Archiwa tagu: 10km

XVII Bieg Koguta (2025)

Oławski bieg cieszy się sporym powodzeniem wsród firm z tego regionu. Niektóre zakłady wystawiają na niego całkiem spore składy. W tej, gdzie pracuję, zbyt licznej reprezentacji może nie ma ale jednak start w nim stał się już pewną tradycją.
Nie miałem w sumie żadnych planów na ten czas. Zawody jako mocniejszy akcent wpisywały mi się dobrze w przygotowania treningowe no to czemu nie 🙂 Dodatkowo, trasa biegu jest w miarę płaska, przyjemna można więc powalczyć o dobre czasy.

Założeń strategicznych na bieg nie szykowałem. Pierwotnie chciałem go przebiec spokojnym biegiem ciągłym. Trochę to się zmieniło przed, no ale o tym za chwilę.

Wstałem rano w niedzielę. Poranek 07/09 okazał się być chłodnym i mglistym. Brak upału rokował dość dobrze na zawody. Przygotowałem sobie lekkie ciuchy, zabrałem pas z bidonami. Kupiłem nawet żel w Biedronce, bo przez konieczność odbioru pakietu, spodziewałem się, że spędzę sporo czasu przed zawodami na głodniaka 🙂

Odbiór pakietu poszedł szybko i sprawnie. Spotkałem na sali wujka, który też planował pobiec. Chwilę się pogadało no i można było ruszać do rynku gdzie był start i meta.

Im bliżej było do startu tym bardziej zacząłem myśleć jak zaplanować bieg. Trochę głupio pobiec po 6:30. Tak to mogłem sobie potruchtać sam, Uznałem więc, że należy przewietrzyć nogi i płuca no i dać z siebie więcej – pobiegnę ile będzie sił, celując w czas 50-55min.

No to lecimy. Rundka wokół oławskiego rynku ostrożnie i spokojnie bo spory tłok. Za chwileczkę już jednak można było biec komfortowo. Pojawiło się też słońce, którego w sumie nikt się nie spodziewał po porannych mgłach.

Po starcie dość szybko ustawiłem tempo na około 5:10-5:15 min/km. Biegło mi się dobrze, wyglądało, że dam radę utrzymać je przez większość a może i cały bieg. Tak też było. Nie miałem żadnego kryzysu. Oddechowo dobrze, nogi też nie strajkowały. Szybciej bym rady nie dał, no ale zakładany plan wykonałem w 100% 🙂
Oficjalne wyniki to czas: 53:21 brutto (52:36 netto). Miejsce 360 z 747 sklasyfikowanych.

Po biegu udałem się w okolice stadionu miejskiego gdzie organizowano biegi dzieci a później miały być dekoracje i losowanie nagród.

No właśnie i tu należy trochę ponarzekać. Organizatorzy padli ofiarą popularności swojego biegu 🙂 Do startów dzieci zgłoszono ponad 400 maluchów co spowodowało spore opóźnienia. Finalnie z 45-60 min. Organizacja tego też troszkę kulała – a to jakieś problemy z mikrofonem, a to ogarnianie rodziców i ich pociech. Osoby (jak ja) czekające na losowania wystawione były na sporą próbę cierpliwości i mam wrażenie, że nie wszyscy jej podołali. Warto by w kolejnych edycjach rozwiązać to jakoś inaczej.

Szczęścia nie miałem, żadna nagroda mi nie przypadła więc można było wracać do domu.

Bieg, ogólnie uważam za udany. I pod względem swojej postawy i organizacyjnie. Wydawanie pakietów, trasa, punkty odżywcze, wszystko było ok. Gdyby nie sygnalizowane spóźnienie na końcu imprezy można by tylko chwalić go za wszystko.

Sowiogórska 10 i Półmaraton 2025 – zdjęcia

No i po pierwszym biegu sezonu w Górach Sowich 🙂

 Na starcie stanęło prawie 300 biegaczy, którym oprócz górskiej trasy przeszkadzała z pewnością pogoda. Było bardzo gorąco, czego sam doświadczyłem idąc zrobić trochę zdjęć. No ale… przynajmniej widoki były ładne jak ktoś miał czas i chęć podziwiać 🙂

Mimo trudnych warunków czołówka dość szybko osiągnęła metę.

Półmaraton:
(M) Jakub Gorzelańczyk – 01:33:08
(K) Chloe Christiaen – 01:49:29

10 km:
(M) Bartłomiej Wojsław – 00:44:56
(K) Anna Zborowska-Ficner – 00:53:42

Gdyby zaś ktoś był ciekawy rywalizacji/widoków albo chciał siebie znaleźć na zdjęciach zapraszam na swoją stronę. Są 3 galerie:

Galeria 01

Galeria 02

Galeria 03

Grand Prix Gór Sowich 2025




Grand Prix Gór Sowich 2025 czyli biegaj w Górach Sowich 🙂

Dolny Śląsk mocno stoi trailowym bieganiem. Od wielu już lat organizowane są tu (przez Centrum Kultury Gminy Nowa Ruda w Ludwikowicach Kł.) znane i lubiane imprezy w Górach Sowich takie jak Bieg na Wielką Sowę, Górski Bieg Niepodległości.

Myślę, że większość z Was o nich słyszała a może nawet w nich startowała 😊 Tym, którzy dopiero wkręcają się w bieganie po górach polecam zerknąć na stronę organizatora:

Biegaj w Górach Sowich

albo profil na FB:

FB BiegajWGorachSowich

Nie będę tu przesadnie słodził CKGNR ale wiem, że wszystkie te imprezy zorganizowane są z pasją, mają fajne trasy, nagrody no i oczywiście rywalizację na trasie. Startują tu często naprawdę mocni zawodnicy a biegi są częścią różnych cyklicznych wydarzeń i wynik w nich liczy się do rocznych klasyfikacji.

W 2025 roku wystartowała ciekawa inicjatywa pod nazwą – Grand Prix Gór Sowich. Obejmuje one cykl, czterech biegów rozgrywających się od lipca do listopada. Są to:

  1. Półmaraton Sowiogórski / Sowiogórska Dycha (05/07/2025)
  2. Bieg na Wielką Sowę (10/08/2025)
  3. Górski bieg Niepodległości (11/11/2025)
  4. Półmaraton Górski Orzeł (22/11/2025)

Zapisy na poszczególne biegi są już w toku i chciałbym zachęcić Was do wystartowania w nich. A może nawet w całym cyklu? Z tego co wiem, oprócz zaszczytnej pozycji na liście finisherów planowane są atrakcyjne nagrody 🙂

Sam pewnie skuszę się na start w kilku a tam gdzie biec nie będę całkiem możliwe, że połażę z aparatem polując na fajne kadry. To i pokibicuję przy okazji startującym 🙂

Na małą zachętę (dla tych, którzy jeszcze myślą) będzie niedługo możliwość wylosowania pakietu startowego na – Bieg na Wielką Sowę i Półmaraton Górski Orzeł. Wypatrujcie szczegółów na forum Bieganie.pl

Forum Bieganie.pl

Informacje o konkursie będą w odpowiednim dziale forum (konkursy), a na ten moment jest wątek o cyklu zawodów:

Wątek o Grand Prix Gór Sowich 2025

Zapraszam wszystkich do dzielenia się na forum uwagami, wynikami, relacjami ze swoich startów i wszystkim co uważacie za przydatne.

13 Cross Trzebnicki 2025

Jakoś w 2024 roku brat mój wyczaił, iż w Trzebnicy znajduje się całkiem fajne miejsce do biegania terenowego (pętla około 3km). Bez konieczności wyjazdu w prawdziwe góry można zakosztować przewyższeń, biegów przełajowych – jest las, są zbiegi, podbiegi. Wszystko to położone bezpiecznie, w cywilizacji, w mieście. Kiedy jeszcze okazało się, że w lecie nie żarły tam owady to miejsce okazało się wprost wymarzone by trenować 🙂 Co też kilka razy robiliśmy.

Pozostając w rodzinnych klimatach od słowa do słowa wujek napomknął, iż mają tam też całkiem fajny bieg – Cross Trzebnicki.

Padł więc pomysł by zapisać się i wystartować. Taaakkk… niefartownie tylko wyszło, że wujek naciągnął jakiś mięsień, brat zaczął uskarżać się, iż w nodze mu coś przeskakuje i na placu boju zostałem sam. Szczerze to za szczęśliwy nie byłem – ani dystans, ani trudność terenowa nie brzmiały zbyt zachęcająco. Cóż jednak począć, poczucie obowiązku nakazało mi na zawody się udać.

Wielkich przygotowań do biegu nie zrobiłem. Zerknąłem, że faktycznie trasa prowadzi po znanym mi szlaku (z lekko zmienioną końcówką okrążenia), pakiet startowy jest bogaty i tyle 🙂 A nie – żeby nie było jakichś problemów na trasie to wziąłem terenowe buty (zdjęcia może tego nie sugerują ale naprawdę w większości biegnie się w lesie).

Leciutkim zaskoczeniem dla mnie był fakt, że na zawodach wystartuje całkiem sporo osób – ponad 500. Organizatorzy dobrze jednak przygotowali się do przyjęcia biegaczy. Biuro zawodów działało sprawnie, były toalety, dobrze oznaczona trasa.

Rozgrzewka, zająłem miejsce raczej przy końcu stawki no i nie ma co przedłużać – startujemy 🙂

Warunki na trasie były dobre. Poza króciutkim odcinkiem z lekkim oblodzeniem później było już dobrze. Mróz ściął ziemię, nie było błota, śliskości. Szlak mimo sporej liczby biegaczy nie korkował się – dało się nawet tego i owego wyprzedzić / być wyprzedzanym.

Pierwsze kółko zrobiłem dość szybko jak na swoją aktualną formę. Wszystkie wzniesienia biegiem, na wypłaszczeniach lekko przyśpieszałem. Pasuje mi układ tej trasy. Nie było dla mnie za stromo, bez obaw puszczałem się luźniej w dół.

Za fantazję dość szybko przyszło zapłacić. Na drugim kółku, jakoś po 4 km uznałem, że chyba pod wzniesienia będę podłaził. Tak niestety się stało chociaż szczerze mówiąc jakoś mocno czasowo nie straciłem.

Trzecie okrążenie rozpocząłem podobnie – przymulając na wzniesieniach 🙂 Doszedłem jednak zawodnika, który brał mnie pod górki a na zbiegach za to jak go ciągle wyprzedzałem. Zdenerwował mnie 🙂 włączył mi się duch rywalizacji – jak to tak! Spiąłem się, wyprzedziłem go na wypłaszczeniu i żeby nie oddać pozycji to ostatnie dwa podbiegi biegłem. Sam finish zrobiłem nawet ze sporym przyśpieszeniem co oznacza mniej więcej to, że jednak jakiś zapas sił miałem i mogłem na trasie coś tam urwać.

Nie ma co narzekać. Na metę wbiegłem jako osoba numer 300 z 410. Czas 1:02:52. W kategorii M50 byłem 43.

Po biegu wręczono medal, poszedłem na ciepłą herbatkę i ciasta, banany. Niezbyt jasno podano niestety czy będzie jakieś losowanie dla wszystkich czy nie, dlatego też nie zostawałem na dekoracje ale rodzinnie poszliśmy zwiedzić Trzebnicę. Coś tam jednak losowali, szkoda może miałem szansę 🙁

Z zawodów w sumie jestem zadowolony. Ładna pogoda, biegło mi się przyjemnie. Czas oczywiście nie poraża ale fakt, iż 10 km jest dalej w moim zasięgu jest pozytywny.

12 Górski Bieg Niepodległości w Świerkach 2024

Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią stawiłem się na starcie tegorocznego biegu. Pogoda była więcej niż dobra – słonecznie, sucho i temperatury oscylujące koło +2 stopni Celsjusza. Pozwalało to mieć nadzieję na przyjemny bieg w miłych okolicznościach przyrody 🙂

Przejęty życiem przyjechałem do Świerk jakieś 80 min przed rozpoczęciem zawodów. Spokojnie dało się zaparkować a i formalności w biurze poszły ekspresowo. Jak w większości obecnych zawodów trzeba było mieć przy sobie kod QR by dostać numer. Z jednej strony postęp, nie trzeba uczyć się numeru, okazywać dokumentów. Z drugiej kłopot no bo jednak wypada dźwigać ze soba smartfon.
Przyjechałem na bieg sam i trochę logistycznie miałem wątpliwości co zrobić z kluczem od auta i owym telefonem. Nie brałem kamizelki biegowej ale udało się je jednak wepchać do pasa biegowego pożyczonego od małżonki 🙂

W tegorocznym pakiecie startowym był kalendarz, patriotyczna czapeczka biegowa i zestaw ciast. Kawy chyba celowo nie dali bo większość zrezygnowałaby od razu z rywalizacji na rzecz słodkiej konsumpcji 🙂

A poważnie. Brat mój dotarł na bieg, przed samym startem odnalazł się i wujek. Chwilę pogadaliśmy o zaliczonych zawodach, strategii na aktualne i można było ruszać.

Pierwszy podbieg

Z minionych lat pamiętam, że problematyczny jest pierwszy ~1 km odcinek wiodący wąską drogą pod górę. Start na przodzie grupy zmusza do zbyt dużego tempa, co zazwyczaj mści się później. Start z tyłu niestety powoduje, że ciężko wyprzedzić idących i siły lecą na szarpanie tempa. Pomny jednak swojego słabego przygotowania nie szalałem i ruszyłem z końcówki stawki.

O dziwo biegło się całkiem dobrze. Wyprzedzanie nie szło źle. Nie wiem czy mniej ludzi było na zawodach czy jednak dobrze wybrałem miejsce – szybsi już polecieli, wolniejsi zostali z tyłu.

Od razu okazało się też, że sił mam trochę więcej niż moja rodzina i oderwałem się im do przodu. Brat i wujek zostali z tyłu.

Początkowe 1,5 km udało się zrobić biegiem. Wypłaszczyło się więc troszkę przyśpieszyłem – średnio na płaskim próbowałem utrzymać 5:30-5:40 min na km. Na zbiegach wcale nie szybciej. Oszczędzałem się by zachować siły na drugą połowę biegu.
Odczuciowo było ok. Nie przytykało mnie, nogi nie bolały mimo górskiej trasy 🙂

Na trasie biegu

Kolejne wzniesienie na około 6 km było ze spacerem ale później znów bieg aż pod podejście na Włodzicką Górę. Tu szedłem czując trudy biegu. Na kończącym zawody 1,5 km zbiegu (stromy początek w dół a później wymagająca kamienista trasa) wyszło moje słabe, górskie przygotowanie. Powiem szczerze bałem się puścić luźno i całość zrobiłem na solidnie „zaciągniętym hamulcu”. Strasznie dużo na tym straciłem. Wyprzedziło mnie mnóstwo osób. Zły jestem na siebie ale to chyba jakaś bariera psychiczna była. Zbyt dawno nie biegałem po górach – obawiałem się, że wywalę się, źle stanę i złapię kontuzję (a nogi słabe). No niestety myślę, że na tym fragmencie z 1-2 min można było spokojnie urwać.

Zaczynamy zbieg

Na metę wbiegłem w czasie – 1:09:47. Dało to miejsce 29 w M45. Całościowo zaś 165 z 294 sklasyfikowanych. Zadowolony jestem zwłaszcza z faktu, że doświadczenie (moje) pozwoliło mi jednak pokonać brata o około 6 min. Jednak młodość to nie wszystko 😉 Realnym zagrożeniem był za to wujek, który na mecie zameldował się 21 sekund po mnie. W kategorii M75 zdobył tym czasem pierwsze miejsce. Gratulacje dla niego!

Finisherzy 🙂
Ze zwycięzcą M75 🙂

Czas po zawodach upłynął nam na pogawędkach i konsumpcji. Fajny bufet był bo oprócz zwyczajowych makaronów, chleba ze smalcem i ogórkiem był też kącik ze słodkościami – płynna czekolada, owoce, świetna herbata z przyprawami. Coś dla mnie 🙂 Po dolewkę herbaty lazłem chyba z 3 razy.

Biegam by żreć więcej ciastków…

Kończąca zawody dekoracja i losowanie poszło sprawnie. Przy tej okazji pakiety startowe na przyszłoroczne zawody udało się wygrać i bratu i wujkowi. Przy czym, ironia losu – brat chciał pobiec Sowiogórską 10 w lipcu a … wylosował półmaraton 🙂 🙂 Ktoś tu musi się przygotować. Wujkowi za to przypadła 10ka w tym samym terminie. Oczywiście już obaj mówią, że powinienem biec i ja. Taaa… tylko czy się będzie chciało 🙂

XXX Międzynarodowy Bieg Uliczny w Twardogórze – 2024

Tegoroczny bieg był delikatnie mówiąc pełen sprzeczności. Ponieważ ciężko mi jednoznacznie określić się co do samego biegu jak i do swojej dyspozycji więc wybaczcie jak relacja będzie trochę chaotyczna 🙂

Pierwotnie bieg zaplanowany był na 15/09. Z powodu sytuacji powodziowej przesunięto go o tydzień na 22/09. W Twardogórze i okolicy powodzi szczęśliwie nie było ale rozumiem decyzję – nie był to najlepszy czas. Akcje ratunkowe, problemy z dotarciem i wiele innych problemów.
Zawirowania te z pewnością wpłynęły na frekwencję. Na starcie stanęło wizualnie mniej ludzi niż w poprzednich latach.
Szczęśliwie dla mnie kolejny weekend też miałem wolny więc nie skomplikowało to mocno moich planów. Trochę się nawet ucieszyłem bo zawsze to tydzień więcej na przygotowania.
Niestety… los mnie pokarał bo w sobotę 14/09 pechowo znów naciągnąłem ścięgno achillesa. Coś z nim mam nie ok, albo to już ten wiek gdy człowiek się sypie.
Treningów praktycznie nie było, odpuściłem bieganie na rzecz roweru. Pierwsze delikatne truchtanie zrobiłem w piątek i sobotę. Każdy dzień to 3 km, ot tak na rozruch i sprawdzenie czy noga nie odpadnie 🙂 Nie odpadła więc do Twardogóry można jechać.

Po dotarciu do biura zawodów odebrałem pakiet. Ze smutkiem zanotowałem, że coś ubogi – koszulka, płócienna torba i woda mineralna.
Dużo skromniejsza była też część około biegowa. Parę straganów z zabawkami, dmuchańce dla dzieci i symulator wyścigów. I to wszystko.

No nic. Przygotowałem się do zawodów, rozgrzewka i jakoś 12:10 ruszyliśmy (miało być o 12:00!).

Bieg odbywał się na trasie znanej z zeszłego roku, tu nie miałem więc żadnej niespodzianki. Słoneczko również przypiekało jak zawsze więc wiadomo było, iż przyjdzie się zmęczyć.
Problemem było dla mnie jednak określenie jak mam biec. Przez brak treningów i kontuzję wydawało mi się, że zasadnym będzie ruszyć pod 06:00 min/km i później (po połowie) może przyśpieszyć pod 05:30-05:45 min/km.
Start z górki i widzę, że już od razu lecę bliżej 05:10. Kurcze, pewnie za szybko ale wydaje mi się, że dość lekko to idzie więc czemu nie? Spróbujmy 🙂

Nie wiem czy to urok tej trasy (zawsze jestem tu dość szybki jak na swoje możliwości) czy fakt, iż byłem wypoczęty (brak wyczerpujących treningów) ale faktycznie kilometry leciały po 05:04-05:30 (zależy czy te bardziej płaskie, z górki czy pod). Wytrzymywałem te tempo, nic złego z nogą się nie działo. Biegłem w drugiej połowie stawki, parę osób po drodze udało mi się jednak wyminąć.

Na metę wpadłem po 52:36 min zajmując miejsce 49 z 71*. Szczerze powiem, że byłem z czasu zadowolony.

*Tu mała wkrętka na minus – nie przyszedł żaden sms z wynikiem, czasem. Dopiero później na stronie FB organizatora je podali. Czyżby oszczędzono na tym?

Dali mi medal, dali kolejną wodę. Był posiłek regeneracyjny – makaron z mięsem. Ciekawostka, że podany na prawdziwej zastawie. I to w sumie jest ekologia a nie stos plastiku, papieru 🙂

Chwilę odsapnąłem i udałem się do auta by przebrać i w spokoju oczekiwać na dekoracje, losowania.

Po biegu udało mi się wyczaić w tłumie kolegę Witka (znanego z forum bieganie.pl). Widziałem go wcześniej na trasie, leciał dużo szybciej niż ja, co zaowocowało u niego wygraniem kategorii wiekowej. Brawo! może i mi kiedyś uda się chociaż zbliżyć do takiego biegania.

Miło gawędząc zaczęliśmy obserwować dekoracje. No i coś to nie szło. Organizatorzy się mylili, mieli jakieś przerwy na ustalenia co w ogóle dekorują 🙁
Słabo wyglądało również w moich oczach wręczenie upominków od sponsora – takich koszy prezentowych. Dostali je tylko zawodnicy z dystansu 5 km. 10 km nic… Nie wiem jak to skomentować. Oczywiście prawem sponsora jest wybrać co i komu daje ale jednak słabe to. W końcu to 10 km jest koronnym dystansem zawodów. Ja (personalnie) bym na miejsc organizatora wykosztował się i dokupił te parę koszy więcej.

Stoję, patrzę, nie widzę przygotowanych żadnych upominków, nagród do losowania. Może go nie będzie? Ale nie, mówią, że będzie losowanie. No i było… przygotowano 1 nagrodę, którą był zestaw kilku szafeczek od producenta mebli. Na scenę wkroczył gość z przeźroczystym workiem losów. Wywołano jedną, z Pań sponsorujących, zagrzebała w worku, kilka losów poleciało (i je zbierali) ale od razu strzał. Ktoś wygrał.

No to można było jechać do domu, co też uczyniłem.

Jak pisałem na początku mam mieszane uczucia. Być może magia liczby 30 🙂 trochę napompowała mi oczekiwania i stąd pewne rozczarowanie ale … mam wrażenie, że poszło to po „taniości” i bardziej rozpędem niż prawdziwym zaangażowaniem (za które zawsze ten bieg chwaliłem). W mojej, prywatnej ocenie jubileusz 30-lecia zawodów zmarnowano. Szkoda, miejmy nadzieję, że to jednostkowy wypadek „przy pracy” i kolejne edycje jak będą to znów będę mógł je chwalić na całą Polskę 🙂

Plus chociaż, iż od swojej sportowej strony jestem zadowolony. Zrobiłem co mogłem i wyszło to ładnie.

10 Jubileuszowy Bieg Szerszenia – Oleśnica 22/06/24

Tradycja rzecz ważna -zawsze w czerwcu biegam w nocnym biegu Świętojańskim w Oleśnicy. Nie inaczej miało być w 2024 🙂

W tym roku podszedłem do zawodów na sporym luzie. Nie mam wielkiej szybkości (na treningach przymulasto tuptam) stąd też nie czyniłem żadnych specjalnych założeń, planów. Ot, pobiegnie się trochę szybciej niż treningowo i zobaczymy co z tego wyjdzie.
Dodatkowo sobota obfitowała w sporo różnych (innych) aktywności – 60 km rowerem + 8 km spaceru po mieście (a było gorąco) co z pewnością nie pomagało wykrzesać z siebie nadludzkich mocy.
Spory błąd jaki zrobiłem też to pofolgowanie sobie z jedzeniem. Może nie w sensie ilości ale zrobiłem jakiś dziwny mix w ciągu dnia – cola, słodkie, fast food, kawy, jogurty. No chyba, że czymś się zatrułem bo taka możliwość też była. Zemściło się to na mnie o czym opowiem później.

W międzyczasie, przeglądając net zauważyłem bardzo smutną wiadomość. Tegoroczny bieg jest ostatnim. Oj… szkoda. Bardzo go lubiłem. Nie ukrywam, że po głowie chodził mi plan by w przyszłym roku w końcu spróbować polecieć coś szybciej. Wygląda na to, iż tej szansy już nie będzie. Cóż… może klubowicze Szerszenia jednak znajdą w sobie siłę i zmienią plany 🙂

Na miejscu startu
Przymiarka do podium

Po przybyciu na miejsce startu zrobiłem swoją rozgrzewkę i pozostało czekać na start. Organizatorzy zrobili małe spóźnienie – zamiast rozpocząć o 21:00, to o tej godzinie była grupowa rozgrzewka i start około 8 min po. Nie brałem w tym udziału bo wiek niestety ma swoje prawa. Ćwicząc tak zaciekle bym się chyba poskładał 🙂

Stoję, czekam i w miedzy czasie coś czuję, że zaczyna mi lekko jeździć po brzuchu 🙁 Źle! widać wpływ dziennego jadłospisu. Niewiele jednak już z tym można było zrobić, pozostało trzymać kciuki by wytrwać.

I poszli…

Ruszyliśmy. Poszczególne kilometry robiłem w około 5.10-5.15 min/km i nie było to dla mnie zabójcze. Coraz mocniej dawał jednak o sobie znać brzuch i nie mogło to skończyć się dobrze. Jakoś po 5 km, kiedy zrobiło się ciemno i wbiegliśmy na tereny wodonośne uznałem, że dłużej nie da rady – trzeba w krzaki 🙁 Kurde… pierwszy raz na biegu miałem taką potrzebę. I to jeszcze na 10 km kiedy liczy się każda minuta. Cóź, sam sobie zgotowałem ten los.

Lżejszy na żołądku ale zły na siebie i ze słabszą motywacją ruszyłem dalej. Do mety udało się dobiec w 00:56:20. M40-25, Open – 92 (na 150 zapisanych).

Po biegu nie czekałem na nic, poszliśmy od razu z Żoną do domu. Po drodze znów czekała mnie mała przerwa regeneracyjna w zaroślach 😉 co świadczy dobitnie o moim stanie.

Cóż. Mimo wymienionych kłopotów w sumie bieg nie był taki tragiczny. Gdyby odjąć tą minutkę – półtora byłbym nawet z czasu zadowolony. A tak pozostał niedosyt, że ostatnim razem mogłem wypaść sporo lepiej.

Pamiątkowy medal z 10 edycji.

Podsumowując całą historię. Bieg Szerszenia to bieg w którym uczestniczyłem od początku do końca – we wszystkich edycjach. W poszczególnych latach zmieniała się trasa więc nie do końca można miarodajnie określić jak mi szło ale gdyby kogoś interesowało to proszę 🙂

2024 – 00:56:20
2023 – 00:51:57
2022 – 01:00:09
2021 – 01:02:19
2020 – nie odbył się
2019 – 00:49:17
2018 – 00:51:19
2017 – 00:50:15
2016 – 00:47:55
2015 – 00:53:50
2014 – 00:52:25

Wspomnienia pozostają ale może jakaś reaktywacja w kolejnych latach będzie? 🙂

XXIX Międzynarodowy Bieg Uliczny w Twardogórze 2023

10 kilometrowe zawody, które lubię i od paru lat staram się w nich zawsze pobiec. Blisko mam do miejscowości startu. Są sprawnie zorganizowane. Jest losowanie nagród po wyścigu, w którym często udawało mi się coś zdobyć. No nie ma powodów do narzekań i pasuje mi w nich wszystko 🙂
Trasa w Twardogórze nie jest płaska (+78/-71m) ale sprzyja szybkiemu bieganiu. Widać to po wynikach. Mimo, że to raczej lokalny bieg, większość startujących mieści się w godzinie. Z tego powodu zawsze mam lekki stresik by nie być tym jednym z ostatnich.

Po starcie w Oławie (tydzień wcześniej) mniej więcej wiedziałem na czym stoję. Zakręcę się koło pięćdziesięciu kilku minut ale ich złamanie może być ciężkie. Mało trenowałem, będzie gorąco. Z tego powodu jakoś bliżej weekendu zeszło ze mnie ciśnienie i uznałem, że co będzie to będzie. Nie ma się co stresować. Przestałem więc analizować co i jak z biegiem a zorganizowałem sobie twórczą sobotę – wygrzebałem ze strychu sprzęt grający car-audio (subwoofery, wzmacniacz, kondensator) i uznałem, że muszę go mieć w aktualnym aucie. A co, tylko młodzi mogą się bawić? 🙂
Proces tworzenia jest jednak bardzo satysfakcjonujący. Pod koniec dnia zmęczony staniem i pracą wyrzeźbiłem jednak szykowną półeczkę, która może wstrząsnąc samochodem 🙂

Car-Audio po latach przerwy

Same zawody biegowe zaś odbyły się utartym wzorem. Przybyłem do Twardogóry jakoś godzinkę szybciej. Zaparkowałem auto, poszedłem po pakiet startowy. Tym razem zamiast zwyczajowych koszulek dawali fajne ręczniki kąpielowe. Ostatnio wywaliłem parę starych w domu więc można powiedzieć, że organizatorzy trafili w 10 🙂

 Na Rynku oprócz biegowych atrakcji zorganizowany był również zlot zabytkowych aut i motocykli więc troszkę sobie pochodziłem, popatrzyłem a później przysiadłem w cieniu i czekałem na start.

Już prawie czas – 10 min do odliczania więc zrobiłem rozgrzewkę, przecisnąłem się w dalsze szeregi biegaczy no i można lecieć. Tegoroczną ciekawostką była nowa trasa. Tym razem nie robiło się 2 kółek ale wydłużono ją do jednego. Kończyła się wprawdzie tak samo ciasnym nawrotem jak zwykle no ale zawsze to coś innego. Teraz, już po biegu mogę powiedzieć, że odczuciowo pierwsza połowa jest chyba trudniejsza. Więcej jest pod górkę.

Chwila startu

Wiedząc jakie są moje możliwości tempowo uznałem, że spróbuję około 5 min/km. Pod górkę trochę się zwolni, z górki spróbuję szybciej. Szło to tak:
01 – 04.54 min/km
02 – 05.15
03 – 05.17
04 – 05.10
05 – 05.11
06 – 05.09
07 – 05.10
08 – 05.12
09 – 05.00
10 – 05.04

Na trasie zgodnie z przewidywaniami było gorąco. Korzystałem co kilometr ze swoich soft-flasków z wodą. Biegłem jak widać dość równo, ciężko jednak było wykrzesać z siebie coś więcej.
Jakoś koło 5-6 kilometra wyprzedziły mnie ze 2 osoby, które do tej pory trzymały się z tyłu. Jeden z nich odszedł mi dość daleko, drugi jednak trzymał się dość blisko, widać, że chyba robił ostatkiem sił jak i ja 🙂

 Około dziewiątego kilometra spiąłem się i udało mi się go wyprzedzić. Miejsce utrzymałem do mety, zyskując 4 sekundową przewagę.

W tegorocznych zawodach uzyskałem 42 miejsce (z 67 sklasyfikowanych). Kategoria M40-7 miejsce. Czas 51:44 min. Może nie robi to wielkiego wrażenia ale jak podpowiada mi Data Sport – SUPER PROGRESS. W zeszłym roku miałem bowiem 53:22 min. Nieźle 🙂

Po biegu skusiłem się na bufet. Był dobry makaron ze szpinakiem, mięsem i posypką. Do tego bezalkoholowe piwo. Wzmocniony oczekiwałem na dekoracje i losowania. Niestety!, tym razem szczęścia nie miałem mimo tego, że bardzo dużo numerków było pustych (nie było już tych osób). Cóż, taki los. Myślę jednak, że wszystko wyszło tak jak powinno, jestem zadowolony.

Co teraz? Jako, że plany warto mieć to wymyśliłem (i opłaciłem) pod koniec listopada start w górach – Półmaraton Górski „Orzeł”. Mam jednak obawy co do wyniku. Chciałem sprężyć się i potrenować trochę lepiej. Teraz mam jednak nieplanowaną przerwę, bierze mnie jakieś przeziębienie. Oby nie okazało się, iż zwyczajowo zabraknie czasu.
Myślę jeszcze nad City Trail-em. Syn mój jednak zapiera się rękami i nogami (że nie) i trochę się waham. Czy mi samemu się będzie chciało 🙂

 Niby brat będzie biegł to może…?

W przyszłym roku zaś spróbuję jeszcze raz (może ostatni) zmierzyć się z maratonem. W Dębnie będzie jubileuszowy, 50 maraton. Nie byłem tam nigdy to czemu nie. Chodzi mi po głowie, iż może będzie to wyzwanie nieudane – jest w maju czyli na 100% marne warunki będą no ale… kolejnego setnego maratonu tam pewnie nie doczekam 🙂

VI Festiwal Biegów Rodzinnych COB – 16/10/22

Blog biegowy a ostatnio więcej o rowerach 🙂 Uspokajam jednak, pasja nie zginęła. Pomalutku, po cichutku szykowałem się do 10 km biegu z okazji VI Festiwalu Biegów Rodzinnych Cała Oleśnica Biega.

Skłamałbym mówiąc, że oczekiwałem tu jakiegoś przełomu biegowego, eksplozji formy czy innych epokowych wydarzeń. Nie 🙂 To za szybko na takie rzeczy. Do pomysłu startu skusił mnie ładny rower, który można było wylosować po biegu 🙂 Dodatkowymi plusami oczywiście był fakt, że biegłem u siebie, w Oleśnicy, więc nie było żadnych trudności organizacyjnych (dojazd, czas, koszty).

Festiwal Biegów Rodzinnych organizowany przez COB to nie jest impreza nowa. Widać to oczywiście po numerze – 6 🙂 Sam, kilka ładnych lat temu biegłem już w tych zawodach więc mniej więcej było wiadomo czego się spodziewać.
Z tego powodu odpuszczę drobiazgową analizę jak przygotowano bieg. W ogólnym rozrachunku było dobrze. Standardy trasy, żywienia zachowano. Pakiet startowy był bogaty. Pewne zastrzeżenia mógłbym mieć tylko do momentu dekoracji i losowania. Na scenie panował lekki chaos. Kategorie wyczytywano trochę je mieszając, powracano do niektórych (?). Przy losowaniu na początku pomylono zajęte miejsce z numerem startowym 🙂 Dobrze, że szybko to wyczaili bo sytuacja mogła by być mało miła dla osób, które by spodziewały się dostać nagrodę. No ale… uznajmy, że organizatorzy potrzebowali czasu by się rozkręcić (z powodu pandemii nie było biegu w poprzednim roku).
Niepotrzebny w mojej ocenie był również długi czas oczekiwania od biegu do rozpoczęcia dekoracji/losowań. Spokojnie można było to zacząć z 30 min wcześniej.

Przechodząc zaś do tego, co lubimy najbardziej – biegania 🙂

Start

Pogoda w niedzielę była zdradliwa. W prognozach ciepło, pod 20 stopni. Wydawało mi się to podejrzane i zaryzykowałem założenie lekkiej bluzki z długim rękawem. Wyszło później, że to zła decyzja. Świeciło słońce i podczas biegu było mi trochę za gorąco. Rozpoczęcie zawodów dodatkowo było o 12:00 więc w najcieplejszym momencie dnia.

Jako, że na start mam jakieś 10 min na piechotkę to przyszedłem na ostatni moment (numer odebrałem wcześniej). Rozgrzewka stacjonarna, ustawiam się w dalszych rzędach i można lecieć.

Większe pół 😉 za mną

Trochę zachowuję się ostatnio jak amator. Niesiony tłumem pierwszy kilometr zrobiłem w tempie około 5 min/km. Drugi utrzymałem tak samo ale zacząłem podejrzewać, że to dużo za mocno. Rozum podpowiadał by biec bliżej 5:30-6:00. Trochę zacząłem zwalniać, nie chcąc bym uskuteczniał jakieś spacerki w drugiej połowie biegu.
Trzeci kilometr wszedł po 5:20 a później skręciło się na polną, krzywą drogę, porośniętą trawą i zaczęło się ciężko. Miękka nawierzchnia wymagało sporo sił, słoneczna żarówka zaczęła dogrzewać bez litości (zero cienia). Już myślałem, że tu zakończy się dobre bieganie ale szczęśliwie pojawił się punkt nawadniający gdzie dostałem butelkę z wodą. Uratowało mnie to i o dziwo przesadnie nie zwolniłem, ot pod ~5:30-5:50. Takie mniej więcej tempo (raz szybciej, raz wolniej) utrzymałem do końca zawodów. W końcówce, kiedy wróciło się na część trasy prowadzącą przez tereny wodonośne (lepiej utwardzone) nawet trochę przyśpieszyłem.

Już blisko do mety

Na mecie pojawiłem się po 53 min 16 sekundach zajmując miejsce 90 z 154 sklasyfikowanych. Całkiem nieźle jak na moje aktualne możliwości. W kategorii M40 byłem 27, w grupie Oleśniczan 33 🙂

53:16

Wygrać nic się niestety nie udało 🙁 więc dobrze chociaż, że bieg ten dał mi ogląda na co mnie stać. Mam wrażenie, że przypominam sobie powoli lepsze czasy biegania. Na treningach biegam sporo wolniej, podczas zawodów jest jednak rezerwa mocy pozwalająca na szybsze przebieranie nogami. Nic przy okazji mi też nie przeszkadza (kolana itp) więc pocieszam się, że dobrze to rokuje na przygotowania pod jakieś ważniejsze zawody w przyszłym roku.

No zobaczymy. Sam Festiwal polecam, jak nie byliście to zapraszam za rok 🙂

XXVIII Międzynarodowy Bieg Uliczny w Twardogórze (2022)

Mamy wrzesień to i pobiegane w Twardogórze było.

Tym razem niedziela powitała biegaczy chłodem i opadami deszczu. To dość rzadkie tutaj i miałem zagwozdkę jak się ubrać. Po namyśle zdecydowałem się na opcję lekko (krótki rękaw i spodenki) z dodatkami ocieplającymi (rękawki z Decathlonu + getry Jomy). Przed biegiem za przyjemnie nie było ale podczas samych zawodów sprawdziło się to całkiem, całkiem.
Brak słońca spowodował również, że odpuściłem dźwiganie bidonów z wodą.

Na trasie zawodów

Chłodniejsza pogoda i lepszy trening ostatnimi czasy o dziwo chyba pomogły mi w biegu. Utrzymałem dość dobrą dyspozycję cały czas, nie notując jakichś kryzysów, problemów. Tegoroczna trasa nie zmieniła się chyba nic w porównaniu z poprzednią więc widzę, że poprawiłem swój czas o prawie 7minut. Tym razem wykręciłem 00:53.22 (rok temu ponad godzina).
Dalej daje to miejsce w ogonie stawki 🙂 – 64 miejsce z 76 ale progres jest.
Jeśli nic „nie zdechnie” liczę, że na przyszły rok uda się wrócić do lepszej formy sportowej.

No i meta.

Po biegu poczekaliśmy z małżonką na losowanie nagród. Wysiłek biegowy został osłodzony pięknym żelazkiem 🙂 🙂 Nie jest to może mój ulubiony sprzęt AGD ale i tak miło coś wygrać.

Fajnie. Takie spędzenie niedzieli miłe jest memu sercu więc standardowo za rok postaram się stawić w Twardogórze 🙂

Z kronikarskiego obowiązku informuję, że bieg organizacyjnie się nie popsuł. Wszystko było tam gdzie trzeba, sprawnie i szybko.
Przy okazji zawody sportowe łączone są z ekopiknikiem więc na rynku było trochę stoisk z ekologicznymi rzeczami, promocją tras rowerowych dolnego śląska (pobrałem sam parę fajnych map) i jeszcze paroma innymi interesującymi sprawami dla dzieci i dorosłych. Polecam odwiedzić.