Archiwa tagu: rower

Ride+Go Rowerowy uchwyt na smartfon

Łażąc ostatnio po Aldi wzrok mój padł na rowerowy uchwyt na smartfon Ride+Go.
Do tej pory używałem takich:

Rowerowy uchwyt

Nie mam do nich żadnych zastrzeżeń poza faktem, że w deszczu moknie nam telefon. Trzeba więc go zabezpieczać jakimś woreczkiem albo wkładać w kieszeń.

Oferowany przez Aldika uchwyt miał w opisie wodoodporność, a że kosztował 13 zł no to czemu nie spróbować?

Co z tego wyszło więc?

Uchwyt dostajemy w pudełeczku widocznym poniżej. W komplecie dostaje się pojemnik na smartfon, uchwyt do kierownicy, wodoodporny pokrowiec, piankowe podkładki i podkładki gumowe.

Według opisu pasuje na kierownice o średnicy 20-27 mm i do telefonów max. 7″

Montaż go jest beznarzędziowy. Widać wprawdzie pewną „chińskość” bo całość po skręceniu ma lekkie luzy (choćby na wpięciu pojemnika w uchwyt). Dokręcać śruby warto też w miarę ostrożnie by nie zerwać plastikowych gwintów (na kuli). Całość jednak trzyma się na swoim miejscu, wytestowana na dziurawych drogach nie odpadła, nie opadała. Tu jest więc ok.
Całość po złożeniu zajmuje trochę miejsca (jest za to lekka) więc warto przemyśleć gdzie go zamontować by nie przeszkadzał w przełączaniu przerzutek, obsłudze dzwonka, światła.

Komórka mieści się do środka. zamki działają ok. W zestawie są piankowe podkładki by mniejsze telefony nie latały w środku ale wkładając na jego spód ten pokrowiec przeciwdeszczowy w sumie uzyskuje się ten sam efekt.

Zawiedzony trochę jestem tym wododopornym pokrowcem. Nie będę ukrywał liczyłem, że to sam uchwyt zapewnia bezpieczeństwo przed opadami. A tu nie, trzeba na niego po prostu założyć „worek”. Tym sposobem traci się funkcjonalność korzystanie z telefonu. No szkoda, niemniej co oczekiwać za 13 zł? Z pewnością w lekkich opadach smartfon, w tym pojemniku zmoknie i tak dużo później niż wystawiony bezpośrednio na opady.

Jak ktoś ma miejsce na kierownicy a nie posiada żadnego uchwytu to można te parę PLN wydać.

Rowerowy Szlak Orlich Gniazd 2025

Po około 5 latach od ostatniego przejazdu postanowiliśmy rodzinnie wrócić na niego i pokazać ten piękny kawałek Polski również synowi.

Jako, że relacja z ostatniej jazdy była dość dokładnie opisana tu:

RSOG 1
RSOG 2
RSOG 3

Myślę, że nie ma sensu robić tego od nowa. Tutaj postaram się po prostu opisać przemyślenia z aktualnego przejazdu no i zamieścić kilka aktualnych zdjęć 🙂

Układ wycieczki zaplanowany został tak jak ostatnio. Start w Częstochowie, koniec w Krakowie i stamtąd powrót pociągiem do świętego miasta 🙂

Aby „junior” nie zajechał się no i miał trochę przyjemności z wycieczki tym razem podzieliliśmy przejazd na 3 dni. Dziennie miało to dać przebiegi 70km, 60km, 60 km. Jazda (spokojna bo sporo czasu) miała być przerywana zwiedzaniem wszystkich zamków jak i innych ciekawych miejsc na trasie.

Był to dobry plan. Wprawdzie finalnie wyszło tych km trochę więcej (bo po około 75 km dziennie) ale na zamki czasu starczyło, weszliśmy w sumie na wszystkie *

*trzeci dzień z powodów logistycznych – problemu z pociągiem powrotnym był napięty czasowo i tu odpuściliśmy już zwiedzanie ale moim zdaniem nie jest to jakaś tragedia. Szczerze (wg mnie) mniej tu do zobaczenia w porównaniu z poprzednimi dniami i zaryzykowałbym stwierdzenie, że osoby z mniejszą ilością sił, czasu czy te, którym nie zależy na Krakowie mogłyby z niego zrezygnować kończąc w Olkuszu, no może w zamku Tenczyn.

Moje przemyślenia z układu trasy w podziale trzydniowym są następujące:

Dzień pierwszy (Częstochowa – Podlesice)
Idealny układ na start. Trasa przyjemna, dobrej jakości. Nie ma tu za wielu przewyższeń jest za to mnóstwo zamków.

Dzień drugi (Podlesice – Rabsztyn)
Zaryzykowałbym twierdzenie, że odcinek najtrudniejszy rowerowo. Sporo ostrych wzniosów, spadków. Nawierzchnia słabej jakości – jeździ się już po szutrach, kamieniach, lasach. W dalszym ciągu sporo do zobaczenia jeśli chodzi o zamki 🙂

Dzień trzeci (Rabsztyn – Kraków)
Początek jazdy wg mnie ciężki. Słabo się jedzie w okolicy Olkusza. Dopiero mniej więcej od Tenczynku zaczyna się jechać przyjemniej. Podjazdów i zjazdów jest też sporo (na całości) ale raczej lżej niż w poprzednim dniu.

Przemyślenia ogólne 🙂

  • W porównaniu do wycieczki z 2020r. szlak trochę się poprawił. W kilku miejscach pojawiły się nowe asfalty. Oznaczenie jest dobre.
  • Aktualnie, w dwóch miejscach prowadzone są prace drogowe (niezwiązane ze szlakiem). O tych utrudnieniach jest informacja na stronie:

    Szlak Orlich Gniazd


Nie były one jednak krytyczne, spokojnie dało się jechać w wolne, weekendowe dni.

  • Track GPS z powyższej strony w paru miejscach trochę się rozjeżdża z rzeczywistością. Są to jednak lekkie nieścisłości, jadać wg niego i mapy.cz nie miałem problemów by widzieć gdzie jestem, jak dobić do trasy z powrotem.
  • Jechaliśmy w tzw. „długi weekend” i na trasie jest sporo rowerzystów. Nie przeszkadza to oczywiście w jeździe ale rodzi potencjalne problemy logistyczne z noclegiem czy powrotem pociągiem. Konkretnie ja nie mogłem kupić bezpośredniego biletu na połączenie Kraków- Częstochowa (na rower)! Musiałem kombinować powrót z przesiadką. Warto mieć to na uwadze i zamawiać wszystko dużo szybciej.

Jestem bardzo zadowolony z tej wycieczki. Dopisała nam pogoda, zwiedziliśmy zamki (a jadąc w dwa dni nie było na to czasu). Spokojne tempo, częste przerwy nie były wycieńczające więc nawet nasz nastolatek (niechętny rowerowym treningom 🙂 ) spokojnie dał radę. Warto było wrócić na ten szlak i polecam go wszystkim.

Dawno, dawno temu… Huawei Watch GT

Jakoś w 2018 roku kupiłem tytułowy smartwatch – Huawei Watch GT. Tak sobie myślę teraz, że z perspektywy czasu to w pewnych sprawach wyprzedzał on swoją epokę. Solidne wykonanie, wyświetlacz o kosmicznych kolorach a przy tym naprawdę dobre możliwości gps i funkcji sportowych. Na tle plastikowych, monochromatycznych zegarków sportowych było to coś niezwykłego. Kto wie jak potoczyłaby się moja późniejsza historia sportowych zegarków gdyby nie dokuczliwa „wada” – brak możliwości eksportu aktywności do Endomondo/Stravy.

Czas płynął, zapomniałem trochę o tym co tworzy Huawei.

Wspominałem jednak ostatnio, że dałem sobie spokój z topowymi zegarkami sportowymi. Ani mi ich funkcje aż tak nie potrzebne a i chciałoby się czasem założyć normalny zegarek. Tak też się stało. Vertical został sprzedany a do trenowania używam starego Spartana, który zakładam tylko na czas biegu.

No ale… przeglądając z nudów ofertę portali z używanymi rzeczami wpadł mi w oko Huawei Watch GT 3 Pro. Walka nie była zbyt długa, tym bardziej, że wyczytałem nie tak dawno temu, że w końcu dostępne są dla nich transfery danych do Stravy. Kupiłem sobie 🙂

Wiem, że są już 5 generacje tych smartwatchy, są wersje Ultimate ale powiem szczerze, że w dalszym ciągu jestem pozytywnie zaskoczony tym, co Watch GT 3 potrafi.
Nie będę tu go jakoś szczegółowo recenzował. Powiem tylko, że elegancka, tytanowa obudowa, czas pracy na baterii, świetny ekran robi robotę. Sportowo zaś – wypas 🙂 GPS łapie tak szybko jak moje Suunto. Ze dwa razy sprawdziłem dokładność obu zegarków – różnic praktycznie nie ma. Fani cyfr, zestawień, analiz powinni być w niebie. Jest tego multum 🙂 A… no i wisienka na torcie – faktycznie transferuje dane do Stravy! Po prawdzie tylko z 3 głównych aktywności (bieg, rower, spacer) ale w sumie to i tak wystarczające dla większości.

Huawei tak mi się spodobał, że noszę go na co dzień. Używam do spacerów, roweru. Nie chcę tu nikogo przekonywać by rezygnował ze swojego Suunto, Garmina, Polara itp. ale po prostu pokazać, że to co kiedyś wydawało się nie do pogodzenia – smartwatch i sport w dzisiejszych czasach jest już trochę nieaktualne. Da się 🙂

Smartwatch Garett GRS PRO

Szalony pęd technologii powoduje, że funkcjonalności zarezerwowane do tej pory dla urządzeń drogich i wyspecjalizowanych schodzą „pod strzechy”.

Jednym z takich tanich, a mających interesujące dla sportowca funkcje, jest smartwatch Garett GRS Pro. Zegarek który kosztuje około 300 zł ma GPS, ekran AMOLED. A co najważniejsze zapisane aktywności można wyeksportować do Stravy.

Czy to może działać? Czy producenci drogich zegarków sportowych już muszą się bać? 🙂 Zapraszam na film:

Poncho przeciwdeszczowe Action

Swego czasu opisywałem dość porządną pelerynkę z Decathlonu. Na dłuższych wycieczkach rowerowych lub pieszych warto mieć osłonę przeciw deszczową, gdyż nigdy nie wiadomo co może nastąpić w pogodzie. Nie ukrywajmy jednak – nie zawsze jednak jest chęć wozić ze sobą solidne (ale zajmujące miejsce) okrycie. Czy da się sobie jakoś z tym poradzić? Ano da 🙂

Podczas jednej z wizyt w Actionie przyuważyłem, że w cenie około 9 zł mają małe, lżejsze pelerynki. Mimo ryzyka, że może to być produkt jednorazowy wziąłem parę (dla wszystkich domowników).

Swoją wrzuciłem do torebki narzędziowej w rowerze no i tak sobie leżała aż do ostatniego weekendu, kiedy to złapała nas mega ulewa 🙂

Niebieska, „foliowa” pelerynka dostępna jest w uniwersalnym rozmiarze. Przy moich 183 cm wzrostu, po rozwinięciu sięga gdzieś do kolan. Na niekorzystnym zdjęciu 😉 wygląda na krótszą ale trochę mi się podwinęła. Rękawy są mniej więcej do łokcia. Całość jest na tyle luźna, że powinna spokojnie zmieścić się w nią tęższa osoba czy też turysta z plecakiem. Dość wąski jest za to kaptur ze sznureczkiem ściągającym. Kask rowerowy pod niego nie wejdzie, trzeba założyć na wierzch.

Jej materiał jest w miarę wytrzymały. Przy wkładaniu, zdejmowaniu nie podarła się

Cóż, niewiele się tu da naopowiadać więcej. Pelerynka chroni przed wodą, wiatrem. W czasie jazdy rowerowej dość głośno łopocze co jest pewnym minusem. Nie ma w niej też żadnych ściągaczy u dołu więc trochę się podwija i kolanka zmokną 🙂 Przy chodzeniu z pewnością będzie lepiej.

Jak za te pieniądze uważam, iż warto kupić. Nigdy nie wiadomo kiedy się przyda 🙂

Bagażnik rowerowy na sztycę – Korbi

Po zmianie rowerów na modele z kołami 29″ stanęliśmy z Żoną przed dylematem zakupu nowych bagażników. Ja mam łatwiej. Oszczędzę bo spasuje mi ostatnio tu recenzowany – po prostu go przełożę i wyreguluję do nowej maszyny.

Uniwersalny bagażnik na tył

Gorzej w jej rowerze bo Romet nie ma punktów montażowych (w ramie). Z tego powodu pozostało zakupić coś montowane do sztycy.

Jedną z obaw przed takim modelem był fakt, że tak montowany bagażnik może się przekręcać i w czasie jazdy np. trzeć o ramę, koło lub opadać w dół. Z tego powodu szukałem czegoś z dodatkowymi punktami montażu. No i znalazłem – bagażnik firmy Korbi.

Jest to model stosunkowo niedrogi, kosztował około 100zł. W aukcji podano takie jego parametry:
Materiał – aluminium,
Na koła – 20-29″,
Średnica sztycy – 27,2-31,8mm,
Waga – 980g,
Wymiary – 40,5×14,5 cm,
Udźwig – 110 kg,

Bagażnik dostajemy w foliowym woreczka. Elementy składowe wykonane są ładnie. Rurki pomalowane na czarno, śrubki, podkładki chromowane.
Pierwszy rzut oka na niego budzi obawę bo elementów jest mnóstwo a zwyczajowo – nie ma żadnej instrukcji pisemnej. Dobrze, iż poszczególne jego części (grupy elementów łączone w całość) też spakowane są osobno, co znacząco ułatwia złożenie. Warto jednak wspomóc się przynajmniej zdjęciami z aukcji by robota szła do przodu 🙂
W zestawie są narzędzia do montażu czyli klucz 10mm i imbus. Imbus ok, kluczyk jest marny – strasznie cieńki i lepiej użyć coś normalnego 🙂

Składanie bagażnika idzie ok, wszystko do siebie pasuje. Nic też w zestawie nie brakowało – to plus.
Po złożeniu całości lepiej nie skręcać go od razu na full ale przypasować do roweru. Jest sporo możliwości regulacji – pochylenia wsporników, przesuwanie bagażnika w przód – tył. Ja nie miałem problemu z zamocowaniem i myślę, że spokojnie da się i do innych rowerów. Jak widać na zdjęciach nie gryzie się też z błotnikami SKS. Fajnie mieszczą się one pod bagażnikiem.
Gust każdy ma inny ale w sumie na jednośladzie Korbi też brzydko nie wygląda.

I cóż… założony, zakręcony można jechać. Runda testowa (i kolejne jazdy) bez zarzutów. Trzyma się, nic się nie odkręca. Nie testowałem aż tak hardorowych obciążeń ale te 2 sakwy z ciuchami spokojnie powinien obsłużyć. Acha, nie ma tu zwyczajowego „przycisku
do rzeczy wożonych na górze. Trzeba użyć gum, pasków transportowych. Dla mnie to nie problem ważne, że sakwy ładnie wspierają się o boczki i da się je oczywiście powiesić 🙂
Polecam więc.

Idzie nowe (rowerowe)

Pasje mają to do siebie, że wydaje się na nie kasę 🙂

Długi czas broniłem się przed przesadnym inwestowaniem w rowery. Popatrzyć na karbonowe cuda z wymyślnymi systemami oczywiście miło 🙂 ale jakoś nie trafia do mnie fakt, że można wydać na taki pojazd tyle co za dobry samochód. Podobnie jak jego części składowe – kurcze… rowerowa opona kosztuje tyle co samochodowa! A inne cuda jeszcze więcej. Po co to? Te rowery które miałem w zupełności mi wystarczały. Jak to mówi się po „handlarsku” – jeżdżą, hamują, skręcają 😉

No ale… przyszedł moment, że w końcu trochę się złamałem i uznałem, że chyba jednak czas na coś nowszego.
Najważniejszym powodem była … moja Żona, która zajarana jazdą zainwestowała w siebie dużo wcześniej 🙂 Nie mogę powiedzieć by moje rowery przy jej nie jeździły tylko … w sumie jak jechała obok na swoim 29″ (koła) wypasie to wyglądałem na 26″ trochę jak na psie 🙂 🙂

Cóż 🙂 widać względy estetyczne też są ważne 🙂

Z tego powodu wskoczyłem na poziom cen z jedynką z przodu (uspokajam zer jest trzy a nie więcej) i wiek sprzętu koło 7 lat a nie 20. Kupiłem więc takie cudo – Merida Big Nine 40 🙂

To nie jest jeszcze żaden kosmos – klasycznie 3×9 no ale koła 29″, tarczowe, hydrauliczne hamulce. Wygląda też w miarę „dzisiejszo” i liczę, że będę zadowolony. Czy na pewno? To oczywiście okaże się za jakiś czas 🙂

Maratońskie przygotowania – 03/2024

Po totalnie nieudanym lutym, w marcu można powiedzieć, że zaświeciła dla mnie (delikatnie) gwiazdka nadziei 🙂

Po analizie swojej formy, pozostałego do maratonu czasu uznałem, że spróbuję skupić się na trzech aspektach:
– zbudowanie chociaż podstawowej, powtarzalnej wytrzymałości biegowej. Mam tu na myśli regularne, spokojne bieganie i z każdym tygodniem delikatne zwiększanie dystansu. Uznałem, że będę dokładał po 1-2 km do każdego tygodnia. Trochę bałem się wrzucać w treningi jednego longa i resztę krótszych biegów więc podjąłem decyzję by każdy trening był taki sam. Nie jest to może zbyt efektywne ale obawiałem się, że po długim biegu będę zmęczony i kolejne 3 treningi będą „oszukane/słabe”. Wolę być przygotowany nawet na krótszy dystans ale w sposób powtarzalny a nie dłuższy a dokonywany wysiłkiem woli :),
– zróżnicowany rozwój „formy ogólnej” czyli rower, spacery, ćwiczenia w domu,
– zrzucenie wagi ile się da ale w sposób bezpieczny, nie rzutujący na zdrowie, siłę potrzebną do trenowania.

O dziwo udało mi się sumiennie przepracować cały miesiąc. Regularnie wychodziłem na swoje bieganie i faktycznie co tydzień po ten jeden km dokładałem – do trzech treningów, pierwszy był zawsze mniejszy (taki jak w poprzednim tygodniu).
Kiedy pierwszy raz od bardzo dawna zrobiłem 10 km podczas biegu naprawdę mega mnie to podbudowało! Poczułem, że jeszcze jestem w stanie coś przebieg i nie powiem dało mi to sporego motywacyjnego kopa. Oczywiście to nie gwarantuje sukcesu maratońskiego ale dla mnie było naprawdę ważne.
Treningi biegowe bardzo mocno wsparłem rowerem. Czasem myślę, że nawet za mocno ale jednak nie mam ochoty żonie odmawiać i wolę z nią pojeździć 🙂
Oprócz tego udało mi się faktycznie regularnie ćwiczyć w domu. Tu przyznam się potrzebuję więcej silnej woli bo po ciężkim dniu (bieganie, rower itp.) trochę mi się już nie chce i nieraz oszukuję 🙂 Albo tylko trochę pomacham hantelkami albo odpuszczam. Muszę się bardzo pilnować żebym nie zrezygnował całkiem 🙂

Patrząc na numerki wyszło to tak:
Bieganie: 106 km (wzrost w sumie 100% względem lutego)
Rower: 437 km
Spacery: 16,1 km
Waga: -2.5 km względem startu. Dobrze, ale dalej jednak dużo za dużo 🙁

Na tą chwilę jest w miarę ok. W kwietniu będę kontynuował powyższą strategię. Jeśli nic po drodze się nie spieprzy przed samym maratonem powinienem być w stanie przebieg około 14-15 km (4x w tygodniu). Myślę, że pozwoli to dociągnąć przynajmniej do połówki a później to się zobaczy 🙂