Archiwum kategorii: Roznosci

Domowy chleb

Tym razem zahaczę znów o tematy kulinarne 🙂

Chciałbym pokazać Wam, że poprawę jakości swojego jedzenia możemy zacząć od spraw najprostszych a jednocześnie ważnych. Od chleba.

Pewnie jest on podstawą większości posiłków w Polsce.

To co kupujemy w sklepach pełne jest polepszaczy, utrwalaczy i innej chemii. A przecież wystarczy parę podstawowych składników i możemy go stworzyć sami.

No i wcale nie jest to trudne, skoro udało się to mi – facetowi 🙂

Okrąglutki

No to zaczynajmy.
W wersji dla najbardziej leniwych warto zaopatrzyć się w maszynę do wypieku chleba. Automatów jest sporo. Jest między nimi różnica jakościowa. Sam używałem dwóch – jednego, droższego Moulinexa i tańszego Zelmera. Niby robią to samo, ale z Moulinexa wychodził mi ładniej wyrośnięty.
Brak automatu nie jest jednak żadną przeszkodzą. Przepis jest taki sam, a ciasto zabełtamy sami 🙂

Poniżej wersja tradycyjna – własnoręczny wyrób + piekarnik.

SKŁADNIKI:
Mąka – 500 gram (ja używam najtańszą typ 650),
Woda – 350 mililitrów (przegotowana, chłodna. Może być i prosto z kranu jak macie zdrową 🙂 Ja używam niegotowanej z dzbanka filtrującego),
Sól – szczypta jak to mówią kobiety 😉 By facetowi pasowało to będzie pół łyżeczki od herbaty,
Cukier – j.w.
Drożdże (świeże) – 1/8 kostki. Dacie trochę więcej też nic się nie stanie,
Olej – jaki kto ma, z 2 łyżki stołowe + trochę na posmarowanie blachy, rąk.
Dodatki do posypania – co lubicie słonecznik, jakieś nasiona, Dawka wg. uznania.

WYPOSAŻENIE TECHNICZNE:
* Miska na zamieszanie ciasta (może być cokolwiek inne aby składniki się zmieściły i nasza rączka do mieszania),
* Foremka na ciasto. Prostokątna, okrągła. Do wyboru. Jeśli będzie bardzo duża to chlebek wyjdzie plaskaty 🙂
* Automat do chleba / Piekarnik z termo-obiegiem
* Drobnica czyli łyżki, pojemnik na wodę z miarką.

PRODUKCJA
1. W wodzie rozpuszczamy cukier, sól i drożdże (mieszamy łyżką).

2. Do miski wsypujemy mąkę, zalewamy przygotowaną wodą i dodajemy olej.

3. Całość wypada chwilę zamieszać rączką, aż osiągnie konsystencję przypominającą ciasto 🙂 Przy podanych proporcjach wychodzi ono takie troszkę bardziej “mokrawe” i klejące. Nie jest to problem, ręce trochę trudno się czyści, ale damy radę 🙂
Uwaga. Jeżeli ciasto wyjdzie Wam jednak nieakceptowalne w Waszej ocenie to można je ratować. Zbyt suche to należy dolać trochę więcej oleju. Jeśli zbyt mokre, to z wyczuciem dosypujemy mąki.

4. Gotowe ciasto należy odstawić na około 2 godziny w ciepłe i pozbawione przeciągów miejsce. U mnie w około 20 stopniach stoi i rośnie normalnie.

5. Foremkę smarujemy olejem. Można troszeczkę wlać i rozetrzeć chusteczką czy papierem kuchennym.

6. Przekładamy ciasto do foremki. Można olejem posmarować ręce (nie klei się tak) i rozcieramy, ugniatamy je tak by zapełniło naszą formę.

7. Na wierzch sypiemy dodatki. Ja posypałem słonecznikiem.

8. Piekarnik włączamy na termo-obieg, 190 stopni i jak nagrzeje się to pieczemy 45 min. Później można go zgasić i jeszcze chwilę ciasto w nim potrzymać (z 5 min).

9. Gotowe. Jeśli nic nie skiepściliśmy to mamy właśnie przed sobą pierwszy, własny chlebek. Smacznego 🙂

Degustację czas zacząć.

PODSUMOWUJĄC
Wiem, że białe pieczywo nie znajduje się na obecnie liście najbardziej polecanych produktów spożywczych ale ja bym go nie skreślał. Może za kila lat okaże się, że będzie jak z jajkami. Cholesterol, złe, zabójstwo a teraz nagle wróciły do łask 🙂
Zresztą , taki chleb jak Wam pokazałem może być tylko punktem wyjścia. Kto broni poeksperymentować? Użyć mąki razowej, dodać jakieś zdrowe dodatki.

Może nie do końca zdrowo ale co tam 🙂

Grudzień 2020 i Podsumowanie całości roku

No i ten tego… miał ten grudzień trochę lepszy być a wyszło jak zawsze. Wskazówka na liczniku zatrzymała się na 119,5 km. Coś w podobieństwo listopada.

Na swoją obronę podam, że mniej było spacerów w tej liczbie a więcej czystego biegania. Ile dokładnie to jednak nie podam 🙁 Strava coś w tej materii jest dla mnie nieczytelna całkowicie. Nie umiem prosto kliknąć i podzielić sobie ile było biegów, ile spacerów ile roweru.
Pewnie się da ale jakoś nie czuję się na siłach i chęci w tym jeszcze grzebać, douczać 🙂

Sprzętowo robię teraz mały come-back do stajni Garmina więc myślę, że od stycznia wszystkie treningi będą zapisywane w jednym systemie. Może wtedy uda mi się uzyskać interesujące mnie (statystycznie) liczby.

* I tak… Grudniowe bieganie było w sumie takie jak i poprzednie okresy. Nijakie. Regularne (co parę razy już pisałem) ale nierozwojowe. Zmuszam się by pobiegać coś dłużej, jak już z raz, dwa o dyszkę zahaczę to później znów przysiadam.
Hamuje mnie też takie zdrowotne “balansowanie na linie”. Zapuściłem się kilogramowo (i to sporo), zaczęły mnie boleć kolana i nie chcę przegiąć. Boję się, że coś klęknie całkiem jak będę na siłę nabijał kilometry.
Zauważam problem, staram się do niego podejść racjonalnie – zacząłem walkę z dieta więc liczę, że jest dla mnie jeszcze nadzieja.

OK. A co do całego roku 2020 to proponuję cofnąć się do punktu oznaczonego (*) i czytać znów. W sumie cały ten roku był “taki se” 🙂

Ciężko mi nawet teraz policzyć ile ja w nim pobiegałem. Endo już nie działa, w Stravie wszystkiego nie mam (też lenistwo, nie chciało mi się tego kopiować mimo, że dane mam).

Trudno, nie drążmy już. 2021 specjalnie lepszy nie będzie pewnie ale może chociaż to i owo uda się poprawić. Czego i Wam życzę.

Październik 2020

Zakończony pażdziernik to 118,1 km biegów.

Prawie jak na Titaniku, powoli idę na dno… 🙂

Nie mogę się coś ogarnąć biegowo, życiowo. Nie wiem czy to przygnębiająca rzeczywistość pracowo-jesienno-covidowa tak na mnie działa czy jakiś inny, ogólny spadek energii życiowej ale dalej nie znajduję chęci na solidne bieganie.
Włączony jakiś czas temu tryb 5 km trwa i trwa. Biegam (truchtam) owszem, 3 czy 4 razy w tygodniu, ale po te 4 km – 5 km i koniec. Sporadycznie mi się chce przedłużyć. A i to wychodzi z 7 do 9 km max.

Po takim dłuższym biegu czuję się jak początkujący biegacz. Nogi bolą 🙂

Bieganie “kuleje” za to włączyło się jakieś ssanie jadalne, podżeranie niezdrowych rzeczy wieczorami (ciastka, cola, czekolada) i inne atrakcje. Waga poszybowała pod 94 kg. i czuję się już jak wieloryb. Zasapany, zapocony, buta zawiązać to by się siadło najlepiej. Masakra…

Najgorsze, że wytrzymam w rygorze kulinarnym z dzień, dwa i znów sobie popuszczam pasa.

Nie jest dobrze, rzekłbym, że jest źle.

By nie upaść na totalne dno, ratuję się trochę spacerami weekendowymi. Najpierw zabieram na górską wyprawę (bo przy Górach Sowich) syna, a później nordic-walking z żoną. Sporo tego wychodzi, okazuje się, że z dodatkowe 10-15 km na weekend nabiję. Mam nadzieję, że w ostatecznym rozrachunku wyjdzie to na plus i nie pozwoli całkowicie się zapuścić 🙂

China, Amazfit? No Thanks

Jestem osobą otwartą na nowości, lubię odkrywać coś innego niż używają wszyscy. Nie mam przy tym zbyt wymyślnych wymagań co do możliwości sprzętu, co powoduje, że naprawdę ciężko bym skreślił coś już na wstępie.

Z tego powodu, próbowałem ostatnimi czasy różne zegarki (smartwatche) z GPS, pochodzące z Chin. Życie dobitnie pokazuje mi jednak, że nie warto kupować i interesować się takimi urządzeniami.

Pierwszy z nich – Makibes G05 to tak naprawdę zabawka, bardzo prosta i nie umożliwiająca monitorować zbyt dokładnie sport, tętno. Również jego aplikacja wymagała sporo ulepszeń.

Zeblaze Thor 4 Pro, druga próba rozczarowała mnie sygnałem GPS. Mój zegarek, praktycznie go nie łapał.

Za swoją największą porażkę uważam jednak – Xiaomi Amazfit Stratos 3. Był drogi więc myślałem, że dobry. Początkowo ok, byłem tym zegarkiem zachwycony. Jego jakość jednak szybko dała o sobie znać – po pół roku używania zepsuł się!

Tutaj zaś zaczyna się właściwy problem z zakupami z Chin. Zegarek został odesłany na gwarancję i… okazuje się, iż sprzedawca z Aliexpress (nie taki mały bo miał swoje magazyny i w Chinach i Europie) nie ma najmniejszej ochoty na jej respektowanie. Nie odpowiadał na moje pytania, ponaglenia a finalnie kontakt urwał się.
Zapłaciłem więc 199$ za sprzęt, który zepsuł się po poł roku używania i którego nie mam już od ponad poł roku. Więcej, nie wierzę, że kiedykolwiek do mnie wróci.

Z w.w. powodów nie polecam zakupu sprzętu Amazfit, a co ważniejsze nie kupujcie u sprzedawcy Aliexpress: Shop3521063 Store.

Podsumowanie:
1. Nie warto kupować taniej elektroniki z Chin,
2. Nie warto kupować Amazfit Stratos3,
3. Nie warto kupować nic droższego na Aliexpress. Jeśli już sprzęt odbierzecie, gwarancja nie istnieje.

***

I’m a person open for new things, I like discover something different than everybody else. Other wise I don’t have very high requirements to the equipment, what makes that is very difficult that i will cross out something at the beginning.

For this reason, I tried last times, few watches (smartwatches) with GPS, from China. Life shows me emphatically that is no sense to buy it or being interessed in it.

First of it – Makibes G05 it is a toy, very simple and not allowed to monitor sport, heartrate(in professional way). Even his app needs a lot of improvements.

Zeblaze Thor 4 Pro, second choice, disappointing me with a GPS quality. My watch practically not catch the signal.

My biggest defeat i think is a Xiaomi Amazfit Stratos 3. It was expensive so i think is good. At the beginning ok, I was delighted with watch. Very fast i discover his low quality – after half of year it was broken.

Here is starting appropriate problem with shopping in China. I sent back watch for warranty and… looks that seller from Aliexpress (not small he has warehouse in China and Europe) don’t want respect it. He don’t reply for my questions, reminders and finally contact broke off.
I paid 199$ for a watch, which broke after half of year and which I don’t have for other half of year! More, I don’t believe that ever it will return to me.

So… becouse of this reason I don’t reccomend to buy Amazfit watches, and what is more important don’t buy on Aliexpress seller – Shop3521063 Store.

Conculusion:
1. Is no sense to buy cheap electronics from China,
2. Is no sense to buy Amazfit Stratos3.
3. Is no sense to buy anything more expensive on Aliexpress. If you pick up the goods, warranty not exist.

***

Przedstawione treści są moimi przemyśleniami po używaniu każdego ze sprzętów. Na poparcie moich problemów, mam oczywiście zarchiwizowaną korespondencję ze sprzedawcą.

Presented content is my thoughts after use of each equpiment. To support my problems, of course i have archived correspondence with a seller.

Koniec pewnej ery…

Endomondo – to już koniec.

Wyczytałem ostatnio, że z końcem tego dziwnego roku 🙂 zakończy swoje działanie Endomondo.

Nie będę tu analizował czy było dobre, czy potrzebne, co inne wybrać… ale ot tak prostu stwierdzam, że trochę szkoda.

W sumie kawał mojej biegowej historii. Jak pewnie wielu z Was zaczynałem z komórką (w pokrowcu na ramieniu) i właśnie Endo na niej odpalonej.
Skrzętnie wgrywałem z różnych zegarków biegowych swoje treningi by z większym lub mniejszym zadowoleniem popatrzyć na każdy miesiąc czy rok.
Niby nic, ale sentyment jest. No szkoda, szkoda.

A tak na koniec. Zastanawiam się czy pobrać historię i przerzucić ją gdzieś indziej, czy jednak oddzielić przeszłość grubą kreską i zacząć wszystko od nowa? Hmmm…. 🙂

Póki jesteś w ruchu to żyjesz

Przypomniała mi się dyskusja z internetowego forum. Ktoś napisał o dziadkach biegających co tydzień zawody – maratony, półmaratony. Pokrzywieni starością, powłóczący nogami ze zniszczonymi stawami. Ani to piękne, ani zdrowe.

Dzisiaj rano wszedłem na wagę. Pokazała 93,8 kg. Od ostatniego ważenia przytyłem 2 kg. Tak myślę, że wystarczyło do tego ostatnie 3 tygodnie. Prawie nie biegałem, jadło się niezdrowo i dużo przepijając colą.
Nigdy nie byłem przesadnie szczupły. Ale 9x już czuć. Gdzie nie pójdę to się zasapię i zapocę jak świnia. Chwilę nie biegałem i już z powrotem zaczynam czuć kolano.

Wystarczy. Wstałem, założyłem sportowe ciuchy i pobiegłem. Spokojnie, niedużo (5 km). Zmęczyłem się pod koniec jakbym robił to pierwszy raz ale jestem zadowolony i szczęśliwy.
I tak sobie myślę, że wolę być pokracznym starcem, który włócząc nogami leci kolejne 42,195 km niż leżącym w łóżku grubasem, który nie chodzi, ma rozwalone wszystkie organy i uskarża się na choroby.

Bo póki jesteś w ruchu, to żyjesz…

Wrzesień 2020

Żeby nie wprowadzać ponurego nastroju nie będę smucił już jak to słabo pobiegałem we wrześniu. No słabo, co zrobić 🙂

Bieganie: 61.06 km
Rower: 251 km
Chodzenie: 15.80 km

Wrzesień wpisuje się trochę w kanon poprzednich miesięcy. Krótkie odcinki biegowe, sporo roweru.
Całość nie wyglądałaby tak źle, ale tak naprawdę to biegowe miałem pierwsze 2 tygodnie. Później bieganie w sumie już nie było.
Trzeci tydzień to mój wyjazd rowerowy. Po nim, wiadomo zrobiłem kilka dni odpoczynku ( i tylko 1 bieg).
Czwarty tydzień trafiła mnie jakaś infekcja (bo raczej nie covid :)). Katar, zatoki, osłabienie ogólne. We wtorek jeszcze trening był a później siedziałem w domu 5 dni i wracałem do siebie.
Piąty, niedawno zakończony tydzień to taki okres resetu. Biegać, rowerem jeździć bym mógł ale mi się nie chciało. Potrzebowałem jakoś się wyluzować, wrócić do siebie fizycznie i psychicznie.

Myślę, że wracam powoli na lepsze tory i teraz już pójdzie lepiej.

Rowerowy Szlak Orlich Gniazd – część 3/3

DRUGI DZIEŃ JAZDY (ŚRODA) – PODZAMCZE – KRAKÓW (110 KM)

Czyli nic, nie jest tak proste i oczywiste jak się wydaje 🙂

Drugi dzień naszego rajdu zapowiadał się ciężej niż pierwszy. Największymi problemami jawił nam się czas i dystans. Niestety, konieczność złapania pociągu do Częstochowy o 19.15 (następny był już po północy) wymuszała takie zaplanowanie jazdy by na niego koniecznie zdążyć.
Z matematyki wyszło nam, że przejechać musimy 100 km (no bo we wtorek wpadło 90 :).
Jak wspominałem, w pierwszy dzień Żona zaliczyła awarię przerzutki czyli nie było opcji nadrabiać po prostej i z górek. Policzyliśmy, że bezpiecznie będzie zakładać w takim razie tempo około 10km/godz., co daje 10 godzin jazdy. Aby był jakiś zapas postanowiliśmy ruszyć o 06:30. Czasowo mielibyśmy więc ~12,5 godziny na jazdę.

Wszystko zaplanowane, należy realizować 🙂 Pobudka miała być o 05:00, skiepściłem coś jednak i ustawiłem budzik na 05:30. W sumie i tak nie było co robić w pokoju więc szybciutko się zebraliśmy, założyliśmy sprzęt na rowery i o 06:00 udaliśmy się na zamówione śniadanie. Jajecznica z chlebkiem nie była tak zła, wzmocnieni ruszyliśmy w drogę.

Już na starcie czekał nas kilometrowy podjazd do Ogrodzieńca. Mimo “rześkiego” poranka, rozgrzaliśmy się momentalnie. Przy zamku szybkie zdjęcia no i pora pędzić dalej.

Zamek Ogrodzieniec.
Zapowiada się ładny dzień 🙂

Droga początkowo wiodąca malowniczymi polami, skierowała nas w las. Nie było tak źle, pierwsze 10 km zrobiliśmy w 57 min. Niestety, im dalej w las, tym gorzej. Szlak wyboisty, pod górę, dużo luźnych kamieni. Kolejne godziny to już powolne tracenie. I sił i dystansu.

Co gorsze słabo szło nam realizowanie części turystycznej. Opuściliśmy ruiny strażnicy w Ryczkowie [92,4 km]. Trochę niezauważony przeszedł też Zamek Pilcza w Smoleniu [98.8 km]. Przynajmniej pod względem fotograficznym 🙂
Wiecie jak to jest, najpierw czekasz, czekasz aż będzie lepsze ujęcie i nagle jest całkiem po tym ujęciu 🙂 Tak było tutaj. Najpierw zamek miałem pod słońce, a później okazało się, że drzewa zasłaniają go tak skutecznie, że aparatu nawet nie było sensu wyciągać. Trudno…

Droga, wymagająca w dalszym ciągu, doprowadziła nas w Dolinę Wodącej. Leśne tereny, ciekawe skały, Jaskinia na Biśniku.

Jaskinia na Biśniku

Przy kolejnym odcinku [102.2km] można wspomnieć czasy wojny i zobaczyć pomnik poświęcony oddziałowy AK kpt. Hardego.

Pomnik partyzantów.

Kolejny punkt programu jaki nam gdzieś przepadł to ruiny zamku w Bydlinie [110.2 km]. Miał być a coś nie było 🙂

Droga po chwilowej poprawie, przechodzi dość szybko w trudny szlak. Jest pod górę, mnóstwo piachu. Nie ma wyjścia, pozostaje rowery pchać. Dużo osób wskazuje ten fragment jako najmniej przyjemny z całej jazdy.

Poprawa warunków następuje w okolicy Rabsztyna [124.8 km]. Tutejszy zamek na szczęście udaje się zobaczyć.

Zamek Rabsztyn.

Następne ciekawe miejsce na trasie to Olkusz. Warto odbić na chwilę z trasy i zobaczyć ładny rynek. Skusiliśmy się tu na szybką kawę i lody (w końcu! :)). Proponowałem również mojej Żonce jakiś obiad ale kręciła coś nosem, że jeszcze nie. Nie, to nie, przyszło za to odpokutować, bo później niestety na nic ciepłego czasu już nie było 🙂

Rynek w Olkuszu.

[132,6 km] Osiek. Lepszy asfalt kończy się, wygląda, że trzeba polną droga piąć pod górę. Wyleźliśmy i zwątpiliśmy. Czy to na pewno tu? Nawigacja w komórce, pokazuje, że jesteśmy jakoś z boku szlaku. Zjeżdżamy z powrotem do wsi i…. katastrofa. To jednak była dobra droga. Nic, pozostaje znów wspinać się pod górkę. Znaki oczywiście były, wystarczyło lepiej się rozglądać.

Pola, łąki…

Dobrze chociaż, iż piękne plenery wynagradzają ten bezsensowny trud. Pola, łąki zapewniają świetne widoki. Dla spragnionych skał, za jakiś czas monumentalna skała Powroźnikowa.

Skała Powroźnikowa. Mijamy ją dołem ale jakby był czas, można by się wspiąć kawałeczek…

Jakoś w tej okolicy zaczyna mi się zapalać lampka ostrzegawcza w głowie. Mój rower nie hamuje. Coraz ciężej jest mi się zatrzymywać przy zjazdach w dół. Tylni hamulec był słaby ale, że przedni też?, to nie wiem o co chodzi 🙁 Niestety, im dalej tym gorzej.

Po zobaczeniu Kościoła w Paczółtowicach [147.3 km] poddaję się. Nie mam wcale hamulców. Zaczyna robić się gorąco. Wcześniej spowalniał nas brak przerzutek u mojej Justyny, teraz (i to dużo mocniej) spowalniam nas ja. Przed każdym zjazdem wytracam prędkość jak się da, zaczynam pomagać sobie nogami. Żona rusza trochę do przodu by ostrzegać przed zbyt dużymi zjazdami i ewentualnymi zakrętami za nimi. Na końcu Paczółtowic jest ostry zjazd. Nie daję rady, muszę zejść i iść.

Drewniany kościółek pw. Najświętszej Marii Panny.

Atrakcje turystyczne schodzą na drugi plan. Czas zaczyna gonić, a my przesuwamy się coraz wolniej do przodu.

Dolina Eliaszówki [148.8 km] za nami ale nie idziemy oglądać Klasztoru Karmelitów w Czernej.

Na trasie ciekawe miasteczko Krzeszowice [156,2 km]. Walcząc z rowerem i stawaniem chociaż przed światłami dla pieszych, mijamy bokiem Pałac Potockich. Nie wracamy, jest za mało czasu.

Za Krzeszowicami droga daje troszkę wytchnienia (bo jest po prostej). Sprawnie docieramy do rozwidlenia dróg przy Zamku Tenczyn w Rudnie [160.5 km]. Szlak skręca w lewo, do zamku trzeba albo pojechać 2 km w prawo (asfaltem) lub iść, od pobliskiego parkingu, a potem 400 metrów pod stromą górę. Debatujemy rodzinnie co robić. Ryzykownie tracić czas, ale z drugiej strony, przyjechaliśmy coś zobaczyć a nie tylko pedałować! Wychodzi, że najszybciej będzie 400 m pod górę. Żonka mówi, że nie idzie, będzie odpoczywać. Ja prawie biegiem robię tą cztery-setkę no i jest. Yyyy… w remoncie, zakaz wstępu. Wykazuję obywatelskie nieposłuszeństwo i wchodzę. Zanim mnie przegonili parę zdjęć udaje się zrobić i zobaczyć chociaż jak ten zamek wygląda 🙂
Szybki bieg w dół i jedziemy.

Ruiny Zamku Tenczyn.

W tym momencie pozwolę sobie skrócić dokładny opis szlaku.
Na trasie spotkacie już mniej skał. Odcinki prowadzą bardziej przez pola, lasy, wioski. Nie ma tu już w mojej ocenie bardzo spektakularnych zabytków, widoków.
Sporo za to podjazdów, a co gorsze szybkich zjazdów. Cuda wyczyniałem na rowerze. Albo jechałem jak wariat, albo wybierałem coraz gorsze fragmenty drogi. Pobocze, nierówności, liście, trawa pozwalały mi trochę wyhamować. Nogi dodatkowo służyły mi za hamulce. Tarłem butami o podłoże ile się da. Nie zawsze się dało, bałem się, by gdzieś się nie wyrąbać – było jednak krzywo, na poboczu luźne gałęzie, kamienie. Strasznie to męczyło. Dużo fragmentów i tak było zbyt ostrych na zjazd, musiałem schodzić i iść. Zwłaszcza przy Balicach jak na złość mnóstwo fragmentów w dół.
Przerwy robimy coraz krótsze, ale w którymś momencie dochodzi do nas, iż musimy przejechać nie 100 a 110 km. Nie wiem jak to wyliczyliśmy ale wygląda, że nie ujęliśmy odcinka prowadzącego przez Kraków.
By mieć chociaż teoretyczne szanse zdążyć na pociąg każde zejście z roweru = bieg. Zaskoczony jestem ale mimo prawie 100 km w siodle, biegnie mi się (z rowerem więc trudniej) całkiem, całkiem. Widać treningi pod ultra coś tam dają 🙂
Finalnie pojawia się tablica Kraków. Rezygnujemy z nawigacji przewodnikiem i Mapa.Cz. W Google Maps wbijamy target – Dworzec Centralny i jedziemy bezpośrednio do niego. Dobrze, że oboje wpisaliśmy trasę, bo jak na złość Google prowadzi słabo. Mi w którymś momencie, przestaje odświeżać trasę, żonie działa ale też marnie.
Sam Kraków to wyścig z czasem. Dobrze, że mają tu wygodne ścieżki rowerowe i jest po płaskim 🙂 Prujemy, nic nie oglądamy.
Ufff… jest. Na Dworzec wpadamy 18.45. Udaje nam się znaleźć Intercity, sadowimy się w nim i powoli schodzi z nas ciśnienie.

No i po bucikach.

Podróż pociągiem, upływa miło i przyjemnie. Cały wagon dla nas, rowery mamy na oku. Intercity ma swoje plusy, kupujemy herbatkę u obsługi i spokojnie sobie siedzimy.
Opóźnienia nie było żadnego, około 21:00 jesteśmy w Częstochowie. Podobnie jak wcześniej włączamy Google Maps. Niby tylko 8 km do hotelu, ale ten fragment drogi też przyjemny nie był. Szuram butami po asfalcie ciesząc się, że już ciemno i nikt nie widzi tej porażki.

Finalnie w hotelu meldujemy się o 21:45. Można odpocząć, by kolejnego dnia rano zebrać sie już w drogę powrotną do domu.

PODSUMOWANIE

ROWEROWY SZLAK ORLICH GNIAZD
Jeden z najstarszych, rowerowych szlaków w Polsce, ze wszech miar godny jest pokonania. Oznakowanie na trasie jest bardzo dobre, zaryzykowałbym stwierdzenie, że można by go przejechać po samych znakach.

Na trasie są sklepy, restauracje – spokojnie można uzupełniać prowiant na bieżąco, bez konieczności niesienia wszystkiego w torbach.

Piękne tereny (zamki, skały, pola, zabytki) czynią również tą wyprawę bardzo atrakcyjną. Widoki cieszą oczy i powodują, że chce się jechać.

Uwaga, jeśli jednak chcecie zwiedzać wszystkie atrakcje, to zarezerwujcie na jazdę minimum 3 dni. A idealnie by było wg. mnie jechać 4 dni (i mieć np. część ostatniego dnia na Kraków).

Sama trasa ostrzegam jest dość wymagająca. Mało tu po prostej, ciągle góra-dół. Zróżnicowana nawierzchnia, dużo szutru, kamieni, piachu powoduje, że najwygodniejszy będzie rower górski, na szerokich oponach. “Spacery” na trasie i tak będą 🙂
Jednak nie jest to trasa ekstremalna, średnio doświadczony turysta spokojnie ją przejedzie.

WALOR POZNAWCZY (SPRZĘTU, FORMY)

To był nasz pierwszy, tak solidny rajd rowerowy. Mimo, utrudnień sprzętowych, jestem z jego przebiegu bardzo zadowolony.
Potwierdziło się, że jesteśmy w stanie jechać na rowerze dzień po dniu, pokonując długi dystans.
Sprawdziło się wyposażenie (torby, nawigacja).
Wyszły też oczywiście problemy, które będą dobrą nauczką na przyszłość:
– przede wszystkim sprzęt musi być w 100% sprawny i dobrze sprawdzony przed wyjazdem,
– planowanie czasu musi koniecznie zawierać margines bezpieczeństwa czasowego. Na styk się nie da.

Cóż… mam nadzieję, że na taką wycieczkę Was namówiłem, a nie zniechęciłem. Naprawdę warto przejechać się po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Polecam 🙂



Rowerowy Szlak Orlich Gniazd – część 2/3

PIERWSZY DZIEŃ JAZDY (WTOREK) – CZĘSTOCHOWA – OGRODZIENIEC (OKOŁO 90 KM).

Jak wspomniałem w pierwszej części relacji – wieczorem przygotowaliśmy sobie co mamy na rowery zabrać, a co zostanie w aucie.

Jako turyści postawiliśmy na minimalizm i wygodę jazdy 🙂 Każde z nas miało spakować się w jedną sakwę mocowaną pod siodłem (do rurki i siodełka). Spoko to wyszło, dało się wszystko wepchać, co dobrze rokuje na przyszłość (w tej konfiguracji chcieliśmy też jechać nad morze).

Przeglądnęliśmy również dokładnie jak prowadzi trasa RSOG.
Jej właściwy start wyznaczony jest w okolicy Dworca Głównego. Z naszych wyliczeń wyszło, iż hotel mamy praktycznie na końcu Częstochowy i to blisko szlaku. Powoduje to, że nie ma żadnego sensu wracać do Dworca, a po prostu trzeba dobić do szlaku omijając mało ciekawy, miejski fragment szlaku.

Nawigację na szlaku mieliśmy prowadzić dwutorowo. Po pierwsze kupiłem świetny plan trasy z wydawnictwa Compass (aktualny, edycja 2020).
Dodatkowo zainstalowałem na komórce aplikację Mapa.Cz. Dało się do niej pobrać mapy offline interesującego nas obszaru + dodatkowo wczytałem track GPX (z bloga Rowerem po Śląsku).
Za mapę papierową odpowiadała moja małżonka a mi pozostało wieźć komórkę 🙂

Przewodnik po szlaku. Polecam, bardzo przydatny.

Małe uwagi techniczne. Dystanse przy miejscowościach podaję na bazie oficjalnego przewodnika. Nam wychodziło trochę inaczej (bo zaczęliśmy w innym miejscu).
Relacja mimo, że staram się być dokładny może zawierać jakieś moje małe niedopatrzenia (wiele emocji na szlaku, coś można zapomnieć, przekręcić).

NO TO, STARTUJEMY
Nie ma co spać, trzeba jechać (tym bardziej, że nie wiadomo tak do końca jak to nam będzie szło :)). Pobudka dość wczesna, bo około 06:30. Śniadanko, pośpieszna analiza czy pogoda dalej ok, wynosimy graty do auta i zbieramy się do rowerów.

Mimo treningu mocowania sakw, trochę się przy tym miotaliśmy. Jednak obciążone większą ilością bagażu, mocniej opadały w dół. Zwłaszcza moja, zaczynała szurać po kole i parę razy jeszcze w Częstochowie stawaliśmy. Ekspert w osobie mojej Żonki ogarnął to jednak i już za miastem jechało się lepiej. Ale… nie będę ściemniał ten rodzaj toreb wymaga jednak trochę uwagi, co jakiś czas wypadało paski dociągać, podregulować. Trzeba mieć to na uwadze. Jak kogoś mega denerwuje to lepiej jednak zainwestować w bagażnik.

Mimo tego małego utrudnienia spokojnie, rozruchowo sobie jedziemy. W Częstochowie świetny asfalt ścieżki rowerowej, mijamy przejazdy kolejowe no i już za chwilę można skręcać w las (okolice Rezerwatu Zielona Góra), w stronę wsi Kusięta [13.4 km].
Zimno o poranku, wiatrówki się przydają, ale szybko za miastem je zrzucamy. Słońce zaczyna grzać 🙂

Tutaj czeka nas pierwsza, większa 🙂 atrakcja – Góry Towarne [17 km]. Prowadzi do nich parę odbić. My skorzystaliśmy z pierwszego i już za chwileczkę byliśmy na ich szczytach (uwaga, sporo piasku, trzeba już było kawałek podejść). Widoki piękne, warto wejść i zerknąć czy na same góry, czy na Częstochowę lub zamek w Olsztynie.

Góry Towarne. W tle Zamek Olsztyn.

Po tym przerywniku asfaltem docieramy do Olsztyna. W mieście szybki “look” na Rynek no i jedziemy dalej. Tu notujemy też pierwszą mała pomyłkę nawigacyjną. Przegapiliśmy skręt w lewo i zbytecznie lecimy prostu ku końcowi miasta. Pomyłka w miarę szybko wyłapana, cofamy się i już za chwilę możemy podziwiać piękne widoki na ruiny zamku.

Rynek w Olsztynie.
Ruiny Zamku w Olsztynie. Dojście do nich mocno piaszczyste.

Praktycznie wszystkie ruiny zamków (poza będącymi w stanie szczątkowym małymi strażnicami) są dostępne do zwiedzania. Niestety, przy naszym grafiku czasowym nie ma sensu wchodzić. Szkoda kasy na ekspresowe zwiedzanie, musi wystarczyć z wierzchu.

W okolicy zamku jest trochę piasku po którym źle się przemieszczać, szczęśliwie szybko zaczynają się twardsze leśno-wiejskie drogi prowadzące do Zrębic [26.3 km] gdzie można zobaczyć zabytkowy, drewniany kościół.

Zrębice. Kościół św. Idziego.

Po Zrębicach na trasie jest Pustynia Siedlecka. Widzimy drogowskaz, źle chyba jednak odczytaliśmy go bo mijamy ją i jedziemy dalej szlakiem. Szkoda, uznajemy jednak, że nie będziemy się wracać. Czeka na nas bowiem kolejne ciekawe miejsce – Złoty Potok [35,2 km]

Jako, że jest już około 12:30 pora więc na jakiś obiad. W restauracji położonej w stylowym dworku (reklamującej się pstrągami) skusiliśmy się na zupę rybną (ja) a moja lepsza połówka na bezpieczne pierogi 🙂

30 min odpoczynku, pojedzone, można ruszać dalej, tym bardziej, że sporo tu do zobaczenia. Warto wstąpić na teren zespołu parkowego z pałacem Raczyńskich i dworkiem Krasińskiego. Chwilę dalej czeka kościół św. Jana Chrzciciela i “ryneczek” ze studnią i figurą “Nosiwódki”

Pałac Raczyńskich.
Figura “Nosiwódki” na centralnym placu Złotego Potoku.

To jeszcze nie koniec tego co ciekawe. Mieści się tu też część tzw. rekreacyjna – staw Amerykan [37,5km]. W sezonie pewnie tu pełno ludzi. Teraz pusto, straganiki pozamykane, a szkoda bo można by jakiegoś loda zjeść 🙂

No nic, pozostaje jechać dalej. Droga skręca w las – Rezerwat Parkowe. Sporo tu ciekawych form skalnych i jaskiń.

Jaskina w Rezerwacie Parkowe.

Szlak robi się bardziej wymagający a my popełniamy drugi błąd nawigacyjny. Ze szlaku rowerowego odbijamy na szlak pieszy. Górki robią się zbyt duże, kłody, korzenie przeszkadzają. Trzeba co chwilę prowadzić. Mijają nas wprawdzie dwaj rowerzyści ale oni dysponują chyba sprzętem parę klas wyższym, nie mają bagaży i widać, że przyjechali się tu zmęczyć 🙂 My nie damy rady, prowadzimy. Szkoda, zmarnowaliśmy tu sporo czasu idąc a nie jadąc.
Finalnie na około [40.5 km] dobijamy do właściwej trasy i można oprócz jechania pooglądać ciekawe formacje skalne – Bramę Twardowskiego, Diabelskie Mosty.

Diabelskie Mosty.

Droga robi się już bardziej cywilizowana. Zaczynają się miejscowości, asfalt i tempo jazdy rośnie. Rośnie ale do momentu – Awaria.
Moja Żona na kierownicy ma torbę z różnościami. Przyciskała ona linkę przerzutki przedniej do lampki odblaskowej. Owa niestety miała ostrą krawędź i przecina osłonę. Linka wyłazi i koniec możliwości zmiany biegów. Nie naprawimy tego. Dętki, łatki, narzędzia mamy, osłony linek niestety nie.
Szczęście w nieszczęściu, że padło na najmniejszej zębatce. Szybko nie pojedzie ale przynajmiej pod górki może podjeżdżać.

Jak w kalejdoskopie zmieniają się kolejne miejsca i kolejne widoki warte odnotowania.

Ruiny strażnicy w Przewodziszowicach.

Strażnica w Przewodziszowicach.

Sanktuarium Matki Bożej Leśniowskiej.

Rzeźby na terenie Sanktuarium.

Żarki [49,2 km] ze swoimi unikalnymi stodołami i muzeum we młynie.

W kolejce do młyna 🙂

Droga dalej świetna, owszem z góry i w dół jest ale po przyjemnym asfalcie. Szybciutko to leci i zaczynają się większe, dobrze znane zamki.

Pierwszy to Zamek Mirów a już za chwileczkę Zamek w Bobolicach.

Zamek w Mirowie.
Zamek w Bobolicach.

Oba powyższe miejsca widać, że mocno turystyczne. Większy tu ruch, są restauracje. Debatujemy chwilę czy nie stanąć na lody (bo upał solidny) ale jednak pasujemy. Budki chyba zamknięte, w restauracji jeszcze trzeba będzie długo czekać…

Za Bobolicami kończą się asfalty i zaczyna chwilowo szuter. Nie jest uciążliwy więc to też całkiem fajny odcinek.

Zdów [60.9 km], za nim Rezerwat Góra Zborów z formacjami skalnym i dojeżdża się do nietypowej, zielonej, kostkowanej trasy rowerowej. Przy niej leża Jaskini Głęboka, Ośr. Morsko [72.4 km] z zamkiem Bąkowiec. Omijamy je trochę z żalem ale jednak czas goni. Trzeba jechać dalej.

Góra Zborów.

Przed nami jeszcze Sanktuarium w Skarżycach i Okiennik Wielki [76.6 km] i dalej w kierunku Bzowa [83,7 km].

Sanktuarium w Skarżycach.
Okiennik Wielki.

Górki, zjazdy. Oj, jest się gdzie zmęczyć. Jak ktoś dobrze śledził profil trasy praktycznie bardzo mało jest po płaskim. Albo wspinamy się w górę, albo zjeżdżamy w dół. Przydają się też rowery górskie. Nawierzchnia na trasie różna ale jednak wymagająca. Cieńkie opony, nie zdałyby tu egzaminu.

Przy [80.8 km] dojeżdżamy do Kromołowa gdzie trzeba pokonać ruchliwe skrzyżowanie z drogą 78 (są światła na szczęście) i znów mozolnie piąć w górę 🙂 Kolejna miejscowość na trasie – Bzów [83.7 km].

Tutaj kolejny miły odcinek – wprawdzie najpierw wspinamy się pod górkę szutrami ale rekompensuje to nowiutki asfalt, po którym już za chwilę mkniemy w dół. Wokół piękne plenery – pola, górki.
Jeszcze gdyby nie ten upał! Druga połowa dnia, powietrze rozgrzane, stoi, zero wiatru w sumie.
Przy zjeździe czuję, że coś moje hamulce zaczynają niedomagać. Cisnę oba, ale w sumie spowalniam maszynę niż staję w miejscu. Słabo, ale biorę to na karb stromego zjazdu, dużej masy mojej + roweru + bagażu.

Finalnie naszym oczom ukazuje się panorama Podzamcza. Monumentalny zamek podziwiamy przez chwilę i udajemy się jeszcze jakieś 1.5 km w stronę Ogrodzieńca gdzie mamy nocleg.

Już za chwilę Podzamcze wraz z monumentalnym Zamkiem Ogrodzieniec.

Jest już około 18.15-18.30. Plan mamy niby odpocząć i wrócić na zachód słońca nad zamkiem jednak lenistwo zwycięża 🙂 Małe zakupy na wieczór, pizza w hotelu i relaksik.

Forma po pierwszym dniu więcej niż dobra. Słońce nas trochę strzaskało ale nie poparzyło. Nogi i tyłek ok. No przynajmniej mój. Wymieniłem niedawno w rowerze siodło na trekkingowe z Lidla (Wittkop Medicus) i jestem z tego mega zadowolony. Wcześniej miałem sportowe siodło (też z marketu) i na nim pewnie bym konał 🙂

Ponieważ w drugi dzień czeka nas dłuższy odcinek (i wieczorem pociąg w Krakowie), planujemy szybszy start i kładziemy się spać.

Rowerowy Szlak Orlich Gniazd – część 1/3

WSTĘP
Poniższym wpisem chciałbym zacząć małe urozmaicenie tematyki bloga, czyli opisy moich rowerowych wypraw.
Jeżdżę (wraz z moją małżonką) rekreacyjnie, dla przyjemności ale nie ukrywam, że wybieramy sobie już cele całkiem ambitne.
Myślę więc, że może to być ciekawe dla osób, które też lubią ambitną turystykę ale niespecjalnie zależy im na rowerowych, osiągnięciach sportowych (wyścigach, zawodach).
Przy tej okazji (wpisów dwukółkowych) pewnie czasem też skrobnę coś o sprzęcie jaki mam i używam ale z góry przepraszam za ewentualne, mało profesjonalne podejście. Mega ekspertem nie jestem i doktoryzować w tej dziedzinie się nie zamierzam. Będzie w moim stylu – z pozycji amatora mówiącego czy jemu się produkt nadaje 🙂

No ale ok, nie przedłużajmy 🙂

POMYSŁ I PRZYGOTOWANIA
Idea tej wycieczki narodziła się trochę spontanicznie. Pisałem (w podsumowaniu sierpnia), że mieliśmy spore, rowerowe plany na 2020. Z powodu covid-a ich realizacja nie wypaliła więc niejako zastępczo wpadłem na pomysł tej zacnej trasy. Zamki, górki lubię więc czemu nie 🙂

Oczywiście, nie był to jakiś totalny spontan. Przed podjęciem ostatecznej decyzji trochę internetu przewertowałem, posprawdzałem logistykę.
O szlaku sporo można poczytać na jego oficjalnej stronie:

Rowerowy Szlak Orlich Gniazd

Mi bardzo spodobał się opis trasy i pomysł na jej pokonanie ze strony (polecam!):

Rowerem po Śląsku

Z wyliczeń wyszło nam, że pojedziemy we wrześniu kiedy jeszcze można liczyć na stosunkowo dobrą pogodę, a trwający rok szkolny spowoduje brak problemów np. z miejscami w hotelach.
Forma nasza pozwalała ze spokojem myśleć o takim wyzwaniu (a szlak liczy około 190 km). Rowery rozruszane, sprzęt był skompletowany (np. sakwy rowerowe zakupiłem już w zeszłym roku, z myślą o przejechaniu polskiego wybrzeża) czyli pozostało ruszać 🙂

Jako miejsce startu wybraliśmy Częstochowę, meta wiadomo w Krakowie. Analizując profil szlaku w sumie to obojętne gdzie start-meta, w obie strony jest bardzo podobnie.
Ambitnie postanowiliśmy pokonać RSOG (Rowerowy Szlak Orlich Gniazd) w 2 dni, dzieląc go na w miarę równe połowy. Dziennie wychodził nam więc całkiem spory dystans i liczyliśmy się z faktem, że nie wszystko na trasie zobaczymy z należytą uwagą. Czy ta decyzja była dobra myślę, że napiszę na końcu relacji jednak całość wycieczki wraz z dojazdem i powrotem całość zajęła nam 4 dni, czyli całkiem sporo.

Plan ramowy wyglądał tak:
– w pierwszy dzień jedziemy autem do Częstochowy, zwiedzamy ją i mamy pierwszy nocleg,
– ruszamy w drugi dzień rano, jedziemy połowę trasy i mamy drugi nocleg,
– ruszamy rano dnia trzeciego, dojeżdżamy do Krakowa gdzie łapiemy pociąg i wracamy do Częstochowy. Tu nocleg trzeci,
– czwarty dzień to już powrót samochodem do domu.

DZIEŃ PIERWSZY (PONIEDZIAŁEK)
Tobołki spakowane mieliśmy już wcześniej więc rano skoczyliśmy tylko po świeże bułeczki do sklepu, szybko załadowaliśmy rowery na wehikuł drogowy i można było ruszać.

Rowerowóz w pełnej krasie. Taki. bo do niego mam bagażnik 🙂

290 km pokonaliśmy spokojnie i bez problemów. Nawet nawigacja jakoś specjalnie nie skiepściła i trafiliśmy 🙂
Trasa okazuje się wiodła bardzo dobrymi drogami, z małym natężeniem ruchu, omijało się wszystkie większe miasta. Moim Opelkiem szybko z rowerami się nie da, ale za to odwdzięczył się fenomenalnym spalaniem, poniżej 4 litrów ropy na 100km 🙂
Hotel wybrałem w Częstochowie położony trochę na uboczu (w dzielnicy przemysłowej, koło terenów huty). Zależało mi na tym by było miejsce na zostawienie auta, a nie centrum miasta z płatnymi strefami. Pod tym względem trafiłem idealnie. Było czystko, spokojnie, nie robili problemów by auto stało sobie nawet jak nas nie ma. A skoro jestem zadowolony to co mi szkodzi polecić – Hotel Geris (wybierany z Booking.com).
Dodatkowym plusem lokalizacji okazał się fakt, że blisko mieliśmy do szlaku rowerowego, przy czym omijało się jazdę przez Częstochowę. Szlak formalnie prowadzi bowiem przez miasto, od dworca kolejowego.
Są plusy, są i minusy 🙂 Do Starego Miasta było stamtąd 7 km, a do Jasnej Góry koło 10 km.

Jak już rozgościliśmy się trochę w hotelu, pozostało ruszyć w miasto. Moja małżonka optowała za jazda rowerami. Mi jakoś pasowało bardziej pieszo. Myślę sobie, będzie kłopot zwiedzać z rowerem, może nie ma gdzie go postawić itp. Na swoje nieszczęście przekonałem ją i poszliśmy. Rany… kobiety mają jednak często rację.
Szło się przemysłową strefą, nie widząc żywej osoby (GPS nam wskazał to jako najkrótszą trasę pieszą). Mijały nas tylko jeżdżące auta. Oczywiście nie było żadnego sklepu, a upał w mieście nieziemski (z pogodą trafiliśmy idealnie, nie padało przez całą wycieczkę, słoneczko smażyło za to cały czas).
Pierwszą Żabkę spotkaliśmy dopiero na Starym Mieście więc czym prędzej nawadnialiśmy się i dopiero później ruszyliśmy dalej. Na jakiś obiad, a później już tylko zwiedzać i zwiedzać…

Wiadomo, Jasna Góra w swojej okazałości.

Hmmm… Święte Miasto zobowiązuje, sporo kościołów, nic specjalnego poza tym. Nie wiem czy to z powodu poniedziałku czy “po sezonie” ale na Jasnej Górze pusto, pozamykane dużo miejsc do zobaczenia. No ale ok, co trzeba zobaczone, zdjęć parę dokonałem, pamiątki kupione można wracać do hotelu.

I od drugiej strony 🙂
Park przy Jasnej Górze.

10 km spacer spowodował jednak, że ruchu mieliśmy dość 🙂
Pierwotnie myśleliśmy o tramwaju na powrót (linia szła po trasie naszego “spaceru”) ale w dobie covida i małej wiedzy gdzie, po ile bilety to padło na taxi. Nie wyszło drogo, a dużo męki nam oszczędziło.

Ufff… w hotelu można było odpocząć, wstępnie się spakować na jazdę i pora było zaczynać odpoczynek nocny.