Archiwa tagu: relacja

Sowiogórski Festiwal Biegowy 2025

W miniony weekend odbyła się, organizowana przez Fundację Osiągnij Cel, spora, biegowa impreza – Sowiogórski Festiwal Biegowy. 4 dystanse do wyboru – od zacnego ultra – 54 km (Czarny Rycerz) poprzez krótsze 30 km (Mroczny Śpiewak), 15km (Stara Jodła), aż po 7 km (Ostoja Nietoperza).

Trasy zapowiadały się ciekawie, wyglądało, że uczestnicy będą mogli się zmęczyć 🙂

 Gdyby zawody interesowały kogoś pod względem kolejnych edycji Ich przebieg, przewyższenia można sobie zerknąć na Rate My Trail:

https://ratemytrail.com/event/sowiogorski-festiwal-biegowy-2025

Licząc na dobrą pogodę planowałem stawić się z aparatem na dystansie Ultra, w okolicy Wielkiej Sowy albo trochę za. To już było po dwudziestu kilku kilometrach, dobrze będzie widać ile komu sił zostało 🙂

Warunki meteo jednak nie rozpieszczały. Nie za ciepło było ale z pewnością mokro. Padający co trochę deszcz z pewnością nie pomagał mierzącym się z najdłuższym dystansem. Uczestnicy mimo to nie zawiedli 🙂 Większość wyglądała na zadowolonych, sporo uśmiechów widziałem na twarzach.

Zdjęcia zaś można zobaczyć na moje stronie FB. Może ktoś siebie odnajdzie 🙂

https://www.facebook.com/media/set?vanity=RafalC.Foto&set=a.1411136937680666&locale=pl_PL

Maraton Dębno 2025

Jako, że w Dębnie biegłem pierwszy raz rok temu to nie miałem większych problemów logistycznych z edycją tegoroczną. Dojazd, zakwaterowanie bez przeszkód. W biurze zawodów stawiłem się koło 13:00. Było jeszcze dość pusto więc szybciutko odebrałem pakiet (sporo rzeczy i fajna koszulka) no i można było oddać się relaksowi. Pospacerowaliśmy z Żoną po Dębnie, Myśliborzu, udaliśmy się na obiadek a wieczorem można było już obijać w hotelu. Łącznie wychodziłem w ten dzień około 8 km ale, że tempo było spacerowe z odpoczynkami to raczej nie przeszkodziło w biegu.

Niedziela przywitała mnie mrozem. Trochę obawiałem się czy nie będzie mi za zimno na trasie. Na szczęście szybko pokazało się słońce co dość dobrze wróżyło na bieg.

Nie wymyślając za wiele. Na starcie stawiłem się około 30 min przed maratonem. Zrobiłem spokojną rozgrzewkę, poprosiłem małżonkę o fotę no i należało się już ustawiać.

W tegorocznej edycji nie było aż tak wiele osób. Z tego co czytałem wystartowało około 650 osób. Między poszczególnymi grupami zrobiły się więc dość spore przerwy. Stanąłem za 4.15 a przed 4.30. Ponieważ biec miałem szybszym tempem niż grupa 4.30 wydawało mi się to logiczne.

Równiutko o 10.00 ruszyliśmy. Po chwili wyszło, że biegnę jednak trochę za szybko i co chwilę tasuję się z grupą 4.15. Bałem się czy nie skończy się to jakąś spektakularną porażką ale strasznie wkurzało mnie to miejsce w peletonie. Biegnąc wyprzedzałem ich. Za chwilę mijały 4 minuty i musiałem przechodzić do marszu. Nie chcąc przeszkadzać innymi zbiegałem do krawędzi jezdni. Grupa wtedy mnie wyprzedzała i zabawa zaczynała się od nowa.
Uznałem, że wóz albo przewóz. Siłę mam, nie biegło mi się strasznie źle to spróbuję zaatakować te 4.15 i odstawić ich na tyle by ciągle nie wchodzić sobie w drogę 🙂

Strategia ta nie była pewnie idealna ale przez pierwszą połowę biegu realizowałem ją całkiem sprawnie. Międzyczasy wyglądały tak:

5:00 km – 00:29:34 tempo 5:54/km tętno 154 ud/min
10.00 km – 00:29:14 tempo 5:50/km tętno 161 ud/min
15.00 km – 00:29:59 tempo 5:59/km tętno 159 ud/min
20.00 km – 00:29:55 tempo 5:59/km tętno 162 ud/min
25.00 km – 00:32:19 tempo 6:27/km tętno 160 ud/min
30.00 km – 00:34:25 tempo 6:53/km tętno 157 ud/min
35.00 km – 00:36:18 tempo 7:15/km tętno 158 ud/min
40.00 km – 00:41:21 tempo 8:16/km tętno 149 ud/min
42.76 km – 00:23:07 tempo 8:21/km tętno 142 ud/min

Do około 20 km szło to zgodnie z zamierzeniami (chociaż zwyczajowo dość szybko zacząłem czuć spięcie łydek i podudzi). Udawało mi się jednak tempo trzymać, tętno też nie leciało w nieskończoność.
Po 20 km zaczęły się jednak kłopoty. Kolejną piątkę zrobiłem już wolniej, zgodnie z pierwotnymi założeniami tempa. Niestety po 27 km walnął mnie taki kryzys że szok. Próbowałem coś się ratować kombinacjami a to 3 min biegu + 2 chodu ale wytrwałem tak może z kilometr, dwa i był koniec. No nie mogłem. Nogi ciężkie, zaczątki skurczów i głowa woła – idź 🙁 Do mety niestety więcej szedłem niż biegłem. Nerwowe zerkanie na zegarek mówi, że może by jakoś jeszcze dał radę zmieścić w tych 4:30 bo z pierwszej połowy zbudowałem mały zapas czasu ale niestety … co zacząłem podbiegać ze 100 m to miałem dość i kolejne 200 lazłem. Na kulawy trucht (modląc się by mnie nie sieknął jakiś mega skurcz) zdobyłem się dopiero na końcowej prostej. Masakra 🙁

Na mecie zameldowałem się po czasie 04:46:10 zajmując miejsce 559 z 643. W M50 byłem 80. Medal dali, wodę i folię termiczną też. Dociągnałem się do Żony, pogadaliśmy chwilę, zjadłem makaron no i można było wracać. Wydaje mi się, że w tym roku nie było losowań niczego no to zebraliśmy się i ruszyliśmy do domu by nie marnować więcej czasu.

Kondycyjnie wiadomo jak to po maratonie. Łaziłem ciągnąc nogi a najgorzej było wstać z fotela w aucie 🙂 Dzień, dwa później jest już sporo lepiej. Oczywiście czuję mięsnie ale myślę, że w czwartek będzie można pójść na lekki rozruch 🙂

Analizując co nastapiło – Nie powiem trochę mi było szkoda w pierwszym momencie, iż 4:30 nie wpadło. Na chłodno jednak myślę, że liczyłem na zbyt dużo do tego co mogłem realnie dokonać. Ja muszę jednak mieć dobrze przepracowany trening by były wyniki. Gdyby zrealizowany cykl Gallowaya powtórzyć na spokojnie jeszcze z raz, dwa (podnosząc oczywiście tempa czy zmniejszając przerwy) mogłby to wyjść całkiem inaczej. Na poprawę humoru zauważyłem za to (w apce Suunto) informację, że aktualny maraton zrobiłem o 8:38 min szybciej niż ubiegłoroczny. Czyli – nawet te parę tygodni treningu dało mi progres 🙂 To dobra prognoza. Jestem nastawiony więc pozytywnie. Spróbuję przepracować zimę podobnym stylem i na wiosnę kto wie, może gdzieś znów się pobiegnie 🙂

XVII Bieg Koguta (2025)

Oławski bieg cieszy się sporym powodzeniem wsród firm z tego regionu. Niektóre zakłady wystawiają na niego całkiem spore składy. W tej, gdzie pracuję, zbyt licznej reprezentacji może nie ma ale jednak start w nim stał się już pewną tradycją.
Nie miałem w sumie żadnych planów na ten czas. Zawody jako mocniejszy akcent wpisywały mi się dobrze w przygotowania treningowe no to czemu nie 🙂 Dodatkowo, trasa biegu jest w miarę płaska, przyjemna można więc powalczyć o dobre czasy.

Założeń strategicznych na bieg nie szykowałem. Pierwotnie chciałem go przebiec spokojnym biegiem ciągłym. Trochę to się zmieniło przed, no ale o tym za chwilę.

Wstałem rano w niedzielę. Poranek 07/09 okazał się być chłodnym i mglistym. Brak upału rokował dość dobrze na zawody. Przygotowałem sobie lekkie ciuchy, zabrałem pas z bidonami. Kupiłem nawet żel w Biedronce, bo przez konieczność odbioru pakietu, spodziewałem się, że spędzę sporo czasu przed zawodami na głodniaka 🙂

Odbiór pakietu poszedł szybko i sprawnie. Spotkałem na sali wujka, który też planował pobiec. Chwilę się pogadało no i można było ruszać do rynku gdzie był start i meta.

Im bliżej było do startu tym bardziej zacząłem myśleć jak zaplanować bieg. Trochę głupio pobiec po 6:30. Tak to mogłem sobie potruchtać sam, Uznałem więc, że należy przewietrzyć nogi i płuca no i dać z siebie więcej – pobiegnę ile będzie sił, celując w czas 50-55min.

No to lecimy. Rundka wokół oławskiego rynku ostrożnie i spokojnie bo spory tłok. Za chwileczkę już jednak można było biec komfortowo. Pojawiło się też słońce, którego w sumie nikt się nie spodziewał po porannych mgłach.

Po starcie dość szybko ustawiłem tempo na około 5:10-5:15 min/km. Biegło mi się dobrze, wyglądało, że dam radę utrzymać je przez większość a może i cały bieg. Tak też było. Nie miałem żadnego kryzysu. Oddechowo dobrze, nogi też nie strajkowały. Szybciej bym rady nie dał, no ale zakładany plan wykonałem w 100% 🙂
Oficjalne wyniki to czas: 53:21 brutto (52:36 netto). Miejsce 360 z 747 sklasyfikowanych.

Po biegu udałem się w okolice stadionu miejskiego gdzie organizowano biegi dzieci a później miały być dekoracje i losowanie nagród.

No właśnie i tu należy trochę ponarzekać. Organizatorzy padli ofiarą popularności swojego biegu 🙂 Do startów dzieci zgłoszono ponad 400 maluchów co spowodowało spore opóźnienia. Finalnie z 45-60 min. Organizacja tego też troszkę kulała – a to jakieś problemy z mikrofonem, a to ogarnianie rodziców i ich pociech. Osoby (jak ja) czekające na losowania wystawione były na sporą próbę cierpliwości i mam wrażenie, że nie wszyscy jej podołali. Warto by w kolejnych edycjach rozwiązać to jakoś inaczej.

Szczęścia nie miałem, żadna nagroda mi nie przypadła więc można było wracać do domu.

Bieg, ogólnie uważam za udany. I pod względem swojej postawy i organizacyjnie. Wydawanie pakietów, trasa, punkty odżywcze, wszystko było ok. Gdyby nie sygnalizowane spóźnienie na końcu imprezy można by tylko chwalić go za wszystko.

Bieg na Wielką Sowę 2025 – zdjęcia

Kolejny, drugi już bieg w Grand Prix Gór Sowich za nami 🙂

 Startujący w Biegu na Wielką Sowę nie mogli narzekać chyba na nic. I pogoda i widoki były jak należy. A i zmęczyć też się dało 🙂

Po zaciętym biegu pierwsi na mecie zameldowali się:
[K] Ficner-Zborowska Anna – 49:27
[M] Jaśtal Piotr – 41:06

Widzę, że p. Anna prezentuje dobrą formę od początku sezonu, czyżby były chęci zwyciężyć w całości GP? 🙂

 Piotr zaś nie dał się depczącemu mu po piętach reprezentantowi Kenii i wywalczył ładne zwycięstwo.

Jeśli ktoś zaś był albo chce po prostu popatrzyć na zmagania na trasie zapraszam do kilku galerii zdjęciowych jakie popełniłem.

GALERIA 1

GALERIA 2

GALERIA 3

Sowiogórska 10 i Półmaraton 2025 – zdjęcia

No i po pierwszym biegu sezonu w Górach Sowich 🙂

 Na starcie stanęło prawie 300 biegaczy, którym oprócz górskiej trasy przeszkadzała z pewnością pogoda. Było bardzo gorąco, czego sam doświadczyłem idąc zrobić trochę zdjęć. No ale… przynajmniej widoki były ładne jak ktoś miał czas i chęć podziwiać 🙂

Mimo trudnych warunków czołówka dość szybko osiągnęła metę.

Półmaraton:
(M) Jakub Gorzelańczyk – 01:33:08
(K) Chloe Christiaen – 01:49:29

10 km:
(M) Bartłomiej Wojsław – 00:44:56
(K) Anna Zborowska-Ficner – 00:53:42

Gdyby zaś ktoś był ciekawy rywalizacji/widoków albo chciał siebie znaleźć na zdjęciach zapraszam na swoją stronę. Są 3 galerie:

Galeria 01

Galeria 02

Galeria 03

Bieg Firmowy 2025

Z pewnym takim opóźnieniem 🙂 ale chociaż zaznaczę, że w owym biegu wystartowałem.

Szczerze, to nie planowałem tego. Nie chciało mi się ale kiedy poinformowali mnie, że bieg jest nie w długi weekend majowy a 24 maja i jest sporo czasu na przygotowania to się złamałem i zgodziłem.

Wielkich oczekiwań co do swojej dyspozycji nie miałem. Bazując na treningach określiłem, że realnie powinienem pokonać 5 km w około 25 minut. Jak uda się coś z tego urwać to będzie fuks a ważne by nie wyszło dużo więcej.

Tym razem przypadł mi start w turze popołudniowej. Stwierdzam, że to gorszy termin. Spory problem miałem by wynaleźć jakiekolwiek miejsce parkingowe. Dopiero po kilkunastu minutach krążenia udało mi się znaleźć dziurę, którą chyba wszyscy wzgardzili a mi udało się wmanewrować w nią tyłem 🙂

Później to już standard. Poszukiwania ekipy, chwilka ustaleń kto na ile planuje biec, gdzie szukamy się w strefie zmian no i można było rozgrzewać się i czekać swojego startu. Biegłem drugi, nie było więc przesadnie dużo czasu by się zmęczyć oczekiwaniem. W tym roku nawet dopisała też pogoda. Było słonecznie ale o dziwo nie bardzo upalnie. Na trasie nie umierało się wiec z gorąca 🙂

Pierwsze metry biegu pokonałem całkiem żywo by już po kilkuset skorygować tempo do bliższego zakładanemu. Pierwszy kilometr zrobiłem z lekkim zapasem (4:47). W drugim zwolniło mnie coś i zacząłem tracić zapas czasowy (5:08). Trzeci kilometr wcale nie lepiej (5:14) ale jakoś pod jego koniec udało mi się w końcu złapać właściwym rytm i o dziwo trochę odżyłem. Czwarty (5:06), piąty (4:59) czyli blisko zakładanego celu. Na metę wpadłem (wg oficjalnego czasu) po 25:39. Można więc powiedzieć, że bardzo trafnie oceniłem swoją formę.

W klasyfikacji mężczyzn zająłem miejsce 2247 z 4917 niemniej nie ma za dużo powodów do zadowolenia. W mojej drużynie niestety byłem najgorszy – reszta wykręciła czasy bliżej 23-24min. Cóż, pretensje w sumie można mieć do siebie.

Podsumowując zawody. Organizacyjnie nie było się do czego doczepić, wszystko ok. Szczytny cel na plus. Patrząc jednak pod swoim kątem coś nie leży mi taka forma „biegania”. Nie chodzi tu o mój słaby czas ale całokształt. Dużo ludzi, problemy ze znalezieniem swojej grupy, konieczność czekania na zmianę, stres czy zauważę od kogo wziąć, dać pałeczkę. Trochę mało mnie to cieszyło i naprawdę mocno zastanawiam się czy w przyszłym roku nie dać sobie spokoju.

Memoriał Barbary Szlachetki 2025

Wpis łączony – powstał z małego podsumowania ostatnich miesięcy przygotowań do zawodów i samej imprezy.

„Nieudawanie się” to moje drugie imię od paru lat 🙂

Po obniżeniu poprzeczki z maratonu na półmaraton przygotowania przez chwilę szły w dobrym kierunku. Zmniejszenie presji jednak okazało się mieć i swoją złą stronę. Znów zaczęło mi się wydawać, że mam sporo czasu, rozkręcę się delikatnie, powoli i tak traciłem tydzień za tygodniem.

Dobrego biegu by z tego nie było ale do mety jak najbardziej by się doturlał 🙂

Niestety, nieplanowane nieszczęście uderzyło mnie podczas mocniejszej jazdy rowerem (jakoś przy początku kwietnia). Za dużo, za mocnych podjazdów chyba wpadało i zacząłem czuć lewe kolano. Jakieś takie spięte, mniej mobilne mi się zrobiło (ciężko było mi zgiąć nogę w pełnym przysiadzie czy podciągnięciu do tyłu do pośladka). No by to… Przestraszyłem się, że padnie mi całkiem więc zmniejszyłem liczbę biegów, dystanse znów po te 4-5 km.
Puszczała mnie ta kontuzja bardzo opornie. Niby nie boli już prawie, ruch powoli wraca do normy ale przy mocniejszym obciążeniu coś tam nie jest ok. Czasem kolano czuję, czasem mam wrażenie, że przeskakuje coś. Sypie się. Starość uderzyła przed 50-ką.

Cóż. Nie było co się wygłupiać. Dało się, to kolejny raz zmieniłem dystans – zostawiłem sobie 10-kę w Jelczu i ją turystycznie miałem plan pokonać.

Żeby były i jakieś numerki nakreślające dyspozycję to sportowo pokonałem:
Marzec
Bieg – 106 km
Rower -73,38 km
Spacerki – 41,65 km

Kwiecień
Bieg – 86 km
Rower – 403,4 km
Spacerki – 14,03 km

Wracając zaś do samej imprezy.

By oszczędzić sobie przedstartowej nerwówki z pakietem (kolejki, czas) zgłosiłem się po niego dzień wcześniej. Elegancko wydano mi co trzeba i można było już bez stresu szykować się na zawody.

Dzień biegu (jak praktycznie zawsze) zapowiadał się na gorący więc wziąłem krótki zestaw ciuchów. By zapewnić sobie pełny komfort na trasie dołożyłem plecaczek z dwoma softflaskami. 10 km pewnie zrobił by i bez niego ale w sumie, co mi szkodziło – ciężko nie było.

Start dystansu 10 km był zlokalizowany 500 metrów dalej od maratonu/półmaratonu. Podreptałem więc tam, zrobiłem lekką rozgrzewkę no i można było biec.

W założeniach startowych chciałem biec po te + / – 06:00 min/km, obserwować kolano i swoje siły.

Magia zawodów robi jednak swoje. Po pierwszym kilometrze wyszło mi, że biegnę około 5:30. Idzie to znośnie to należało spróbować utrzymać. Tak też było. Starałem się biec równo, nie szaleć z przyspieszaniem ale też nie zwalniać.

Powiem szczerze, że sam byłem zaskoczony swoją dyspozycją. Do mety wytrzymałem notując takie międzyczasy:
01 – 5:34
02 – 5:30
03 – 5:23
04 – 5:32
05 – 5:31
06 – 5:27
07 – 5:28
08 – 5:30
09 – 5:34
10 – 5:17

Oficjalny czas na mecie: 00:55:07 min. Miejsce 133 z 283.

Nie był to na pewno wysiłek na 100%. Mięśniowo czułem się dobrze. Przegoniło mnie wprawdzie do toi-toia po memoriale ale to chyba zasługa zbyt ciężkiego śniadania. Po lekkim odświeżeniu się, pokręciłem się jeszcze około 2 godzin po trasie zawodów robiąc zdjęcia i czekając na losowania. Cóż… nagrody były fajne ale jakoś mojego numerka nie wylosowano 🙂

Na sam koniec kilka ogólnych przemyśleń o biegu. Sporo ludzi było, frekwencja chyba dopisała. Organizacyjnie niezbyt mam się do czego doczepić – wydawanie pakietów, punkty żywieniowe były, działały dość sprawnie. Dekoracje, losowanie szybciutko, bez przymulania 🙂 Ewentualnie organizatorzy mogliby pokombinować troszkę lepiej z metą. Z opowieści mojej żony, pierwsi biegacze trochę zaskoczyli wolontariuszy (w sensie, że to już :)). Później w sumie ludzie trochę się przy tej mecie kręcili tu i tam co mogło troszkę przeszkadzać tym, którzy mieli kolejne kółka do biegnięcia. Może spiker powinien częściej przypominać kto gdzie ma przejść?

Ale jak dla mnie wszystko pozytywnie i jak będą siły to za rok pewnie się też znów pobiegnie 🙂

13 Cross Trzebnicki 2025

Jakoś w 2024 roku brat mój wyczaił, iż w Trzebnicy znajduje się całkiem fajne miejsce do biegania terenowego (pętla około 3km). Bez konieczności wyjazdu w prawdziwe góry można zakosztować przewyższeń, biegów przełajowych – jest las, są zbiegi, podbiegi. Wszystko to położone bezpiecznie, w cywilizacji, w mieście. Kiedy jeszcze okazało się, że w lecie nie żarły tam owady to miejsce okazało się wprost wymarzone by trenować 🙂 Co też kilka razy robiliśmy.

Pozostając w rodzinnych klimatach od słowa do słowa wujek napomknął, iż mają tam też całkiem fajny bieg – Cross Trzebnicki.

Padł więc pomysł by zapisać się i wystartować. Taaakkk… niefartownie tylko wyszło, że wujek naciągnął jakiś mięsień, brat zaczął uskarżać się, iż w nodze mu coś przeskakuje i na placu boju zostałem sam. Szczerze to za szczęśliwy nie byłem – ani dystans, ani trudność terenowa nie brzmiały zbyt zachęcająco. Cóż jednak począć, poczucie obowiązku nakazało mi na zawody się udać.

Wielkich przygotowań do biegu nie zrobiłem. Zerknąłem, że faktycznie trasa prowadzi po znanym mi szlaku (z lekko zmienioną końcówką okrążenia), pakiet startowy jest bogaty i tyle 🙂 A nie – żeby nie było jakichś problemów na trasie to wziąłem terenowe buty (zdjęcia może tego nie sugerują ale naprawdę w większości biegnie się w lesie).

Leciutkim zaskoczeniem dla mnie był fakt, że na zawodach wystartuje całkiem sporo osób – ponad 500. Organizatorzy dobrze jednak przygotowali się do przyjęcia biegaczy. Biuro zawodów działało sprawnie, były toalety, dobrze oznaczona trasa.

Rozgrzewka, zająłem miejsce raczej przy końcu stawki no i nie ma co przedłużać – startujemy 🙂

Warunki na trasie były dobre. Poza króciutkim odcinkiem z lekkim oblodzeniem później było już dobrze. Mróz ściął ziemię, nie było błota, śliskości. Szlak mimo sporej liczby biegaczy nie korkował się – dało się nawet tego i owego wyprzedzić / być wyprzedzanym.

Pierwsze kółko zrobiłem dość szybko jak na swoją aktualną formę. Wszystkie wzniesienia biegiem, na wypłaszczeniach lekko przyśpieszałem. Pasuje mi układ tej trasy. Nie było dla mnie za stromo, bez obaw puszczałem się luźniej w dół.

Za fantazję dość szybko przyszło zapłacić. Na drugim kółku, jakoś po 4 km uznałem, że chyba pod wzniesienia będę podłaził. Tak niestety się stało chociaż szczerze mówiąc jakoś mocno czasowo nie straciłem.

Trzecie okrążenie rozpocząłem podobnie – przymulając na wzniesieniach 🙂 Doszedłem jednak zawodnika, który brał mnie pod górki a na zbiegach za to jak go ciągle wyprzedzałem. Zdenerwował mnie 🙂 włączył mi się duch rywalizacji – jak to tak! Spiąłem się, wyprzedziłem go na wypłaszczeniu i żeby nie oddać pozycji to ostatnie dwa podbiegi biegłem. Sam finish zrobiłem nawet ze sporym przyśpieszeniem co oznacza mniej więcej to, że jednak jakiś zapas sił miałem i mogłem na trasie coś tam urwać.

Nie ma co narzekać. Na metę wbiegłem jako osoba numer 300 z 410. Czas 1:02:52. W kategorii M50 byłem 43.

Po biegu wręczono medal, poszedłem na ciepłą herbatkę i ciasta, banany. Niezbyt jasno podano niestety czy będzie jakieś losowanie dla wszystkich czy nie, dlatego też nie zostawałem na dekoracje ale rodzinnie poszliśmy zwiedzić Trzebnicę. Coś tam jednak losowali, szkoda może miałem szansę 🙁

Z zawodów w sumie jestem zadowolony. Ładna pogoda, biegło mi się przyjemnie. Czas oczywiście nie poraża ale fakt, iż 10 km jest dalej w moim zasięgu jest pozytywny.

12 Górski Bieg Niepodległości w Świerkach 2024

Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią stawiłem się na starcie tegorocznego biegu. Pogoda była więcej niż dobra – słonecznie, sucho i temperatury oscylujące koło +2 stopni Celsjusza. Pozwalało to mieć nadzieję na przyjemny bieg w miłych okolicznościach przyrody 🙂

Przejęty życiem przyjechałem do Świerk jakieś 80 min przed rozpoczęciem zawodów. Spokojnie dało się zaparkować a i formalności w biurze poszły ekspresowo. Jak w większości obecnych zawodów trzeba było mieć przy sobie kod QR by dostać numer. Z jednej strony postęp, nie trzeba uczyć się numeru, okazywać dokumentów. Z drugiej kłopot no bo jednak wypada dźwigać ze soba smartfon.
Przyjechałem na bieg sam i trochę logistycznie miałem wątpliwości co zrobić z kluczem od auta i owym telefonem. Nie brałem kamizelki biegowej ale udało się je jednak wepchać do pasa biegowego pożyczonego od małżonki 🙂

W tegorocznym pakiecie startowym był kalendarz, patriotyczna czapeczka biegowa i zestaw ciast. Kawy chyba celowo nie dali bo większość zrezygnowałaby od razu z rywalizacji na rzecz słodkiej konsumpcji 🙂

A poważnie. Brat mój dotarł na bieg, przed samym startem odnalazł się i wujek. Chwilę pogadaliśmy o zaliczonych zawodach, strategii na aktualne i można było ruszać.

Pierwszy podbieg

Z minionych lat pamiętam, że problematyczny jest pierwszy ~1 km odcinek wiodący wąską drogą pod górę. Start na przodzie grupy zmusza do zbyt dużego tempa, co zazwyczaj mści się później. Start z tyłu niestety powoduje, że ciężko wyprzedzić idących i siły lecą na szarpanie tempa. Pomny jednak swojego słabego przygotowania nie szalałem i ruszyłem z końcówki stawki.

O dziwo biegło się całkiem dobrze. Wyprzedzanie nie szło źle. Nie wiem czy mniej ludzi było na zawodach czy jednak dobrze wybrałem miejsce – szybsi już polecieli, wolniejsi zostali z tyłu.

Od razu okazało się też, że sił mam trochę więcej niż moja rodzina i oderwałem się im do przodu. Brat i wujek zostali z tyłu.

Początkowe 1,5 km udało się zrobić biegiem. Wypłaszczyło się więc troszkę przyśpieszyłem – średnio na płaskim próbowałem utrzymać 5:30-5:40 min na km. Na zbiegach wcale nie szybciej. Oszczędzałem się by zachować siły na drugą połowę biegu.
Odczuciowo było ok. Nie przytykało mnie, nogi nie bolały mimo górskiej trasy 🙂

Na trasie biegu

Kolejne wzniesienie na około 6 km było ze spacerem ale później znów bieg aż pod podejście na Włodzicką Górę. Tu szedłem czując trudy biegu. Na kończącym zawody 1,5 km zbiegu (stromy początek w dół a później wymagająca kamienista trasa) wyszło moje słabe, górskie przygotowanie. Powiem szczerze bałem się puścić luźno i całość zrobiłem na solidnie „zaciągniętym hamulcu”. Strasznie dużo na tym straciłem. Wyprzedziło mnie mnóstwo osób. Zły jestem na siebie ale to chyba jakaś bariera psychiczna była. Zbyt dawno nie biegałem po górach – obawiałem się, że wywalę się, źle stanę i złapię kontuzję (a nogi słabe). No niestety myślę, że na tym fragmencie z 1-2 min można było spokojnie urwać.

Zaczynamy zbieg

Na metę wbiegłem w czasie – 1:09:47. Dało to miejsce 29 w M45. Całościowo zaś 165 z 294 sklasyfikowanych. Zadowolony jestem zwłaszcza z faktu, że doświadczenie (moje) pozwoliło mi jednak pokonać brata o około 6 min. Jednak młodość to nie wszystko 😉 Realnym zagrożeniem był za to wujek, który na mecie zameldował się 21 sekund po mnie. W kategorii M75 zdobył tym czasem pierwsze miejsce. Gratulacje dla niego!

Finisherzy 🙂
Ze zwycięzcą M75 🙂

Czas po zawodach upłynął nam na pogawędkach i konsumpcji. Fajny bufet był bo oprócz zwyczajowych makaronów, chleba ze smalcem i ogórkiem był też kącik ze słodkościami – płynna czekolada, owoce, świetna herbata z przyprawami. Coś dla mnie 🙂 Po dolewkę herbaty lazłem chyba z 3 razy.

Biegam by żreć więcej ciastków…

Kończąca zawody dekoracja i losowanie poszło sprawnie. Przy tej okazji pakiety startowe na przyszłoroczne zawody udało się wygrać i bratu i wujkowi. Przy czym, ironia losu – brat chciał pobiec Sowiogórską 10 w lipcu a … wylosował półmaraton 🙂 🙂 Ktoś tu musi się przygotować. Wujkowi za to przypadła 10ka w tym samym terminie. Oczywiście już obaj mówią, że powinienem biec i ja. Taaa… tylko czy się będzie chciało 🙂

XXX Międzynarodowy Bieg Uliczny w Twardogórze – 2024

Tegoroczny bieg był delikatnie mówiąc pełen sprzeczności. Ponieważ ciężko mi jednoznacznie określić się co do samego biegu jak i do swojej dyspozycji więc wybaczcie jak relacja będzie trochę chaotyczna 🙂

Pierwotnie bieg zaplanowany był na 15/09. Z powodu sytuacji powodziowej przesunięto go o tydzień na 22/09. W Twardogórze i okolicy powodzi szczęśliwie nie było ale rozumiem decyzję – nie był to najlepszy czas. Akcje ratunkowe, problemy z dotarciem i wiele innych problemów.
Zawirowania te z pewnością wpłynęły na frekwencję. Na starcie stanęło wizualnie mniej ludzi niż w poprzednich latach.
Szczęśliwie dla mnie kolejny weekend też miałem wolny więc nie skomplikowało to mocno moich planów. Trochę się nawet ucieszyłem bo zawsze to tydzień więcej na przygotowania.
Niestety… los mnie pokarał bo w sobotę 14/09 pechowo znów naciągnąłem ścięgno achillesa. Coś z nim mam nie ok, albo to już ten wiek gdy człowiek się sypie.
Treningów praktycznie nie było, odpuściłem bieganie na rzecz roweru. Pierwsze delikatne truchtanie zrobiłem w piątek i sobotę. Każdy dzień to 3 km, ot tak na rozruch i sprawdzenie czy noga nie odpadnie 🙂 Nie odpadła więc do Twardogóry można jechać.

Po dotarciu do biura zawodów odebrałem pakiet. Ze smutkiem zanotowałem, że coś ubogi – koszulka, płócienna torba i woda mineralna.
Dużo skromniejsza była też część około biegowa. Parę straganów z zabawkami, dmuchańce dla dzieci i symulator wyścigów. I to wszystko.

No nic. Przygotowałem się do zawodów, rozgrzewka i jakoś 12:10 ruszyliśmy (miało być o 12:00!).

Bieg odbywał się na trasie znanej z zeszłego roku, tu nie miałem więc żadnej niespodzianki. Słoneczko również przypiekało jak zawsze więc wiadomo było, iż przyjdzie się zmęczyć.
Problemem było dla mnie jednak określenie jak mam biec. Przez brak treningów i kontuzję wydawało mi się, że zasadnym będzie ruszyć pod 06:00 min/km i później (po połowie) może przyśpieszyć pod 05:30-05:45 min/km.
Start z górki i widzę, że już od razu lecę bliżej 05:10. Kurcze, pewnie za szybko ale wydaje mi się, że dość lekko to idzie więc czemu nie? Spróbujmy 🙂

Nie wiem czy to urok tej trasy (zawsze jestem tu dość szybki jak na swoje możliwości) czy fakt, iż byłem wypoczęty (brak wyczerpujących treningów) ale faktycznie kilometry leciały po 05:04-05:30 (zależy czy te bardziej płaskie, z górki czy pod). Wytrzymywałem te tempo, nic złego z nogą się nie działo. Biegłem w drugiej połowie stawki, parę osób po drodze udało mi się jednak wyminąć.

Na metę wpadłem po 52:36 min zajmując miejsce 49 z 71*. Szczerze powiem, że byłem z czasu zadowolony.

*Tu mała wkrętka na minus – nie przyszedł żaden sms z wynikiem, czasem. Dopiero później na stronie FB organizatora je podali. Czyżby oszczędzono na tym?

Dali mi medal, dali kolejną wodę. Był posiłek regeneracyjny – makaron z mięsem. Ciekawostka, że podany na prawdziwej zastawie. I to w sumie jest ekologia a nie stos plastiku, papieru 🙂

Chwilę odsapnąłem i udałem się do auta by przebrać i w spokoju oczekiwać na dekoracje, losowania.

Po biegu udało mi się wyczaić w tłumie kolegę Witka (znanego z forum bieganie.pl). Widziałem go wcześniej na trasie, leciał dużo szybciej niż ja, co zaowocowało u niego wygraniem kategorii wiekowej. Brawo! może i mi kiedyś uda się chociaż zbliżyć do takiego biegania.

Miło gawędząc zaczęliśmy obserwować dekoracje. No i coś to nie szło. Organizatorzy się mylili, mieli jakieś przerwy na ustalenia co w ogóle dekorują 🙁
Słabo wyglądało również w moich oczach wręczenie upominków od sponsora – takich koszy prezentowych. Dostali je tylko zawodnicy z dystansu 5 km. 10 km nic… Nie wiem jak to skomentować. Oczywiście prawem sponsora jest wybrać co i komu daje ale jednak słabe to. W końcu to 10 km jest koronnym dystansem zawodów. Ja (personalnie) bym na miejsc organizatora wykosztował się i dokupił te parę koszy więcej.

Stoję, patrzę, nie widzę przygotowanych żadnych upominków, nagród do losowania. Może go nie będzie? Ale nie, mówią, że będzie losowanie. No i było… przygotowano 1 nagrodę, którą był zestaw kilku szafeczek od producenta mebli. Na scenę wkroczył gość z przeźroczystym workiem losów. Wywołano jedną, z Pań sponsorujących, zagrzebała w worku, kilka losów poleciało (i je zbierali) ale od razu strzał. Ktoś wygrał.

No to można było jechać do domu, co też uczyniłem.

Jak pisałem na początku mam mieszane uczucia. Być może magia liczby 30 🙂 trochę napompowała mi oczekiwania i stąd pewne rozczarowanie ale … mam wrażenie, że poszło to po „taniości” i bardziej rozpędem niż prawdziwym zaangażowaniem (za które zawsze ten bieg chwaliłem). W mojej, prywatnej ocenie jubileusz 30-lecia zawodów zmarnowano. Szkoda, miejmy nadzieję, że to jednostkowy wypadek „przy pracy” i kolejne edycje jak będą to znów będę mógł je chwalić na całą Polskę 🙂

Plus chociaż, iż od swojej sportowej strony jestem zadowolony. Zrobiłem co mogłem i wyszło to ładnie.