścią o zabytkach, historii miasta itd.
Ciekawy był też dobór miejsc do zwiedzenia. Zaczęliśmy od centrum (Sobótka), by podjechać do Zamku Górka a później malowniczą trasą, okrążającą Ślężę zwiedzić okolicę. Było trochę asfaltu, trochę terenu. Jednym słowem dla każdego coś miłego 🙂
Widać, że prowadzący jazdę to profesjonalista, przygotował się do „zajęć” i każdemu życzę współpracy z takimi osobami.

Co ciekawego mogliśmy zobaczyć prezentuję na poniższych zdjęciach.

Z tym najczęściej kojarzy się Sobótka i Ślęża
Rynek w Sobótce
Zamek Górka – detale 1/2
Zamek Górka – detale 2/2
Z widokiem na górę
Fani szutru, kamieni powinni też być zadowoleni

Cała jazda w spokojnym tempie zajęła nam około 3 godzin, a pokonany dystans to 25 km. Trochę zmęczeni ale jednocześnie mocno zadowoleni mogliśmy wracać do siebie.

Na ten sezon już większych wypraw rowerowych nie planuję. Jak pogoda dopisze to myślę, że jeszcze trochę się w weekendy pojeździ ale końcówka roku z pewnością należeć będzie do biegania 🙂

W pogoni za marzeniami