Archiwa tagu: bieg

VIII Bieg Szerszenia – Nocny Bieg Świętojański

Jak końcówka czerwca to wiadomo trzeba pobiec w Biegu Szerszenia. Nie inaczej stało się więc i w tym roku. Mimo (zwyczajowych) trudności kondycyjnych / słabej formy stawiłem się kilkanaście minut przed startem na dziedzińcu Oleśnickiego zamku.

Jak to po czasach covidowych, także ten bieg trochę skromniejszy, mniej osób na starcie. Ogłaszano też, że nie będzie imprez towarzyszących jak bieg dzieci, pokazy ognia czy wspólna biesiada po zawodach. No szkoda ale cóż…
Organizatorzy miotali się trochę walcząc ze sprzętem nagłaśniającym ale mi to jakoś specjalnie nie przeszkadzało. Grzecznie stanąłem na końcu grupy, trochę się porozciągałem i uznałem, że jestem gotowy.

Startujemy

Jak i w paru poprzednich zawodach, nie miałem tu jakoś sztywno wyznaczonego celu. Ot, by wypaść dobrze przed samym sobą 🙂
Pamiętając jak szybko odcięło mnie na Biegu Firmowych tym razem zacząłem dużo spokojniej pilnując by nie lecieć szybciej niż 6 min/km. Chciałem utrzymać to do połowy trasy, a później zobaczyć czy są jeszcze jakieś siły czy będzie się spacerować.

Na trasie 1
Na trasie 2
Na trasie 3

Założenia taktyczne nawet były przestrzegane 🙂 A to zrobiłem kilometr trochę wolniej, a to trochę szybciej ale bez szaleństw. Ostatni nie biegłem, coraz bliżej do połowy i ze zdumieniem odkryłem, że chyba przebiegnę całość (wiem jak to brzmi ale w sumie więcej niż 5 km to nie biegam od dawien, dawna więc… :))
Rozochociłem się trochę, nie powiem więc zacząłem małymi kroczkami wyznaczać cele – a to utrzymać się chwilkę za tym, dojść, wyprzedzić i znów.
Kurcze, fajnie to szło, naprawdę jestem zaskoczony. Tym bardziej, że sobota u nas była upalna (ponad 35 stopni w dzień, słońce) a ja cały dzień praktycznie robiłem sobie coś tam przy aucie. Samo to powinno mnie zniszczyć a tu takie historie 🙂

Udało się dobiec! Metę na zamku minąłem w czasie 1:00:09. Uplasowałem się po tym na pozycji 103 z 146 z czego jestem bardzo zadowolony.
Atmosfera rywalizacji, siły na trasie działają budująco i nie powiem ma chętkę by przyłożyć się bardziej do trenowania przed kolejnymi zawodami. Obym dotrzymał obietnicy 🙂


Bieg Firmowy 2022 (Wrocław)

28 maja odbyła się kolejna, stacjonarna tym razem (czasy covida odchodzą jak widać w niebyt) edycja Biegu Firmowego.

Ciężko mi tutaj napisać coś dobrego o swojej dyspozycji sportowej 🙂 Na wartościowy wynik szans żadnych nie było. Niewiele biegam ostatnio, a z pewnością nie więcej niż te 4 km na treningu. Mimo, że 5 km powinienem przebiec bez większych problemów to nie nastawiałem się na jakieś ostre bieganie.
Jak na złość parę dni przed biegiem złapało mnie jakieś przeziębienie czy co. Zawaliło zatoki, gardło zaczęło boleć i szybko męczyłem się. Bezpośrednie objawy ustąpiły dość szybko ale przytykanie zostało 🙁 Tym bardziej więc nie spodziewałem się cudów ale.. pobiec chciałem. Chyba chciałem po prostu poczuć klimat zawodów, jakiego dawno już nie doświadczałem.
Dobry uczynek dokonany przy tej okazji (bo to przecież bieg charytatywny) cieszy tym bardziej i pozwala trochę rozgrzeszyć swoją słabą formę 🙂

Pełne skupienie 🙂

Patrząc na całość zawodów pod tym kątem to było fajnie. Wystartowałem jak totalny świeżak 🙂 dużo za ostro na początku. Czasy pierwszego, drugiego kilometra oscylował w okolicach 5 min/km. Później , bliżej trzeciego km szybko mnie odcięło i musiałem zrobić resztę Gallowayem – 3 min biegu, 1 min spacerku.
Po takim stylowym biegu na mecie zameldowałem się po około 27min 24 sek. Nie tak źle w sumie – ot, zgodnie z oczekiwaniami.

I co więcej? I nic 🙂 Pobiegane. Dziwnie było przy okazji zobaczyć tyle ludzi biegających w jednym miejscu. Tłok jakich dawno nie było 🙂

Ok. W drugiej połowie roku (a to już blisko) mam w planach trochę dłuższe biegi – 10 km, 21 km więc zaliczone tu zawody dobitnie pokazały mi w jakim tyłku jestem. Jeśli ma coś z tego jeszcze wyjść to już ostatni dzwonek by znów zacząć regularnie trenować. Jak wyjdzie to zobaczymy.

City, City i po City :)

Ale wstyd. Ostatni bieg City Trail odbył się 25/03 a ja dopiero teraz coś o tym piszę. Oj 🙁

Ostatni bieg potraktowałem „turystycznie” – pobiegłem z Żoną, obiecując jej, że tym razem zaliczy życiówkę 😉
Tym razem plan udało się zrealizować w 100%. Wspólnie, zaliczyliśmy (jej) najlepszy czas na trasie. Zadowolony jestem, bo to zawsze dobry uczynek, a sam i tak nic ciekawego bym nie zwojował.

Przy okazji załapaliśmy się na kilka biegowych fotek więc będzie argument by jej przypominać, że prowadziła aktywny tryb życia i nic nie stoi na przeszkodzi by zapisać się na kolejne zawody 😉

Ostatnie zawody CT Wrocław

Wchodząc zaś z powrotem na swoją osobę to w klasyfikacji generalnej Wrocławia zająłem miejsce 219 z 250. Patrząc po czasach najlepszych biegów – nie był to udany sezon. Najszybciej pobiegłem trasę w 26:06, najwolniej 28:04.
W sumie przez pierwsze trzy biegi szło to dobrze – z biegu na bieg był progres. Siadło dopiero później i niestety niewiele już dało się z tym zrobić. No szkoda, ambicje były spore.

Plusem tej edycji (dla mnie) był fakt, że udało mi się trochę „przymusić” syna i żonę do wspólnego startowania. Może fanami biegów automatycznie się nie stali ale przynajmniej czas na świeżym powietrzu był spędzony, a to z pewnością będzie procentowało zdrowotnie.

Cóż. Zawody zakończone, uroczysta gala była. W tym momencie pora skupić się na innych planach, a na CT pewnie wrócę na jesieni.

Gala we Wrocławiu.

City Trail Wrocław 2021/22 – Bieg 4

Dla spokoju ducha i z kronikarskiego obowiązku napiszę, iż pod koniec lutego pobiegłem w 4 biegu z serii City Trail 🙂

Forma moja nie dawała żadnych szans na wartościowy wynik, więc potraktowałem go towarzysko asystując swojej Małżonce.
Przy tej okazji, pochwalić ją trzeba – zabrała się za bieganie i jakby faktycznie chciała to by mogła osiągnąć wyniki lepsze niż ja 🙂
Ratuje mnie jednak fakt, że jej ukochany sport to rowery a bieganie to tak przy okazji.

Pobiegliśmy Gallowayem w cyklu 3/1min. Tempo biegu z gatunku wolniejszych, ale starałem się około 6:30-07:00 trzymać. Miało to dać całkiem dobry wynik (najlepszy z tych, które moja Żonka osiągnęła w tym sezonie). Okazuje się jednak, że możliwości miała większe 🙂 🙂 Jeden bieg zrobiła gorzej, drugi zaś lepiej – ten więc wypadł nam po środku.
Nie ma co jednak rozpaczać, biegło się fajnie, przyjemnie (przynajmniej mi). Założona strategia spowodowała zaś, że na mecie zameldowaliśmy się po 00:37:21.

Nieźle. Seria CT powoli się już kończy. Wiadomo, niewiele wywalczyłem wynikowo ale … W tym roku wystartowaliśmy rodzinnie: ja, żona, syn. To duży plus, fajnie, że chce się nam wszystkim jeszcze poruszać.
Wszyscy mamy już wymagane minimum biegów więc ostatnie zawody pewnie potraktuję podobnie. Pobiegnę dla przyjemności.
Ewentualne wyzwania biegowe zaś … może potem 🙂

City Trail Wrocław 2021/22 – Bieg 3

Dawno nic nie pisałem ale spokojnie, żyje się 🙂 I nawet biega, chociaż ciężko coś ciekawego o tym bieganiu sklecić (w połączeniu z lenistwem życiowym dało to długą przerwę we wpisach). Liczę, że jeszcze szanse na odrodzenie są 🙂
W międzyczasie mam jakieś inne pomysły, ale nimi podzielę się w najbliższym czasie.
No dobrze, teraz coś o bieganiu 🙂

Do trzeciego biegu City Trail przystąpiłem w całkiem dobrej formie. Jedno kolano odpuściło całkiem, drugie zaczyna szwankować (ale jeszcze pod kontrolą) 🙂 więc udało mi się po prostu cały poprzedzający miesiąc pobiegać. Delikatnie po te 3-6 km, ale regularnie co zaprocentowało zwyżką formy.
Szczęśliwie również warunki pogodowe nie przeszkadzały więc bieg uważam za wielce udany. Czasowo zrobiłem najlepszy wynik w tej edycji: 26:06 i na mecie zameldowałem się jako 276 osoba z 436.
I fajnie 🙂

Jak to w życiu apetyt rośnie w miarę jedzenia, spodobało mi się uzyskiwanie w kolejnych biegach coraz to lepszych czasów. Niestety… już wiem, że teraz (luty) tak dobrze już nie będzie. Przyplątało się jakieś choróbsko (ale chyba nie to słynne) i niestety teraz treningów wypadło na tyle dużo, że nie ma szans nadrobić. Z tego powodu planuję albo bieżący bieg odpuścić (porobić za to jakieś zdjęcia) albo pobiec rekreacyjnie z Żoną. Zobaczymy.
Liczę, że może w marcu uda się zakończyć serię z przytupem 🙂

City Trail Wrocław 2021/22 – Bieg 2

27-11-2021 odbył się 2 bieg z wrocławskiej serii City Trail. No a skoro zapisany byłem to wypadało pobiec 🙂

Tym razem Wrocław powitał biegaczy pierwszym w tym roku śniegiem. Nie było go dużo, co więcej mroźna noc przerodziła się w cieplejszy poranek. Rodziło to obawy o możliwość pojawienia się błota na trasie. Szczęśliwie dla startujących aż tak źle nie było – trochę kałuż i miejscami miększa nawierzchnia.

Zdjecie z City Trail Wroclaw. Bieg 2, przed startem.
Przed startem.

Jeżeli chodzi o moją dyspozycję (i strategię) to nie planowałem żadnych ekscesów. Ot spokojny bieg na miarę swoich możliwości. Moje treningi (poprzedzające te zawody) szły w miarę dobrze. Nie czułem dyskomfortu związanego z kolanem, dystanse około 4-5 km obiegane więc nie spodziewałem się większych problemów. Jedno na co chciałem zwrócić uwagę to spokojne zaczęcie, tak by pod koniec biegu nie odcinało mi sił.

Cóż, krótka rozgrzewka, chwila oczekiwania i start z pierwszych rzędów strefy 28 min. Ruszyłem pilnując „czołówki” swojej strefy, jednocześnie starając się nie rwać zbyt mocno do przodu. Nawet to szło, mimo, że biegłem praktycznie na odczucia. Mój Garmin coś mocno szalał z chwilowym tempem i ciężko było skontrolować czy mieszczę się w zakładanych widełkach.
No nic, pierwsze 3 km weszły siłą rozpędu, później zaczęło się już lekkie zmęczenie. Tym razem jednak zwalczyłem pokusy spacerów, troszkę zwolniłem ale do końca biegłem. Wydaje mi się, że nawet zbyt zachowawczo bo na finish zachowałem sporo sił by przyśpieszyć.
Nie ma co jednak narzekać czas, w porównaniu do biegu 1 wyszedł lepszy. Zrobiłem 27:03 min, co pozwoliło mi na zajęcie miejsca 284/417. W kategorii M40 – 74/92.

Na trasie CT

Fajnie to wyszło. Muszę powiedzieć, że zadowolony jestem ze swojej dyspozycji jak i faktu, że udaje mi się poskromić zapędy gnania zbyt mocno. W głowie pojawił się już zamysł, że wypadałoby i kolejny bieg troszkę poprawić. To już jednak dość odważny zamysł, wydaje mi się, że trzeba będzie włożyć więcej sił w dietę i trening by doszło to do skutku. Czy dojdzie? Zobaczymy 🙂

XXI Toyota Półmaraton Wałbrzych

Czyli jak wróciłem do biegania 🙂

(O samym półmaratonie wiele nie będzie wybaczcie ale co roku podobny, co tu koło wymyślać od nowa :))

Kto interesuje się aktualną sytuacją biegową wie, że dalej dużych imprez praktycznie nie ma. Odwoływanie, przekładanie na nie wiadomo kiedy są na porządku dziennym. W tej dziwnej sytuacji tym bardziej zaskakujący okazał się fakt, iż Wałbrzych swój półmaraton jednak zorganizuje.

Zapisałem się na niego będą jeszcze w miarę w formie, w 2020 roku. Przeniesiono go na 2021. Kiedy okazało się, że jednak będzie uznałem – trudno, mimo kontuzji, zerowej formy wystartuję, no bo może wygram tą Toyotę 🙂
Nie będę ukrywał głupie i ryzykowne to było i mądrzy ludzie raczej tak robić nie powinni. Głód biegania to jednak straszna siła więc cóż…

Kiedy ciało nie może należy posiłkować się siłą umysłu. Z tego powodu przygotowania do zawodów zacząłem od przeanalizowanie swoich szans i możliwości oraz takiego wymyślenia strategii bym sobie jakoś specjalnie nie zaszkodził.

10 km w czerwcu jakoś mi poszło. 21 jednak to duża różnica – siłą woli raczej się jej nie zrobi. Oczywistym jest, że nie da się też nadrobić 5 miesięcy nie biegania w jeden (tym bardziej jak waży się 93 kg i ma jakąś kontuzję kolana). Postanowiłem więc sięgnąć do metody… Galloway’a.

Oceniłem, że powinienem być w stanie wolno truchtać 3 min, z 1 min przerwą na marsz i tak też postanowiłem zacząć biegać.

Kiedy chodzę z noga moją jest w miarę ok, biegać się jednak bałem „na żywca” więc na kolano zakładałem opaskę uciskową, o której może w jakimś kolejnym tekście wspomnę.

Najpierw zrobiłem 2-3 tygodnie rozruchu (po 3 biegi w tygodniu). Początkowo były to dystanse 4-5 km w tempie około 7 min/km, później zwiększone do około 6-7 by finalnie przed półmaratonem zrobić dwa treningi po 10 km i ostatni lekki run w sobotę (5 km.).

Nie było tak źle. Założoną strategię 3-1 min byłem w stanie utrzymać na treningach. Noga wytrzymywała też, więc można było przystąpić do półmaratonu.

Organizacyjnie (jak w poprzednich edycjach) wszystko ok. No prawie. Problem miałem mały w biurze zawodów, bo nie znałem swojego numeru. Okazuje się, że tym razem przypisywano je losowo (skanując kod kreskowy ze zgłoszenia powiązywali go z dowolnym numerem). Ot nowoczesność.
Pakiet startowy był nawet pomysłowy. Fajną, sporą torbę sportową dawano, a w niej termos i energetyczny baton/żel. Koszulki ekstra płatne jak ktoś chciał.
Trasa biegu jak kogoś ciekawi lekko pozmieniana. Dalej 2 kółka ale wydaje mi się, że kiedyś biegło się troszeczkę inaczej. No chyba, że nie pamiętam 🙂

A jeśli chodzi o walkę na trasie to było tak:

Pzed startem.

Wałbrzych powitał nas chmurami i chłodem. Do biegania więc całkiem dobre warunki (było by idealnie gdyby nie przelotne opady deszczu w trakcie biegu i spore już po). Mimo przedstartowego chłodku zdecydowałem się ruszyć na krótko – tylko spodenki i koszulka.
By być niezależnym od punktów żywieniowych zaś, zabrałem kamizelkę Aonijie z bukłaczkami + jeden żel.
Sporo osób biegło ze swoją wodą, widać obawy covidowe w narodzie żywe. Poważniej zaś, nie była to zła strategia. Na jednym z ostatnich punktów żywieniowych np. skończyły się kubeczki, dobrze więc że miałem swoją wodę.

Na trasie biegu.

Powiem wszystkim, że trzymanie się Gallowaya to ciężki temat. Zwłaszcza na zawodach gdy po 3 min trzeba iść a wszyscy lecą. Dumny jestem z siebie, że jednak dałem radę. Zwalczyłem pokusę i biegłem/dreptałem tak jak nakazywał czas.
Opłaciło się to bo o dziwo siły zachowałem na długo. Dopiero około 17 km, przy podbiegach trochę wymiękłem i szedłem ponad ustalenia. By było jednak uczciwie w momencie wypłaszczenia/ z górki biegłem troszkę dłużej.

Wałbrzych jest specyficznym biegiem są tu podbiegi i zbiegi. Analizując na spokojnie wydaje mi się, że tutaj można było jednak częściej złamać regułę i pod górki podchodzić a na zbiegach dłużej biec.
Dzieląc dystans minutowo (jak zrobiłem ja) czasem wychodziła niestety konieczność biegu pod górę a marszu w dół. Nie do końca ekonomiczne to, no ale… taka sytuacja.

Przy okazji powiem, iż atmosfera zawodów dodała mi skrzydeł w bieganiu. Na treningu robiłem odcinki biegowe po około 6:30 min/km a tu bliżej 6:00 min/km 🙂

No i zaraz będzie meta 🙂

Na mecie zameldowałem się w czasie 02:20:29. Niezbyt rewelacyjnie ale „żywy” i dalej władający nogami.
Dało mi to miejsce 605 Open (z 689 startujących) / 202 M40 czyli w ogonach obu kategorii 🙂

W losowaniach nic niestety nie wygrałem ale i tak fajnie. Bieganie dalej mnie kręci! Teraz pora robić parę dni oddechu i wracam do treningów – chciałbym jeszcze zrobić 10 km w Twardogórze. Tym razem ciągiem biegnąc.

Nie udawajmy, że aż tak OK. Nogi bolą 🙂

Taka myśl mi się jeszcze na koniec nasunęła. Mimo dużej, łącznej liczby startujących, widzę, iż sam półmaraton wielu chętnych nie przyciągnął w tym roku (~700 to chyba nie rekord tu). Sporo osób wybrało 10 km + Bieg Kobiet (wiadomo tu Panie :)).

7 Bieg Szerszenia 2021

Biegacze są różni. Jedni lubią ciągłe nowości, biegowe wycieczki w ciekawe miejsca, zawody. Inni latami bywają na tych samych imprezach, czy to poprawiając swoje wyniki czy też po prostu stawiając na wygodę, lokalny patriotyzm 🙂
Moje nastawienie z biegiem lat skręca właśnie w stronę „lubimy piosenki które już znamy”. W swoim kalendarzu mam niezmiennie od lat pozycje, na których muszę być.
Bieg Szerszenia to właśnie taka impreza. Startowałem w jej wszystkich częściach i za punkt honoru postawiłem sobie biegać tak długo póki ona będzie.
Rok temu biegu nie było (z wiadomych względów), przeniesiono go zachowując opłaty na sezon 2021 (kto chciał mógł oczywiście zrezygnować). Byłem wpisany, zegar tykał i w końcu… wypada biec.

Kto czyta mój blog wie, że już od paru lat naczelnym dylematem jest – jak zrobić by nie było dużo gorzej niż ostatnio. Tym razem obawy miałem jeszcze większe bo z powodu kontuzji nie trenuję i nie biegam praktycznie już od lutego-marca.
Nastawiony byłem na czystą loterię. Bardziej prawdopodobny wydawał mi się czarny scenariusz, że kolano szybko zacznie mnie boleć i nie będę mógł biec a tylko iść. Dodatkowo obawiałem się, że o ile nawet jakoś biec będę to 10 km nie wytrzymam i też skończy się marszem. Negatywny nastrój podsycał fakt, że limit czasowy to 1:30 godziny czyli nie da się zmieścić tylko idąc.
No trudno, jak to się mówi – będzie co ma być. Na kolano założyłem solidną opaskę uciskową, zabrałem kijki trekkingowe, czołówkę, wodę (kamizelkę Aonijie z dwoma butelkami) no i podążyłem ku startowi.

Na starcie. Chyba tylko ja dźwigałem tyle wyposażenia 🙂

Żeby nie przeszkadzać szybszym biegaczom stanąłem sobie praktycznie na końcu. W głowie ułożyłem sobie przykazanie by szybko nie biec a raczej wlec się trochę szybciej niż bym szedł 🙂 Rozgrzewkę wykonałem stacjonarną by nie obciążać nogi jeszcze przez właściwym biegiem i pełen obaw ruszyłem na trasę.

Idzie całkiem nieźle mimo, że to początek.

Nie będę tutaj przedstawiał swoich heroicznych zmagań z zawodami, ot powiem, że wytrzymałem. Biegło mi się w miarę dobrze. Tempo miałem trochę ponad 06:00 min/km. Pierwszy kilometr skończyłem bliżej 7 min, później szarpałem trochę ku 6 i tak w sumie wytrzymałem (jeden km obleciałem nawet w 5.45, ale później sam siebie strofowałem – zwolnij bo nie dasz rady :)).
Jakoś po 6 km zacząłem już czuć łydki, szczęśliwie jednak nie skończyło się żadnymi skurczami.

Na trasie.

Najbardziej ucieszyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza, że cały czas biegłem. Druga to fakt, iż nie byłem ostatni, zdarzyło mi się parę osób na trasie wyprzedzić.
Zacnie, stracha trochę miałem, że jak będę wlókł się w ogonie to ani dobrze nie będzie wiadomo jak biec, no i czy zdążę przed limitem.

Czas z tego wyszedł nawet dobry (jak na dyspozycję) bo 01:02:19, miejsce 101/126.

No i super! Zaskoczyłem aż sam siebie. Gdybym wiedział, że pójdzie aż tak to nie brał bym kijków bo mi tylko przeszkadzały.

Po biegu zwyczajowo odebrałem medal, wodę do picia no i można było wracać do domu. Tym razem nie było bowiem ani biesiady świętojańskiej ani losowań nagród itp. Wiadomo, pandemia.

Na sam koniec powiem Wam, że już idąc do domu, czułem nogi. Dzień później też, zupełnie jak po pierwszych zawodach. Człowiek czuje, że ma mięśnie, ścięgna itp 🙂

Mam nadzieję, że za rok będzie można zmierzyć się z trasą bardziej „w siłach”. Teraz zastanawia mnie jak pokonać Półmaraton Wałbrzych, na który też jestem zapisany. Kolano jednak czuję znów. Oj, tam chyba siłą woli się nie uda 🙂

Podsumowanie – Maj 2021

Lenistwo straszna rzecz 🙂 Kończy się czerwiec a ja jeszcze nic o maju. No to na szybkości bo niewiele do pisania:

Rower: 121.17 km
Chodzenie: 30.79 km

W dalszym ciągu nie biegałem bo kolanko samo coś naprawić się nie chciało ale… Wyprzedzając fakty – przerzuciłem się na rower i coś powoli mi zaczyna odpuszczać. Dam znać co i jak po czerwcu 🙂

Z powodu przymusowej pauzy (jak widać po wpisach) trochę odrabiam zaległości opisowe różnych dziwnych akcesoriów, jakie kupiłem swego czasu. Trochę wrzucę też o rowerach bo w czerwcu sporo się działo w tej materii 🙂
Pewnie jeszcze przez chwilę tak będzie ale nie poddaję się, liczę, że jeszcze do biegów wrócę.

Podsumowanie – Marzec 2021

Marnie. Miotałem się w tym marcu próbując zachować resztki jakiejś formy i przy tym nie zrobić sobie krzywdy.
Przy początku miesiąca miałem tydzień odpoczynkowy – tylko spacery z kijkami. Później coś tam próbowałem biegać, ale to takie oszukane bieganie. Brałem kijki i szedłem w teren. Coś się pobiegło, zaczynałem czuć nogę to maszerowałem chwilę i tak z przerwami przez te 5-6 km.
Jakoś to szło przez te 2-3 tygodnie ale jak to u biegacza, zgubiła mnie niecierpliwość. Dobrze mi się „Galloway’owało” to pocisnąłem pod 7 km na jednym z treningów. Noga (kolano) znów zaczęło mnie boleć mocniej i dałem spokój. Końcówkę miesiąca miałem tylko nordic-walkingową.

Przyplątała się jakaś chyba solidniejsza kontuzja do mnie bo jednak okolica kolana mi dokucza. Co gorsza nie umiem sam zdiagnozować czy to kolano czy coś w okolicy. Największy problem mam z pełnym wyprostem nogi, czuję je wtedy. Może nawet nie przy takim swobodnym ale przy próbie skłonu na zblokowanej nodze coś mi przeszkadza z boku. Rzutuje to na ruch, nie do końca naturalnie stawiam stopę i bieganie męczy. Szybko mi łydkę napina boję się bym z kolei nie przeciążył, urwał czegoś z tego obszaru 🙂
Jakieś takie zastanie też mam jak posiedzę (a niestety siedzi się w pracy 8 godzin). Jak wstaję to potrzebuję chwili by się rozruszać.
Cóż, śmieszne to nie jest, samo się naprawić nie chce i coraz bardziej zastanawiam się czy gdzieś po poradę nie uderzyć. Jak na złość coronavirus w natarciu, co mnie skutecznie hamuje przed szukaniem pomocy u lekarzy (nawet jeśli to ortopeda przyjmujący prywatnie).
No nic, nie ma co ciągnąć tematu, trzeba jednak będzie coś postanowić na dniach.

Marzec 2021

W marcu pokonałem:
Bieg: 37.09 km
Marsz: 60.43 km (+ coś tam 29-31/03 ale nie chce mi się tego już tej Stravy wyliczać)
Rower: 26,71 km (debiut w tym roku :))

O wadze też nie ma zbytnio co się rozpisywać, stoi w miejscu z lekką tendencją zwyżkową ~93,9 kg. Znów mniej ruchu, znów ciężej będzie utrzymać się w ryzach.

Dużo napisałem a można było krótko – do du… jest. Rok chyba będzie stracony.
Biegi powoli wracają do kalendarza a ja okaże się, że jedyne co mogę to pochodzić (w sumie dobrze, że chociaż jeszcze tyle…).