Archiwa tagu: test

Podgrzewane rękawice – akumulator USB

Jakiś czas temu zamieściłem na swoim kanale YT test podgrzewanych rękawic (wbudowane akumulatory ładowane z USB). Jako, że zima nie odpuszcza w tym roku to myślę, że warto się zainteresować takim sprzętem. Kto wie może i przydadzą się na treningach w mroźne dni 🙂

Poniżej galeria kilku zdjęć:

Film zaś do obejrzenia na YT:

Ride+Go Rowerowy uchwyt na smartfon

Łażąc ostatnio po Aldi wzrok mój padł na rowerowy uchwyt na smartfon Ride+Go.
Do tej pory używałem takich:

Rowerowy uchwyt

Nie mam do nich żadnych zastrzeżeń poza faktem, że w deszczu moknie nam telefon. Trzeba więc go zabezpieczać jakimś woreczkiem albo wkładać w kieszeń.

Oferowany przez Aldika uchwyt miał w opisie wodoodporność, a że kosztował 13 zł no to czemu nie spróbować?

Co z tego wyszło więc?

Uchwyt dostajemy w pudełeczku widocznym poniżej. W komplecie dostaje się pojemnik na smartfon, uchwyt do kierownicy, wodoodporny pokrowiec, piankowe podkładki i podkładki gumowe.

Według opisu pasuje na kierownice o średnicy 20-27 mm i do telefonów max. 7″

Montaż go jest beznarzędziowy. Widać wprawdzie pewną „chińskość” bo całość po skręceniu ma lekkie luzy (choćby na wpięciu pojemnika w uchwyt). Dokręcać śruby warto też w miarę ostrożnie by nie zerwać plastikowych gwintów (na kuli). Całość jednak trzyma się na swoim miejscu, wytestowana na dziurawych drogach nie odpadła, nie opadała. Tu jest więc ok.
Całość po złożeniu zajmuje trochę miejsca (jest za to lekka) więc warto przemyśleć gdzie go zamontować by nie przeszkadzał w przełączaniu przerzutek, obsłudze dzwonka, światła.

Komórka mieści się do środka. zamki działają ok. W zestawie są piankowe podkładki by mniejsze telefony nie latały w środku ale wkładając na jego spód ten pokrowiec przeciwdeszczowy w sumie uzyskuje się ten sam efekt.

Zawiedzony trochę jestem tym wododopornym pokrowcem. Nie będę ukrywał liczyłem, że to sam uchwyt zapewnia bezpieczeństwo przed opadami. A tu nie, trzeba na niego po prostu założyć „worek”. Tym sposobem traci się funkcjonalność korzystanie z telefonu. No szkoda, niemniej co oczekiwać za 13 zł? Z pewnością w lekkich opadach smartfon, w tym pojemniku zmoknie i tak dużo później niż wystawiony bezpośrednio na opady.

Jak ktoś ma miejsce na kierownicy a nie posiada żadnego uchwytu to można te parę PLN wydać.

Kiprun pas na numer startowy

Nic co dobre nie trwa wiecznie 🙂 W moim starym pasku (używany już z 10 lat) pękło finalnie mocowanie. Coś by tu może i „zdrutował” ale dobra, nie majątek można się rozejrzeć za innym.
Mam wprawdzie bardziej rozbudowane pasy (z miejscem na żele, bidony) ale taki lekki, prosty na krótkie biegi też się czasem przydaje.
Upatrzyłem sobie coś wstępnie na necie niemniej będąc w Decathlonie wzrok mój padł na odpowiednią półkę no i widzę, że oni też mają 🙂
Pasek ten kosztował 29 zł wyglądał ciekawie więc zakupiłem.

Poniżej parę uwag z jego używania.

Pas wygląda solidnie. Zrobiony jest z rozciągliwej taśmy (gumki?) o szerokości około 2 cm. Czarna barwa, a jedynym akcentem przełamującym jest biały napis Kiprun.

Mocowanie to plastikowa klamra. Łatwo się ją rozpina i zapina ale wygląda, że będzie trzymać (i tak robi).

Po wyregulowaniu długości wisi stabilnie, nie opada, nie rozluźnia (z samym numerem bez obciążenia żelami).

Na pasie mamy sześć szlufek na saszetki i trzy wciski pozwalające zamocować numer startowy.

O szlufkach wypowiadał się nie będę, nie nosiłem w nim żeli. Na oko, rozciągają się ciężko to i może będą trzymać to co włożymy. Po mojemu bardzo duży żel tu się nie zmieści, widział bym bardziej te węższe.

Sednem pasa są za to wciski na których wieszamy numer. Sama ich idea jest świetna. Rozłącza się je prosto. Podłączone są w całości do paska, nie ma tu ryzyka, że coś nam odpadnie, zginie. Mam tu na myśli fakt, że w starym pasku miałem sznureczek ze zdejmowaną zaślepką na końcu (jak na rysunku poniżej). Na zmęczeniu, po biegu trzeba było uważać by ich nie zgubić 🙂


W Kiprunie mocowanie trzyma bezpiecznie założony numer. Nie miałem żadnych problemów z tym systemem podczas szybszego biegu.

Żeby nie było za różowo. Pas ma jednak jedną a bardzo ważną niedogodność. Owe wciski są zamocowane na sztywno. Na luźnym pasku są na tyle blisko siebie, że numer startowy jest wygięty w łuk. W teorii jak założymy na siebie pas, rozciągnie się i powinno być ok. Powinno. Mam sporo cm w pasie ale niestety dalej nie było u mnie dobrze. Numer odstawał od brzucha i wkurzał. Rozwiązaniem okazało się przesunięcie go na biodro. Wtedy „krzywizna” lepiej dolegała do ciała i jakoś to szło.

Z powodu powyższego problemu nie mogę go polecić wszystkim. Nie są to może jakieś wielkie pieniądze ale wg mnie pasowałoby przymierzyć w sklepie (z jakimś starym numerem) i dopiero wtedy podjąć decyzję zakupową.

Dawno, dawno temu… Huawei Watch GT

Jakoś w 2018 roku kupiłem tytułowy smartwatch – Huawei Watch GT. Tak sobie myślę teraz, że z perspektywy czasu to w pewnych sprawach wyprzedzał on swoją epokę. Solidne wykonanie, wyświetlacz o kosmicznych kolorach a przy tym naprawdę dobre możliwości gps i funkcji sportowych. Na tle plastikowych, monochromatycznych zegarków sportowych było to coś niezwykłego. Kto wie jak potoczyłaby się moja późniejsza historia sportowych zegarków gdyby nie dokuczliwa „wada” – brak możliwości eksportu aktywności do Endomondo/Stravy.

Czas płynął, zapomniałem trochę o tym co tworzy Huawei.

Wspominałem jednak ostatnio, że dałem sobie spokój z topowymi zegarkami sportowymi. Ani mi ich funkcje aż tak nie potrzebne a i chciałoby się czasem założyć normalny zegarek. Tak też się stało. Vertical został sprzedany a do trenowania używam starego Spartana, który zakładam tylko na czas biegu.

No ale… przeglądając z nudów ofertę portali z używanymi rzeczami wpadł mi w oko Huawei Watch GT 3 Pro. Walka nie była zbyt długa, tym bardziej, że wyczytałem nie tak dawno temu, że w końcu dostępne są dla nich transfery danych do Stravy. Kupiłem sobie 🙂

Wiem, że są już 5 generacje tych smartwatchy, są wersje Ultimate ale powiem szczerze, że w dalszym ciągu jestem pozytywnie zaskoczony tym, co Watch GT 3 potrafi.
Nie będę tu go jakoś szczegółowo recenzował. Powiem tylko, że elegancka, tytanowa obudowa, czas pracy na baterii, świetny ekran robi robotę. Sportowo zaś – wypas 🙂 GPS łapie tak szybko jak moje Suunto. Ze dwa razy sprawdziłem dokładność obu zegarków – różnic praktycznie nie ma. Fani cyfr, zestawień, analiz powinni być w niebie. Jest tego multum 🙂 A… no i wisienka na torcie – faktycznie transferuje dane do Stravy! Po prawdzie tylko z 3 głównych aktywności (bieg, rower, spacer) ale w sumie to i tak wystarczające dla większości.

Huawei tak mi się spodobał, że noszę go na co dzień. Używam do spacerów, roweru. Nie chcę tu nikogo przekonywać by rezygnował ze swojego Suunto, Garmina, Polara itp. ale po prostu pokazać, że to co kiedyś wydawało się nie do pogodzenia – smartwatch i sport w dzisiejszych czasach jest już trochę nieaktualne. Da się 🙂

Legginsy ocieplane Kiprun Run 500

Zimy już nie takie jak kiedyś ale jednak przyjemnie jak ciepło w tyłek 🙂

Ostatnie kilka lat na zmianę używałem zimowych legginsów z Decathlonu i Aldi. Czas już je trochę nadgryzł więc gdy Mikołaj zapytał co chcę to uznałem, że nowe spodnie 🙂

Zerknąłem najpierw w net by obadać co na topie. Niestety, jakoś ceny mnie nie porwały. Wiem, że tanio to było kiedyś ale jednak nie wydaje mi się zasadne wydawać około 300 zł na legginsy. Zwyczajowo więc skończyło się na wizycie w Decathlonie. Wiadomo, drożej jest i tu ale jednak aż tak nie boli.

Po zapoznaniu się z ofertą padło na ocieplane legginsy – Kiprun Run 500 w kolorze czarno-szarym.

Zdjęcie zapożyczone ze strony Decathlon, moja fotka gdzieś mi przepadła z komórki 🙂

Niezbyt jest tu co wymyślać z opisem no to tak na szybkości…

Materiał faktycznie trochę solidniejszy niż w takich letnich. Z tyłu (na łydkach) wstawki z trochę innego materiału. Są delikatne odblaski. Całość dość przyjemna, wygląda, że potrafi oddychać – nie pocimy się jakoś przesadnie w nich. Materiał nie jest też jednolity, ma swego rodzaju fakturę co być może pomaga by spodnie nie zsuwały się nam z nóg.

Na dole nogawek zameczki. U góry (tył) zapinana kieszonka. Pas ma w sobie gumkę i wiązany sznurek. Zakres regulacji powiedziałbym więcej niż zadowalający. Tym razem wygodniej było mi wziąć 2XL i trochę się bałem czy nie będzie za luźno. Jest jednak ok, sznurkiem spokojnie się zacisnę i w biegu jest dobrze. Nic nie spada, nie luzuje się.

Biegam w nich już około 2 miesięcy i wrażenia są pozytywne. Wygodne, lekko luźniejsze, nie krępują ruchu (to pewnie zasługa XXL). Wyprowadzają wilgoć na zewnątrz, nie pływam w nich. No i co najważniejsze nie spadają mi z okrągłego brzuszka 🙂
Za krótko by wyrokować coś o trwałości ale przez ten czas wyglądają dalej jak nowe, nic złego z nimi się nie dzieje (żadnych rozdarć, puszczających szwów itp).

Jeśli ktoś lubi ten rodzaj spodni to czemu nie. Warto spróbować.

DrWitt Power Gel

DrWitt – żele energetyczne

O odżywianiu przy okazji biegania napisano już chyba wszystko, nie będę się więc silił na jakieś naukowe wywody 🙂 Mi pasują, nie szkodzą raczej 😉 więc na okazje biegów dłuższych zawsze staram się coś kupić.

Od pewnego czasu zauważyłem, że marka DrWitt (kojarząca się kiedyś głownie z sokami ) weszła bardziej w segment sportowy. Dostępne są napoje izotoniczne, napoje witaminowe jak i tytułowe żele.

Zachęcony niewielką ceną kupiłem kiedyś parę na próbę i powiem, że jestem nimi pozytywnie zaskoczony.

Przyjemną dla mnie niespodzianką jest ich konsystencja. Są to żele bardziej płynne, można je przyjmować w sumie bez popijania wodą. To duży plus. Nie zapychają a i można by zaryzykować tezę, że jakieś dodatkowe nawodnienie jest to w czasie biegu. Taka forma z pewnością zmniejsza także ewentualny dyskomfort trawienny. Nie powinniśmy mieć uczucia ciężkości, guli na żołądku.

Smaki jakie próbowałem to wiśnia i mango. Oba ok (dla mnie), przyswajam je i żadnych dyskomfortów nie miałem.

Co do składu, właściwości – pozostawiam to już Waszej ocenie. Na zdjęciu widać ile czego mają. Jak ktoś chce to musi porównać ze stosowanymi przez siebie produktami.

Żele dostępne są w niektórych marketach (ja kupiłem w Aldi). Są również i na allegro. Cena około 3 zł za 100gr opakowanie. W pakietach trochę taniej.

Polecam więc obadać samemu może będzie to ciekawa alternatywa i dla Was.

Adidas Terrex Agravic Pro

Jak opisywałem wcześniej, przed Śnieżką stanąłem przed problemem zakupu nowych butów do biegania trailowego.

Wybaczcie, nie będę tu wymyślał specjalnych historii. Nie śledzę przesadnie nowości, zakupy drogich butów to nie moja specjalność no to udałem się trochę na skróty. Miałem już kilka par Adidasów więc zerknąłem co można wyszukać z tej marki. A jakby jeszcze nie zabiło ceną to idealnie 🙂

Pojawił mi się w ten sposób model – Terrex Agrivic Pro. Z opisów wyczytać można, że polecane są na skaliste szlaki. Podeszwa z solidnym, bieżnikiem, guma Continentala. Lekkie, z amortyzacją (Lightstrike), małym dropem (4mm). Do tego wkładka karbonowa pod środkową podeszwą (chroniąca przed kamieniami). Brzmiało idealnie pod 3xŚnieżka bo to kupiłem 🙂

Uwaga, poniżej raczej zbiór luźnych przemyśleń, odczuć o nich. Opisy, parametry należy wyszukać samemu w sieci.

No to startujemy.

Ekologia/look. Oczywiście 😉 Naturalne, tekturowe pudełeczko i but wykonany z tworzyw z odzysku. Ale wygląda ładnie i nic się nie rozłazi. Jest przy tym lekki, w miarę przewiewny. Plus

System sznurowania – BOA. To, widoczne na zdjęciach kółeczko i przeplecione sznureczki 🙂 Zaciska się je banalnie kręcąc kołkiem. Momentalnie ściąga buta i jest ok. Trzyma się to, nie popuszcza w czasie biegania. Aby buty zdjąć – wyciągamy kółeczko lekko na zewnątrz i już. Wygodne. Trochę tylko strach jak to się kiedyś rozleci 🙁 Nie będzie tak łatwo jak założyć nowe sznurówki do zwykłego buta.

Wysoka cholewka. Sięga za kostkę. Po zaciśnięciu ogranicza to wpadanie nam do buta błota, kamieni. W sumie działa ale z tymi kamieniami to wiecie … jak się ma pecha to coś może wlecieć. Jak zawsze.

Karbonowa płytka/podeszwa. No chyba jest. Faktycznie próbowałem przelecieć specjalnie po różnych, małych kamyczkach i dyskomfortu brak. Chroni, przy czym podeszwa coś tam pracuje. Nie zabija nam to 100% czucia podłoża.
Wypustki, guma Continentala to w sumie standard od wielu lat w Adidasach. Trzyma się szlaku, nie ślizga tylko… kto wymyślił tą dziurę na środku! Ideę rozumiem, pewnie ma to odciążyć but. Szkoda tylko, że kilka razy utkwił mi w tym większy kamień albo szyszka. Raju, jak to wkurza jak się z tym biegnie. Wypaść oczywiście nie chce, trzeba stanąć i wyskubać.

Rozmiar. Do tej pory wszystkie moje Adidasy wydawały się raczej zaniżone rozmiarowo (zwłaszcza te 45 2/3). Agravic-i były 46 2/3 no to ok, wezmę. Niestety… nie są złe ale jednak wydaje mi się, że mogłyby być ciut mniejsze. Przy mocniejszych zasznurowaniu, w solidnej biegowej skarpetce nie mam problemów. Kiedy jednak próbując je rozchodzić przed zawodami zabrałem je na spacerek (ubrany w lekką skarpetkę) skończyło się to katastrofą. Obtarłem nogę w okolicy kostki. Polecam więc dobrze przemyśleć wybór rozmiaru.

Adidasy takie, po przejrzeniu ofert można zakupić za około 300-450 zł. Jak za but z nowoczesnymi technologiami, solidne wykonanie nie jest to jakoś dużo. Podczas około 60 km zawodów moje stopy w nich przeżyły należy więc uznać, że pieniądze nie zostały przetracone 🙂

Poncho przeciwdeszczowe Action

Swego czasu opisywałem dość porządną pelerynkę z Decathlonu. Na dłuższych wycieczkach rowerowych lub pieszych warto mieć osłonę przeciw deszczową, gdyż nigdy nie wiadomo co może nastąpić w pogodzie. Nie ukrywajmy jednak – nie zawsze jednak jest chęć wozić ze sobą solidne (ale zajmujące miejsce) okrycie. Czy da się sobie jakoś z tym poradzić? Ano da 🙂

Podczas jednej z wizyt w Actionie przyuważyłem, że w cenie około 9 zł mają małe, lżejsze pelerynki. Mimo ryzyka, że może to być produkt jednorazowy wziąłem parę (dla wszystkich domowników).

Swoją wrzuciłem do torebki narzędziowej w rowerze no i tak sobie leżała aż do ostatniego weekendu, kiedy to złapała nas mega ulewa 🙂

Niebieska, „foliowa” pelerynka dostępna jest w uniwersalnym rozmiarze. Przy moich 183 cm wzrostu, po rozwinięciu sięga gdzieś do kolan. Na niekorzystnym zdjęciu 😉 wygląda na krótszą ale trochę mi się podwinęła. Rękawy są mniej więcej do łokcia. Całość jest na tyle luźna, że powinna spokojnie zmieścić się w nią tęższa osoba czy też turysta z plecakiem. Dość wąski jest za to kaptur ze sznureczkiem ściągającym. Kask rowerowy pod niego nie wejdzie, trzeba założyć na wierzch.

Jej materiał jest w miarę wytrzymały. Przy wkładaniu, zdejmowaniu nie podarła się

Cóż, niewiele się tu da naopowiadać więcej. Pelerynka chroni przed wodą, wiatrem. W czasie jazdy rowerowej dość głośno łopocze co jest pewnym minusem. Nie ma w niej też żadnych ściągaczy u dołu więc trochę się podwija i kolanka zmokną 🙂 Przy chodzeniu z pewnością będzie lepiej.

Jak za te pieniądze uważam, iż warto kupić. Nigdy nie wiadomo kiedy się przyda 🙂

Trochę historii – Magene USB ANT+ Stick i paski do Garmina FR310XT

Tak naprawdę chciałbym napisać o jakości, używaniu w.w. rzeczy ale może najpierw trochę historii (a nudne testy wplotłem między nie) 🙂

Moja dusza zbieracza co i rusz podrzuca mi przed nos/oczy 🙂 jakieś ciekawe a zbyteczne totalnie rzeczy.

Po ostatniej wizycie na giełdzie różności we Wrocławiu kupiłem sobie za 20 zł Garmina FR310XT. Zegarek wyglądał dość znośnie, miał za to urwane obie części paska.

Szybki research netu powiedział mi, że sprzedają je ciągle po około 100-600 zł więc czemu by nie spróbować go ożywić 🙂 Owszem nie potrzebuję go ale gonienie króliczka jest dość przyjemne a kto wie co z tego finalnie wyjdzie 🙂

Ładowarkę utrafiłem na OLX za kolejne 20 zł. Garmin odpalił się i wyglądało, że nic mu nie dolega. No to próbujmy dalej.

Oczywiście do sprawy należy podejść inteligentnie bo np. paski sprzedają u nas po około 100zł, a Garminowskie Sticki Ant+ to w sumie bliżej 200 zł. Trzeba polować na okazje albo przejrzeć ofertę Aliexpress 🙂

Chińska oferta zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie gdyż… pasek wyszukałem za 5 zł a USB sticka za około 30. Przyszły, założyłem je i mam teraz zegarek jak z fabryki 😉

A teraz trochę poważniej. Zdaję sobie sprawę, że pewnie w 2024 niespecjalnie komu zależy na reanimacji takich staroci ale jeśli ktoś ma coś takiego w domu, bateria trzyma parę godzin to czemu nie dać mu drugiego życia? Do czego np. można wykorzystać go? A np. jako wypasiony rowerowy licznik z GPS. W sumie wygodnie widzieć dystans, czas, prędkość bez odrywania rąk od kierownicy.

Na allegro za 20 zł są dalej dostępne dedykowane, gumowe uchwyty na kierownicę roweru. Ja w sam raz wygrzebałem taki ze swoich zbiorów (od A-Rival SpoQ SQ-100, który używałem dobrych kilka lat temu). Pasuje ale i te 20 zł warto dać jak się nie ma.

Biegać też się dalej z tym da. O dziwo zegarek mimo, że spory jest leciutki, dobrze leży na ręce.

Zakupiony pasek w zestawie miał 3 teleskopy i narzędzie montażowe. Narzędzie niestety dane bez sensu bo jakiś śrubokręcik a tu by się przydał zegarmistrzowski ściągacz do teleskopów. Bez niego trzeba ostrożnie podważać je nożykiem ale też idzie to zrobić.
Kolorystycznie pasuje do mojego zegarka idealnie. Kształtem też – nie odstaje jakoś, szczelin, szpar nie ma. Wykonany jest dobrze, ma przyjemną, aksamitną fakturę. Jest miękki, elastyczny. Klamra metalowa. Jestem ogólnie w szoku, że kosztował 5 zł a taki świetny. Jeśli jeszcze trwałość będzie ok to w ogóle mistrzostwo.

310XT mimo, że wiekowy działa dokładnie jak moje Suunto. Oczywiście z serwisem się łączy, nie ma żadnych przeciwskazań by sobie transferować aktywności. Do transferu potrzeba wspominanego właśnie ANT+ sticka.

Z tego co wyczytałem na aukcji – jest to urządzenie uniwersalne. Powinno pasować do wielu sprzętów korzystających z tego standardu i różnych producentów (Magene, Onelap, Zwift, Trainerroad, Garmin).

Po wyjęciu z pudełeczka podłączyłem go szybciutko do PC i odpaliłem Garmin Expressa. No i czekam. Niewiele się w sumie działo więc wystartowałem w Expresie wyszukiwanie sprzętu. Nic mi nie znalazł więc trochę zdegustowany zacząłem dumać co robić.
Po necie pisało by zainstalować sterowniki np. od Magene. Szukałem chwilę bez sukcesu ale tknęło mnie by najpierw sprawdzić menager urządzeń. Windowsa. Patrzę i stick normalnie jest. Nazwa jak należy. Zbliżyłem bardziej Garmina do PC i o dziwo się znalazł. Poszło samo 🙂
Nie jest to transfer najszybszy niemniej nie przerywało. Zegarek się zaktualizował, aktywności lecą.

Cóż. Nowy zakup i kompletowanie go dało mi sporo radości 🙂 A Wy jak macie sprzęty korzystające z ANT+ to też możecie zainteresować się takim stickiem. Polecam.