W miniony weekend odbyła się, organizowana przez Fundację Osiągnij Cel, spora, biegowa impreza – Sowiogórski Festiwal Biegowy. 4 dystanse do wyboru – od zacnego ultra – 54 km (Czarny Rycerz) poprzez krótsze 30 km (Mroczny Śpiewak), 15km (Stara Jodła), aż po 7 km (Ostoja Nietoperza).
Trasy zapowiadały się ciekawie, wyglądało, że uczestnicy będą mogli się zmęczyć 🙂
Gdyby zawody interesowały kogoś pod względem kolejnych edycji Ich przebieg, przewyższenia można sobie zerknąć na Rate My Trail:
Licząc na dobrą pogodę planowałem stawić się z aparatem na dystansie Ultra, w okolicy Wielkiej Sowy albo trochę za. To już było po dwudziestu kilku kilometrach, dobrze będzie widać ile komu sił zostało 🙂
Warunki meteo jednak nie rozpieszczały. Nie za ciepło było ale z pewnością mokro. Padający co trochę deszcz z pewnością nie pomagał mierzącym się z najdłuższym dystansem. Uczestnicy mimo to nie zawiedli 🙂 Większość wyglądała na zadowolonych, sporo uśmiechów widziałem na twarzach.
Zdjęcia zaś można zobaczyć na moje stronie FB. Może ktoś siebie odnajdzie 🙂
Jako, że w Dębnie biegłem pierwszy raz rok temu to nie miałem większych problemów logistycznych z edycją tegoroczną. Dojazd, zakwaterowanie bez przeszkód. W biurze zawodów stawiłem się koło 13:00. Było jeszcze dość pusto więc szybciutko odebrałem pakiet (sporo rzeczy i fajna koszulka) no i można było oddać się relaksowi. Pospacerowaliśmy z Żoną po Dębnie, Myśliborzu, udaliśmy się na obiadek a wieczorem można było już obijać w hotelu. Łącznie wychodziłem w ten dzień około 8 km ale, że tempo było spacerowe z odpoczynkami to raczej nie przeszkodziło w biegu.
Niedziela przywitała mnie mrozem. Trochę obawiałem się czy nie będzie mi za zimno na trasie. Na szczęście szybko pokazało się słońce co dość dobrze wróżyło na bieg.
Nie wymyślając za wiele. Na starcie stawiłem się około 30 min przed maratonem. Zrobiłem spokojną rozgrzewkę, poprosiłem małżonkę o fotę no i należało się już ustawiać.
W tegorocznej edycji nie było aż tak wiele osób. Z tego co czytałem wystartowało około 650 osób. Między poszczególnymi grupami zrobiły się więc dość spore przerwy. Stanąłem za 4.15 a przed 4.30. Ponieważ biec miałem szybszym tempem niż grupa 4.30 wydawało mi się to logiczne.
Równiutko o 10.00 ruszyliśmy. Po chwili wyszło, że biegnę jednak trochę za szybko i co chwilę tasuję się z grupą 4.15. Bałem się czy nie skończy się to jakąś spektakularną porażką ale strasznie wkurzało mnie to miejsce w peletonie. Biegnąc wyprzedzałem ich. Za chwilę mijały 4 minuty i musiałem przechodzić do marszu. Nie chcąc przeszkadzać innymi zbiegałem do krawędzi jezdni. Grupa wtedy mnie wyprzedzała i zabawa zaczynała się od nowa. Uznałem, że wóz albo przewóz. Siłę mam, nie biegło mi się strasznie źle to spróbuję zaatakować te 4.15 i odstawić ich na tyle by ciągle nie wchodzić sobie w drogę 🙂
Strategia ta nie była pewnie idealna ale przez pierwszą połowę biegu realizowałem ją całkiem sprawnie. Międzyczasy wyglądały tak:
5:00 km – 00:29:34 tempo 5:54/km tętno 154 ud/min 10.00 km – 00:29:14 tempo 5:50/km tętno 161 ud/min 15.00 km – 00:29:59 tempo 5:59/km tętno 159 ud/min 20.00 km – 00:29:55 tempo 5:59/km tętno 162 ud/min 25.00 km – 00:32:19 tempo 6:27/km tętno 160 ud/min 30.00 km – 00:34:25 tempo 6:53/km tętno 157 ud/min 35.00 km – 00:36:18 tempo 7:15/km tętno 158 ud/min 40.00 km – 00:41:21 tempo 8:16/km tętno 149 ud/min 42.76 km – 00:23:07 tempo 8:21/km tętno 142 ud/min
Do około 20 km szło to zgodnie z zamierzeniami (chociaż zwyczajowo dość szybko zacząłem czuć spięcie łydek i podudzi). Udawało mi się jednak tempo trzymać, tętno też nie leciało w nieskończoność. Po 20 km zaczęły się jednak kłopoty. Kolejną piątkę zrobiłem już wolniej, zgodnie z pierwotnymi założeniami tempa. Niestety po 27 km walnął mnie taki kryzys że szok. Próbowałem coś się ratować kombinacjami a to 3 min biegu + 2 chodu ale wytrwałem tak może z kilometr, dwa i był koniec. No nie mogłem. Nogi ciężkie, zaczątki skurczów i głowa woła – idź 🙁 Do mety niestety więcej szedłem niż biegłem. Nerwowe zerkanie na zegarek mówi, że może by jakoś jeszcze dał radę zmieścić w tych 4:30 bo z pierwszej połowy zbudowałem mały zapas czasu ale niestety … co zacząłem podbiegać ze 100 m to miałem dość i kolejne 200 lazłem. Na kulawy trucht (modląc się by mnie nie sieknął jakiś mega skurcz) zdobyłem się dopiero na końcowej prostej. Masakra 🙁
Na mecie zameldowałem się po czasie 04:46:10 zajmując miejsce 559 z 643. W M50 byłem 80. Medal dali, wodę i folię termiczną też. Dociągnałem się do Żony, pogadaliśmy chwilę, zjadłem makaron no i można było wracać. Wydaje mi się, że w tym roku nie było losowań niczego no to zebraliśmy się i ruszyliśmy do domu by nie marnować więcej czasu.
Kondycyjnie wiadomo jak to po maratonie. Łaziłem ciągnąc nogi a najgorzej było wstać z fotela w aucie 🙂 Dzień, dwa później jest już sporo lepiej. Oczywiście czuję mięsnie ale myślę, że w czwartek będzie można pójść na lekki rozruch 🙂
Analizując co nastapiło – Nie powiem trochę mi było szkoda w pierwszym momencie, iż 4:30 nie wpadło. Na chłodno jednak myślę, że liczyłem na zbyt dużo do tego co mogłem realnie dokonać. Ja muszę jednak mieć dobrze przepracowany trening by były wyniki. Gdyby zrealizowany cykl Gallowaya powtórzyć na spokojnie jeszcze z raz, dwa (podnosząc oczywiście tempa czy zmniejszając przerwy) mogłby to wyjść całkiem inaczej. Na poprawę humoru zauważyłem za to (w apce Suunto) informację, że aktualny maraton zrobiłem o 8:38 min szybciej niż ubiegłoroczny. Czyli – nawet te parę tygodni treningu dało mi progres 🙂 To dobra prognoza. Jestem nastawiony więc pozytywnie. Spróbuję przepracować zimę podobnym stylem i na wiosnę kto wie, może gdzieś znów się pobiegnie 🙂
Przygotowania można oficjalnie uznać za zakończone. W bieżącym tygodniu chciałem zejść z objętości, odpocząć i na maratonie stawić się z pełnym zasobem sił. Czy taki pełny będzie to nie wiem, ale odpoczynek biegowy był aż za duży 🙂
Poniedziałek 13/10 Wolne
Wtorek 14/10 Bieg. Dystans: 4,80 km. Czas: 00:28:47. Średnie tempo: 06:00 min/km. Przewyższenia: +47/-56 m Pierwotnie chciałem zrobić jeszcze 14 km Gallowayem ale pokonała mnie pogoda. Wietrznie, zimno i deszczowo. Biegam ostatnio na szosie między wioskami. Na poboczach porobiły się spore kałuże i to nic miłego jak trzeba w nie włazić ustępując samochodom (a nie daj Boże, że jakiś Cię ochlapie). Z tego powodu biłem się z myślami czy nie przenieść biegu na środę ale finalnie poszedłem na kompromis (z samym sobą) – pobiegnę ale mniej. Jak już ruszyłem to oczywiście padać przestało 🙂 Nie miałem jednak ani wody, ani czołówki więc trudno, bieg był krótki.
Środa 15/10 Wolne
Czwartek 16/10 Bieg. Dystans: 12,07 km. Czas: 01:17:10. Średnie tempo: 06:23 min/km. Przewyższenia: +144/-126 m Zgodny z planem Galloway. Jakoś średnio mi się biegło. Niby zrobiłem ale czułem się na nim / po nim mocniej zmęczony niż zawsze.
Piątek 17/10 Wolne
Sobota 18/10 Wolne, spacerki będą po Dębnie i okolicy.
Niedziela 19/10 Maraton 🙂
Co z tego wszystkiego wyjdzie to zobaczymy w niedzielę. Osobiście na cud się nie nastawiam bo to wcale nie szybko, nie dużo tego biegania było. Z tego powodu nie do końca nawet jestem przekonany czy czas 04:30 jest realny. Ale próbował będę. Wypowiem się natomiast na temat zrealizowanych treningów Galloway-em. Mam wrażenie, że szły one lekko i „przyjemnie”. Faktycznie osoby ze słabsza wytrzymałością sporo mogą ugrać tym sposobem. Przerwa na marsz zmniejsza tętno, pracują w niej trochę inne mięsnie niż w biegu. Pozwala to odsunąć zmęczenie w czasie i pokonać dużo większy dystans niż czystym biegiem. Sumaryczne tempo też nie robi się jakieś mocno tragiczne w porównaniu do biegu a później samego chodu gdy zaatakuje nas maratońska ściana 🙂
Jeśli chodzi o technikalia 🙂 na maratonie: Finalnie pobiegnę jednak w krótkich spodenkach (z Decathlonu) i getrach (Joma). Testowane ostatnio długie legginsy coś mi z tyłka zjeżdżają 🙂 Nie chcę się denerwować tym podczas dużego wysiłku. Na górę zakładam długi rękaw Adidasa, na głowę bandana. Żele, wodę będę dźwigał w lekkim plecaczku pod biegi ultra (chińczyk ale bardzo fajny). Największy dylemat miałem co do skarpet, butów. Chciałem wprawdzie polecieć w lepszych Adidasach na boost-cie ale jakoś mi nie leżą w dalszym ciągu (mimo, że rok temu w nich maraton zrobiłem). Z tego powodu wziąłem przechodzone już mocniej Reebooki, w których trenowałem ostatnimi czasy. Może żałował nie będę.
Kolejny tydzień za mną. Ostatni, w którym podniosłem jeszcze objętości biegowe. W tyg.42 mam plan lekko odpocząć, tak by na maratonie stawić się „na świeżo”.
Przechodząc na szybkości do cyfr:
Poniedziałek 06/10 Wolne
Wtorek 07/10 Bieg. Dystans: 26,13 km. Czas: 02:52:18. Średnie tempo: 06:35 min/km. Przewyższenia: +363/-360 m Najdłuższy Galloway w przygotowaniach. Poza zwyczajowym zmęczeniem nóg szedł mi w sumie całkiem dobrze. Wydawało mi się, że odcinki biegowe do końca robię szybciej niż te 6.10, ale matematykę ciężko oszukać. Coś musiało iść gorzej, skoro finalnie tempo miałem 6:35. Niemniej do końca wytrzymałem co uważam za swój sukces.
Środa 08/10 Wolne
Czwartek 09/10 Bieg. Dystans: 12,08 km. Czas: 01:17:28. Średnie tempo: 06:24 min/km. Przewyższenia: +122/-110 m Tygodniowy Galloway nr.2. Bezproblemowy jak widać po tempie.
Piątek 10/10 Wolne
Sobota 11/10 Bieg. Dystans: 5,32 km. Czas: 00:33:48. Średnie tempo: 06:21 min/km. Przewyższenia: +169/-161 m Rower: Dystans: 48,59 km. Czas: 03:18:02. Średnia prędkość: 14:72 km/godz. Przewyższenia: +307/-307 m
Za ciepło nie było ale skoro nie padało to i bieg i rower w plan dnia weszły 🙂 Bieg bez sensacji. Rower widokowy – jesień idzie jakieś zdjęcia pięknych kolorów natury już można robić.
Niedziela 12/10 Bieg. Dystans: 10,14 km. Czas: 00:57:02. Średnie tempo: 05:37 min/km. Przewyższenia: +255/-242 m Spacer. Dystans: 2,11 km. Czas: 00:42:56. Przewyższenia: +58/-64 m
Niedzielną dyszkę zrobiłem w towarzystwie żony. Ona jechała rowerem a ja sobie biegłem. Żeby jej aż tak mega nie spowalniać wszedłem na lepsze tempa. Zmęczyłem się ale mimo większych górek udało się zrobić całość w dobrym tempie – 5:37. Ot takie odmulenie od truchtania. Po południu wybraliśmy się na krótki spacerek po Wambierzycach. Pogoda dopisała, przyjemnie spędziłem czas.
Do maratonu zostały już tylko 2 tygodnie. Przygotowania, bez większych utrudnień, idą cały czas do przodu. Fakt, że udaje mi się dotrzymywać „terminów” napawa zadowoleniem 🙂
Biegam więc, sprawdzam sprzęt, możliwości. Jesienna aura wymusiła u mnie zmianę garderoby. Pożegnałem się z krótkimi spodenkami i koszulką a zacząłem testować legginsy i długi rękaw. Na maratonie chyba tak właśnie pobiegnę. Raczej nie byłoby zbyt rozsądnie lecieć 5 godzin na „golasa” 😉
Miniony tydzień wyglądał tak:
Poniedziałek 29/09 Wolne.
Wtorek 30/09 Bieg. Dystans: 24,50 km. Czas: 02:43:11. Średnie tempo: 06:29 min/km. Przewyższenia: +152/-150 m Trening Galloway-em. Trafiła mi się okrutna pogoda – zimno, ciemno i padało oczywiście. Nie zrażony tym, zgodnie z wcześniejszymi przemyśleniami dość znacząco zwiększyłem dystans. Chciałem zobaczyć, co też mogę się spodziewać w czasie maratonu. Odczucia są mieszane. Trening zrealizowałem zgodnie z założeniami. Na końcu przez padający deszcz i zimno nawet trochę przyśpieszyłem bo już miałem dość tych warunków. Jednocześnie, co pisałem parę razy, czuję, że tył nóg mam mocno spięty (zaczyna się po około 12-14 km) i obawiam się czy nie skończy się to jakimiś skurczami, ścianą bliżej 30 km. Wyjdzie to już chyba na maratonie, niezbyt jest jak i kiedy wydłużyć treningi. Cóż więcej? W sumie niewiele. Przećwiczone mam już nawadnianie/odżywianie. Do tej pory piłem co około 1.5 km. Wychodziło, iż pokrywa się to mniej więcej z moimi przerwami na marsz (bo w nich chcę się wspomagać). By sprawę uprościć należy pić/jeść co 2 marsz. W czasie tego długiego treningu ze smutkiem zanotowałem, że musiałem 2x udać się w krzaki na siku. Albo za mocno byłem nawodniony albo mix zimna i starości robi już swoje 🙂 Na maratonie chyba też mnie to nie ominie.
Środa 01/10 Wolne
Czwartek 02/10 Bieg. Dystans: 12,03 km. Czas: 01:16:47. Średnie tempo: 06:23 min/km. Przewyższenia: +103/-88 m Nie do końca zregenerowany ale jednak ruszyłem na swoją, zwyczajową trasę treningową. Szybsze tempo wpadło ale nie starałem się jakoś na siłę zwalniać. Te kilka sekund chyba różnicy nie zrobi. Oby! 🙂
Piątek 03/10 W sumie wolne. Mieliśmy wieczorem pożegnanie kolegi z pracy więc przy tej okazji zrobiłem spacerek po Wrocławiu. Łącznie 3,6 km.
Sobota 04/10 Rower. Dystans: 51,77 km. Czas: 03:19:11. Średnia prędkość: 15,59 km/godz. Przewyższenia: +423/-389 m Bieg. Dystans: 5,08 km. Czas: 00:32:30. Średnie tempo: 06:23 min/km. Przewyższenia: +162/-155 m Sobota to jak zwykle dzień sportu. Zacząłem od rowerowej wycieczki z Żoną. Dla odmiany od szosowych szaleństw wsiedliśmy na rowery górskie i ruszyli na Czechy. Trochę górek było ale jechało się przyjemnie. Nawet jakieś słońce było i człowiek tak mocno nie marzł. Później trochę działaliśmy w ogrodzie i na bieganie ruszyłem jak już się ściemniało. Nie chciałem przez to biec w góry (brak czołówki) więc pozostały chodniki pod Nową Rudą.
Niedziela 05/10 Bieg. Dystans: 10,52 km. Czas: 01:05:27. Średnie tempo: 06:13 min/km. Przewyższenia: +356/-327 m Spacer: Dystans: 8,84 km. Czas: 02:02:10. Przewyższenia: +138/-138 m
10 km pętla weszła całkiem fajnie. Siły były to i czas lepszy. Jesień idzie za to jak błyskawica. Znów mokro, wietrznie, chłodno. Odpuściliśmy przez to rower a wybraliśmy się na dłuższy spacer. Prawie 9 km wpadło. Po tym wyczynie pozostało więc leżakować w domu i oglądać TV.