Archiwum kategorii: Roznosci

Ostre Koło – Radio Wrocław (09.05.22)

W Radiu Wrocław jest audycja Ostre Koło, która jak łatwo się domyślić dotyczy tematów rowerowych. W jej ramach, w różnych miastach naszego regionu, cyklicznie organizowana jest impreza rowerowa.

Zaczyna się ona od śniadania, w międzyczasie ciekawi goście opowiadają (w radio) o rowerach i nie tylko, a finalnie zebrana grupa jedzie na interesującą trasę.

Rozmawialiśmy swego czasu z Żoną, że mogłoby to być ciekawe i trzeba by kiedyś się zgłosić, wysyłając SMS. Za rozmowami nie zawsze idą czyny 🙂 ale, że miałem ostatnio trochę czasu i usłyszałem, że tym razem jazda odbywa się blisko nas to myślę, ok spróbuję 🙂 Jakież było moje zdziwienie, gdy miła Pani z radia, oddzwoniła i powiedziała, że zapraszają 🙂

Sprzęt został przygotowany, zmieścił się do samochodu, rowerowe ciuchy ubrane no to ruszyliśmy do miejscowości Spalona, położonej blisko masywu Jagodna.

Owca z widokiem

Start imprezy mieścił się w hotelu Owca z Widokiem, który dla przybyłych uczestników zaproponował pyszne, wegetariańskie śniadanie.
Niby sportowiec nie powinien się objadać ale wszystko wyglądało na tyle pysznie, że nie będę ukrywał próbowałem i próbowałem 🙂

Co by tu…?

Po śniadaniu, udało się machnąć jeszcze szybką kawę, sprawdzić sprzęt i można było startować.

Ruszamy

Wybrana trasa to całkowita nowość dla mnie – single track, jakich sporo przygotowano, w rejonie Kłodzka. Ten liczył około 15 km i określony był jako łatwy.
Trochę stresowało mnie, że większość uczestników przybyła góralami, a chyba tylko ja na swoim starutkim trekkingu Meridy. No ale … do odważnych świat należy 🙂

Więcej o takich trasach możecie poczytać na stronie:

Singletrack Glacensis

Singletrack to naprawdę ciekawa sprawa! Ścieżka jest mocno techniczna. Sporo na niej zakrętów (i to ostrych), pomostów, podjazdów i zjazdów. Szerokość faktycznie dla singla 🙂 jeśli chcemy kogoś wyprzedzić, trzeba liczyć na jego dobrą wolę i kulturę i poczekać aż nam ustąpi.

Fajną sprawą jest na pewno fakt, że ludzie nie robią tu głupot. Podczas jazdy, nie spotkaliśmy nikogo, kto jechałby „pod prąd”. Nie było też turystów pieszych.

Mimo, że dana trasa miała być łatwa, to jednak trzeba na niej wykazać sporo uwagi i trochę się zmęczyć. Około 10 km prowadziło pod górę, na szczyt Jagodnej, a dopiero stamtąd rozpoczynał się 5 km zjazd w dół.

Jeżeli chodzi o nawierzchnię to jedziemy lasem po ubitej ziemi. Wiadomo są to góry więc sporo tu kamieni, skał. I faktycznie były to warunki na górala.
Ujechałem około 3 km gdy Żona mówi, że zaczyna mi bić tylne koło 🙁 Słabo, miałem to już kiedyś nad morzem – puściła któraś szprycha. Niezbyt jest co z tym dokonać, pozostało modlić się by wytrwało i jechać do przodu. Zwolniłem, przez hopki starałem się przejeżdżać delikatnie. Mocniej też musiałem kręcić, bo latające koło, ocierało o gumki hamulca. Większość grupy nas wyprzedziła a my wolno turlaliśmy się do przodu.

Chwila oddechu na szczycie.

Na szczycie Jagodnej zrobiliśmy, krótką przerwę by się napić i podziwiać widoki z wieży. Robią wrażenie, warto było się zmęczyć.

Pięknie tu

Zjazd w dół w mojej ocenie był trochę trudniejszy niż wspinaczka na szczyt. Nawierzchnia w wielu miejscach to spore skały, nie było to totalnie miejsce dla mojego roweru. Mimo to dzielnie sobie radził 🙂 i udało mi się zjechać bez przygód (finalnie jak sprawdziłem poluzowały mi się 2 szprychy i koło zdecentowało się).

Z górki na pazurki 🙂

Ufff… hotel. Dojechaliśmy mimo technicznych problemów. 15 km trasę pokonaliśmy w około 1.5 godziny i dała mi ona trochę w kość. Nie spodziewałem się takich atrakcji ale jestem bardzo zadowolony. Widoki były piękne, ścieżka dobrze przygotowana i pozwalająca pojeździć po czymś nowym (dla mnie).

Profil, przebieg trasy.


Na koniec dostałem mapę z zaznaczonymi wszystkimi trasami w regionie i myślę, że to nie było nasze ostatnie spotkanie z single trackami. Na właściwym rowerze będzie to fajna przygoda :), już planujemy gdzie wybrać się kolejny raz. Polecam wszystkim przybyć na Dolny Śląsk i samemu pokręcić po naszych drogach.

Czas relaksu – część 1

W codziennej gonitwie warto czasem znaleźć chwilę na odpoczynek, wyciszenie i uspokojenie.
W tym celu polecam wybrać się skoro świt na spacer po lesie. Zwłaszcza teraz, kiedy przyroda po zimie budzi się ze snu, pozwala to na mega odstresowanie. Drzewa i krzewy w pełnym rozkwicie, niesamowite ptasie koncerty.

Kto może ten idzie. A tych co jeszcze zastanawiają się czy warto zapraszam, chociaż wirtualnie, na chwilę wyciszenia w lasach koło Gór Sowich.

Poranek w lesie – część 1

City, City i po City :)

Ale wstyd. Ostatni bieg City Trail odbył się 25/03 a ja dopiero teraz coś o tym piszę. Oj 🙁

Ostatni bieg potraktowałem „turystycznie” – pobiegłem z Żoną, obiecując jej, że tym razem zaliczy życiówkę 😉
Tym razem plan udało się zrealizować w 100%. Wspólnie, zaliczyliśmy (jej) najlepszy czas na trasie. Zadowolony jestem, bo to zawsze dobry uczynek, a sam i tak nic ciekawego bym nie zwojował.

Przy okazji załapaliśmy się na kilka biegowych fotek więc będzie argument by jej przypominać, że prowadziła aktywny tryb życia i nic nie stoi na przeszkodzi by zapisać się na kolejne zawody 😉

Ostatnie zawody CT Wrocław

Wchodząc zaś z powrotem na swoją osobę to w klasyfikacji generalnej Wrocławia zająłem miejsce 219 z 250. Patrząc po czasach najlepszych biegów – nie był to udany sezon. Najszybciej pobiegłem trasę w 26:06, najwolniej 28:04.
W sumie przez pierwsze trzy biegi szło to dobrze – z biegu na bieg był progres. Siadło dopiero później i niestety niewiele już dało się z tym zrobić. No szkoda, ambicje były spore.

Plusem tej edycji (dla mnie) był fakt, że udało mi się trochę „przymusić” syna i żonę do wspólnego startowania. Może fanami biegów automatycznie się nie stali ale przynajmniej czas na świeżym powietrzu był spędzony, a to z pewnością będzie procentowało zdrowotnie.

Cóż. Zawody zakończone, uroczysta gala była. W tym momencie pora skupić się na innych planach, a na CT pewnie wrócę na jesieni.

Gala we Wrocławiu.

Garmin Fenix 6X Pro – cena spokoju

Po różnych, opisywanych na blogu, przebojach z zegarkami GPS pod koniec grudnia 2020 uznałem, że pora się ogarnąć i kupić coś, co „powinno” działać i mieć wszystkie potrzebne mi opcje.
Tym sposobem wróciłem z powrotem do produktów Garmina (kiedyś miałem FR10) i kupiłem sobie Fenix 6x Pro.

Garmin Fenix 6x Pro

Nie będę się tu silił na jakieś testy – tych jest w necie tysiące. Co może, jakie ma opcje znajdziecie sobie sami.

Po ponad roku używania chciałem po prostu powiedzieć, że jest dobrze 🙂
Nie znam pewnie nawet połowy jego możliwości, nie potrzebuję ich na ten moment. Nie analizuję czy tętno/trasa zapisały się z dokładnością do 1 uderzenia/metra.

Wiem za to, że:
– działa niezawodnie, nie zawiesza się (i zegarek i aplikacja),
– wytrzymuje prawie 27 dni między ładowaniem,
– nie mam żadnych szans wykonać treningu, który by się nie zmieścił w jego pamięci,
– sygnał GPS zawsze łapie mi w ciągu kilku – kilkunastu sekund. W sporcie, nie gubi go,
– otrzymuję mnóstwo danych, które jak najbardziej wyglądają realnie,

I to wystarczy bym był bardzo zadowolony 🙂

Fenix nie jest tani, Jeśli jednak do tej pory mieliście takie przeboje jak ja to może warto zainwestować? Tym bardziej, że okazje zakupowe pewnie będą się pojawiać coraz częściej – w końcu na rynku pojawił się już jego następca – Fenix 7.

Pobiegane 🙂

To przychodzi powoli…

Rok 2021:
Bieganie: 554 km
Rower: 1634,9 km

Rok 2022:
Idąc utartymi schematami, jakoś koło grudnia 2021 / stycznia 2022 wypadałoby napisać dobre słowo podsumowujące miniony rok. Nie znalazłem w sobie jednak siły by to uczynić. Przekładanie „na jutro” spowodowało, że mamy już marzec i nie ma chyba żadnego sensu coś tu wymyślać. Zresztą co? Tłumaczyć, obiecywać… Co roku narzekam, że jest źle a kolejna data przynosi coraz słabsze wyniki.

Ciężko mimo to uciec od analiz. Wydaje mi się, że zrozumienie samego siebie pozwala na podjęcie jakichś działań korygujących (o ile dalej chcemy zajmować się daną rzeczą – tu bieganiem). A ja chciałbym.

Rok 2022 to taki mój mały jubileusz. Biegam już od 10 lat. Mam w sobie wielką upartość i niechętnie rezygnuję z tego, czego się podjąłem.
Popełniam jednak wiele błędów. Jednym z nich jest dążenie do celu po najmniejszej linii oporu. Chodzi mi tu o fakt, że wypracowawszy pewien schemat, powielam go nie próbując korygować kiedy nie przynosi rezultatu.
Widzę także, że mocno zorientowany jestem na cel. Kiedy tego celu nie udaję się osiągnąć (a mi nie udaje się już od jakichś 5-6 lat) zniechęcenie, wypalenie nawarstwia się i idzie coraz gorzej.
Jednocześnie sporo pisałem też o kontuzjach (zeszły i ten rok to kłopoty z kolanami). Dziwne czasy (covid) też dołożyły swoje.

Wszystko to powoduje, że ciągle spadam i spadam w dół. Liczę, że dno jest już blisko i uda się od niego w końcu odbić. Czy to już teraz, czy jeszcze nie to pokaże czas.

Na ten moment nie mam wielkich planów biegowych. Pobiegnę pewnie tam gdzie zawsze ale bez nastawienia na sukces. Najważniejsze dla mnie to doprowadzić się do porządku – schudnąć, znów odnaleźć radość z biegu. Ktoś tego bloga czyta (te kilkaset wejść na miesiąc jest) więc trzymajcie kciuki 🙂

Jednocześnie zastanawiałem się nad pewnymi zmianami na blogu. Formuła pisania rok w rok o tych samych zawodach wypaliła się już dawno. Przedstawianie Wam dogłębnych analiz mojego treningu też nie ma wielkiego sensu. Oczywiście jak będzie o czym, to będę pisał.
Postaram się jednak od czasu do czasu wtrącić coś o innych swoich zainteresowania – rowerach, fotografii, różnej starzyźnie jaką zbieram (a dusze kolekcjonera mam solidną :))
Cóż… myślę, że się nie obrazicie. A może i ktoś znajdzie coś ciekawego dla siebie także na tych polach.

City Trail Wrocław 2021/22 – Bieg 4

Dla spokoju ducha i z kronikarskiego obowiązku napiszę, iż pod koniec lutego pobiegłem w 4 biegu z serii City Trail 🙂

Forma moja nie dawała żadnych szans na wartościowy wynik, więc potraktowałem go towarzysko asystując swojej Małżonce.
Przy tej okazji, pochwalić ją trzeba – zabrała się za bieganie i jakby faktycznie chciała to by mogła osiągnąć wyniki lepsze niż ja 🙂
Ratuje mnie jednak fakt, że jej ukochany sport to rowery a bieganie to tak przy okazji.

Pobiegliśmy Gallowayem w cyklu 3/1min. Tempo biegu z gatunku wolniejszych, ale starałem się około 6:30-07:00 trzymać. Miało to dać całkiem dobry wynik (najlepszy z tych, które moja Żonka osiągnęła w tym sezonie). Okazuje się jednak, że możliwości miała większe 🙂 🙂 Jeden bieg zrobiła gorzej, drugi zaś lepiej – ten więc wypadł nam po środku.
Nie ma co jednak rozpaczać, biegło się fajnie, przyjemnie (przynajmniej mi). Założona strategia spowodowała zaś, że na mecie zameldowaliśmy się po 00:37:21.

Nieźle. Seria CT powoli się już kończy. Wiadomo, niewiele wywalczyłem wynikowo ale … W tym roku wystartowaliśmy rodzinnie: ja, żona, syn. To duży plus, fajnie, że chce się nam wszystkim jeszcze poruszać.
Wszyscy mamy już wymagane minimum biegów więc ostatnie zawody pewnie potraktuję podobnie. Pobiegnę dla przyjemności.
Ewentualne wyzwania biegowe zaś … może potem 🙂

Mało… ale pobiegane

Niewiele ostatnio piszę ale nie znaczy to, że nic nie biegam. Aż tak źle nie jest 🙂
Kontuzja kolana na którą uskarżałem się praktycznie większe pół roku, finalnie zaczęła odpuszczać i jestem nawet w stanie pobiegać już bez opaski usztywniającej.
Tak długi okres bezczynności (i złe covidowe czasy) dały mi jednak mocno w kość. Jestem totalnie bez formy, wagowo sięgnąłem dna. Gdy w 2012 roku zaczynałem biegać to ważyłem około 96 kg. Teraz kręcę się w okolicy 94-95kg. Strajkuje też głowa. Niby wiem, że trzeba by dietę poprawić, zmobilizować się do ćwiczeń ale… sami wiecie.
Wszystko to powoduje, że do biegania podchodzę bardzo ostrożnie. Uczę się go praktycznie na nowo i znając swoje ograniczenia nie próbuję zbyt szybko przeć do przodu. Może podchodzę nawet zbyt asekuracyjnie, ale w sumie gdzie mi się spieszy? Lepiej wolniutko iść do przodu niż znów zastopować na długi okres.

Przez to wymuszone spowolnienie ciężko w sumie wymyślać o czym tu pisać 🙂 Postaram się nadrobić zaległości sprzętowe, faktycznie trochę dziwnych akcesoriów jeszcze mam, ale o zawodach to wiele nie będzie. Do końca bieżącego roku nie planuję już w sumie żadnych wielkich wyzwań. Powiem nawet, że zrezygnowałem z dwóch, dłuższych, górskich biegów na które byłem zapisany (przeniesione z 2020).

No dobrze, żeby nie było aż tak ponuro. Walka trwa 🙂 Od Półmaratonu w Wałbrzychu pobiegałem w takich zawodach jak:

XXVII Bieg Uliczny w Twardogórze
Miejsce: M40-15, Total:58/68 Czas: 1:00:01

Na trasie w Twardogórze 2021

CITY TRAIL Wrocław – Bieg1
Miejsce: M40-85/94, Total: 326/435 Czas: 00:28:04

Bieg 1 – City Trail Wrocław



7 Bieg Szerszenia 2021

Biegacze są różni. Jedni lubią ciągłe nowości, biegowe wycieczki w ciekawe miejsca, zawody. Inni latami bywają na tych samych imprezach, czy to poprawiając swoje wyniki czy też po prostu stawiając na wygodę, lokalny patriotyzm 🙂
Moje nastawienie z biegiem lat skręca właśnie w stronę „lubimy piosenki które już znamy”. W swoim kalendarzu mam niezmiennie od lat pozycje, na których muszę być.
Bieg Szerszenia to właśnie taka impreza. Startowałem w jej wszystkich częściach i za punkt honoru postawiłem sobie biegać tak długo póki ona będzie.
Rok temu biegu nie było (z wiadomych względów), przeniesiono go zachowując opłaty na sezon 2021 (kto chciał mógł oczywiście zrezygnować). Byłem wpisany, zegar tykał i w końcu… wypada biec.

Kto czyta mój blog wie, że już od paru lat naczelnym dylematem jest – jak zrobić by nie było dużo gorzej niż ostatnio. Tym razem obawy miałem jeszcze większe bo z powodu kontuzji nie trenuję i nie biegam praktycznie już od lutego-marca.
Nastawiony byłem na czystą loterię. Bardziej prawdopodobny wydawał mi się czarny scenariusz, że kolano szybko zacznie mnie boleć i nie będę mógł biec a tylko iść. Dodatkowo obawiałem się, że o ile nawet jakoś biec będę to 10 km nie wytrzymam i też skończy się marszem. Negatywny nastrój podsycał fakt, że limit czasowy to 1:30 godziny czyli nie da się zmieścić tylko idąc.
No trudno, jak to się mówi – będzie co ma być. Na kolano założyłem solidną opaskę uciskową, zabrałem kijki trekkingowe, czołówkę, wodę (kamizelkę Aonijie z dwoma butelkami) no i podążyłem ku startowi.

Na starcie. Chyba tylko ja dźwigałem tyle wyposażenia 🙂

Żeby nie przeszkadzać szybszym biegaczom stanąłem sobie praktycznie na końcu. W głowie ułożyłem sobie przykazanie by szybko nie biec a raczej wlec się trochę szybciej niż bym szedł 🙂 Rozgrzewkę wykonałem stacjonarną by nie obciążać nogi jeszcze przez właściwym biegiem i pełen obaw ruszyłem na trasę.

Idzie całkiem nieźle mimo, że to początek.

Nie będę tutaj przedstawiał swoich heroicznych zmagań z zawodami, ot powiem, że wytrzymałem. Biegło mi się w miarę dobrze. Tempo miałem trochę ponad 06:00 min/km. Pierwszy kilometr skończyłem bliżej 7 min, później szarpałem trochę ku 6 i tak w sumie wytrzymałem (jeden km obleciałem nawet w 5.45, ale później sam siebie strofowałem – zwolnij bo nie dasz rady :)).
Jakoś po 6 km zacząłem już czuć łydki, szczęśliwie jednak nie skończyło się żadnymi skurczami.

Na trasie.

Najbardziej ucieszyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza, że cały czas biegłem. Druga to fakt, iż nie byłem ostatni, zdarzyło mi się parę osób na trasie wyprzedzić.
Zacnie, stracha trochę miałem, że jak będę wlókł się w ogonie to ani dobrze nie będzie wiadomo jak biec, no i czy zdążę przed limitem.

Czas z tego wyszedł nawet dobry (jak na dyspozycję) bo 01:02:19, miejsce 101/126.

No i super! Zaskoczyłem aż sam siebie. Gdybym wiedział, że pójdzie aż tak to nie brał bym kijków bo mi tylko przeszkadzały.

Po biegu zwyczajowo odebrałem medal, wodę do picia no i można było wracać do domu. Tym razem nie było bowiem ani biesiady świętojańskiej ani losowań nagród itp. Wiadomo, pandemia.

Na sam koniec powiem Wam, że już idąc do domu, czułem nogi. Dzień później też, zupełnie jak po pierwszych zawodach. Człowiek czuje, że ma mięśnie, ścięgna itp 🙂

Mam nadzieję, że za rok będzie można zmierzyć się z trasą bardziej „w siłach”. Teraz zastanawia mnie jak pokonać Półmaraton Wałbrzych, na który też jestem zapisany. Kolano jednak czuję znów. Oj, tam chyba siłą woli się nie uda 🙂

Rowerem po wybrzeżu Bałtyku – EuroVelo10

Problemy z bieganiem nie spowodowały oczywiście, że aktywność fizyczna u mnie umarła. Jechać na rowerze jeszcze mogę więc przyszedł czas na zaległą (z powodu covida nie udało się w 2020) wyprawę wybrzeżem Bałtyku.
Wraz z moją małżonką postanowiliśmy przejechać trasę od Świnoujścia aż do Helu korzystając z trasy rowerowej EuroVelo 10.
Ten bardzo popularny szlak przyciąga mnóstwo rowerzystów. W sieci też znajdziecie szereg opisów jego pokonania więc temat nie jest bardzo dziki. Można się do niego dobrze przygotować mentalnie jak i sprzętowo. Polecam m.in stronę:

Rowerem po Śląsku

Ja inspirowałem się właśnie nią, dzięki uprzejmości autora mogłem też pobrać plik GPX z trasą. Tu mała uwaga – przeczytajcie jego opis, bo są tam małe zmiany względem dokładnego przebiegu. Żeby nie było później zdziwienia na trasie 🙂

Opis wyprawy będzie dość skrótowy. Wybaczcie, ale ogrom wrażeń, widoków powoduje, iż chcąc być dokładnym trzeba by z tego zrobić solidną powieść 🙂
W sieci jak wspominałem jest sporo opisów gdzie autorzy dokładniej zwracają uwagę co widać, co warto zobaczyć i jak się jechało.
Ja postaram się ogólnie opisać wrażenia z jazdy, trudności, atrakcje. Będą oczywiście zdjęcia, więc myślę, że uda się zobaczyć co ciekawe a nie tylko czytać.

PRZYGOTOWANIE / LOGISTYKA
DZIEŃ 1 (Świnoujście – Międzyzdroje)
DZIEŃ 2 (Międzyzdroje – Mrzeżyno)
DZIEŃ 3 (Mrzeżyno – Łazy)
DZIEŃ 4 (Łazy – Ustka)
DZIEŃ 5 (Ustka – Sasino)
DZIEŃ 6 (Sasino – Jastarnia)
DZIEŃ 7+8 (Pociągiem po wybrzeżu)
PODSUMOWANIE

PRZYGOTOWANIE / LOGISTYKA
Naszą wyprawę postanowiliśmy odbyć w czerwcu, w roku szkolnym i w okresie poza tzw. „długimi weekendami”. Miało to spowodować mniejsze problemy z zamawianiem noclegów + niższe ceny niż w sezonie.
Noclegi zamówiłem przez Booking.com, celując w kwatery tanie (tak po około 100 zł za 2 osoby).
Trasę podzieliliśmy na 5 pełnych dni jazdy rowerem (w miarę równe odcinki po około 80 km). Reszta to dni dojazdu nad morze jak i powrót pociągiem z Mety na Start 🙂
Jeżeli chodzi o rower to zdecydowałem się na maszynę trekkingową – Merida White Sox 28″. Moja żona pojechała zaś na swoich górskim Giancie. Myślałem w sumie bym i ja jechał na „góralu”, ale że do mojego utrudniony jest montaż bagażnika/sakw więc padło na Meridę 🙂
Z perspektywy nawierzchni jechało się w miarę ok, jednak górala uważam za lepszą opcję. Szersze opony lepiej sprawdziłyby się na występujących na trasie piaskach, betonowych płytach czy leśnych korzeniach.
Dobytek na czas podróży udało nam się upchnąć w 2 sakwy montowane do bagażnika (każde z nas oczywiście wzięło po dwie). Był to dla mnie pierwszy, takie większy, wyjazd z obciążeniem. Do tej pory tylko raz jechałem z pojedyńczą sakwą bikepackingową. Rower waży z obciążaniem sporo więcej, trzeba się napracować by jechać – warto mieć i to na uwadze.

DZIEŃ 1 (Świnoujście – Międzyzdroje)
Trasa nad morze robi się coraz lepsza. Dojechaliśmy dość szybko, były tylko 2 „zwyczajowe” korki koło Polkowic i Szczecina. Po drodze mocno lało ale dobrze, że przestało już na miejscu (zgodnie z prognozami).
Punktem startowym naszej wyprawy zrobiliśmy Międzyzdroje. Po rozlokowaniu się w pokoju, zakupach na kolację i kolejny dzień, w ramach rozruchu i zaczęcia jazdy od granicy pojechaliśmy rowerami do Świnoujścia.

Zaczynamy przygodę 🙂

Szlak rowerowy prowadził leśną drogą. W sumie dobrą poza momentami kiedy ktoś zmyślny inaczej wysypał ją dużymi, luźnymi kamieniami. Słabe to było, należało uważać.
Jako, że pora była już późna a my zmęczeni po podróży, samego Świnoujścia nie oglądaliśmy. Zadowoliliśmy się latarnią morską i leżącymi w jej pobliżu obiektami militarnymi: Fortem Gerharda + bateriami brzegowymi.

Pierwsza latarnia na trasie (Świdnoujście)
Fort Gerharda

Ta wycieczka dała nam pierwsze 27,18 km
Sam wieczór to spacerek po Międzyzdrojach i już pora spać.

Zachód słońca w Międzyzdrojach.

DZIEŃ 2 (Międzyzdroje – Mrzeżyno)
Nie ma spania, trzeba jechać. Pobudka (jak i w każdy kolejny dzień) o 07:00, szybkie śniadanie, pakowanie no i można już ruszać.
Martwiła nas trochę pogoda bo było wietrznie i chłodnie ale na szczęście deszczów nie było przez cały dzień.
Już na samym początku naszej jazdy zgubiła nas pewność siebie 🙂 Ułożyło nam się w głowie, że trzeba dojechać deptakiem aż do końca Międzyzdrojów a później będzie szlak. No nie 🙂 Na szlak skręcało się jakieś 2 km wcześniej. Sytuację udało się uratować bocznymi uliczkami i małym spacerkiem po pieszej ścieżce. Od razu włączyłem wtedy Mapa.cz z wgranym trackiem i od czasu do czasu zerkałem na niego potwierdzając poprawną jazdę.

Woliński Park Narodowy

Początkowe kilometry prowadziły przyjemnym leśnym szlakiem (Woliński Park Narodowy). Na tym odcinku jedzie się w sporym oddaleniu od morza mijając za to piękne leśne tereny i znajdujące się w parku jeziora. Ogólnie na całej trasie pedałuje 🙂 się bardzo często wokół jezior tak, że śmialiśmy się z Żoną, że to może trasa nie nadmorska a pojezierzami 🙂
Do morza zbliżyliśmy się w okolicy Międzywodzia (~30 km). Tutaj drogi przeszły w dobre asfaltowe ścieżki rowerowe, prowadzące ku znanej nam części wybrzeża (Dziwnów – Dziwnówek – Łukęcin – Pobierowo – Pustkowo – Trzęsacz – Rewal – Niechorze – Pogorzelica.

Ruiny kościoła w Trzęsaczu.
Latarnia morska w Niechorzu.
Połączenie morza i kolei w okolicach Pogorzelicy.

W dobrych humorach dojechaliśmy do Mrzeżyna, gdzie zaplanowany mieliśmy drugi nocleg.
81.92 km zrobione. Spokojna jazda z krótkimi postojami na zdjęcia, odpoczynek zajęła nam około 6:31 (czystej jazdy bez liczenia przerwy). Podobnie trwało to i w inne dni – od 7 do 9 godzin jazdy.
W ramach oddechu od siodełka wieczorem kolejny spacerek po miejscowości. To będzie taki nasz rytuał w wyprawie. Oprócz jazdy trochę chodzenia.

Port w Mrzeżynie.

DZIEŃ 3 (Mrzeżyno – Łazy)
Ten kolejny, pełny dzień jazdy to w mojej ocenie jeden z najprzyjemniejszych fragmentów wyprawy. Szlak rowerowy w dalszym ciągu dobrej jakości (w większości asfalt, kostki czy dobrze ubite szutry) prowadzi przez Dźwirzyno – Grzybowo aż do Kołobrzegu.
Ranny chłodek i spore wiatry szczęśliwie ustępują i od razu robi się wakacyjniej 🙂
Kołobrzeg, wiadomo większy to i więcej do zobaczenia. Tutaj zrobiliśmy dłuższą przerwę oglądając port i muzeum marynarki. Obowiązkowo oczywiście rundka po nabrzeżu i molo.

Pomnik rybaka w Kołobrzegu.
Kosze nad morzem. Oj, dawno ich nie widziałem 🙂
Plaże, okolice Ustronia Morskiego.

W Kołobrzegu trasa zbliżyła się aż do samego morza. O to nam chodziło! Piękne widoki urozmaicały kolejne kilometry aż do Mielna. Samo Mielno mija się bokiem, wokół jeziora Jamno. Ten fragment drogi jest zdecydowanie gorszy. Sporo piasku, krzywo.
Okazuje się finalnie, że to nasz najkrótszy fragment jazdy – 69.47 km.
Cóż, nie ma co narzekać. Mamy czas na obejrzenie meczu (nasi grali) + rundkę po Łazach. Sorry, rozczarowują – słabo trafiliśmy z noclegiem, kiepska obsługa w restauracji.

DZIEŃ 4 (Łazy – Ustka)
Droga z Łazów chwilowo oddala się od morza. Jedziemy dobrym szlakiem wzdłuż dróg samochodowych by po dłuższym pedałowaniu dotrzeć do Darłowa gdzie warto skręcić w stronę rynku i zamku książęcego.

Iwięcino
Darłowo. Uliczki przy Rynku.

Stąd zaś blisko do Darłówka gdzie znajduje się ładny port i unikatowy rozsuwany most.

Port w Darłówku.
Rozsuwany most.
Jedziemy…

EuroVelo znów prowadzi wzdłuż morza. Co trochę stajemy by zrobić zdjęcia wybrzeża, plaż. Niby to samo ale wszędzie inne 🙂 Tu wysoki brzeg, tu więcej kamieni niż piasku. Jest co oglądać i jedzie się przyjemnie.

Na całej trasie można spotkać dzikie róże. Pięknie pachną i urozmaicają krajobraz.
Jarosławiec. Latarnia.

Za Jarosławcem chwilowo odskakujemy do morza by wrócić do niego w kolejnym, większym mieście – Ustce.
80.65 km za nami. Pora na spacerowanie i rejs statkiem pirackim 😉

Ahoj, marynarze 🙂 Przed rejsem w Ustce.

DZIEŃ 5 (Ustka – Sasino)
Do tego odcinka trasy podchodziliśmy z obawami. Wszelkie opisy zwracają uwagę na ciężką trasę z piaskiem, bagnami. No niestety, mają rację.
Droga za Ustką (znów dalej od Bałtyku!) prowadzi między polami. Wytowno-Rowy. Faktycznie sporo piachu, zaczyna nosić rowerem i trzeba uważać.

Stacyjka rowerowa w Wytownie.

Jak nie piach zaś to krzywe betonowe płyty, po których wcale nie jedzie się lepiej.
Ciężej pracując nogami dojeżdżamy do Kluków, gdzie warto zerknąć na skansen ludowych domków. Za Klukami zaś kultowy 1.5 km odcinek przez bagna. Faktycznie cięzki odcinek. Duża trawa, grząsko więc lepiej wybierać drewniane pomosty. Niestety wiele z nich kończy się sporo nad ziemią. Przeszkoda nie na obciążony, trekkingowy rower. Co trochę trzeba stawać, schodzić i przepychać rower. Nie pomaga też chmara much i komarów. Trzeba jechać, nie ma stawania.

Kluki. Skansen.
Albo pomostem albo bagnem…

Ledwie udaje się pokonac ów fragment to za chwilę kolejne utrudnienia. W okolicy Bagien Izbickich zaczyna się opisywany wszędzie (około 7 km) piaszczysty fragment trasy. Oj, dał mi on w kość. Nie da rady ujechać, zaczyna się częste podchodzenie.

Izbickie Bagna.
Yyyy… nic tu nie wolno 🙂

Droga poprawia się troszkę dopiero przed Łebą. Piasku jest mniej ale i tak trzeba uważać (przy Łebie sporo wydm to jak może piasku nie być :)).
Po Łebie zaś około 10 km trasy, który uważam za nieporozumienie. Wąska, leśna ścieżka na której przeszkadza piach ale i (bardziej!) wystające korzenie. Tłucze rowerem, jedzie się tak wolno jak nigdy.
Oj daje to w kość. Po 91.38 km z ulga odbijamy do Sasina, gdzie mamy nocleg.

Wydma za Łebą.

W Sasinie czekała mnie nagroda 😉 W lokalnym sklepie mają lody Ekipy 🙂 🙂 więc czym prędzej postanawiam spróbować tego specjału.

DZIEŃ 6 (Sasino – Jastarnia)
Goście z sąsiednich pokojów hałasowali więc przymusowa pobudka nastąpiła godzinę wcześniej niż zwykle. Nie było sensu dosypiać, wstajemy i w drogę.
Na samym starcie zafundowaliśmy sobie ostre podejście pod latarnię morską Stilo.

Latarnia morska Stilo.

Rowerami jedzie się przyjemniej niż wczoraj. Leśna droga jest równiejsza, ubita.
Żona sygnalizuje mi jednak, że chyba coś mi szura w rowerze. Patrzę, myślę i widzę, że lata mi na boki tylne koło. Pękła szprycha. Szybka analiza co robić. Google podaje, że za 6 km w Lubiatowie jest serwis więc decyzja jedziemy. Fachowiec szybko uwinął się z moim problemem. Padły 2 szprychy, jak przypuszczam po tych nieszczęsnych korzeniach.
Zadowoleni ruszamy dalej. Za chwilę mniej ciekawy fragment – asfaltową drogą przez wsie – Karwieńskie Błota.
Jakoś po nich decydujemy się zrezygnować chwilowo ze EuroVelo, które z nieznanych przyczyn odbija w dół zamiast prowadzić przez Jastrzębią Górę. Nawigujemy ok ale widać, że drogi nie są tu świetne. To bardziej szlaki piesze – krzywo, piaskowo. Dobra, asfaltowa ścieżka zaczyna się bliżej Władysławowa. Port, Latarnia morska odhaczona i po chwili pędzimy EV10 ku Helowi 🙂

Najdalej wysunięty punkt w Polsce.
Rozewie.

Na półwyspie jedzie się w większości kostkowanym szlakiem. Może być, chociaż moje cieńsze koła trochę przeszkadzają. Bardziej jednak przeszkadza wiatr, który cała drogę wieje w twarz. Rany męka!
Chałupy, Kuźnica i finalnie Jastarnia. Ufff… dojechane.

Surferzy są wśród nas.

Oddech w pokoju, zdjęcie gratów no i postanawiamy dociągnąć na pusto do Helu.
Po 5 km następuje druga moja awaria! W tylnym kole robi się flak, wygląda jakby padła opona (rozdarcie, załamanie z boku) i uszczypało dętkę. Kurcze, duży problem… Części i narzędzia zostały bowiem w Jastarni.
Szczęśliwy traf to fakt, że na półwyspie rezyduje siostrzeniec mojej Żony + na wczasy przyjeżdża jej siostra 🙂 Piotrek kupuje mi nową oponę, od rodziny zaś pożyczam szykowną dameczkę i takim pojazdem pędzimy ku Helowi.
Wow, cóż to był za pęd. Ścieżka ma tu ciekawy układ – góra/dół więc stosunkowo łatwo osiągnąć niezłą prędkość. Zważywszy, że mieliśmy już w nogach 80.57 km to tempo na kolejnych 38.14 (w te i z powrotem) mamy więcej niż dobre.
Jest – koniec Polski zobaczony wracamy tym bardziej, że czeka mnie 5 km spacerku z uszkodzonym rowerem.

Latarnia w Helu.

DZIEŃ 7+8 (Pociągiem po wybrzeżu)
Tytułem kronikarskim podam, że do punkty startowego wracaliśmy pociągiem. Połączenie było dość dobre mimo dwóch przesiadek (Jastarnia – Gdynia / Gdynia – Szczecin / Szczecin – Międzyzdroje). Pomiędzy nimi było dobry odstęp czasowy. Nie było stresu, że ucieknie nam kolejny pociąg, ale też nie było to oczekiwanie godzinami. Jedzie się jednak długo od około 11:12 do 20:22.
Żeby zaś dzień nie był zmarnowany rowerowo – robimy około 2.5 km ze stacji do noclegu 🙂
Starczy 🙂 Rowery na parking, a my udajemy się na długie, wieczorne łażenie po Międzyzdrojach.
Dzień później pora już wracać do domu. Pakujemy sprzęt i ruszamy w drogę powrotną.

PODSUMOWANIE
Wyprawę uważam ze udaną ze wszech miar. Pogoda, forma dopisały. Nie mieliśmy żadnych kryzysów – no może poza bolącym (zwłaszcza mnie) tyłkiem 🙂 ale to chyba z powodu niewystarczających treningów. Słaba pogoda w tym roku, nie zachęcała do wcześniejszego nabijania kilometrów.
Urokliwe krajobrazy z nawiązką rekompensowały ciężkie fragmenty trasy.

Z takich szybkich przemyśleń jakie mi się nasuwają na koniec chciałbym zwrócić Wam uwagę na:
– rower jednak lepiej zabrać górski (szersze koła się przydadzą),
– szlak nie do końca prowadzi wzdłuż morza. Miejcie to na uwadze by się nie rozczarować,
– EuroVelo 10 omija w większości centra miejscowości. By zobaczyć to co w nich ciekawe, często trzeba z niego skręcać,
– sam szlak jest w miarę dobrze opisany, da się jechać nim po samych tabliczkach i mapie (no gorzej jest w drugiej połowie, w okolicach Łeby).
– przejazd wybrzeżem jest popularny, na trasie co rusz widzi się rowerzystów w obu kierunkach.

Polecam więc przejechać samemu 🙂


Podsumowanie – Maj 2021

Lenistwo straszna rzecz 🙂 Kończy się czerwiec a ja jeszcze nic o maju. No to na szybkości bo niewiele do pisania:

Rower: 121.17 km
Chodzenie: 30.79 km

W dalszym ciągu nie biegałem bo kolanko samo coś naprawić się nie chciało ale… Wyprzedzając fakty – przerzuciłem się na rower i coś powoli mi zaczyna odpuszczać. Dam znać co i jak po czerwcu 🙂

Z powodu przymusowej pauzy (jak widać po wpisach) trochę odrabiam zaległości opisowe różnych dziwnych akcesoriów, jakie kupiłem swego czasu. Trochę wrzucę też o rowerach bo w czerwcu sporo się działo w tej materii 🙂
Pewnie jeszcze przez chwilę tak będzie ale nie poddaję się, liczę, że jeszcze do biegów wrócę.