XXI Toyota Półmaraton Wałbrzych

Czyli jak wróciłem do biegania 🙂

(O samym półmaratonie wiele nie będzie wybaczcie ale co roku podobny, co tu koło wymyślać od nowa :))

Kto interesuje się aktualną sytuacją biegową wie, że dalej dużych imprez praktycznie nie ma. Odwoływanie, przekładanie na nie wiadomo kiedy są na porządku dziennym. W tej dziwnej sytuacji tym bardziej zaskakujący okazał się fakt, iż Wałbrzych swój półmaraton jednak zorganizuje.

Zapisałem się na niego będą jeszcze w miarę w formie, w 2020 roku. Przeniesiono go na 2021. Kiedy okazało się, że jednak będzie uznałem – trudno, mimo kontuzji, zerowej formy wystartuję, no bo może wygram tą Toyotę 🙂
Nie będę ukrywał głupie i ryzykowne to było i mądrzy ludzie raczej tak robić nie powinni. Głód biegania to jednak straszna siła więc cóż…

Kiedy ciało nie może należy posiłkować się siłą umysłu. Z tego powodu przygotowania do zawodów zacząłem od przeanalizowanie swoich szans i możliwości oraz takiego wymyślenia strategii bym sobie jakoś specjalnie nie zaszkodził.

10 km w czerwcu jakoś mi poszło. 21 jednak to duża różnica – siłą woli raczej się jej nie zrobi. Oczywistym jest, że nie da się też nadrobić 5 miesięcy nie biegania w jeden (tym bardziej jak waży się 93 kg i ma jakąś kontuzję kolana). Postanowiłem więc sięgnąć do metody… Galloway’a.

Oceniłem, że powinienem być w stanie wolno truchtać 3 min, z 1 min przerwą na marsz i tak też postanowiłem zacząć biegać.

Kiedy chodzę z noga moją jest w miarę ok, biegać się jednak bałem „na żywca” więc na kolano zakładałem opaskę uciskową, o której może w jakimś kolejnym tekście wspomnę.

Najpierw zrobiłem 2-3 tygodnie rozruchu (po 3 biegi w tygodniu). Początkowo były to dystanse 4-5 km w tempie około 7 min/km, później zwiększone do około 6-7 by finalnie przed półmaratonem zrobić dwa treningi po 10 km i ostatni lekki run w sobotę (5 km.).

Nie było tak źle. Założoną strategię 3-1 min byłem w stanie utrzymać na treningach. Noga wytrzymywała też, więc można było przystąpić do półmaratonu.

Organizacyjnie (jak w poprzednich edycjach) wszystko ok. No prawie. Problem miałem mały w biurze zawodów, bo nie znałem swojego numeru. Okazuje się, że tym razem przypisywano je losowo (skanując kod kreskowy ze zgłoszenia powiązywali go z dowolnym numerem). Ot nowoczesność.
Pakiet startowy był nawet pomysłowy. Fajną, sporą torbę sportową dawano, a w niej termos i energetyczny baton/żel. Koszulki ekstra płatne jak ktoś chciał.
Trasa biegu jak kogoś ciekawi lekko pozmieniana. Dalej 2 kółka ale wydaje mi się, że kiedyś biegło się troszeczkę inaczej. No chyba, że nie pamiętam 🙂

A jeśli chodzi o walkę na trasie to było tak:

Pzed startem.

Wałbrzych powitał nas chmurami i chłodem. Do biegania więc całkiem dobre warunki (było by idealnie gdyby nie przelotne opady deszczu w trakcie biegu i spore już po). Mimo przedstartowego chłodku zdecydowałem się ruszyć na krótko – tylko spodenki i koszulka.
By być niezależnym od punktów żywieniowych zaś, zabrałem kamizelkę Aonijie z bukłaczkami + jeden żel.
Sporo osób biegło ze swoją wodą, widać obawy covidowe w narodzie żywe. Poważniej zaś, nie była to zła strategia. Na jednym z ostatnich punktów żywieniowych np. skończyły się kubeczki, dobrze więc że miałem swoją wodę.

Na trasie biegu.

Powiem wszystkim, że trzymanie się Gallowaya to ciężki temat. Zwłaszcza na zawodach gdy po 3 min trzeba iść a wszyscy lecą. Dumny jestem z siebie, że jednak dałem radę. Zwalczyłem pokusę i biegłem/dreptałem tak jak nakazywał czas.
Opłaciło się to bo o dziwo siły zachowałem na długo. Dopiero około 17 km, przy podbiegach trochę wymiękłem i szedłem ponad ustalenia. By było jednak uczciwie w momencie wypłaszczenia/ z górki biegłem troszkę dłużej.

Wałbrzych jest specyficznym biegiem są tu podbiegi i zbiegi. Analizując na spokojnie wydaje mi się, że tutaj można było jednak częściej złamać regułę i pod górki podchodzić a na zbiegach dłużej biec.
Dzieląc dystans minutowo (jak zrobiłem ja) czasem wychodziła niestety konieczność biegu pod górę a marszu w dół. Nie do końca ekonomiczne to, no ale… taka sytuacja.

Przy okazji powiem, iż atmosfera zawodów dodała mi skrzydeł w bieganiu. Na treningu robiłem odcinki biegowe po około 6:30 min/km a tu bliżej 6:00 min/km 🙂

No i zaraz będzie meta 🙂

Na mecie zameldowałem się w czasie 02:20:29. Niezbyt rewelacyjnie ale „żywy” i dalej władający nogami.
Dało mi to miejsce 605 Open (z 689 startujących) / 202 M40 czyli w ogonach obu kategorii 🙂

W losowaniach nic niestety nie wygrałem ale i tak fajnie. Bieganie dalej mnie kręci! Teraz pora robić parę dni oddechu i wracam do treningów – chciałbym jeszcze zrobić 10 km w Twardogórze. Tym razem ciągiem biegnąc.

Nie udawajmy, że aż tak OK. Nogi bolą 🙂

Taka myśl mi się jeszcze na koniec nasunęła. Mimo dużej, łącznej liczby startujących, widzę, iż sam półmaraton wielu chętnych nie przyciągnął w tym roku (~700 to chyba nie rekord tu). Sporo osób wybrało 10 km + Bieg Kobiet (wiadomo tu Panie :)).

Benguo x-81 uchwyt rowerowy do komórki

Nie ma co ukrywać, że przy dłuższych wyprawach w nieznane jedną z użyteczniejszych rzeczy jest możliwość wygodnego nawigowania po trasie.
Kiedyś trzeba było używać mapy, teraz najłatwiej odpalić stosowną aplikację w komórce.

No właśnie… przydałoby się jeszcze by tą komórkę umieścić na rowerze tak by nie trzeba było stawać, wyciągać jej z kieszeni czy też wyczyniać niebezpieczne sztuki jadąc z telefonem w ręku.

Uchwyt już na rowerze.

Fajnym zakupem, w mojej ocenie, jest właśnie omawiany uchwyt rowerowy – Benguo X-81.
Producent wykonuje kilka różnych wzorów, ten jest jednak dość uniwersalny i spasuje do wielu telefonów. Ja używałem go z Samsungiem A71 czyli dość sporym urządzeniem.
Jest to produkt oczywiście chiński jednak wykonany solidnie i dobrze jakościowo. Koszt zaś bardzo przystępny – około 30 zł.

Przed unboxingiem

W zestawie znajdziecie uchwyt, mocowania do kierownicy wraz z gumowymi podkładkami, śrubki montażowe, kluczy imbus no i obrazkową instrukcję (jeśli ktoś miałby problem ze zmontowaniem tego w całość).

Zawartość opakowania

W przeciwieństwie do plastikowych badziewi Benguo wykonano w całości z aluminium (zarówno uchwyt jak i mocowanie do roweru). Gwarantuje to lekkość i wytrzymałość. Nie grozi też nam możliwość połamania części przy jakimś uderzeniu, upadku.
Fajną sprawą jest fakt, że całość jest skręcana na śrubki. Obejma do kierownicy, uchwyt do obejmy no i finalnie mocowanie komórki. Umieszczenie telefonu w nim – banalne 🙂 Regulujemy szerokość wkręcając lub wykręcając pokrętło po prawej stronie. Po włożeniu komórki dokręcamy ją i już możemy ruszać na trasę.
Wg instrukcji i opisu na samym uchwycie włożyć można telefony o szerokości 55-100 mm.
Tych którzy obawiają się o porysowanie aparatu uspokajam – na wystających, czterech uchwycikach nakleja się piankowe osłonki więc nic nie grozi naszej komórce.

X-81 Przód
X-81 Tył
X-81

Z X-81 zrobiłem już naprawdę sporo kilometrów i po asfaltach i po terenie bardziej krzywym 🙂 Telefon zawsze trzymał się stabilnie. Śrubka nie ma tendencji do odkręcania się, luzowania.
Jak dobrze dobierzemy miejsce umocowania na kierownicy to wygodnie patrzy się na telefon czy też operuje po ekranie.

Jak widać nawet nie wydając sporo kasy da się podnieść komfort jazdy rowerem i nawigowania. Polecam.

7 Bieg Szerszenia 2021

Biegacze są różni. Jedni lubią ciągłe nowości, biegowe wycieczki w ciekawe miejsca, zawody. Inni latami bywają na tych samych imprezach, czy to poprawiając swoje wyniki czy też po prostu stawiając na wygodę, lokalny patriotyzm 🙂
Moje nastawienie z biegiem lat skręca właśnie w stronę „lubimy piosenki które już znamy”. W swoim kalendarzu mam niezmiennie od lat pozycje, na których muszę być.
Bieg Szerszenia to właśnie taka impreza. Startowałem w jej wszystkich częściach i za punkt honoru postawiłem sobie biegać tak długo póki ona będzie.
Rok temu biegu nie było (z wiadomych względów), przeniesiono go zachowując opłaty na sezon 2021 (kto chciał mógł oczywiście zrezygnować). Byłem wpisany, zegar tykał i w końcu… wypada biec.

Kto czyta mój blog wie, że już od paru lat naczelnym dylematem jest – jak zrobić by nie było dużo gorzej niż ostatnio. Tym razem obawy miałem jeszcze większe bo z powodu kontuzji nie trenuję i nie biegam praktycznie już od lutego-marca.
Nastawiony byłem na czystą loterię. Bardziej prawdopodobny wydawał mi się czarny scenariusz, że kolano szybko zacznie mnie boleć i nie będę mógł biec a tylko iść. Dodatkowo obawiałem się, że o ile nawet jakoś biec będę to 10 km nie wytrzymam i też skończy się marszem. Negatywny nastrój podsycał fakt, że limit czasowy to 1:30 godziny czyli nie da się zmieścić tylko idąc.
No trudno, jak to się mówi – będzie co ma być. Na kolano założyłem solidną opaskę uciskową, zabrałem kijki trekkingowe, czołówkę, wodę (kamizelkę Aonijie z dwoma butelkami) no i podążyłem ku startowi.

Na starcie. Chyba tylko ja dźwigałem tyle wyposażenia 🙂

Żeby nie przeszkadzać szybszym biegaczom stanąłem sobie praktycznie na końcu. W głowie ułożyłem sobie przykazanie by szybko nie biec a raczej wlec się trochę szybciej niż bym szedł 🙂 Rozgrzewkę wykonałem stacjonarną by nie obciążać nogi jeszcze przez właściwym biegiem i pełen obaw ruszyłem na trasę.

Idzie całkiem nieźle mimo, że to początek.

Nie będę tutaj przedstawiał swoich heroicznych zmagań z zawodami, ot powiem, że wytrzymałem. Biegło mi się w miarę dobrze. Tempo miałem trochę ponad 06:00 min/km. Pierwszy kilometr skończyłem bliżej 7 min, później szarpałem trochę ku 6 i tak w sumie wytrzymałem (jeden km obleciałem nawet w 5.45, ale później sam siebie strofowałem – zwolnij bo nie dasz rady :)).
Jakoś po 6 km zacząłem już czuć łydki, szczęśliwie jednak nie skończyło się żadnymi skurczami.

Na trasie.

Najbardziej ucieszyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza, że cały czas biegłem. Druga to fakt, iż nie byłem ostatni, zdarzyło mi się parę osób na trasie wyprzedzić.
Zacnie, stracha trochę miałem, że jak będę wlókł się w ogonie to ani dobrze nie będzie wiadomo jak biec, no i czy zdążę przed limitem.

Czas z tego wyszedł nawet dobry (jak na dyspozycję) bo 01:02:19, miejsce 101/126.

No i super! Zaskoczyłem aż sam siebie. Gdybym wiedział, że pójdzie aż tak to nie brał bym kijków bo mi tylko przeszkadzały.

Po biegu zwyczajowo odebrałem medal, wodę do picia no i można było wracać do domu. Tym razem nie było bowiem ani biesiady świętojańskiej ani losowań nagród itp. Wiadomo, pandemia.

Na sam koniec powiem Wam, że już idąc do domu, czułem nogi. Dzień później też, zupełnie jak po pierwszych zawodach. Człowiek czuje, że ma mięśnie, ścięgna itp 🙂

Mam nadzieję, że za rok będzie można zmierzyć się z trasą bardziej „w siłach”. Teraz zastanawia mnie jak pokonać Półmaraton Wałbrzych, na który też jestem zapisany. Kolano jednak czuję znów. Oj, tam chyba siłą woli się nie uda 🙂

Rowerem po wybrzeżu Bałtyku – EuroVelo10

Problemy z bieganiem nie spowodowały oczywiście, że aktywność fizyczna u mnie umarła. Jechać na rowerze jeszcze mogę więc przyszedł czas na zaległą (z powodu covida nie udało się w 2020) wyprawę wybrzeżem Bałtyku.
Wraz z moją małżonką postanowiliśmy przejechać trasę od Świnoujścia aż do Helu korzystając z trasy rowerowej EuroVelo 10.
Ten bardzo popularny szlak przyciąga mnóstwo rowerzystów. W sieci też znajdziecie szereg opisów jego pokonania więc temat nie jest bardzo dziki. Można się do niego dobrze przygotować mentalnie jak i sprzętowo. Polecam m.in stronę:

Rowerem po Śląsku

Ja inspirowałem się właśnie nią, dzięki uprzejmości autora mogłem też pobrać plik GPX z trasą. Tu mała uwaga – przeczytajcie jego opis, bo są tam małe zmiany względem dokładnego przebiegu. Żeby nie było później zdziwienia na trasie 🙂

Opis wyprawy będzie dość skrótowy. Wybaczcie, ale ogrom wrażeń, widoków powoduje, iż chcąc być dokładnym trzeba by z tego zrobić solidną powieść 🙂
W sieci jak wspominałem jest sporo opisów gdzie autorzy dokładniej zwracają uwagę co widać, co warto zobaczyć i jak się jechało.
Ja postaram się ogólnie opisać wrażenia z jazdy, trudności, atrakcje. Będą oczywiście zdjęcia, więc myślę, że uda się zobaczyć co ciekawe a nie tylko czytać.

PRZYGOTOWANIE / LOGISTYKA
DZIEŃ 1 (Świnoujście – Międzyzdroje)
DZIEŃ 2 (Międzyzdroje – Mrzeżyno)
DZIEŃ 3 (Mrzeżyno – Łazy)
DZIEŃ 4 (Łazy – Ustka)
DZIEŃ 5 (Ustka – Sasino)
DZIEŃ 6 (Sasino – Jastarnia)
DZIEŃ 7+8 (Pociągiem po wybrzeżu)
PODSUMOWANIE

PRZYGOTOWANIE / LOGISTYKA
Naszą wyprawę postanowiliśmy odbyć w czerwcu, w roku szkolnym i w okresie poza tzw. „długimi weekendami”. Miało to spowodować mniejsze problemy z zamawianiem noclegów + niższe ceny niż w sezonie.
Noclegi zamówiłem przez Booking.com, celując w kwatery tanie (tak po około 100 zł za 2 osoby).
Trasę podzieliliśmy na 5 pełnych dni jazdy rowerem (w miarę równe odcinki po około 80 km). Reszta to dni dojazdu nad morze jak i powrót pociągiem z Mety na Start 🙂
Jeżeli chodzi o rower to zdecydowałem się na maszynę trekkingową – Merida White Sox 28″. Moja żona pojechała zaś na swoich górskim Giancie. Myślałem w sumie bym i ja jechał na „góralu”, ale że do mojego utrudniony jest montaż bagażnika/sakw więc padło na Meridę 🙂
Z perspektywy nawierzchni jechało się w miarę ok, jednak górala uważam za lepszą opcję. Szersze opony lepiej sprawdziłyby się na występujących na trasie piaskach, betonowych płytach czy leśnych korzeniach.
Dobytek na czas podróży udało nam się upchnąć w 2 sakwy montowane do bagażnika (każde z nas oczywiście wzięło po dwie). Był to dla mnie pierwszy, takie większy, wyjazd z obciążeniem. Do tej pory tylko raz jechałem z pojedyńczą sakwą bikepackingową. Rower waży z obciążaniem sporo więcej, trzeba się napracować by jechać – warto mieć i to na uwadze.

DZIEŃ 1 (Świnoujście – Międzyzdroje)
Trasa nad morze robi się coraz lepsza. Dojechaliśmy dość szybko, były tylko 2 „zwyczajowe” korki koło Polkowic i Szczecina. Po drodze mocno lało ale dobrze, że przestało już na miejscu (zgodnie z prognozami).
Punktem startowym naszej wyprawy zrobiliśmy Międzyzdroje. Po rozlokowaniu się w pokoju, zakupach na kolację i kolejny dzień, w ramach rozruchu i zaczęcia jazdy od granicy pojechaliśmy rowerami do Świnoujścia.

Zaczynamy przygodę 🙂

Szlak rowerowy prowadził leśną drogą. W sumie dobrą poza momentami kiedy ktoś zmyślny inaczej wysypał ją dużymi, luźnymi kamieniami. Słabe to było, należało uważać.
Jako, że pora była już późna a my zmęczeni po podróży, samego Świnoujścia nie oglądaliśmy. Zadowoliliśmy się latarnią morską i leżącymi w jej pobliżu obiektami militarnymi: Fortem Gerharda + bateriami brzegowymi.

Pierwsza latarnia na trasie (Świdnoujście)
Fort Gerharda

Ta wycieczka dała nam pierwsze 27,18 km
Sam wieczór to spacerek po Międzyzdrojach i już pora spać.

Zachód słońca w Międzyzdrojach.

DZIEŃ 2 (Międzyzdroje – Mrzeżyno)
Nie ma spania, trzeba jechać. Pobudka (jak i w każdy kolejny dzień) o 07:00, szybkie śniadanie, pakowanie no i można już ruszać.
Martwiła nas trochę pogoda bo było wietrznie i chłodnie ale na szczęście deszczów nie było przez cały dzień.
Już na samym początku naszej jazdy zgubiła nas pewność siebie 🙂 Ułożyło nam się w głowie, że trzeba dojechać deptakiem aż do końca Międzyzdrojów a później będzie szlak. No nie 🙂 Na szlak skręcało się jakieś 2 km wcześniej. Sytuację udało się uratować bocznymi uliczkami i małym spacerkiem po pieszej ścieżce. Od razu włączyłem wtedy Mapa.cz z wgranym trackiem i od czasu do czasu zerkałem na niego potwierdzając poprawną jazdę.

Woliński Park Narodowy

Początkowe kilometry prowadziły przyjemnym leśnym szlakiem (Woliński Park Narodowy). Na tym odcinku jedzie się w sporym oddaleniu od morza mijając za to piękne leśne tereny i znajdujące się w parku jeziora. Ogólnie na całej trasie pedałuje 🙂 się bardzo często wokół jezior tak, że śmialiśmy się z Żoną, że to może trasa nie nadmorska a pojezierzami 🙂
Do morza zbliżyliśmy się w okolicy Międzywodzia (~30 km). Tutaj drogi przeszły w dobre asfaltowe ścieżki rowerowe, prowadzące ku znanej nam części wybrzeża (Dziwnów – Dziwnówek – Łukęcin – Pobierowo – Pustkowo – Trzęsacz – Rewal – Niechorze – Pogorzelica.

Ruiny kościoła w Trzęsaczu.
Latarnia morska w Niechorzu.
Połączenie morza i kolei w okolicach Pogorzelicy.

W dobrych humorach dojechaliśmy do Mrzeżyna, gdzie zaplanowany mieliśmy drugi nocleg.
81.92 km zrobione. Spokojna jazda z krótkimi postojami na zdjęcia, odpoczynek zajęła nam około 6:31 (czystej jazdy bez liczenia przerwy). Podobnie trwało to i w inne dni – od 7 do 9 godzin jazdy.
W ramach oddechu od siodełka wieczorem kolejny spacerek po miejscowości. To będzie taki nasz rytuał w wyprawie. Oprócz jazdy trochę chodzenia.

Port w Mrzeżynie.

DZIEŃ 3 (Mrzeżyno – Łazy)
Ten kolejny, pełny dzień jazdy to w mojej ocenie jeden z najprzyjemniejszych fragmentów wyprawy. Szlak rowerowy w dalszym ciągu dobrej jakości (w większości asfalt, kostki czy dobrze ubite szutry) prowadzi przez Dźwirzyno – Grzybowo aż do Kołobrzegu.
Ranny chłodek i spore wiatry szczęśliwie ustępują i od razu robi się wakacyjniej 🙂
Kołobrzeg, wiadomo większy to i więcej do zobaczenia. Tutaj zrobiliśmy dłuższą przerwę oglądając port i muzeum marynarki. Obowiązkowo oczywiście rundka po nabrzeżu i molo.

Pomnik rybaka w Kołobrzegu.
Kosze nad morzem. Oj, dawno ich nie widziałem 🙂
Plaże, okolice Ustronia Morskiego.

W Kołobrzegu trasa zbliżyła się aż do samego morza. O to nam chodziło! Piękne widoki urozmaicały kolejne kilometry aż do Mielna. Samo Mielno mija się bokiem, wokół jeziora Jamno. Ten fragment drogi jest zdecydowanie gorszy. Sporo piasku, krzywo.
Okazuje się finalnie, że to nasz najkrótszy fragment jazdy – 69.47 km.
Cóż, nie ma co narzekać. Mamy czas na obejrzenie meczu (nasi grali) + rundkę po Łazach. Sorry, rozczarowują – słabo trafiliśmy z noclegiem, kiepska obsługa w restauracji.

DZIEŃ 4 (Łazy – Ustka)
Droga z Łazów chwilowo oddala się od morza. Jedziemy dobrym szlakiem wzdłuż dróg samochodowych by po dłuższym pedałowaniu dotrzeć do Darłowa gdzie warto skręcić w stronę rynku i zamku książęcego.

Iwięcino
Darłowo. Uliczki przy Rynku.

Stąd zaś blisko do Darłówka gdzie znajduje się ładny port i unikatowy rozsuwany most.

Port w Darłówku.
Rozsuwany most.
Jedziemy…

EuroVelo znów prowadzi wzdłuż morza. Co trochę stajemy by zrobić zdjęcia wybrzeża, plaż. Niby to samo ale wszędzie inne 🙂 Tu wysoki brzeg, tu więcej kamieni niż piasku. Jest co oglądać i jedzie się przyjemnie.

Na całej trasie można spotkać dzikie róże. Pięknie pachną i urozmaicają krajobraz.
Jarosławiec. Latarnia.

Za Jarosławcem chwilowo odskakujemy do morza by wrócić do niego w kolejnym, większym mieście – Ustce.
80.65 km za nami. Pora na spacerowanie i rejs statkiem pirackim 😉

Ahoj, marynarze 🙂 Przed rejsem w Ustce.

DZIEŃ 5 (Ustka – Sasino)
Do tego odcinka trasy podchodziliśmy z obawami. Wszelkie opisy zwracają uwagę na ciężką trasę z piaskiem, bagnami. No niestety, mają rację.
Droga za Ustką (znów dalej od Bałtyku!) prowadzi między polami. Wytowno-Rowy. Faktycznie sporo piachu, zaczyna nosić rowerem i trzeba uważać.

Stacyjka rowerowa w Wytownie.

Jak nie piach zaś to krzywe betonowe płyty, po których wcale nie jedzie się lepiej.
Ciężej pracując nogami dojeżdżamy do Kluków, gdzie warto zerknąć na skansen ludowych domków. Za Klukami zaś kultowy 1.5 km odcinek przez bagna. Faktycznie cięzki odcinek. Duża trawa, grząsko więc lepiej wybierać drewniane pomosty. Niestety wiele z nich kończy się sporo nad ziemią. Przeszkoda nie na obciążony, trekkingowy rower. Co trochę trzeba stawać, schodzić i przepychać rower. Nie pomaga też chmara much i komarów. Trzeba jechać, nie ma stawania.

Kluki. Skansen.
Albo pomostem albo bagnem…

Ledwie udaje się pokonac ów fragment to za chwilę kolejne utrudnienia. W okolicy Bagien Izbickich zaczyna się opisywany wszędzie (około 7 km) piaszczysty fragment trasy. Oj, dał mi on w kość. Nie da rady ujechać, zaczyna się częste podchodzenie.

Izbickie Bagna.
Yyyy… nic tu nie wolno 🙂

Droga poprawia się troszkę dopiero przed Łebą. Piasku jest mniej ale i tak trzeba uważać (przy Łebie sporo wydm to jak może piasku nie być :)).
Po Łebie zaś około 10 km trasy, który uważam za nieporozumienie. Wąska, leśna ścieżka na której przeszkadza piach ale i (bardziej!) wystające korzenie. Tłucze rowerem, jedzie się tak wolno jak nigdy.
Oj daje to w kość. Po 91.38 km z ulga odbijamy do Sasina, gdzie mamy nocleg.

Wydma za Łebą.

W Sasinie czekała mnie nagroda 😉 W lokalnym sklepie mają lody Ekipy 🙂 🙂 więc czym prędzej postanawiam spróbować tego specjału.

DZIEŃ 6 (Sasino – Jastarnia)
Goście z sąsiednich pokojów hałasowali więc przymusowa pobudka nastąpiła godzinę wcześniej niż zwykle. Nie było sensu dosypiać, wstajemy i w drogę.
Na samym starcie zafundowaliśmy sobie ostre podejście pod latarnię morską Stilo.

Latarnia morska Stilo.

Rowerami jedzie się przyjemniej niż wczoraj. Leśna droga jest równiejsza, ubita.
Żona sygnalizuje mi jednak, że chyba coś mi szura w rowerze. Patrzę, myślę i widzę, że lata mi na boki tylne koło. Pękła szprycha. Szybka analiza co robić. Google podaje, że za 6 km w Lubiatowie jest serwis więc decyzja jedziemy. Fachowiec szybko uwinął się z moim problemem. Padły 2 szprychy, jak przypuszczam po tych nieszczęsnych korzeniach.
Zadowoleni ruszamy dalej. Za chwilę mniej ciekawy fragment – asfaltową drogą przez wsie – Karwieńskie Błota.
Jakoś po nich decydujemy się zrezygnować chwilowo ze EuroVelo, które z nieznanych przyczyn odbija w dół zamiast prowadzić przez Jastrzębią Górę. Nawigujemy ok ale widać, że drogi nie są tu świetne. To bardziej szlaki piesze – krzywo, piaskowo. Dobra, asfaltowa ścieżka zaczyna się bliżej Władysławowa. Port, Latarnia morska odhaczona i po chwili pędzimy EV10 ku Helowi 🙂

Najdalej wysunięty punkt w Polsce.
Rozewie.

Na półwyspie jedzie się w większości kostkowanym szlakiem. Może być, chociaż moje cieńsze koła trochę przeszkadzają. Bardziej jednak przeszkadza wiatr, który cała drogę wieje w twarz. Rany męka!
Chałupy, Kuźnica i finalnie Jastarnia. Ufff… dojechane.

Surferzy są wśród nas.

Oddech w pokoju, zdjęcie gratów no i postanawiamy dociągnąć na pusto do Helu.
Po 5 km następuje druga moja awaria! W tylnym kole robi się flak, wygląda jakby padła opona (rozdarcie, załamanie z boku) i uszczypało dętkę. Kurcze, duży problem… Części i narzędzia zostały bowiem w Jastarni.
Szczęśliwy traf to fakt, że na półwyspie rezyduje siostrzeniec mojej Żony + na wczasy przyjeżdża jej siostra 🙂 Piotrek kupuje mi nową oponę, od rodziny zaś pożyczam szykowną dameczkę i takim pojazdem pędzimy ku Helowi.
Wow, cóż to był za pęd. Ścieżka ma tu ciekawy układ – góra/dół więc stosunkowo łatwo osiągnąć niezłą prędkość. Zważywszy, że mieliśmy już w nogach 80.57 km to tempo na kolejnych 38.14 (w te i z powrotem) mamy więcej niż dobre.
Jest – koniec Polski zobaczony wracamy tym bardziej, że czeka mnie 5 km spacerku z uszkodzonym rowerem.

Latarnia w Helu.

DZIEŃ 7+8 (Pociągiem po wybrzeżu)
Tytułem kronikarskim podam, że do punkty startowego wracaliśmy pociągiem. Połączenie było dość dobre mimo dwóch przesiadek (Jastarnia – Gdynia / Gdynia – Szczecin / Szczecin – Międzyzdroje). Pomiędzy nimi było dobry odstęp czasowy. Nie było stresu, że ucieknie nam kolejny pociąg, ale też nie było to oczekiwanie godzinami. Jedzie się jednak długo od około 11:12 do 20:22.
Żeby zaś dzień nie był zmarnowany rowerowo – robimy około 2.5 km ze stacji do noclegu 🙂
Starczy 🙂 Rowery na parking, a my udajemy się na długie, wieczorne łażenie po Międzyzdrojach.
Dzień później pora już wracać do domu. Pakujemy sprzęt i ruszamy w drogę powrotną.

PODSUMOWANIE
Wyprawę uważam ze udaną ze wszech miar. Pogoda, forma dopisały. Nie mieliśmy żadnych kryzysów – no może poza bolącym (zwłaszcza mnie) tyłkiem 🙂 ale to chyba z powodu niewystarczających treningów. Słaba pogoda w tym roku, nie zachęcała do wcześniejszego nabijania kilometrów.
Urokliwe krajobrazy z nawiązką rekompensowały ciężkie fragmenty trasy.

Z takich szybkich przemyśleń jakie mi się nasuwają na koniec chciałbym zwrócić Wam uwagę na:
– rower jednak lepiej zabrać górski (szersze koła się przydadzą),
– szlak nie do końca prowadzi wzdłuż morza. Miejcie to na uwadze by się nie rozczarować,
– EuroVelo 10 omija w większości centra miejscowości. By zobaczyć to co w nich ciekawe, często trzeba z niego skręcać,
– sam szlak jest w miarę dobrze opisany, da się jechać nim po samych tabliczkach i mapie (no gorzej jest w drugiej połowie, w okolicach Łeby).
– przejazd wybrzeżem jest popularny, na trasie co rusz widzi się rowerzystów w obu kierunkach.

Polecam więc przejechać samemu 🙂


Podsumowanie – Maj 2021

Lenistwo straszna rzecz 🙂 Kończy się czerwiec a ja jeszcze nic o maju. No to na szybkości bo niewiele do pisania:

Rower: 121.17 km
Chodzenie: 30.79 km

W dalszym ciągu nie biegałem bo kolanko samo coś naprawić się nie chciało ale… Wyprzedzając fakty – przerzuciłem się na rower i coś powoli mi zaczyna odpuszczać. Dam znać co i jak po czerwcu 🙂

Z powodu przymusowej pauzy (jak widać po wpisach) trochę odrabiam zaległości opisowe różnych dziwnych akcesoriów, jakie kupiłem swego czasu. Trochę wrzucę też o rowerach bo w czerwcu sporo się działo w tej materii 🙂
Pewnie jeszcze przez chwilę tak będzie ale nie poddaję się, liczę, że jeszcze do biegów wrócę.

Podsumowanie – Kwiecień 2021

Będzie szybko, bo niezbyt nawet o czym pisać. Kwiecień był pierwszym miesiącem (od wielu lat) kiedy nie przebiegłem nawet 1 km. Dałem sobie spokój z oszukiwaniem siebie i zaliczanie jakichś marszo-biegów pod treningi biegowe. No i wyszło 0km.
Co gorsze szybko dość wygasił się we mnie kac moralny z tego powodu. Szkoda. Kiedy (o ile) uda się do biegania wrócić będzie to już w sumie startowanie od zera. Ciężkie, mozolne i ze słabymi wynikami.
Ale jakieś światełko w tunelu widzę, co może opiszę w kolejnym poście 🙂

Na ten moment chodzę więc z kijkami i jeżdżę rowerem. Kijków wyszło mi mniej więcej 100 km, a roweru około 200 km. Jakiś sport jest ale brzuszysko i waga zniknąć nie chcą 🙂

Podsumowanie – Marzec 2021

Marnie. Miotałem się w tym marcu próbując zachować resztki jakiejś formy i przy tym nie zrobić sobie krzywdy.
Przy początku miesiąca miałem tydzień odpoczynkowy – tylko spacery z kijkami. Później coś tam próbowałem biegać, ale to takie oszukane bieganie. Brałem kijki i szedłem w teren. Coś się pobiegło, zaczynałem czuć nogę to maszerowałem chwilę i tak z przerwami przez te 5-6 km.
Jakoś to szło przez te 2-3 tygodnie ale jak to u biegacza, zgubiła mnie niecierpliwość. Dobrze mi się „Galloway’owało” to pocisnąłem pod 7 km na jednym z treningów. Noga (kolano) znów zaczęło mnie boleć mocniej i dałem spokój. Końcówkę miesiąca miałem tylko nordic-walkingową.

Przyplątała się jakaś chyba solidniejsza kontuzja do mnie bo jednak okolica kolana mi dokucza. Co gorsza nie umiem sam zdiagnozować czy to kolano czy coś w okolicy. Największy problem mam z pełnym wyprostem nogi, czuję je wtedy. Może nawet nie przy takim swobodnym ale przy próbie skłonu na zblokowanej nodze coś mi przeszkadza z boku. Rzutuje to na ruch, nie do końca naturalnie stawiam stopę i bieganie męczy. Szybko mi łydkę napina boję się bym z kolei nie przeciążył, urwał czegoś z tego obszaru 🙂
Jakieś takie zastanie też mam jak posiedzę (a niestety siedzi się w pracy 8 godzin). Jak wstaję to potrzebuję chwili by się rozruszać.
Cóż, śmieszne to nie jest, samo się naprawić nie chce i coraz bardziej zastanawiam się czy gdzieś po poradę nie uderzyć. Jak na złość coronavirus w natarciu, co mnie skutecznie hamuje przed szukaniem pomocy u lekarzy (nawet jeśli to ortopeda przyjmujący prywatnie).
No nic, nie ma co ciągnąć tematu, trzeba jednak będzie coś postanowić na dniach.

Marzec 2021

W marcu pokonałem:
Bieg: 37.09 km
Marsz: 60.43 km (+ coś tam 29-31/03 ale nie chce mi się tego już tej Stravy wyliczać)
Rower: 26,71 km (debiut w tym roku :))

O wadze też nie ma zbytnio co się rozpisywać, stoi w miejscu z lekką tendencją zwyżkową ~93,9 kg. Znów mniej ruchu, znów ciężej będzie utrzymać się w ryzach.

Dużo napisałem a można było krótko – do du… jest. Rok chyba będzie stracony.
Biegi powoli wracają do kalendarza a ja okaże się, że jedyne co mogę to pochodzić (w sumie dobrze, że chociaż jeszcze tyle…).

Czapka Brubeck Merino

Wiosenny czas kojarzy się z dłuższym dniem, ciepłem pojawiającego się słońca no i wiadomym przebudzeniem się przyrody.
Wszystko to działa na nas bardzo korzystnie i gdy tylko zaczyna dogrzewać to pierwsze słoneczko wiele osób czym prędzej zrzuca z siebie co się da. Zimowe ciuchy idą w kąt.
Jest to jednak działanie nie do końca rozsądne. Taka wiosenna pogoda jest dość zdradliwa. Niby grzeje ale w cieniu zimno. Chłodne jest powietrze, szybko można się przeziębić, co w obecnej sytuacji wcale korzystne nie jest.

Z tego powodu sugerowałbym garderobę odchudzić ale nie przeginać w stronę całkowitego wyrozbierania 🙂

Ciekawą alternatywą na obecną porę roku jest lekka czapeczka firmy Brubeck – Merino Wool Hat (HM10200G).

Opakowanie

Jak już sama nazwa sugeruje wykonana jest z wełny merino. Dokładny skład surowcowy to: 49% Poliamid, 48%Merino i 3%Elastan.
Czapeczka wykonana w bezszwowej technologii jest rozciągliwa, przyjemna w dotyku (faktura materiału) i używaniu. Materiał z jakiego ją zrobiono grubościowo jest cieńki, nie sprawia wrażenia, że będzie nam w niej gorąco.

Czapeczki w 2 kolorach

Występuje w dwóch rozmiarach S/M (52-57cm) i L/XL (57-62cm). Ja wziąłem tą większą i pasuje idealnie. Nie uciska, luźno się ją wkłada ale oczywiście głowy trzyma się dobrze 🙂
Jej producent podaje, że najlepiej sprawdzi się w okresie przejściowym – wiosenno/jesiennym. Zaklasyfikował ją również jako użyteczną do 7 punktu swojej skali aktywności (activity level – Intensive) czyli już dla całkiem mocno aktywnej osoby.

Dokładne opisy skali poniżej, nie będę ich tu przepisywał:
Brubeck Activity Level

Brubeck Merino Wool Hat

Czapka typu unisex dostępna jest w dwóch kolorach – czarnym i burgundowym. Jak widać na zdjęciach całkiem przyjemny dobór, pasuje i chłopakowi i dziewczynie.

Cóż, nosi się ją dobrze i uważam, że warto mieć. Dodatkowo warto ją zakupić z powodu, że producent dochód z jej sprzedaży przekazuje na wsparcie działań grupy GOPR. A to bardzo szczytny cel. Polecam.

Jestem z gór

Roztocze – Album fotograficzny

Oprócz biegania, jedną z moich, innych pasji jest fotografia. Zdjęcia zaś swoje piękno ukazują najbardziej wtedy gdy możemy je „posmakować fizycznie” – popatrzyć na nie na wydruku, dotknąć.
W obecnych czasach kiedy podróże są mocno utrudnione z tym większą radością chciałbym pokazać Wam album o Roztoczu.

Jest to praca zbiorowa, trzech fotografów (Krystian Kłysewicz, Tomasz Michalski, Tomasz Mielnik).
Dzieło monumentalne 🙂 bo 424 strony, wydane w 2021r. przez wydawnictwo Libra.

Album wydany jest solidne. Sztywna okładka, ładny papier. Duża liczba stron gwarantuje, że długo będzie cieszył nasze oczy i swoje smaczki odkrywał powoli, nie od razu.

Oprócz zdjęć znajdziecie też wstęp historyczny i przyrodniczy o tytułowej krainie.

Czy ma jakieś wady? Hmmm.. w sumie nie. No może jakby chciał się do czegoś przyczepić to wyszukał bym parę zdjęć z których można by zrezygnować. Można by jeszcze ewentualnie popracować nad układem fotografii bo w większości są to po prostu całostronicowe reprodukcje.
Nie są to jednak w żadnym wypadku jakieś problemy, ot po prostu różnice między wizją autorów a tym jak widzałbym to ja.

Piękno Roztocza jak i artyzm fotografii ciężko opisać tu słowami dlatego też nie przedłużam – zachęcam by każdy kupił sobie sam. I oglądał, oglądał…

Prezentacja albumu

A na koniec jeszcze parę zdjęć albumu i jego zawartości:

Hoffen – waga smart

YouTube: Waga smart Hoffen

Dobra dieta połączona z aktywnością treningową są jednymi ze sposobów na uzyskanie (utrzymanie) właściwej masy ciała. Jak ważne jest to dla zdrowia chyba nikogo nie trzeba przekonywać.
A jak sprawdzić czy jesteśmy na dobrej drodze ku wymarzonym kilogramom? Ano, najlepiej wagą 🙂

Hoffen SE-0992
W zestawie instrukcja po polsku.

Zapraszam na film, prezentujący smart wagę łazienkową firmy Hoffen (model SE-0992).

Test wagi smart (Hoffen)

W pogoni za marzeniami