Archiwum kategorii: Roznosci

Bagażnik rowerowy na hak

Poniższy tekst to kilka luźnych przemyśleń na temat używania, pierwszego w moim przypadku bagażnika rowerowego mocowanego na hak.
Zima to nie najlepszy czas na jazdę rowerem ale za to dobry na planowanie inwestycji (na kolejny sezon). Jeśli lubicie wycieczki rowerowe, musicie często podjechać autem na ich start – może temat Was zaciekawi 🙂

Do tej pory używałem standardowych rynienek mocowanych na relingach / dachu auta. W przypadku jednego, dwóch rowerów zakładanie tego nie szło tak źle. Dało się to ogarnąć samemu aczkolwiek pomoc drugiej osoby zawsze była mile widziana (a to potrzyma, a to założy opaski czyli idzie szybciej).
W moim przypadku było też o tyle łatwo, że mam niskie, osobowe samochody – stojąc na ziemi spokojnie można dźwignąć rower i postawić go na dachu. W przypadku SUVa czy terenówki tak łatwo by nie było.

Niby wszystko ok ale… w którymś momencie coraz częściej zauważa się ograniczenia tego systemu. Przy trzech rowerach ciężko wstawić ten na środek dachu. Są różne ramy rowerów – grube, cienkie. Nie w każdym mocowaniu dana rama się dobrze trzyma. Jazda autem też nie jest tak komfortowa – „ładunek” trzeszczy, szumi, można o coś zahaczyć jak jest nisko.

Z tego powodu postanowiłem zainwestować w hak (do auta) i finalnie w bagażnik na niego. Jest sporo różnych rodzajów, firm. Najważniejsze cechy na które myślę, że warto zwrócić uwagę to:
– bez narzędziowe zakładanie na hak. Czyli nie potrzeba dokręcania żadnymi kluczami itp.
– udźwig . W przypadku „normalnych” rowerów to raczej nie problem ale przy elektrykach nieraz nie jest już tak dobrze,
– mocowanie roweru. Widziałem takie, do których łapie się rower za korbę/pedał jak i częściej spotykane z uchwytem do ramy,
– możliwość pochylenia bagażnika. Przydatne bo jak trzeba sięgnąć do bagażnika auta, nie trzeba zdejmować rowerów (i samego bagażnika).
– firma. W przypadku znanych producentów nawet do starych, używanych bagażników można dostać części zamienne,
– cena 🙂 Trochę wydać trzeba więc ja już na starcie oglądałem używane.

Po analizie moich wymagań zdecydowałem się na stary ale solidny bagażnik na 2 rowery – THULE EuroClassic 913. Miał on wszystko co wyżej wymieniłem a że firma uznana to wiedziałem, że będę zadowolony. I tak właśnie jest.

THULE EuroClassic 913

Bagażnik jest solidnie wykonany. Trochę waży ale facet nie ma wielkich problemów by go przenieść. Mojej Żonie też to jakoś się udało (na krótkim odcinku ale zawsze :)).
Mocowanie jest dokonywane bez narzędzi. Zakłada się go po prostu na hak, zaciska dźwignię i dokręca kontrującą nakrętkę (wszystko to jest w bagażniku). Popuszczając kontrę – bagażnik się wygina czyli dostajemy dostęp do kufra auta. Wszystko oczywiście zrobi jedna osoba, nikt nie musi nam nic trzymać itp.
Same rowery stoją na nim stabilnie (nasze górale na kołach 26″). Zamocowane są do ramy + koła opaskami do rynienek.
By nie było obaw, że ktoś nam sprzęt ukradnie, mój Thule ma 2 zamki. Jeden blokujący mocowanie haka, a drugi mocowanie rowerów. To spory plus. Bez obaw można zostawić auto na parkinu i np. iść coś zjeść czy zwiedzić.

Na maszynie

Przechodząc zaś do sedna – jazdy. Jest dobrze. Mimo, że mam małe auto (Opel Astra G) to rowery nie wystają na boki poza linię lusterek. Jedzie się dużo wygodniej niż z bagażnikiem dachowym. Ciszej, nie ma się wrażenia, iż rowery mogą spaść. Auto jest z pewnością stabilniejsze w zakrętach czy na nierównościach.

Z tego wszystkiego uważam, że jeżdżąc trochę więcej z rowerami jak najbardziej warto zainwestować w taki rodzaj mocowania. Będziecie zadowoleni 🙂

Powoli do przodu, staramy się :)

Mimo wielu świątecznych pokus, przygotowania maratońskie nie upadły. Druga połowa grudnia idzie mi nawet lepiej niż pierwsza. Widać postęp kilometrowy, siły też są 🙂

 Ciągle to taki bardziej rozruch, wstrzymam się jeszcze z opisywanie tego dokładniej (do końca miesiąca). Podsumuję wtedy cały miesiąc, zobaczę czy trzeba wprowadzić jakieś zmiany. A od stycznia postaram się pisać co tydzień, co ciekawego dzieje się w treningu.

Praca koncepcyjna za to działa 🙂 chyba wprowadzę małą rewolucję do swoich treningów.

Ostatnie lata biegałem zawsze tak:
Wtorek (po płaskim)
Czwartek (po płaskim)
Sobota (góry)
Niedziela (góry + długie wybieganie)

Miało to sens kiedy próbowałem szykować się do różnych biegów górskich ale teraz gdy myślę o maratonie to chyba zmienię układ na:
Wtorek (po płaskim + długie wybieganie)
Czwartek (po płaskim + zabawa biegowa)
Sobota (góry)
Niedziela (góry)

Skąd taka wizja? Ano przemyślałem temat, że w przeszłości często zbyt ciężko było mi wykonać długie wybieganie w górach. Wiadomo teren męczy sam w sobie i te długie wybiegania były zawsze za krótkie. Dodatkowo (to teraz) w weekendy często łażę z kijkami + jeżdżę rowerem. Przy takim natłoku aktywności treningi biegowe kuleją. Jak nie zacznę dnia od biegu to później mi się już nie chce go robić. I odwrotnie po mocnym bieganiu nierozsądnie jest jeszcze „zarzynać” się rowerem, chodzeniem. To bez sensu przecież.

W teorii sens tej zmiany brzmi dla mnie akceptowalnie. Jedyny minus mojego pomysłu to fakt, że bliżej kwietnia może być już gorąco. Bo w tygodniu biegam po pracy, bliżej 17:00. Ale chyba nie ma się co tym przejmować teraz…

Po raz drugi i po raz trzeci

Zachciało mi się koloru to kupiłem sobie kolejne paski do Fenixa.

Pasek chiński numer 2 (bikolor XGSM) miał być tym ostatnim. Zakupiłem go w połowie września (na allegro), więcej się na niego wykosztowałem (bo kosztował koło 59 zł) więc zakładałem, że będę zadowolony.

Bikolor do Garmina

Do pewnego momentu tak było. Paseczek miły w dotyku, faktycznie w dwóch kolorach. To co od razu rzuca się w oczy to solidna klamra i solidne mocowanie quickfit (tym razem jakiś metal).

Niebieska wstawka z fajną fakturą
Tym razem solidne mocowanie QuickFit

Ślady zużycia jakieś na nim się pojawiły co chyba dobrze widać na poniższej fotce. Ale to takie przetarcia, które z daleka w oczy się nie rzucają.

Szlufka trochę dostała „w kość”

Fotki zrobione przy początku października, już prawie szykowałem się do opisu gdy parę dni później … pękł między dziurkami. No świetnie…

Zdegustowany jestem tym faktem. Oczywiście uszkodzenie w miejscu najbardziej używanym czyli pasek nieużyteczny. Na siłę można w sumie ścisnąć ze 2 dziurki dalej (tak czasem robię gdy zależy mi na pomiarze tętna) ale przecież nie o to chodzi. Niewygodne na co dzień.

Cóż. Jak widać większa cena nie eliminuje dziadostwa. Myślałem przez chwilę czy go nie reklamować bo miesiąc to jednak mało ale finalnie odpuściłem. Szkoda czasu, kasy na przesyłki a nie daj Boże przepychanki (jakby nie chcieli uznać). Na ten moment leży, być może spróbuję dokonać przeszczepu mocowania do pierwszego jaki kupiłem.

Jak już złość mi przeszła to uznałem, że zrobię podejście trzecie i ostatnie. Tym razem wyszukałem sobie paseczek sprzedawany w MediaExpercie (oczywiście też chiński). Firma – Tech-Protect IconBand. Kosztował 45 zł (ja dałem 42 bo wziąłem z outletu, z uszkodzonym opakowaniem).

Pasek Tech-Protect IconBand

Kolor ładny, oczodajny. Materiał na pierwszy rzut oka i dotknięcie ręki przyjemny, aksamitny i miękki (zrobiony z jakiegoś silikonu).

Także w tym pasku jest solidna klamra i mocowanie quickfit. Optycznie patrząc chyba takie same jak w poprzednim.

Ładny jest nie powiem
Tu też solidnie

Cóż tu więcej pisać. Mam go niecały miesiąc. Na ten moment „działa” ok. Nie ma śladów zużycia, nic nie wskazuje by miał „paść”. A jak będzie później to się zobaczy 🙂

Podsumowując. Patrząc jak krótko te paski wytrzymują (niezależnie od ceny) to widzę, że ich zakup to czysta loteria. Albo się uda albo nie. Szkoda trochę, do tej pory takich przebojów nie miałem. Kupiony lata temu chińczyk do Suunto, działa do tej pory. Widać szczęście zakupowe to ważna rzecz 🙂
3 paski jakie kupiłem to już około sto kilka złotych wydane i zastanawiam się czy nie lepiej by było polować na jakąś okazję na oryginalny. Pozostawiam to Waszej rozwadze.

Ostre Koło – Radio Wrocław (09.10.22)

Wszystko co dobre zmierza ku końcowi. Ostre Koło w roku 2022 dotoczyło się do mety. Skoro na kolejne wyjazdy trzeba czekać aż do 2023 no to oczywiście wypadało stawić się na ostatniej wycieczce w tym sezonie.
Tym razem rowerzystów przywitała Sobótka. Jeśli zaś Sobótka to należało spodziewać się, że będzie górsko (w końcu nie mamy się co Ślęży wstydzić :)).

Wyczytałem w internetach, że w ten weekend odbywają się tam wyścigi kolarskie. Przez myśl przemknęło mi, że pewnie znów będzie wyścig ale jednak nie drążyłem zbyt mocno tematu. Uznałem, iż ścigać mi się zbytnio nie chce, biorę górala i pojedzie się w ogonie stawki 🙂 Dobrze wybrałem rower o czym przeczytacie niżej 🙂

Zbiórka na Stadionie Miejskim
No to jazda

Faktycznie wyścig był ale nie dla nas. Jedyny punkt wspólny to miejsce startu – Stadion Miejski.
Radio Wrocław zorganizowało nam za to świetnego przewodnika, który zabrał nas na wycieczkę rowerową po okolicy. Super sprawą był fakt że jazda okraszona była kilkoma postojami i opowieścią o zabytkach, historii miasta itd.
Ciekawy był też dobór miejsc do zwiedzenia. Zaczęliśmy od centrum (Sobótka), by podjechać do Zamku Górka a później malowniczą trasą, okrążającą Ślężę zwiedzić okolicę. Było trochę asfaltu, trochę terenu. Jednym słowem dla każdego coś miłego 🙂
Widać, że prowadzący jazdę to profesjonalista, przygotował się do „zajęć” i każdemu życzę współpracy z takimi osobami.

Co ciekawego mogliśmy zobaczyć prezentuję na poniższych zdjęciach.

Z tym najczęściej kojarzy się Sobótka i Ślęża
Rynek w Sobótce
Zamek Górka – detale 1/2
Zamek Górka – detale 2/2
Z widokiem na górę
Fani szutru, kamieni powinni też być zadowoleni

Cała jazda w spokojnym tempie zajęła nam około 3 godzin, a pokonany dystans to 25 km. Trochę zmęczeni ale jednocześnie mocno zadowoleni mogliśmy wracać do siebie.

Na ten sezon już większych wypraw rowerowych nie planuję. Jak pogoda dopisze to myślę, że jeszcze trochę się w weekendy pojeździ ale końcówka roku z pewnością należeć będzie do biegania 🙂

Rowerem wokół Tatr – 3/3

Kezmarok – Nowy Targ. Dystans: 88,97 km, czas jazdy około: 7:55

Ostatni dzień jazdy zaczęliśmy o zwyczajowej porze (06:30). Niby urlop a nic się nie da wyspać 🙂 No ale co począć… Resztki snu wyparowały dość szybko, bo okazało się, że na dworze mamy całkiem zacny przymrozek.

Skoro zimno zmuszało by nogami kręcić to czym prędzej ruszyliśmy. Początek trasy (prowadzący nową ścieżką rowerową) był całkiem przyjemny. Po płaskim, z widokami na rzekę, góry. W którymś momencie, przekraczaliśmy wodę (zwyczajowym mostkiem linowym) i tu było czuć niebezpieczeństwa zimy. Ślisko było fest. Może śmieszne jak nogi trochę chodziły w miejscu ale wyobraziwszy sobie, że coś takiego napotkałbym jadąc z góry rowerem to już tak wesoło nie jest. Uświadamia to dobitnie, że wybraliśmy już jeden z ostatnich momentów na tą wyprawę.

Wody termalne? 😉

W Strażkach przejeżdża się przez teren pałacowy z ładnym parkiem. Dobra ścieżka rowerowa prowadzi nas do wsi Białej Spiskiej. Tutaj zaczyna się prawie 10km odcinek cyklostrady prowadzący wzdłuż drogi samochodowej. Prosty, asfalt, z widokami tylko kurcze… cały czas pod górę.

Góry, góry…

Nie jesteśmy zbyt zadowoleni ze początku tego dnia. Rower „nie idzie” trzeba się napedałować, a w sumie nie widać czemu.
Na kłopoty najlepsza jest kawa więc po godzince jazdy robimy zwyczajową przerwę. Wzmocnieni napojem i słodkościami dalej męczymy aż do miejscowości – Wysokie Tatry.
Miejsce bardziej turystyczne, pojawiają się rowerzyści, spacerowicze. Są nawet budki z pamiątkami (czynne) więc skusiłem się na pamiątkowy magnes na lodówkę. A co, niech będzie ślad, że tu byłem 🙂

Sporo rowerzystów leci główną drogą. Wąska i niebezpieczna ale warta rozważenia (jak myślę). Nam szlak wskazuje jednak skręcić w bok, pod górę (na szutrową drogę). Wpychamy rowery i … zaczyna się prawdziwa męka. Droga piękna widokowo (około 7 km) ale tragiczna do jazdy nawet naszymi góralami. Wąsko, są kamienie, trochę błota. Co wyjątkowo nieprzyjemne – nagłe skoki wysokości. Dużo krótkich, a ostrych podjazdów. Strasznie to męczy. Tempo jazdy spada do około 8 km na godzinę. Powiem nawet, że w najgorszym momencie dwie piątki kilometrowe robimy po prawie 50 min. Męczymy się a dystansu wcale nie ubywa 🙁

Ładnie ale jedzie się źle. A to i tak lepszy fragment.

W okolicy Zdziaru przez chwilę wraca się na asfalty by jednak szybciutko wrócić na tą kamienistą mękę.

Prawdziwej przygody by nie było gdyby zaś coś nie nabroić. W którymś momencie napotykamy przeszkodę, której raczej być na szlaku nie powinno. Przekracza się strumyk górski … bez mostu. Coś nas ociemniło bo zamiast zdjąć buty i przejść boso to decydujemy się na jakieś dziwne ruchy 🙂
Ja odważnie jadę do przodu. Szło dobrze do połowy, gdzie były betonowe płyty. Jak się skończyły to stanąłem w miejscu i oboma nóżkami musiałem się podeprzeć 🙁 Ekstra, w butach chlupie.
Moja małżonka zechciała być jeszcze bardziej pomysłowa. Zdjęła jeden bucik, przekazał mi rower. Stanęła sobie na wystającym kamieniu i zrobiła kroczek bosą nogą na inny. Nie przewidziała, że może być ślisko i ciapnęła cała boczkiem w wodę 🙂 🙂 No świetnie. Temperatury bliżej 0 stopni a my mokrzy. Nasze szczęście, że mamy ciuchy na zmianę. Trzeba było się na szlaku przebierać.

Wkurzeni trochę jedziemy, trochę pchamy rowery dalej. Koniec tej męki to spacer wzdłuż stoku narciarskiego, na parking z punktem widokowym na Tatry Bielskie (Strednica). Jest tu restauracja więc decydujemy się na obiad.

Odpoczynek na punkcie widokowym
Szersza panorama

Po parkingu pozostaje jeszcze około 1.5 – 2 km pod górę i w końcu zaczyna się GENIALNY fragment trasy. Cały czas w dół przez kilkanaście kilometrów (aż do Polski, do miejscowości Kacwin).
Droga początkowo prowadzi przez piękną Dolinę Potoku Bystra by po chwili (momentami mamy 45 km/godz na liczniku więc wiecie :)) wieść przez wieś Osturnia. Ta najdalej wysunięta na zachód wieś łemkowska wygląda jakby zatrzymał się w niej czas – mija się piękne drewniane, zdobione domy. Nowe też budują w tym stylu. Super!

Pędzimy w dół Doliną Potoku Bystra
Osturnia

Wszędzie dobrze ale w domu (Polsce) najlepiej 🙂
Podbudowani lżejszą jazdą w dół decydujemy, że zmierzymy się z dłuższym wariantem trasy, prowadzącym przez Niedzicę.

Aż do Niedzicy jedzie się przyjemnie. Dobry asfalt, mały ruch no i lekko w dół. Docieramy do Jeziora Sromowieckiego. Krótki odpoczynek i trzeba trochę docisnąć pod górę – w stronę zapory i Zamku w Niedzicy.

Zamek w Niedzicy

Ten odcinek trasy wiedzie nas przez Velo Dunajec. Widać, że to mekka rowerzystów 🙂 Mijamy tłumy dwukołowców. Po drodze mnóstwo wypożyczalni. Dużo ludzi pogina na elektrykach, co nas trochę wkurza bo człowiek zmęczony a oni pod górki wjeżdżają wylajtowani 🙂

Sam objazd jeziora to ciekawe przeżycie. Droga prowadzi ostro w górę, ostro w dół. Zakręty o 90 stopni lub więcej. No i chmara narodu na rowerach 🙂

Na zakończenie tego etapu jeszcze morderczy podjazd w górę i później już całkiem przyjemne pedałowanie aż do Nowego Targu. Jedzie się w sumie po prostej. Velo Dunajec dobrze oznaczone, dobra nawierzchnia więc to przyjemny akcent na zakończenie wyprawy.

Finalnie dojeżdżamy do hotelu. W końcu można chwilkę odpocząć, umyć się.
Naszą przygodę kończymy spacerkiem na nowotarski rynek i tyle. Dokonane 🙂

Nowy Targ – rynek 1/2
Nowy Targ – rynek 2/2

Fest się rozpisałem w tych 4 częściach więc nie będę tu już wiele wymyślał. Trasa Wokół Tatr ze wszech miar godna polecenia. Widoki genialne, z czego jak fotograf amator jestem zadowolony podwójnie 🙂
Trudność wynika w sumie tylko z dystansu. Największa męka to połowa ostatniego dnia ale myślę, że jadąc spokojnym tempem (jak my – średnia koło 10-15 km/godz.) każdy da radę.
Dla mniej wprawnych warto pomyśleć o podzieleniu drogi na więcej etapów. Można by wtedy pozwiedzać troszkę więcej. W przewodniku, który Wam polecałem są opisy wielu atrakcji wartych uwagi.
Cokolwiek wybierzecie, ja polecam jak najbardziej zmierzyć się z Tatrami.

Rowerem wokół Tatr – 2/3

Liptovsky Mikulas – Kezmarok. Dystans: 90,12 km, czas jazdy około 08:03.

Budzik dzwoni o 06.30 czyli znak, że powoli trzeba się zbierać. Śniadanko, pakowanie reszty dobytku i powoli ruszamy.

Na rozruch przyjemna ścieżka rowerowa prowadząca nadbrzeżami Wagu. Pierwsze plany to mniej ciekawe miejskie widoki – bloki, stare fabryki, ale za to z tyłu malownicza panorama Tatr Niskich.
Jest w miarę płasko, jedzie się dobrze i kilometrów w tym stylu (nadbrzeża rzeki, podrzędne asfaltowe drogi, ) nabijemy całkiem sporo. Z trzydzieści kilka na pewno.
W którymś momencie cywilizacja ucieka na bok, skręca się na leśne ścieżki i dalej pokonuje kilkanaście kilometrów w tym stylu. Cisza, spokój, tylko zieleń, skałki z jednej strony, a z drugiej urwisko z płynącą w dole rzeczką. W sumie przyjemny relaks gdyby nie to, że po pagórkowatym szutrze tak szybko się nie jedzie 🙂

Góry ustępują miejsca lasom.

W okolicy zapory Czarny Wag powraca się do asfaltu. Zaczynają się kolejne mniejsze i większe podjazdy. Nogi pobolewają więc decydujemy się na przerwę kawową by po chwili stanąć znów. Po lewej uczta dla oczu – piękna panorama Tatr.

Widać, że góry – śnieg jest.

Aż przyjemnie popatrzyć a to przecież nie wszystko. Na końcu odcinka podjazdowego wieś Szczyrba. Przed szybkim zjazdem do niej oczywiście obowiązkowe zdjęcie.

Szczyrba

Za nami prawie 50 km. Przyglądamy się zabudowaniom licząc na jakąś jadłodajnię ale nic z tego. Wszystko zamknięte więc pozostanie obyć się bez obiadu. Zapada za to decyzja, że na dalszą trasę wybieramy wariant dłuższy (około 40 km).
No to jazda. Kilka kilometrów dalej we wsi Łuczywna jest czynny sklep spożywczy więc tu skusiliśmy się na smaczne drożdżówki. Wzmocnieni, ruszamy dalej by dociągnąć się do większej miejscowości – Poprad. Szlak wiedzie przez miasto można więc zerknąć na ładny rynek i zabytki.

Popradzka starówka.

Za miastem jest chwila ruchliwą drogą DK18, z której na szczęście zjeżdża się po około 2.5 km we wsi Hozelec.

Pusta, wąska droga prowadzi przez przepiękne tereny, w których bezkresne pola mieszają się z majestatycznymi szczytami gór. Co chwilę staję robić zdjęcia. Moja Żona zaczyna trochę narzekać na kolano więc jedzie sobie wolno nie nadwyrężając nogi a ja po każdej focie ją z mozołem doganiam 🙂

Pola, łaki, góry 1/3
Z drugiej strony też ładnie 🙂
Pola, łaki, góry 2/3
Pola, łaki, góry 3/3

Piękne tereny ciągną się aż w okolice Wierzbowca, gdzie odbija się na typową, rowerową ścieżkę, która prowadzi nas aż do celu tego dnia – miasta Kieżmark. Szczególnie miły jest finish – z górki na pazurki 🙂 czyli, że w dół 🙂

Kieżmark.

Dzwonię do właściciela pensjonatu by odebrać klucze i tu czeka nas niemiła niespodzianka. Podawałem, że dojedziemy póżniej i … gościa chwilowo nie ma. Będzie za godzinę. Ech… słabo. Wracamy do centrum szukając gdzie coś zjeść. Pierwsza pizzeria nieczynna (mimo, że powinna działać wg google mapsów). Dopiero w rynku jest małe bistro gdzie wciągamy tortille. Decydujemy się też na zakupy w sklepie pod swojską nazwa Lidl 🙂 W ich czasie dzwoni właściciel więc wracamy na kwaterę by zacząć zasłużony odpoczynek.

A jak poszło w ostatni dzień jazdy? Zapraszam do kolejnego wpisu.

Rowerem wokół Tatr – 1/3

Nowy Targ – Liptovsky Mikulas (123,14 km, czas samej jazdy około 09:59)

Zadowoleni, że pogoda nie jest tragiczna (nie pada!) ruszamy spod hotelu. Do oficjalnego punktu startowego nie jest daleko więc już po chwili widzimy tabliczki dumnie informujące, że jesteśmy na Szlaku Wokół Tatr.

W stronę polsko-słowackiej granicy jedzie się bardzo przyjemnie. Asfaltowa ścieżka prowadząca po nieczynnym już nasypie kolejowym pozwala w spokoju nabijać kilometry i rozkoszować się widokami na Kotlinę Orawsko-Nowotarską.

Kotlina Orawsko-Nowotarska

Widać jednak, że jest już po sezonie. Infrastruktura gastonomiczna 🙂 pozamykana. Zwłaszcza później, na Słowacji będzie z tym problem. Jak widzicie czynną restaurację, pizzerię to lepiej korzystajcie bo nie zdarzają się one często (nawet w większych miasteczkach szału nie było).

Poza nami na trasie nie ma też innych rowerzystów więc po króciutkiej przerwie na termosową kawę mkniemy dalej.

Ciemna chmura widoczna w oddali dochodzi nas po jakimś czasie więc w wiacie turystycznej (sporo ich na szlaku) decydujemy się ubrać w swoje poncha. Brak treningu powoduje, że chwilę to trwa i … przestaje padać 🙂 W sumie lepiej, z powrotem ładujemy je do sakw. W ten dzień popada jeszcze może z raz (30 minut lub krócej) i wtedy się one przydadzą. Przy okazji powiem, że oprócz deszczu, bardzo fajnie chronią przed chłodem.

Słowacja zaczyna się szybko. Szybko też zaczyna być potrzebna mapa.cz. Zerkam na nią co trochę bo szlak zaczyna prowadzić przez mix – opłotków mniejszych i większych miejscowości, nadrzeczne szutrowe ścieżki czy dość częste etapy po normalnych drogach (z mniejszym lub większym ruchem samochodowym).
Często też szlak przekracza rzeki więc trzeba czuwać by nie minąć linowych mostków po których się przeprawiamy.
Oznaczenia nie są tak dobre jak u nas. Tabliczki od czasu do czasu mówią o kierunku jazdy, najczęściej trzeba jednak wypatrywać rzadkich malowanych literek C (Cyklostrada jak mniemam :)) I to wszystko 🙁 Bez tracku GPX zgubić można się co kawałek.
Najbardziej słabą sprawą jest fakt, iż Słowacy od czasu do czasu prowadzą na trasie roboty ziemne. Po przejechaniu przez dwa place budowy mamy dokumentnie uwalone błockiem rowery. W takim kamuflażu będziemy jechać już do końca – niezbyt jest gdzie ani jak je porządnie doczyścić.

Niedostatki trasy rekompensują jednak piękne widoki. Mijamy ładne wioski z dużą ilością drewnianych chatek, zakola rzeki Orawy, zieleń dolin i pagórków. Są zabytki, ot choćby monumentalny Zamek Orawski.

Zamek Orawski

No i oczywiście góry 🙂 Widać je w oddali cały czas ale od około 70 km zaczynają się solidniejsze podjazdy i ich przedsmak można też poczuć w nogach. Wspinamy się powoli szutrową drogą by po chwili sycić oczy widokiem Małej i Wielkiej Fatry, w paśmie Wielkiego Chocza.

Już za chwileczkę…
Mała i Wielka Fatra, Pasmo Wiekiego Chocza 1/2
Mała i Wielka Fatra, Pasmo Wiekiego Chocza 2/2

Aż przyjemnie stawać i robić zdjęcia ale samo się nie przejedzie. Ruszamy dalej.

Droga coraz częściej prowadzi w górę. Tempo jazdy zauważalnie spada by jakoś przy 90 km (podjazdy o około 12% nachyleniu) wymusić spacerki. Oj, dało to w kość. Trudy rekompensują jednak widoki na Tatry i Niskie Tatry.

Panorama Tatr, Niskich Tatr 1/2
Panorama Tatr, Niskich Tatr 2/2

Solidnie zmęczeni zaczynamy martwić się o czas. Robi się powoli coraz później, szaro, zimno i jeśli ostatnie ~20 km będzie podobne to chyba za dnia nie dojedziemy. Od losu (twórców szlaku) dostajemy jednak bonus – kolejne 5 km to ciągły zjazd asfaltową drogą, prowadzącą przez lasy Sestrcskiej Doliny.
Udaje się nadrobić trochę czasu i dystansu gdy… nieoczekiwanie wyłącza się mi komórka. Jest zimno, padła bateria. Próbuję ją naładować powerbankiem, ale chytrość na kilogramy spowodowała, że zabrałem jakiś stary, malutki i wcale nie ma chęci on utrzymać telefonu na ON 🙂 Wrzucam telefon do sakwy niech się podładuje zgaszony, a sami próbujemy nawigować mapą. Oj, słabo to wyszło. Źle skręcamy i bez sensu drzemy pod górę z kilometr. Telefon na chwilę włącza się, udaje mi się zerknąć jak jechać i lecimy na szybkości w dół z powrotem. Po drodze pytam jeszcze policjantów w którą to stronę do Liptovskiego Mikulasa, zakładamy poncha (bo pada) i ostro pedałujemy korzystając, że jest dobrym asfaltem (główna droga), w większości w dół.
Jest! nasz cel. Ostatni stresik to znalezienie noclegu. Telefon pokazuje mi 10% baterii, mapy miejscowości nie mamy więc w myśl zasady – głupi ma szczęście na oparach energii i już prawie po ciemku docieramy na miejsce.

Uff… nocleg jest komfortowy. Duża kwatera w spokojnej dzielnicy. Ciepło, czysto, pełne wyposażenie (ręczniki, lodówka, kuchenka itp.). Odświeżenie, jeszcze spacerek do Kauflandu, gdzie oprócz jedzenia kupuję normalnego powerbanka 🙂 i można odpoczywać. Drugi dzień jazdy to mniej kilometrów ale czy po prostym terenie?

Zapraszam do czytania relacji z drugiego dnia jazdy w kolejnym poście.

Rowerem wokół Tatr – 0/3

Jako, że biegowo nie stawiam sobie ostatnio wielkich wyzwań (może od przyszłego roku coś się zmieni :)) to wszelkie szaleństwa realizuję na rowerze. Tak było i tym razem. Pomysł chodził gdzieś tam po głowie, trochę czytałem, trochę się wahałem aż wreszcie zapadła decyzja, którą zakomunikowałem Żonie – jedziemy 🙂

Cel już blisko 😉

Za nasz cel postawiliśmy sobie – objechać Tatry korzystając z oficjalnego szlaku, o którym możecie poczytać tutaj:

Szlak Wokół Tatr

Ciekawym przejazdu polecam odnośnik bezpośrednio do opracowanego przewodnika – Rowerem Wokół Tatr (autor Wojciech Goj)

Przewodnik – Rowerem Wokół Tatr

Ten właśnie materiał był dla nas bezpośrednią inspiracją jak i wielką pomocą w zrozumieniu jak jechać i na co się nastawiać. Polecam go wszystkim.

Przygotowania odbyły się trochę na wariata, bo zacząłem myśleć o tym w drugiej połowie sierpnia, a na termin jazdy wybrałem okres – 21-24/09/22 ale szczęśliwie logistykę udało się dopiąć bez większych problemów. Jest to po sezonie turystycznym w sumie więc nie było problemów z noclegami na booking.com.

Jako ludzie ambitni uznaliśmy, że pojedziemy całość tak jak proponują na stronie czyli w 3 dni (wybierając pełny wariant oficjalny). Pierwszy etap to około 120 km do pokonania, a dwa kolejne odcinki mają bliżej 80-90 km. W sumie w zakresie naszych możliwości, strach był tylko, że to jednak góry 🙂 Nie wiedzieliśmy czy wspinanie się na szczyty nie zajmie zbyt wiele czasu. Wiadomo, koniec września to już krótszy dzień, kto wie czy zdążymy po jasności.

No ale, kto nie ryzykuje ten nie pije szampana 🙂 Noclegi zamówiłem więc w miejscowościach: Nowy Targ, Liptovsky Mikulas, Kezmarok, które są punktami węzłowymi szlaku.
Wybierałem zwyczajowo kwatery z gatunku niedrogich – zakres 100 do 200 zł, przyjazne rowerzystom (czytaj – posiadające ogrodzony teren gdzie można postawić rower).

Skoro najważniejsze zostało dokonane, można było skupić się na szykowaniu wyposażenia.

Zaktualizowałem mapa.cz, wgrałem do niej pliki GPX z przebiegiem szlaku. Są do pobrania na podanej wyżej stronie i bezwzględnie polecam je mieć. Parę osób w necie o tym pisało, a ja potwierdzam 🙂 – bez nich na Słowacji jazda będzie męką.

Jazdę odbyłem swoim rowerem górskim – Cycle Wolf (stary ale lekki, koła 26″, osprzęt Shimano STX RC) z dwoma sakwami mocowanymi do bagażnika (notabene zakupionego, krótko przed wyjazdem i absolutnie nie sprawdzonego w boju :))

Pewną zagwozdką był dla mnie dobór ciuchów w jakie się zaopatrzyć. W sumie nie jeżdżę zbyt dużo w zimne dni i obawiałem się co wziąć by nie było ani za zimno ani z kolei by się nie przegrzać.
Prognozy wskazywały, że rano będzie bliżej kilku oC, a w dzień może z kilkanaście (bliżej 10 niż 20).

Po namyśle zdecydowałem, że na górę założę lżejsze biegowe bluzy z długim rękawem a na to cieplejszą kurtkę rowerową. Na dół zaś… krótkie spodenki uzupełnione o getry/podkolanówki. Długich spodni nie miałem niestety, a szkoda mi było kasy na coś co za wiele nie użyję 🙂 🙂 Do tego pełne rękawiczki (wiosenno-jesienne), a na głowę bandana lub lekka czapka biegowa (pod kask).

Mimo, że jedzie się trzy dni szkoda mi było ciągać wiele ciuchów więc poza bielizną (na 3 dni) wziąłem tylko 2 komplety reszty, nastawiając się, że musi to wystarczyć.

Finalnie powiem, iż baliśmy się mocno deszczu. By nie załapać się na jakieś hardcorowe warunki po przemoczeniu zainwestowaliśmy w Decathlonie w przeciwdeszczowe poncho. W sumie pozycjonowane na miasto ale daje radę, co może opiszę kiedyś.
Niby długoterminowe prognozy były dobrze rokujące ale wiadomo, strzeżonego … 🙂

Do tego standardy: piżama, ręcznik, środki higieniczne, ładowarki, powerbank (przydatny!). Z ekstrasów dwa niewielkie termosy na kawę i herbatę i trochę słodkości na trasę. Serwisowo do rowerów wzięliśmy pompkę, dętkę, zestaw łatek, łyżek do opon i wielofunkcyjne klucze. A! no i nauczeni doświadczeniem wyjazdu na Szlak Orlich Gniazd zapasik gumek do hamulców 🙂

Środek tygodnia + spore miasta noclegowe gwarantować miały brak trudności z zakupami jedzenia na śniadanie i kolację więc odpadał kłopot z dźwiganiem prowiantu.

Wszystko przygotowane, czas leci a tu pogoda tragiczna. Pada ciągiem, dzień po dniu 🙁 Zacząłem mieć wątpliwości czy nie przestrzeliłem z datą. W sumie koniec września to trochę późno jak na takie rowerowe szaleństwa.
Doła trochę przez to złapałem ale co tu począć… jechać trzeba jak opłacone. Najwyżej będzie nauczka jak nas zmoczy dokumentnie.

Bogowie przygody jednak nam sprzyjali. Mimo ulewy w środę (dojazd autem do Nowego Targu) czwartkowy poranek powitał nas chłodem, chmurami ale brakiem opadów. Pobudka około 06.30, szybkie śniadanie, pakowanie i ruszamy!

Jak nam szło w kolejne dni zapraszam do czytania kolejnego postu 🙂

Ostre Koło – Radio Wrocław (11.09.2022)

Po wakacyjnej przerwie, wraz z moją Żonką zdecydowaliśmy, że wybierzemy się na jeszcze jedną wycieczkę z Radiem Wrocław.

Tym razem wyprawa startowała z Domu nad Wodospadem w Międzygórzu.

Jak można było się domyślić (po miejscu) i tym razem czekała nas górska jazda po single tracku 🙂

Nie jest to już może dla nas taka nowość ale zawsze jedzie się fajnie. Techniczne trasy, sporo pod górkę a bonusowo zjazdy na których można poczuć trochę adrenaliny. Wszystko to zachęca by wybrać się i trochę rowerem pokręcić 🙂

Przy okazji wycieczka ta była też treningiem przed solidnym wyzwaniem, jakie szykujemy sobie na koniec września. Nie będę jeszcze zdradzał co to będzie, zapraszam do czytania/oglądania po 25/09 🙂

Weekendowa pogoda nie zachęcała niestety do jazdy. Od rana padało. Zmokłem zakładając rowery na dach auta. Później pojawiło się niby małe okienko pogodowe ale cóż… na wycieczce w większości lało 🙂

Nie zrażeni tymi przeszkadzajkami zjawiliśmy się w Domu pod Wodospadem gdzie była już większość uczestników. Widzę, że klaruje się powoli stała ekipa jeżdżąca na te wycieczki bo parę osób już kojarzę. Fajnie, zawsze to raźniej z osobami, które się zna 🙂

Jak zwykle jedzą…

Śniadanko było wyśmienite, później przy kawie posłuchaliśmy jakie ciekawostki przygotowali dla nas organizatorzy. Tym razem miał to być około 8 km po Pętli pod Śnieżnikiem.

Odprawa przed wycieczką 🙂
Ekipa w komplecie. Zaraz ruszamy.

By niepotrzebnie nie tłuc się przez miasto, podjechaliśmy na parking pod skocznią i tam nastąpiło rozładowanie rowerów, przygotowanie się i start.

Pętla pod Śnieżnikiem nie była tak mocna jak trasa z ostatniego Ostrego Koła. Oczywiście techniczna ale przewyższenia nie zabijały 🙂 Jechało się dość dobrze mimo deszczu, który zaczął dość solidnie padać.

Około 4 km w górę minęło szybciutko i … okazuje się, że to już punkt w którym zjeżdżamy w dół albo wybieramy kolejną trasę. Trochę mało… Okazuje się, że podobne przemyślenia miała większa połowa uczestników i postanowiliśmy, że lecimy dalej – tym razem już sami, na Pętlę Ostoja, która ma około 14 km. Prowadzący poinformował nas, że na tej pętli nie ma wielkich przewyższeń i spokojnie damy radę. Tak 🙂 Zapomniał tylko wspomnieć, że na trasie jest kilka momentów z wielką ilością korzeni, czy też prowadzących nad przepaścią 😉 Po deszczu trochę strach było tam jechać i nie będę ukrywał coś tam się prowadziło.
Tu wtrącę jeszcze małą uwagę co do trasy. W paru momentach jechało się momentami po szutrowych drogach leśnych. Trochę powinno się ulepszyć na nich oznakowanie singletracka bo było dość mylne. Nie do końca było wiadomo gdzie skręcić. No ale jakoś daliśmy radę.

Wraz z moją Żoną stanowiliśmy ogon tej wyprawy (bo jeździć potrafimy długo ale niekoniecznie szybko). Górscy wyjadacze polecieli szybciej do przodu ale (co należy docenić) w kilku miejscach na nas czekali tak, że większość trasy pokonaliśmy razem. Dzięki! 🙂

Z całej wyprawy szczególnie polecam zjazd z Pętli pod Śnieżnikiem. Był w miarę szeroki, wysypany ubitym żwirkiem i świetny technicznie. Zjeżdżało się szybko, były zakręty, hopki. Mega, polecam nawet mniej wprawnym rowerzystom.
A co podobało się mniej? Przy samiutkiej trasie rosło mnóstwo grzybów. I to jakich wielkich! Moja małżonka strasznie przeżywała, że nie ma koszyka 🙂 🙂 🙂

Na sam koniec, kiedy już z mozołem pakowałem rowery na dach auta to złapało mnie oberwanie chmury 🙂 Rany, jak podczas jazdy tak nie zmokłem to tu, po paru minutach zlało mnie dokumentnie. Ups 🙂 W każdym razie niedzielny czas minął bardzo fajnie i wszystkim polecam wyprawy z Radiem Wrocław.