AMPANEL 50 Maraton Dębno

Do maratonu zawsze należy podchodzić z szacunkiem. Z moich wcześniejszych sprawozdań treningowych można było wyczytać, iż przygotowania do biegu nie poszły zgodnie z założeniami. Im bliżej robiło się do imprezy tym więcej targało mną wątpliwości czy ma to większy sens. Nie powiem, trochę się nawet bałem bo sam nie do końca umiałem określić jak mi to pójdzie.
Czułem też ostatnio kolano. Dawałem rade biegać ale 42 km kto wie co nastąpi. Z tego powodu zrobiłem nawet 2 ostatnie treningi – jeden z opaską a drugi bez. Opaska trochę uciskała mi jednak tył nogi więc stanęło, że spróbuję bez.
Żeby dopełnić nieszczęść – w sobotę rano wstałem z połamanymi plecami. Coś chyba źle poduszkę ułożyłem. No masakra! Jak inwalida – łokieć boli (stare sprawy), kolano boli, plecy niemobilne 🙁 Oj, nie zachęcało to do biegu.

No ale.. wracając na ziemię.

PRZED ZAWODAMI

Jakoś koło środy zabrałem się za analizę logistyczną wyjazdu. Co założyć to wiedziałem – jak najmniej 🙂 Miało być ciepło więc stanęło zwyczajowo na krótkich spodenkach, koszulce, bandanie i pięciopalczastych skarpetkach. Dość długo myślałem za to czy wziąć pas czy plecak z bidonami. Finalnie stanęło na plecaczku bo do mojego pasa jednak ciężko by było upchać wszystko co chciałem zabrać + nie mam mocowania na numer startowy. A jeszcze osobny pasek na numer to jakoś średnio mi się widział.
Wszelkie sprawy startowe warto jednak planować trochę wcześniej. W czwartek ułożyło mi się w głowie, że może jednak wolałbym żele energetyczne niż musy owocowe. Jak na złość awaria samochodu zmniejszyła moją mobilność i nigdzie mi nie było po drodze. Niezbyt zadowolony zakupiłem zestaw żeli w … Biedronce. Fajnie, że tam były, tylko trochę bałem się o ich przyswajanie. One są dość słodkie, gęste i zapychające. Kiedyś je jadłem, nie robiły mi problemów żołądkowych no ale jednak nie na maratonie a na krótszych treningach. Cóż, gapiostwo nie popłaca muszą być.

Podróż do Dębna minęła bez przeszkód. Szybko udało się zlokalizować biuro zawodów, wydano mi to co trzeba. Jako, że był wybór aż 3 kolorów koszulek to skusiłem się na ostry pomarańcz. Ładna, nie powiem. Na expo zakupiłem magnezowe shoty. Na sam bieg zapomniałem je zabrać ale przynajmniej były po 🙂 Później jeszcze spacerek po mieście i można udać się na nocleg.

DZIEŃ BIEGU

Auto zaparkowane, spacerkiem (z rodziną) doszliśmy na start. Tutaj trochę się pokręciłem i spróbowałem dodzwonić do silnej ekipy forum bieganie.pl 🙂 Maraton mieli biec także Jarek i Przemek więc szkody było nie wykorzystać okazji by nie poznać osób, które często wspomogły dobrym słowem i radą.

W uroczystej oprawie orkiestry dętej spotkanie doszło do skutku 🙂 Hałas, czas, stres przedstartowy oczywiście nie pozwoliły na długie dyskusje ale miło było poznać. Liczę, że to nie ostatni raz i jeszcze biegowe ścieżki się tu i tam przetną.

Chłopaki biegli sporo szybciej więc nawet nie wygłupiałem się kręcić koło nich tylko poszedłem bliżej końca. Stanąłem między strefami 4:30-4:45 z nastawieniem, że i tak pobiegnę swoim tempem treningowym – około 6:20. Sytuację będę obserwował i ewentualnie na trasie próbował ratować co się da 🙂

START

Lekka rozgrzewka, oczekiwanie i poszło.
W mojej strefie biegło się całkiem dobrze. Ludzi owszem sporo ale nie było jednak tu wielkiego tłoku. Biegłem w pobliżu gościa zamykającego 4:30 (*opowiem o tym trochę więcej bo ciekawe). Z obserwacji zegarka wychodziło mi, że momentami trochę za szybko ale uznałem, że w sumie z górki a po płaskim to lecimy bliżej 06:15-06:20 więc powinienem dać radę.

Zgodnie ze swoim rytmem co 1.5 km brałem mały łyczek wody z softflasków. Tam gdzie były strefy nawadniające to oczywiście korzystałem z tego co przygotował organizator. Do punktów nie mam w sumie większych zastrzeżeń. Problem był na pierwszym ale później już wszystko było ok. Zawsze dało się wodę/izo dostać. Były one też na tyle często, iż dałoby radę chyba korzystać tylko z nich.

W Dębnie nigdy nie biegałem dlatego też spory stres miałem związany z trasą. Te 2 duże pętle + 2 małe (po mieście) trochę przerażały. Bałem się zwłaszcza by na zmęczeniu coś nie zamieszać w mieście. Niezbyt też wiedziałem czego spodziewać się po profilu trasy stad też czujnie obserwowałem jak przebiega pierwsze okrążenie.

W sumie nie było tak źle. Na trasie (dla mnie) najbardziej odczuwalne były 2 „podbiegi”. Pierwszy w mieście – okolice startu. Drugi już poza miastem, przed wbiegnięciem w przyjemny, zacieniony leśny fragment. Reszta w sumie nie była taka zła tyle, że było sporo „patelni” Odkryte fragmenty asfaltu w słońcu męczyły.

Przechodząc do sedna czyli maratońskiej walki 🙂
Pierwsza pętla poszła bardzo dobrze. 15 km to znany mi dystans, dałem radę pokonać go bez większych problemów.
W drugim zaczął się już stresik. Co to będzie? No i było. Koło 26 km poczułem już trudy biegu i na punkcie odżywczym zdecydowałem się na spacerek. Na szczęście nie był to mój kres i w sumie do 28-30 km dalej (chociaż wolniej już bliżej 06:50) truchtałem. Im bliżej miasta to nie będę ukrywał już coraz gorzej. Zaczęło się podłażenie. Starałem się jednak całkiem nie odpuszczać i wolno bo wolno truchtać.
W mieście szło tak sobie. Pod startową górkę musiałem podejść. Potem trochę biegu, trochę spaceru. Skręt na drugą, miejską pętelkę poszedł ok, nic nie namieszałem. Męczyłem się spacerem gdy trafił się życzliwy człowiek, który już skończył ale poczuł misję rozruszać zombiaków jak ja 🙂 Doping zrobił swoje by mu nie było przykro zmobilizowałem się i razem z nim przynajmniej kilometr zrobiłem truchtem 🙂 Pomógł mi faktycznie tą wiarą chociaż nie ma co ukrywać, raczej nie byłbym w stanie dotruchtać aż do samej mety. No ale dobre i to. Przybyliśmy piątkę i przez męczącą kostkę brukową ruszyłem na końcówkę.

Udało się! Czas na mecie: 4:54:53. Powiem tak – nie jest to czas dobry ale w kontekście tego czego się spodziewałem to wcale nie tak zły. Ja jestem w miarę zadowolony. Obawiałem się, że będzie sporo ponad 5 godzin albo nie zmieszczę się w limicie. A tu przynajmniej 4 z przodu 🙂 Pozytywnie ucieszył mnie także fakt, że kolano na trasie nie przeszkadzało, może jest i tu nadzieja.

Wyszedł mi mega tasiemiec to pora kończyć. Medal dali, wodę dali. W strefie biegacza można było zjeść makaron z mięsem lub serem. Do picia wydawano izotoniki jak i darmowe piwo. Średnio gustuję w piwach ale to całkiem, całkiem. Po wysiłku smakowało.

Wygrać się nic nie udało no to pozostało zawijać się do domu.

Acha… już w dolnośląskim stanęliśmy przy McDonald’sie. Strasznie mi się chciało śmiać jak co drugi facet wstający od stolika zaczynał inwalidzkim krokiem 🙂 🙂 Ja oczywiście też żeby nie było 🙂 🙂

*Peacemaker. Nie korzystałem nigdy z ich pomocy ale ten coś za mocno wyluzowany był. Biegł, biegł ale co trochę sobie urządzał przerwy. A to w krzaczki ze 3 razy poleciał. Ze 2 razy stanął na trasie pogadać ze znajomymi. Słabe… mam obawy, że jak ktoś mocno na nim polegał to mógł się czuć zagubiony. No ja bym przynajmniej niezbyt widział co począć przy takim prowadzącym.

Ostatnim zdaniem podsumowując. Nie ma zastrzeżeń do organizacji biegu – było ok i każdy kto tu nigdy nie był to powinien spróbować. W końcu to kawał historii polskiego maratonu.

Maratońskie przygotowania – 04/2024

Ostatni miesiąc przygotowań (piękne słowo) do maratonu już za mną. Gdyby rozpatrywać kwiecień jako odrębną jednostkę to powiedziałbym, że szło całkiem, całkiem. Analiza całościowa przygotowań jest jednak dalej na minus i nie ma co ukrywać jestem zwyczajowo niezadowolony, zdołowany i pełen wątpliwości w sens przedsięwzięcia.

Bieganie: 175 km
Rower: 441 km
Spacery: 5.5 km

Średnio mi się chce ubierać to w jakieś słowa bo pewnie skończę narzekając ale trudno, niech będzie.

Kwiecień udało mi się przepracować porządnie. „Autorski” plan powolnego zwiększania obciążeń udał się w 100%. Pod koniec miesiąca robiłem już biegi po 15 km i nie były robione ostatkiem sił. Raczej w sposób powtarzalny.

Fajnie wchodził mi też rower co widać po kilometrażu. Korzyść z tego jednak tylko taka, że waga troszkę lepiej schodziła niż z samego biegania.

Spacerów omawiał nie będę. Chodzę trochę więcej ale raczej nie rejestruję tych aktywności. Te 5km to przy okazji jakiejś rodzinnej wycieczki.

No a przechodząc do narzekania 🙂

Od 15 km do maratonu i tak dość daleko. Znam się dobrze i nie nastawiam na nic innego niż bieg ~20 km a później pewnie walka by iść jak najmniej / jak najszybciej 🙂

Jak jeszcze zrobi się gorąco (a zrobi na pewno) to kto wie czy nie poskłada mnie jeszcze szybciej. Tegoroczna aura nie dała dużo szans zaadaptowania się do wyższych temperatur. Zimno, zimno … je… łup 😉 i upały.

Waga – tragiczna w dalszym ciągu 🙁 Przystopowało mnie na około 92 kg (ledwie ze 3 zrzuciłem od początku). Ależ zły na siebie za to jestem – upatrywałem w tym pewną szansę. Jakbym zszedł do tych osiemdziesięciu kilku kg to nawet przy marnym treningu biegło by się całkiem inaczej. No ale nie mogę i koniec :/ Codziennie wieczorem mam jakiś kryzys i się objadam dużo za dużo. Wiem, że źle robię ale coś ciężko głowę przekonać by się ogarnąć.

Motywacja siada mi też do ćwiczeń, coraz mniej ich w tygodniu. W dniu biegowe to rozumiem, że zmęczenie nie pomaga ale w resztę? To też chyba słaba psychika,

Na sam koniec zostawiłem sobie jakiś problem z kolanem. Z niczego (bo siedząc w robocie) zacząłem czuć lewe. Szczęśliwie nie w sposób krytyczny. Smarowanie, rozruszanie w domu i w sumie da się żyć. Liczę, że przejdzie.

I tak… W biegu oczywiście pobiegnę nastawiając się na najgorsze. Może chociaż porażka tym razem nie będzie boleć aż tak. Okaże się za parę dni.

Długofalowo muszę jednak przemyśleć swoje życie bo takie zabawy bardziej mnie wkurzają ostatnio niż cieszą. Strasznie bym chciał jeszcze coś konkretnego pobiegać – wymyślam sobie ciekawe/ciężkie cele. Przed/po każdym jestem jednak coraz bardziej zdołowany a nie o to chodzi.

No dobra 🙂 Zobaczymy jak maraton, a może nastąpi jakiś cud? 🙂

Idzie nowe (rowerowe)

Pasje mają to do siebie, że wydaje się na nie kasę 🙂

Długi czas broniłem się przed przesadnym inwestowaniem w rowery. Popatrzyć na karbonowe cuda z wymyślnymi systemami oczywiście miło 🙂 ale jakoś nie trafia do mnie fakt, że można wydać na taki pojazd tyle co za dobry samochód. Podobnie jak jego części składowe – kurcze… rowerowa opona kosztuje tyle co samochodowa! A inne cuda jeszcze więcej. Po co to? Te rowery które miałem w zupełności mi wystarczały. Jak to mówi się po „handlarsku” – jeżdżą, hamują, skręcają 😉

No ale… przyszedł moment, że w końcu trochę się złamałem i uznałem, że chyba jednak czas na coś nowszego.
Najważniejszym powodem była … moja Żona, która zajarana jazdą zainwestowała w siebie dużo wcześniej 🙂 Nie mogę powiedzieć by moje rowery przy jej nie jeździły tylko … w sumie jak jechała obok na swoim 29″ (koła) wypasie to wyglądałem na 26″ trochę jak na psie 🙂 🙂

Cóż 🙂 widać względy estetyczne też są ważne 🙂

Z tego powodu wskoczyłem na poziom cen z jedynką z przodu (uspokajam zer jest trzy a nie więcej) i wiek sprzętu koło 7 lat a nie 20. Kupiłem więc takie cudo – Merida Big Nine 40 🙂

To nie jest jeszcze żaden kosmos – klasycznie 3×9 no ale koła 29″, tarczowe, hydrauliczne hamulce. Wygląda też w miarę „dzisiejszo” i liczę, że będę zadowolony. Czy na pewno? To oczywiście okaże się za jakiś czas 🙂

Pas nawadniający Nathan TrailMix Plus

Nathan TrailMix Plus Hydration Belt

W swojej karierze biegowej miałem już okazję wypróbować paru różnych „akcesorii nawadniających”. Do tej pory tam gdzie potrzebowałem rozwiązań pro (w mojej ocenie) brałem zawsze plecaczek/kamizelkę biegową (z bukłakiem czy softflaskami). Na jakieś krótkie dystanse ratowałem się buteleczką trzymaną w ręku. Pasy nawadniające owszem miałem ale coś do tej pory mnie nie porwały.

Tytułowy pas kupiłem całkowitym przypadkiem na giełdzie różności 🙂 Porwał mnie ładnym wyglądem i niską cenę. Patrząc teraz na stronę producenta widzę, że nie jest to wcale tak tanie akcesorium (regularna cena to około 200-250 zł) więc tym bardziej uznałem, że muszę go przetestować 🙂 Dodatkowym motywatorem był fakt, że używany ostatnio plecak potrafi paskami „rysować” mi koszulki. Jest mi ich trochę szkoda więc czemu nie spróbować czegoś nowego?

Wygląd pasa to oczywiście rzecz względna ale mi się podoba. Ostre, wyraźne zestawienia kolorów. Fajne logo na kieszonce jak i kształt bidonów. Robi to robotę i nie ma co ukrywać wygląda dużo fajniej od marketowych wynalazków.

Do jakości wykonania nie można się w żaden sposób przyczepić. OK, nie mam go jeszcze jakoś długo ale treningów zrobiłem z nim przynajmniej 4, po każdym był prany i nic złego się z nim nie dzieje.

Co zapewnia nam pas Nathana?

W dużym skrócie – mamy 2 bidony o pojemności około 250-300 ml. Z tyłu torebka która ma jedną kieszeń zapinaną na zamek i jedną na rzep. Z boków pasa są sznureczki zaciskowe dzięki którym można na nim powiesić 4 żele.

Sam pas wykonany jest ze sztywnego materiału (nie rozciąga się) i zapina się go na solidną klamrę. Oznacza to oczywiście, że musimy paski ustawić pod swoją sylwetkę. W czasie bieganie trzyma się, nie rozluźnia ale nie będę ukrywał – przy kolejnym założeniu raczej dociągi pasków trzeba poprawiać.

Świetną sprawą jest z pewnością system mocowania bidonów. Jest to taka plastikowa „klatka” z elastyczną taśmą w środku (która zapobiega wypadnięciu flaszeczki). Mega prosto się te butelki wkłada i wyciąga w czasie treningu. Idzie to intuicyjnie, łatwo trafić i oczywiście nie ma problemu że coś trzeba poluźniać, dociągać, macać rękami gdzie w ogóle to jest.

Same buteleczki wykonane są również solidnie. Jak widać mają szerokie ustniki z zaworem push-pull. Podciągamy ustnik w górę i po prostu zasysamy wodę. Nie trzeba nic zagryzać, zaginać. Woda leci dobrze, dość lekko. Może na samym końcu jest troszkę gorzej. Od środka korek ma gumową uszczelkę czyli nic nie powinno nam kapać, wylewać się.

Kieszonka tylna nie jest jakoś przesadnie wielka ale telefon, klucze tam wejdą.

A jak z wygodą biegu? Szczerze to zaskoczyłem się na plus. W pierwszej chwili oczywiście czujemy, że mamy coś na sobie. Bardzo szybko idzie się do tego przyzwyczaić i nie przeszkadza. Jak wspominałem wcześniej nie opada, nie skacze jakoś przesadnie. Dwie butelki + równe rozłożenie masy robi robotę. Nie jest wcale jakoś gorzej w porównaniu do kamizelki biegowej.

Nie jestem przesadnie wybrednym testerem ale uczciwie powiem, że pas mi pasuje. Lekki, wygodny, solidnie wykonany. Tam gdzie nie potrzebujemy zabrać dużo dodatkowego ładunku (np. kurtka czy ciuchy na zmianę) może być to całkiem ciekawa alternatywa. Trochę żałuję, że dopiero teraz skusiłem się na wypróbowanie takiego rozwiązania.

Maratońskie przygotowania – 03/2024

Po totalnie nieudanym lutym, w marcu można powiedzieć, że zaświeciła dla mnie (delikatnie) gwiazdka nadziei 🙂

Po analizie swojej formy, pozostałego do maratonu czasu uznałem, że spróbuję skupić się na trzech aspektach:
– zbudowanie chociaż podstawowej, powtarzalnej wytrzymałości biegowej. Mam tu na myśli regularne, spokojne bieganie i z każdym tygodniem delikatne zwiększanie dystansu. Uznałem, że będę dokładał po 1-2 km do każdego tygodnia. Trochę bałem się wrzucać w treningi jednego longa i resztę krótszych biegów więc podjąłem decyzję by każdy trening był taki sam. Nie jest to może zbyt efektywne ale obawiałem się, że po długim biegu będę zmęczony i kolejne 3 treningi będą „oszukane/słabe”. Wolę być przygotowany nawet na krótszy dystans ale w sposób powtarzalny a nie dłuższy a dokonywany wysiłkiem woli :),
– zróżnicowany rozwój „formy ogólnej” czyli rower, spacery, ćwiczenia w domu,
– zrzucenie wagi ile się da ale w sposób bezpieczny, nie rzutujący na zdrowie, siłę potrzebną do trenowania.

O dziwo udało mi się sumiennie przepracować cały miesiąc. Regularnie wychodziłem na swoje bieganie i faktycznie co tydzień po ten jeden km dokładałem – do trzech treningów, pierwszy był zawsze mniejszy (taki jak w poprzednim tygodniu).
Kiedy pierwszy raz od bardzo dawna zrobiłem 10 km podczas biegu naprawdę mega mnie to podbudowało! Poczułem, że jeszcze jestem w stanie coś przebieg i nie powiem dało mi to sporego motywacyjnego kopa. Oczywiście to nie gwarantuje sukcesu maratońskiego ale dla mnie było naprawdę ważne.
Treningi biegowe bardzo mocno wsparłem rowerem. Czasem myślę, że nawet za mocno ale jednak nie mam ochoty żonie odmawiać i wolę z nią pojeździć 🙂
Oprócz tego udało mi się faktycznie regularnie ćwiczyć w domu. Tu przyznam się potrzebuję więcej silnej woli bo po ciężkim dniu (bieganie, rower itp.) trochę mi się już nie chce i nieraz oszukuję 🙂 Albo tylko trochę pomacham hantelkami albo odpuszczam. Muszę się bardzo pilnować żebym nie zrezygnował całkiem 🙂

Patrząc na numerki wyszło to tak:
Bieganie: 106 km (wzrost w sumie 100% względem lutego)
Rower: 437 km
Spacery: 16,1 km
Waga: -2.5 km względem startu. Dobrze, ale dalej jednak dużo za dużo 🙁

Na tą chwilę jest w miarę ok. W kwietniu będę kontynuował powyższą strategię. Jeśli nic po drodze się nie spieprzy przed samym maratonem powinienem być w stanie przebieg około 14-15 km (4x w tygodniu). Myślę, że pozwoli to dociągnąć przynajmniej do połówki a później to się zobaczy 🙂


Maratońskie przygotowania – 02/2024

Mocno narzekałem na swoją dyspozycję w początku maratońskich przygotowań. Boję się trochę tak napisać (bo jeszcze się okaże, że da się gorzej) ale w lutym poziom niefartu osiągnął chyba swoją kulminację.

Biegałem w kratkę i tyle co nic. Co trafił się akceptowalny tydzień to w kolejnym masakra. W sumie odpadły mi dwa pełne tygodnie, a kolejny trzeci był taki sobie.

Pierwszy niefart to zasygnalizowane w poprzednim raporcie problemy z achillesem. W głupiej sytuacji – w łazience ściągając skarpetkę, szarpnąłem za nią mocno wyginając nogę (można by powiedzieć ściskając go). Wystarczyło to, że coś sobie naciągnąłem. Bolał mnie i zastosowałem sprawdzony sposób biegaczy – przerwę i może samo przejdzie. Samo przeszło ale tydzień wypadł.
Taka mała dygresja – zdarzenie to z pewnością nie jest winą skarpetki 😉 a pewnie mojego zapuszczenia, pospinania i marnej kondycji ogólnej.

Oczywiście w kolejnym tygodniu nie szalałem, wolno rozkręcałem się po kilka kilometrów a tu niestety kolejny pech. Syn przyciągnął jakieś choróbsko ze szkoły w piątek. Jemu oczywiście prawie nic nie było a ja po kilku dniach umierałem. We wtorek zrobiłem jeszcze bieg czując gardło. Później mnie połamało, spływało z zatok, kaszel i o żadnym bieganiu mowy nie było. Przeszło mi w sumie dopiero gdzieś po tygodniu ale w sumie do tej pory odczuwam dyskomfort. Niby nic nie boli ale spływa dalej z zatok, słabszy jestem w dalszym ciągu.

Statystyki miesięczne mówią, że:
Bieg: 53,8 km
Spacery: 17,6 km
Rower: 63,5 km

Jedynymi dobrymi zdarzeniami w lutym był fakt, iż:
– zacząłem codziennie ćwiczyć (w domu) i udało mi się to zachować do tej pory. Na ten moment ćwiczenia takie bardziej na rozruszanie zastanego latami organizmu (strasznie byłem zapuszczony) ale widzę już powoli pozytywne zmiany i postaram się tego nie zmarnować,
– udało się z wagi jakiś 1 kg zejść.

Cóż. Miesiąc temu czułem, że znów maraton będzie stracony i myślę, że już teraz można to potwierdzić. Zdaję sobie sprawę, że nie działa to dobrze motywacyjnie ale też trzeba być realistami. Przez 2 miesiące z poziomu 50-100 km ja nie dam rady się do niego dobrze przygotować. Szkoda, ale może będzie motywacja by za rok znów spróbować.

Na ten moment zaś próbuję przeanalizować jaką strategię treningową na kolejne miesiące przyjąć – czy ciągnąć przygotowania wg pierwotnego planu czy też może spróbować coś nietypowego. Tylko co?

SKS Shockblade Dark 27,5″+ 29″

Zgodnie z zapowiedzią sprzed paru tygodni chciałbym opowiedzieć o przednim błotniku rowerowym firmy SKS.
Skoro byliśmy zadowoleni z błotnika tylnego to do maszyny mojej Żony trafił tym razem model Shockblade Dark 27,5″+ 29″.

Jakby komuś nie chciało się oglądać fotek 🙂 to błotnik ma główne właściwości:
– koła od 27,5″+ do 29″,
– szerokość opony max. 3.0 cala,
– waga 112g

W zestawie z błotnikiem dostajemy niezbędne płytki, tuleje montażowe (2 rozmiary), instrukcję montażu, kluczyk.

W teorii wszystko wyglądało prosto. W praktyce niekoniecznie. Może to moje gapiostwo, może niefortunny zwrot ale w instrukcji napisano by wziąć tuleję jak najbliższą otworowi w mostku amortyzatora i po złożeniu jej umieścić w tymże otworze. Mniejsza tulejka wyglądała na sporo za małą, wkładało się ją w otwór i wcale się nie trzymała więc ochocza złapałem większą, złożyłem i … nie wchodzi. Minimalnie za duża 🙁 Pomyślałem złe słowo o producencie roweru, że pewnie coś niestandardowe wymyślił i co się nie nakombinowałem! Składałem tą tulejkę, rozkładałem, szlifowałem z godzinę. Ni cholery.. Obwieściłem żonie, że chyba nic z tego nie będzie bo nie włazi 🙁 ale już na samym końcu zacząłem przypatrywać się kolejny raz instrukcji i doczytałem, że:
– mniejsza tulejka pokrywa zakres średnic 19-29mm,
– większa natomiast od 29mm w górę,

Hmmm… no dobra spróbuję z małą. Złożyłem ją i trzymając ręką by nie wypadła od razu zacząłem skręcać śrubę. No szok! okazało się, że się dokręciło i siedzi jak należy. Zacnie. Zmyliło mnie chyba to, że w Romecie średnica rury bliska jest maksowi mniejszej tulejki. W jakimś starym błotniku (kupionym i mocowanym kiedyś do innego roweru) było więcej tulejek i faktycznie po dopasowaniu one wchodziły lekko, nie wypadały a dokręcone łapały już finalnie. No ale ok, nie wnikajmy czy ciała dał producent czy ja.

Gdyby więc odrzucić godzinę rękodzieła to montaż błotnika jest prosty i przyjemny. Złożenie tulejki z płytką mocującą (płytki też dobiera się do długości mostka amortyzatora), dokręcenie i założenie błotnika to nawet nie 5 min. Nie trzeba nic odkręcać, zdejmować koła.

Sam błotnik ma system szybkiego montażu/demontażu. To ten pomarańczowy przycisk. Fajny bajer. Przewożąc np. rower autem nie musimy się bać, że nam się połamie w bagażniku. Wciskamy, przesuwamy błotnik i prosto się go ściąga.

Shockblade ma dość ładny, sportowy kształt. Wykonany jest zgrabnie, solidnie ale nie jest to plastik twardy jak kamień. Pod ręką pracuje, lekko się wygina.

W użyciu – jak to błotnik 🙂 Swoją rolę spełnia. Błocko, woda z przedniego koła nie chlapie po kierowcy, Szanowna Małżonka zadowolona i chyba o to chodziło 🙂

Podsumowując ten krótki tekst. Firma SKS robi solidne i przemyślane rzeczy. Błotnik jest porządnie wykonany, wszystko mamy co trzeba by go założyć. Polecam więc.

Rowerem po Dolnym Śląsku

Zima jeszcze nie zachęca do rowerowego podróżowania no ale można spędzić ten czas na planowaniu przyszłych tras. Trochę na zachętę chciałbym więc opisać Wam parę możliwości zwiedzania Dolnego Śląska.

Trasy, o których opowiem wynalazłem na stronie:

Dolny Śląsk Rowerem

Ja, przejechałem je w okresie wakacyjnym, zeszłego roku. Opis będzie raczej takim zbiorem luźnych uwag, zdjęć no ale myślę, że swoje zdanie na tej podstawie da się wyrobić.

Na samym początku muszę pochwalić samą stronę. Dostępnych możliwości jest bardzo dużo – ponad 250 tras. Bardzo fajną opcją jest sortowanie – po regionie, po długości czy stopniu trudności. W procesie wyboru pomaga nam skrócony opis trasy, przewyższenia, kluczowe punkty, typ nawierzchni jak i zdjęcia. Każdą z tras da się pobrać jako plik gpx co oczywiście ułatwia nawigację.

Co ważniejsze – wszystkie trasy jakie przejechałem były poprowadzone w sposób przemyślany w kontekście roweru czyli omijały główne trasy. Prowadziły raczej po ścieżkach rowerowych, polnych drogach czy lokalnych szosach. Wielkim plusem jest fakt, że trasy są aktualne – prowadzą faktycznie po istniejących drogach, nie ma niespodzianek, że szlak się kończy albo jest nieprzejezdny 🙂 To wielka zaleta.

Z dostępnych możliwości mnie najbardziej ciekawiły trasy jednodniowe, które (po dojechaniu nas start autem) dało się pokonać w kilka godzin i najlepiej wrócić do ich początku. Były to:

Wokół Ząbkowic Śląskich. DOT 151 (55,5 km)
Trasa bardzo przyjemna, prowadząca w większości przez mniejsze miejscowości w których dało się zobaczyć zabytki. Jechaliśmy ją z synem (12lat) i spokojnie dał ją rade pokonać. Warto przeznaczyć sobie trochę więcej czasu i oprócz jazdy zobaczyć też Kamieniec Ząbkowicki czy Ząbkowice (trzeba do nich odbić bo w sumie tylko się okrąża).

Bystrzyca Kłodzka-Domaszków. DOT 165 (36,01km)
Trasa nie będąca pętla – na miejsce startu polecany jest powrót pociągiem. Nam nie chciało się jednak czekać i brakujący kawałek dojechaliśmy nawigując Google mapami 🙂 Nie jest wcale tak dużo dodatkowych kilometrów i zmieściliśmy się w około 50 km 🙂
Trasa, zwłaszcza w pierwszej połowie prowadzi przez odludne tereny.
W porównaniu z pierwsza wycieczką tu jest już trudniej. Są spore, leśne podjazdy trzeba nastawiać się, ze przyjdzie rower momentami pchać. Mój syn z tego powodu nie był już zadowolony 🙂 No ale … piękne widoki rekompensują jednak trud jazdy. Acha, koniecznie pooglądajcie Bystrzyce Kłodzka bo warto.

Henryków – trasa czerwona. DOT 154 (50 km)
Ta trasa prowadzi w większości przez pola, łąki. Jest bardzo malownicza, nastawiona na przyrodę ale z ukształtowania terenu sporo trudniejsza niż Ząbkowicka. Jest tu sporo podjazdów, polnych dróg o słabej nawierzchni. Miejscowości jakie na niej mijamy są malutkie i tu ważna uwaga – na całej trasie nie spotkaliśmy ani jednego sklepu 🙂 Picie, jedzenie trzeba mieć zabezpieczone we własnym zakresie. A że w lecie potrafi być naprawdę gorąco radzę nie oszczędzać na ilości 🙂

Wokół Szczelińców. DOT 159 (23,15 km)
Będę szczery. Miałem spore oczekiwania co do tej trasy i bardzo się zawiodłem. Poprowadzona jest niestety w większości leśnymi szlakami i … niewiele ciekawego da się zobaczyć 🙁 Liczyłem na jakieś spektakularne widoczki na Góry Stołowe a tu prawie nic. Szkoda. Plus za to taki, że jest faktycznie łatwa do przejechania, nie ma tu spektakularnych podjazdów, zjazdów.

Coś więcej? Pewnie 🙂 W swojej karierze rowerowej jeździłem też na podanych na www singletrackach Glacensis, okolicach Doliny Baryczy, Nowej Rudy czy pętli po Górach Sowich. Część z nich opisywałem już wcześniej na mojej stronie więc nie będę się tu powtarzał. Też są fajne 🙂

Uważam, iż Dolny Śląsk ma naprawdę sporo do zaoferowania pod względem roweru dlatego szczerze polecam Wam u nas pojeździć. Myślę, że na podlinkowanej stronie na pewno znajdziecie coś co Wam przypasuje. Polecam 🙂

Adidas Ultraboost DNA Prime

Świat biegowy dawno już poszedł do przodu. Teraz na topie jest karbon. Ja aż tak za nowościami nie gonię i przy okazji zeszłorocznego maratonu postanowiłem spróbować „modnej” parę lat temu pianki boost.

Jak to u mnie ważnym kryterium jest cena stąd też po przeglądaniu różnych ofert zdecydowałem się na tytułowy but – Adidas Ultraboost DNA Prime. Buty te w dalszym ciągu można wyszukać w sklepach internetowych (za około 300 zł) więc myślę, że warto cokolwiek o nich wspomnieć.

Z najważniejszych parametrów buta wymienię:
– cholewka z materiału Adidas Primeknit (czyli szyta w całości),
– na podeszwie guma Continental no i oczywiście pianka Ultraboost,
– drop 10mm,
– waga 314 gram (mój pomiar rozmiaru 46),

Nie lubię wydawać dużo na buty. Chyba nie do końca umiem je wybrać bo zawsze po zakupie czegoś firmowego i drogiego dopadała mnie klątwa złego wyboru 🙂 A to ciasnawe w palcach, a to szybko się rozlazły… nie inaczej wyszło tym razem 🙂

Większość Adidasów kupowałem w rozmiarze 46 (z połówkami lub samo :)). Tym razem też – wziąłem 46. Po założeniu na nogę jest ok, przyjemnie, nie uciska. Okazało się niestety, że ten model ma język będący kawałkiem materiału bez żadnego wypełnienia. Boostowa podeszwa jednocześnie mocno pracuje „ugina się” i but przez to (jak żadne Adidasy do tej pory) latał mi trochę na nodze. Pierwszy bieg, drugi bieg – czuję, że mi się stopa w nim rusza co zaowocowało niestety bąblami na stopie.

Nie powiem, wkurzyło mnie to fest :/ Lekarstwem na ten problem okazało się mocne wiązanie – aż na pograniczu ucisku. Dopiero wtedy noga mi się w nim ustabilizowała, przestały mnie obcierać i można było zacząć cieszyć się z zalet pianki Boost.

Jak wspomniałem, odczucia z biegu są faktycznie inne. Adidasy są miękkie, sprężynujące. W mojej ocenie dużo bardziej niż pianki w podstawowych modelach tej marki. Ultraboost fajnie pracuje dając amortyzację stopie. Trzeba się do tego trochę przyzwyczaić, nie jest to jednak przeszkadzające. Nie ma się wrażenia zmulenia i tracenia energii na walkę z obuwiem.

Niezbyt mogę się wypowiedzieć o trzymaniu w deszczu bo nie trafiłem na szczęście na zła pogodę ale myślę, że nie powinno być z tym problemu. Continentalowa guma, która miałem w innych butach Adidasa raczej zawsze daje radę.

Do tej pory przebiegłem w nich kilka treningów + maraton. Buty są w dobrej kondycji, nic się nie zniszczyło, nie widać śladów starości itp.

Po maratonie nie stwierdziłem żadnego dyskomfortu dla stóp więc finalnie cieszę się, że dało się odczarować fatum złego wyboru 🙂 Wszystkim którzy planują je kupić polecam jednak dobrze przemyśleć rozmiar. Może warto zaryzykować mniej niż zawsze.

W pogoni za marzeniami