Archiwum kategorii: Trening

Podsumowanie – Maj 2021

Lenistwo straszna rzecz 🙂 Kończy się czerwiec a ja jeszcze nic o maju. No to na szybkości bo niewiele do pisania:

Rower: 121.17 km
Chodzenie: 30.79 km

W dalszym ciągu nie biegałem bo kolanko samo coś naprawić się nie chciało ale… Wyprzedzając fakty – przerzuciłem się na rower i coś powoli mi zaczyna odpuszczać. Dam znać co i jak po czerwcu 🙂

Z powodu przymusowej pauzy (jak widać po wpisach) trochę odrabiam zaległości opisowe różnych dziwnych akcesoriów, jakie kupiłem swego czasu. Trochę wrzucę też o rowerach bo w czerwcu sporo się działo w tej materii 🙂
Pewnie jeszcze przez chwilę tak będzie ale nie poddaję się, liczę, że jeszcze do biegów wrócę.

Podsumowanie – Marzec 2021

Marnie. Miotałem się w tym marcu próbując zachować resztki jakiejś formy i przy tym nie zrobić sobie krzywdy.
Przy początku miesiąca miałem tydzień odpoczynkowy – tylko spacery z kijkami. Później coś tam próbowałem biegać, ale to takie oszukane bieganie. Brałem kijki i szedłem w teren. Coś się pobiegło, zaczynałem czuć nogę to maszerowałem chwilę i tak z przerwami przez te 5-6 km.
Jakoś to szło przez te 2-3 tygodnie ale jak to u biegacza, zgubiła mnie niecierpliwość. Dobrze mi się „Galloway’owało” to pocisnąłem pod 7 km na jednym z treningów. Noga (kolano) znów zaczęło mnie boleć mocniej i dałem spokój. Końcówkę miesiąca miałem tylko nordic-walkingową.

Przyplątała się jakaś chyba solidniejsza kontuzja do mnie bo jednak okolica kolana mi dokucza. Co gorsza nie umiem sam zdiagnozować czy to kolano czy coś w okolicy. Największy problem mam z pełnym wyprostem nogi, czuję je wtedy. Może nawet nie przy takim swobodnym ale przy próbie skłonu na zblokowanej nodze coś mi przeszkadza z boku. Rzutuje to na ruch, nie do końca naturalnie stawiam stopę i bieganie męczy. Szybko mi łydkę napina boję się bym z kolei nie przeciążył, urwał czegoś z tego obszaru 🙂
Jakieś takie zastanie też mam jak posiedzę (a niestety siedzi się w pracy 8 godzin). Jak wstaję to potrzebuję chwili by się rozruszać.
Cóż, śmieszne to nie jest, samo się naprawić nie chce i coraz bardziej zastanawiam się czy gdzieś po poradę nie uderzyć. Jak na złość coronavirus w natarciu, co mnie skutecznie hamuje przed szukaniem pomocy u lekarzy (nawet jeśli to ortopeda przyjmujący prywatnie).
No nic, nie ma co ciągnąć tematu, trzeba jednak będzie coś postanowić na dniach.

Marzec 2021

W marcu pokonałem:
Bieg: 37.09 km
Marsz: 60.43 km (+ coś tam 29-31/03 ale nie chce mi się tego już tej Stravy wyliczać)
Rower: 26,71 km (debiut w tym roku :))

O wadze też nie ma zbytnio co się rozpisywać, stoi w miejscu z lekką tendencją zwyżkową ~93,9 kg. Znów mniej ruchu, znów ciężej będzie utrzymać się w ryzach.

Dużo napisałem a można było krótko – do du… jest. Rok chyba będzie stracony.
Biegi powoli wracają do kalendarza a ja okaże się, że jedyne co mogę to pochodzić (w sumie dobrze, że chociaż jeszcze tyle…).

Podsumowanie – Luty 2021

Tak dobrze żarło i zdechło.
Niestety, idealnie opisuje to moją sytuację treningową w lutym. Tydzień po tygodniu ładnie zwiększałem objętości, biegało mi się całkiem przyjemnie aż do ostatniego tygodnia, kiedy to przy wtorkowym biegu poczułem lewe kolano. Z raz, dwa odezwało się na treningu ale bez tragedii, spokojnie dobiegłem sobie do domu, posiedziałem i czuję … coś niezbyt. Boli mnie, sztywne takie jakieś. Kilka następnych dni, czułem je (zwłaszcza przy rozruchu np. wstając z krzesła, zaczynając iść) więc z bieganiem dałem sobie spokój. Smarowałem oszczędzałem. Szału jednak nie było. Niby nic mi nie napuchło, nic nie boli przy zgięciu, wyproście ale jakby mi kazali pełny przysiad zrobić to bym się chyba ufajdolił 🙂
No i wyprzedzając fakty tak to się coś ciągnie do teraz. W sumie nie wiem czy to coś z kolanem, czy jakieś ścięgna/wiązadła przy nim (?). Problem mam z takim pełnym wyprostem nogi i czuję okolice kolana trochę przy przekrzywieniu nogi w bok.
Ogólnie oba coś mi kolana doskwierają od momentu jak się upasłem wagowo 🙁 Cóż, pretensje można mieć do siebie.
Ratując sytuację zmniejszyłem radykalnie intensywność sportu. W opasce usztywniającej zacząłem spacerki, teraz dopiero delikatnie próbuję coś pobiegać. Zobaczymy, jak nie odpuści to za jakieś dwa, trzy tygodnie to trzeba będzie się pofatygować do lekarza niech obada sprawę.
Oprócz tego wziąłem się za ćwiczenia w domu.

Sam luty siłą rozpędu wyszedł całkiem ładnie, kontuzję widać będzie dopiero teraz w marcu. Wynikowo wyszło mi tak:
Bieganie: 98,4 km
Chodzenie: 33,83 km
Waga: znów kilogram w dół, okolice 93 🙂

Cóż… Inteligentny człowiek wysnuje właściwy wniosek, że chwilowo już po planach startowych. Majowy maraton chociażby i się odbył to beze mnie.
Nawet jak pozbieram się po kontuzji to czasu będzie za mało na sensowne przygotowania. Trzeba zapomnieć i liczyć, że chociaż biegi jesienne jakieś uda się wykonać.
Jedyny plan jaki mam na obecną chwilę to nie zastać się całkiem, utrzymać chociaż resztki aktywności i pracować nad wagą by ciągle szła w dół.
Czy tak będzie? Opiszę za miesiąc.

Podsumowanie – Styczeń 2021

Nie wiem czy tylko mi, ale czas ostatnio leci do przodu jak strzała. Ledwie zaczął się rok 2021 a już mamy za sobą jego pierwszy miesiąc. Starzy ludzie tak chyba mają, że wszystko szybko im ulatuje 🙂

Cóż, skoro tak, to wypadałoby w takim razie „ku pamięci” wpisać jak sobie w nim poczynałem.
Tym razem przygotowałem się lepiej z danymi 🙂 jest więc o czym popisać.
W Stravie jakoś nie znalazłem dalej odpowiedzi na moje dylematy ot, po prostu przeprosiłem się z kartką, ołówkiem i kalkulatorem (= czytaj OpenOffice Calc).

No ale, do rzeczy. W styczniu pokonałem biegiem – 99.86 km, a z kijkami nordic-walking przeszedłem kolejne 34,02 km.

Nie poraża to jakoś szczególnie ale patrząc na wykres nie jest wcale tak źle.

Notuję jak widać, mały ale jednak trend wzrostowy 🙂 co mnie cieszy. Mógłbym pewnie docisnąć sporo więcej ale jako osoba ostrożna (a przy tym ciągle narzekająca na kolana) boję się zbyt wielkich obciążeń treningowych. Lepiej pomału, a systematycznie do przodu.

Wszystkie moje biegi w styczniu to spokojne budowanie bazy. Tempowo sporo ponad 6:00 min/km, ale też duża w tym zasługa pory roku. Zima dosypała śniegiem i szybkie przemieszczanie się mocno utrudnione. I w terenie i po asfaltach na które wróciłem częściowo w tygodniu.
Nie jestem zbyt zadowolony z treningów w mieście, ale okazało się, że w lasach (gdzie biegałem) zaczęli wycinkę drzew i zrobili masakrę! Poszerzyli sobie drogę na dwa ciągniki 🙁 nacięli krzaków, drzew ale, że padał deszcz, śnieg, topniało to – jest bagno. Nie da rady na ten moment tam wejść, myślałem, że się utopię jeden raz jak jednak spróbowałem.
Słabo, muszę chyba opracować jakąś alternatywę albo dalej będę musiał krążyć po Oleśnicy. Nie pasuje mi to niestety, biegam bez żadnych masek a mija się ludzi itp. Głupie ale człowiek zaczyna mieć schizę z tego covida :/
Ciekawostką za to okazał się fakt, że po chodnikach biega się dużo lżej niż w śniegu, błocie itp. Chętniej nawet zwiększyłem dystanse. No niezwykłe 🙂

Z otoczki poza treningowej – dietę stosuję niestety dalej słabą, za to twardo trzymam się nie picia coli. Dało to na koniec miesiąca symboliczny 1 kg w dół, co jednak poczytuję bardziej na karb większego treningu niż realnego zysku z odżywiania. Trochę dołujące bo colę lubię 🙂

Prognozy na przyszłość? Hmmm…. zwyczajowo chciałbym utrzymać wolny wzrost kilometrażu przy jednoczesnym gubieniu masy ciała. Wygląda to na możliwe do zrobienia jednak patrząc na „punkt wyjściowy” czyli moją aktualną formę, daleka droga do wartościowych wyników.
W teorii zapisany jestem na maraton w maju (w Jelczu-Laskowicach, zaległy z 2020) i tu można już na tym etapie powiedzieć, że to się chyba nie uda. Zbyt dużo zaległości by były szanse na jakąś walkę. Człapać go z 5 godzin to też mi się średnio chce i nie wiem czy nie pozostanie spasować. Ale… nie mówię nie 🙂 Te 8-9 lat obiegania mam, może ciało przypomni sobie szybciej jak to jest wracać do formy.
Innych, wcześniejszych zawodów nie planuję mimo, że mignęły mi jakieś ciekawe, górskie biegi (już w lutym). Za szybko to, nie ma się co wygłupiać.

No dobrze, nie przedłużam więc. W 2021 dalej się biega, dalej regularnie a co z tego wyjdzie zobaczymy 🙂

Grudzień 2020 i Podsumowanie całości roku

No i ten tego… miał ten grudzień trochę lepszy być a wyszło jak zawsze. Wskazówka na liczniku zatrzymała się na 119,5 km. Coś w podobieństwo listopada.

Na swoją obronę podam, że mniej było spacerów w tej liczbie a więcej czystego biegania. Ile dokładnie to jednak nie podam 🙁 Strava coś w tej materii jest dla mnie nieczytelna całkowicie. Nie umiem prosto kliknąć i podzielić sobie ile było biegów, ile spacerów ile roweru.
Pewnie się da ale jakoś nie czuję się na siłach i chęci w tym jeszcze grzebać, douczać 🙂

Sprzętowo robię teraz mały come-back do stajni Garmina więc myślę, że od stycznia wszystkie treningi będą zapisywane w jednym systemie. Może wtedy uda mi się uzyskać interesujące mnie (statystycznie) liczby.

* I tak… Grudniowe bieganie było w sumie takie jak i poprzednie okresy. Nijakie. Regularne (co parę razy już pisałem) ale nierozwojowe. Zmuszam się by pobiegać coś dłużej, jak już z raz, dwa o dyszkę zahaczę to później znów przysiadam.
Hamuje mnie też takie zdrowotne „balansowanie na linie”. Zapuściłem się kilogramowo (i to sporo), zaczęły mnie boleć kolana i nie chcę przegiąć. Boję się, że coś klęknie całkiem jak będę na siłę nabijał kilometry.
Zauważam problem, staram się do niego podejść racjonalnie – zacząłem walkę z dieta więc liczę, że jest dla mnie jeszcze nadzieja.

OK. A co do całego roku 2020 to proponuję cofnąć się do punktu oznaczonego (*) i czytać znów. W sumie cały ten roku był „taki se” 🙂

Ciężko mi nawet teraz policzyć ile ja w nim pobiegałem. Endo już nie działa, w Stravie wszystkiego nie mam (też lenistwo, nie chciało mi się tego kopiować mimo, że dane mam).

Trudno, nie drążmy już. 2021 specjalnie lepszy nie będzie pewnie ale może chociaż to i owo uda się poprawić. Czego i Wam życzę.

Listopad 2020

Dogoniła mnie połowa grudnia ale cóż, wypada napisać jednak i coś o listopadzie 🙂

Miesiąc ten nie przyniósł żadnych specjalnych rewelacji. Biegałem według sprawdzonego systemu 4 treningów w tygodniu. Dystans, wpasowując się w minione trendy również nie porażał. Ot po te 4-5 km, przeplatane dłuższymi biegami w weekend. Dłuższe jednak też takie nijakie, bo po około 7-9 km. 10km chyba ani razu nie przekroczyłem (najbliżej było to 9,4 km) 🙂
Cyfrowo wyszło 127.8 km.

Tutaj muszę dociekliwym wyjaśnić pewną niezgodność. Z opisanych powyżej aktywności ciężko by było prawie 130 km nabiegać. I faktycznie tak nie było. Podana liczba to łącznie biegi i chodzenie.
Przerzuciłem się na Stravę i coś nie do końca umiem jeszcze jakoś sensownie to wydzielić w podsumowaniach 🙁
Widzę, że taki sam błąd zrobiłem w opisie października. Muszę nad tym jakoś pomyśleć.

Moje dokonania szału nie robią, ale patrząc pod kątem postępu – to malutki bo malutki ale jest. 127km to nie 118km (październik).
Nie chcę zapeszyć i snuć planów (wtedy zawsze mi źle idzie) ale widzę, że grudzień coś tam zmierza ku lepszemu. Czy się nie zepsuje na finishu zobaczymy za 16 dni 🙂

Październik 2020

Zakończony pażdziernik to 118,1 km biegów.

Prawie jak na Titaniku, powoli idę na dno… 🙂

Nie mogę się coś ogarnąć biegowo, życiowo. Nie wiem czy to przygnębiająca rzeczywistość pracowo-jesienno-covidowa tak na mnie działa czy jakiś inny, ogólny spadek energii życiowej ale dalej nie znajduję chęci na solidne bieganie.
Włączony jakiś czas temu tryb 5 km trwa i trwa. Biegam (truchtam) owszem, 3 czy 4 razy w tygodniu, ale po te 4 km – 5 km i koniec. Sporadycznie mi się chce przedłużyć. A i to wychodzi z 7 do 9 km max.

Po takim dłuższym biegu czuję się jak początkujący biegacz. Nogi bolą 🙂

Bieganie „kuleje” za to włączyło się jakieś ssanie jadalne, podżeranie niezdrowych rzeczy wieczorami (ciastka, cola, czekolada) i inne atrakcje. Waga poszybowała pod 94 kg. i czuję się już jak wieloryb. Zasapany, zapocony, buta zawiązać to by się siadło najlepiej. Masakra…

Najgorsze, że wytrzymam w rygorze kulinarnym z dzień, dwa i znów sobie popuszczam pasa.

Nie jest dobrze, rzekłbym, że jest źle.

By nie upaść na totalne dno, ratuję się trochę spacerami weekendowymi. Najpierw zabieram na górską wyprawę (bo przy Górach Sowich) syna, a później nordic-walking z żoną. Sporo tego wychodzi, okazuje się, że z dodatkowe 10-15 km na weekend nabiję. Mam nadzieję, że w ostatecznym rozrachunku wyjdzie to na plus i nie pozwoli całkowicie się zapuścić 🙂

Wrzesień 2020

Żeby nie wprowadzać ponurego nastroju nie będę smucił już jak to słabo pobiegałem we wrześniu. No słabo, co zrobić 🙂

Bieganie: 61.06 km
Rower: 251 km
Chodzenie: 15.80 km

Wrzesień wpisuje się trochę w kanon poprzednich miesięcy. Krótkie odcinki biegowe, sporo roweru.
Całość nie wyglądałaby tak źle, ale tak naprawdę to biegowe miałem pierwsze 2 tygodnie. Później bieganie w sumie już nie było.
Trzeci tydzień to mój wyjazd rowerowy. Po nim, wiadomo zrobiłem kilka dni odpoczynku ( i tylko 1 bieg).
Czwarty tydzień trafiła mnie jakaś infekcja (bo raczej nie covid :)). Katar, zatoki, osłabienie ogólne. We wtorek jeszcze trening był a później siedziałem w domu 5 dni i wracałem do siebie.
Piąty, niedawno zakończony tydzień to taki okres resetu. Biegać, rowerem jeździć bym mógł ale mi się nie chciało. Potrzebowałem jakoś się wyluzować, wrócić do siebie fizycznie i psychicznie.

Myślę, że wracam powoli na lepsze tory i teraz już pójdzie lepiej.

Sierpień 2020

Aż mi się nie chce pisać tego podsumowania 🙁
Wpadłem w pułapkę lenistwa. Coś mi w głowie się przestawiło i o ile idę biegać chętnie to po jakieś … 5 km truchtania. No, w porywach do 7 km dociągnę. Porażka, ale nie mogę się zmusić i koniec. Ani wizja spadku formy i rosnącego brzuszka, ani 10 km zawody (już w tą niedzielę) nie spowodowały bym się jakoś zmobilizował.
Czas był, był… i już go nie ma 🙂 Pogodziłem się, że na pierwszych moich zawodach w tym roku będę męczył się by w ogóle dobiec a nie coś czasowo zawalczyć.
Ta 10-ka to może i nie problem (wiadomo wymęczę jakoś) ale w listopadzie chciałem przebiec 21 km po Górach Sowich. Tak… jak się nie ogarnę to dopiero będzie ciekawe przeżycie.

No nic, narzekanie to moja specjalność więc lepiej zakończmy w tym momencie 🙂

Liczbowe wyniki wyszły następujące:
Bieganie: 42,92 km
Rower: 190,52 km
Chodzenie: 18,89 km

Tyle o sierpniowym bieganiu 🙂 Zmieńmy temat…

Sporo ostatnio jeździłem rowerem. Moja Żonka, co już chyba wspominałem dużo lepiej się w tym odnajduje a i mi sprawia to przyjemność.
Małe wtrącenie 🙂 Rower nie jest jakimś moim nowym objawieniem (jak to niektórzy nie chcąc/nie mogąc biegać nagle przerzucają się na jednoślad). Dawno, dawno temu średnio szkolnym dziecięciem będąc jeszcze, solidnie byłem zakręcony na jazdy. W czasie wakacji u dziadków (Podkarpackie województwo) wsiadaliśmy z kuzynostwem na rower i codziennie jeździliśmy gdzie nas oczy poniosą. Nie ma nic przyjemniejszego niż taka jazda w nieznane. Odkrywanie nowych tras, miejsc. Robiło się to 10km, to 50km. I to na maszynie marki Ukraina 🙂 Ciekawe kto by dzisiaj się porwał na takie coś. Ech, wspomnienia są zawsze najlepsze… i przyjemnie teraz znów obudzić dawną pasję 🙂
No ale wracając do rzeczywistości. Nic nie dzieje się oczywiście bezinteresownie 🙂 mieliśmy z Żonką, w głowie parę fajnych projektów związanych właśnie z dwoma kółkami. Pierwszy, którym miało być objechanie polskiego wybrzeża Bałtyku nie wypalił z powodu koronawirusa. Zamknięte hotele, restauracje (w czerwcu mieliśmy jechać i ok otworzyli, ale tak do końca nie było wiadomo co z tym będzie). Zamysł nie upadł, został przełożony na przyszły rok.
Chcieliśmy też przekręcić rundkę wokół Tatr. Strach jednak jechać (Słowacja) bo może kwarantannę wymyślą. To też będzie w 2021 🙂
Finalnie wymyśliliśmy jeszcze coś innego. Wydaje mi się, że też fajnego więc… chyba dołożę do swoich biegowych historii i coś o rowerach.
Uprzedzam, nie zmieniam targetu bloga (dalej bieganie is the best), nie będę się zbytnio wymądrzał o sprzęcie ale może kogoś to zainteresuje. W końcu wplatanie roweru w biegowe treningi to teraz całkiem modny trend.
No dobra, długo wyszło to stop 🙂 Co wymyśliliśmy z Żoną poczytacie już niedługo. A jak biegało się 10 km bez formy też będzie 🙂

Lipiec 2020

No i pyk i po lipcu.

Bieganie: 58.03 km
Chodzenie: 20.31 km
Rower: 432 km

Z pewnością miesiąc specyficzny. Pod względem biegowym tragiczny. Całościowo jednak nie wyszło to tak źle, widzę pewne plusy, które w mojej ocenie przeważają negatywne aspekty.
Jak powiedziałem, biegowo dokonałem … nic. Dystans jaki pokonałem podchodzi pod wartości rekordowo niskie. Malutko, oj malutko. Wszystkie biegi w dalszym ciągu tak do około 5 km, w swoim spokojnym, jednolitym tempie. Nie jest to rozwojowe.
Szczęśliwie dla mnie, lepiej robi się jednak z moim kolanem. Lepiej się już zgina, jeszcze jakaś sztywność w skrajnym punkcie czuję ale to i tak niebo a ziemia do tego co było wcześniej. No i przy chodzeniu, bieganiu jest ok, nie przeszkadza nic.
Niedobory biegowe pokryłem w lipcu rowerem. Dystans godny 🙂 a i same wycieczki rowerowe więcej niż przyjemne. Sporo było tu górskich wypraw (Góry Sowie i okolice), koniec miesiąca zaś to powrót w Oleśnickie niziny. Siadłem wtedy na starutką kolażówkę i okazuje się, że da się na niej całkiem szybko i przyjemnie jeździć.
Ogólnie jakoś, rower mi ewidentnie dobrze wchodził. Szybko wróciłem do dobrej,turystycznej formy. Fajnie 🙂
Dodatkowym plusem dwóch kółek okazało się być zrzucenie 2 kg wagi. Z dołującego mnie 92,5 spadłem na około 90,3-90,6. To naprawdę dobry news dla mnie.

Nie lubię składać obietnic przed sobą, bo wiele razy mi coś nie wychodziło, ale mam wrażenie, że punkt wyjścia jest ok. Trzeba teraz spróbować szarpnąć bieganie. Jak nie teraz bowiem, to kiedy sam już nie wiem 🙂
We wrześniu powinienem mieć 10 km bieg w Twardogórze. Zmieniona (ale pewnie i tak szybka) trasa zachęca by pokazać się z dobrej strony. Czy będę w stanie? Zobaczymy ale jak wyżej, koniecznie muszę zacząć biegać solidniej bo inaczej będzie wstyd, że hej!