Archiwa tagu: test

Suunto Vertical Titanium Solar

Świat technologiczny leci do przodu. Mimo, że nie miałem żadnych powodów do narzekań na mojego Garmina Fenix 6X Pro oglądając rynkowe nowości zacząłem zastanawiać się czy nie wymienić go na coś nowszego. Trochę z gadżeciarstwa, trochę z analizy, że jeszcze moment i potanieją na tyle, że nic innego za to się nie kupi. Gdzieś tam kusił Epix 2 ale, że Suunto jest firmą, która przyprawia mnie o szybsze bicie serca to uznałem – a co mi szkodzi, niech będzie Vertical 🙂

Pudełeczko

W sieci jest już dużo recenzji, dokładnych analiz funkcji, możliwości technicznych. Nie będę nawet próbował im dorównać. Ciężko mi zresztą to zrobić bo skoro nie korzystam nawet z 90% jego opcji to po co mi je analizować 🙂 Poniżej opowiem po prostu o swoich pierwszych wrażeniach, co mnie zaskoczyło, spodobało albo i nie.

Po wygrzebaniu sprzętu z pudełka, w którym zresztą poza zegarkiem i kabelkiem ładującym nie ma nic, naszym oczom ukazuje się zegarek w kształcie hmmm… w pierwszym momencie kontrowersyjnym.

Minimalistyczny design

Okrągły walec, złożony z trzech, przekładanych części. Góra, którą wypełnia ekran, otoczony zielonkawymi ogniwami solarnymi otoczona jest pierścieniem. To z pewnością ów tytan. W środku czarny plastik. Dół, kolorem, fakturą przypomina górę ale to też chyba jakiś plastik. Matowa faktura koperty powoduje, że nie palcuje się ona przesadnie ale jednak po czasie widać ślady używania i warto czyścić. Przyciski dyskretnie wystają z prawej strony zegarka i to w sumie wszystko. A nie… jest jeszcze pasek o rozmiarze 22 mm. W pasku nie ma za to szlufek. Jest pinik na końcu, który wpina się w otworki. Trzyma się to ok, oby tylko z czasem nie zesłabło 🙂

W pierwszej chwili nie zrobiło to (całość) u mnie efektu wow. Fenix 6 to był jednak kawał stali z grawerowanymi napisami, szerokim paskiem. Widać za co się płaciło. A tu nawet logo Suunto to jakiś nadruk.

Im dłużej go jednak noszę tym bardziej zaczyna mi się podobać. Jest taki minimalistyczny w designie. Lżejszy a przy tym też spory (49 x 49 mm to prawie jak 51 Fenixa). Paski węższe ale przez to otwiera nam się wielkie pole wyboru. Nawet z innych firm. 22 mm to popularny rozmiar, niedrogi a w Garminie skazani byliśmy tylko na dedykowane jemu.

Poniżej chciałem pokazać Wam, że Suunto trzymają wymiary. Postawiony przy moim starym Spartanie jest w sumie taki sam. No, trochę niższy 🙂

Vertical vs Spartan #1
Vertical vs Spartan #2

Odpalenie, konfiguracja, parowanie z apkę trochę trwały no ale w końcu można zacząć używać. Tu zaliczyłem kolejne rozczarowanie. Tarcze są takie sobie. Parę tylko dostępnych (można za to zmieniać kolory itp). Szczerze to niezbyt mnie porwały. Takie mało kolorowe, układ danych czy analogowych wskazówek średni. W Garminie chyba ładniejsze były. Finalnie ustawiłem taką jaką chyba kiedyś miałem już w Spartanie.
W słoneczne dni widoczność ekranu jest jak najbardziej ok. Podświetlanie tarczy może być mocne i słabsze. Słabsze wystarcza mi w ciemniejsze dni.

Do obsługi konfiguracyjnej, aktualizowanie, transferu treningów z zegarka niezbędny jest nam telefon. Bo… wykastrowali kabelek USB (i Verticala oczywiście) z pinów. Są tylko 2 do ładowania. Nie da się już podłączyć do kompa i korzystać z Suuntolinka.

Tylko ładowarka

Obsługa zegarka jest w sumie podobna jak poprzednich modeli fińskiego producenta. Podobny układ menu, po treningu są buźki pytające jak nam się podobało. Jak ktoś miał wcześniej coś z Suunto to z pewnością sobie ze wszystkim poradzi. I fajnie.

Nowością i ciekawostką są w zegarku mapy i wifi. Da się do niego wgrać ich więcej ale sam potrafi sobie wyczaić gdzie jesteśmy i proponuje tylko konkretny wycinek. W moim przypadku Dolny Śląsk.

Jest wifi to nie wiem w sumie czemu treningi nie lecą same po wykryciu sieci w net. W Garminie tak było, chociaż by pokazały się a apce to już trzeba było włączyć bluetooth. Tu samo nie chce, trzeba bluetoothować i odpalać aplikację. Nie jest to jakieś mega utrudnienie ale jednak dziwne …

Suunto reklamuje Verticala, iż potrafi wytrzymać najdłużej (na ten moment) na baterii. Fakt, jest dobrze. Po naładowaniu i praktycznie całym tygodniu używania (tętno cały dzień, tarcza z automatycznym podświetleniem po ruchu ręki, komunikacja włączona ale w komórce mam wyłaczony bluetooth na codzień) i 550 minutach aktywności z GPS mam dostępne 65 % baterii. Ciekawym bajerem jest ekran gdzie widać w które dni ładował się z solara. Można sprawdzać statystki prawie jak w fotowoltaice 😉

Finalnie o tym co uważam za ważne – jakość GPS. Na tą chwilę jest ok. Szybko łapie sygnał, w czasie aktywności nic mi nie szalało. To za krótko by mówić, iż to super sprzęt ale np. na poniższym obrazku pokazuję jak wygląda ta sama trasa (robię ją często) 3 x zapisana w Fenixie i 1 x w Verticalu. Wg. mnie ta z Verticala wygląda ładniej (chociaż też nie idealnie). Screeny ściągnięte ze Stravy.

Jakość zapisu GPS

Sportów w sprzęcie mamy chyba 100. Są nawet tak kosmiczne jak mermaiding. Ciekawe czy wiecie co to? 😉

Cóź… tylóż 🙂 Skoro sprzęt działa to mi pasuje. Na moje nijakie wymagania jest aż nadto dobry. Pewnie zostanie ze mną długo. Uważam, że ceny sportowych zegarków jednak odleciały w kosmos i chyba trzeba opanować się z ich wymianami 🙂

Poniżej parę fot „w terenie”

Na rączce #1
Na rączce #2
Vertical #1
Vertical #2
Vertical #3

Kamizelka do biegania – Aldi

Uwaga – produkt już archiwalny (trochę u mnie przeleżał w szafie) ale czasem to samo (niewiele zmienione) powraca w kolejnej akcji. Ewentualnie może ktoś trafi na jakichś wyprzedażach. Ponieważ okazał się całkiem ciekawy chciałem go pokazać i Wam.

Reklama Aldi

W swojej karierze biegowej miałem (mam) już parę różnych plecaków-kamizelek. W sumie kolejny nie był mi aż tak potrzebny, ale ten z Aldi zaciekawił mnie zwłaszcza tym, że w komplecie były softlaski. Kiedyś ciężko było je kupić, kosztowały drogo a tu proszę – są i to dwa. Z samego tego powodu zakup uważam za okazyjny. Nawet teraz, kiedy softlaski potaniały to ciężko kupić je same za 50 zł. A gdzie plecak 🙂

W każdym razie. Wybrałem model czarno-stalowy z zieloną lamówką.

Widok całości z przodu

Kamizelka jest dość lekka, wykonana ze sztucznych materiałów. Czarny (z którego wykonane są kieszenie przednie) ma fakturę lekko siatkową, rozciągliwą. Baza czyli środek i tył (w stalowym kolorze) jest bardziej sztywna, jednolita i szeleszcząca . Sprawia przy tym wrażenie wodoodpornej.

Siateczka w środku i po 2 kieszonki na ramionach


Sporą różnicą, do innych jakie miałem, jest dość gruba, sztywniejsza, oczkowana siatka wentylacyjna na plecach. Kojarzy mi się to bardziej z plecakami turystycznymi niż bezpośrednio przylegającymi do ciała kamizelkami biegowymi. Nie uważam tego jednak za jakąś wadę. W teorii wentylacja jest. Siateczka też dobrze się do nas dopasowuje i nie przeszkadza.

Plecak zapinany jest za pomocą dwóch pasków z klamrami. Są one sztywne, regulowane przez wydłużanie-skracanie. Da się to ogarnąć, nie luzuje się w czasie biegu ale trochę szkoda, że to nie bardziej elastyczne rozwiązanie. Taśmy, „gumy” jakie np. mam w Dynaficie (opisywanym kiedyś na blogu) to wygodniejszy system.

Z zewnątrz też da się coś umieścić

Wielkim plusem tego plecaczka jest za to system kieszeni przednich. Na każdym ramieniu są dwie. Wyższa służy do włożenia softflaska. Pojemności ~250 ml wchodzą prawie całe. By butelka nie wyleciała, kieszonki można ściągnąć za pomocą gumkowych „zacisków”. Jeśli jednak flask wystaje więcej to można sobie podłapać go za pomocą umieszczonych wyżej rozciągliwych pasków. Powinno pomóc. Przyznaję nie próbowałem ale zastanawiam się czy za ich pomocą nie ustabilizował by i butli 500 ml. Hmmm…
Kieszonki niżej są dość głębokie, zachodzące na boki. Pozwalają na włożenie do nich np. po 2 musy 100gr i jeszcze miejsca zostaje. Są więc dość pakowne.

Góra niestety tylko na gumce

Jeśli komuś dalej mało to zostaje nam jeszcze tył. Komora główna sięga aż do dołu. Nie jest dzielona. Nie ma też żadnego zamknięcia od góry – tylko lekki ściągacz. Nie powinno nic wypaść ale jednak trzeba mieć to na uwadze. Na dole plecków jest siateczkowa półeczka i powyżej gumkowe mocowanie. Znaczy to, że można np. umieścić na zewnątrz wiatrówkę albo coś po co planujemy sięgać częściej. Nie trzeba wygrzebywać wszystkiego z komory głównej ryzykując przypadkowe zgubienie. Dobry patent.

Uważam, że pod względem pakowności i wygody sięgania po nasze różności Aldi daje radę bardzo dobrze. Na ostatnie treningi zabieram tylko tą kamizelkę i daje radę. Jest wygodna, nie obciera mnie, nie lata po plecach. Plecy pod nią się pocą ale raczej nie więcej niż w innych plecakach/kamizelkach.

Na koniec. Żeby nie było, iż tylko słodzę to minus jakiś musi być. Niestety zielona lamówka (albo jej krawędź) jest dość sztywna. Zaciągnięte mocniej paski przy ruchu zostawiają ślad na koszulce – mechacą ją delikatnie. Nie na każdej jest to mocno widoczne ale ostrzegam.

Jestem z tego plecaczka bardzo zadowolony. Jak traficie gdzieś to polecam kupić.

Hykker urządzenie do masażu

Zwane również pistoletem do masażu.

Często pokazuję na swojej stronie różne urządzenie służące regeneracji potreningowej, rozluźnieniu mięśni. W mojej ocenie ten aspekt jest bardzo ważny i w znaczący sposób pozwala nam szybko odbudować swoją formę. Z pewnością też potrafi też dostarczyć ulgi naszym mięśniom, poprawić samopoczucie. I warto go stosować 🙂

W galerii parę zdjęć tego przyrządu, a ja nie przedłużając 🙂 zapraszam do zobaczenia krótkiego filmu o urządzeniu do masażu firmy Hykker

Stojak rowerowy HN 32343

Tym razem chciałem pokazać Wam rzecz prostą, niedrogą (około 30 zł) aczkolwiek bardzo przydatną. Sam dziwię się sobie, że dopiero teraz zdecydowałem się ją kupić 🙂
Jest to stojak rowerowy na ramę.

Stojak rowerowy

Według danych producenta ma wysokość całkowitą 60 cm, waży 670 g i wykonany jest z malowanych profili stalowych.

Stojak przychodzi do nas w postaci dwóch elementów do zmontowania – czteroramiennej podstawy z plastikowymi nakładkami i pionowego profilu z hakami. Składa się to banalnie, chociaż potrzeba do tego klucza (brak w zestawie ale raczej każdy kto go zamawia to jakieś ma :)).

Podstawa
Haki

Na początku wkładamy pionowy profil w postawę i skręcamy śrubą ze sporą plastikową nakrętką. To robi się ręcznie. Później (już kluczem) musimy dopasować rozstaw haków do naszej ramy rowerowej. I to wszystko, można używać.

Wieszamy rower i już

Stojak jest lekki, zajmuje niewiele miejsca. Wydaje się delikatny, stoi jednak stabilnie. Utrzymywał spokojnie np. mojego elektryka (25 kg). Haki mają założone (dość niechlujnie) gumowane osłonki nie musimy bać się, że porysują nam ramę.

Koło podniesione.

Jestem bardzo zadowolony z tego zakup. Przy jego użyciu podniesione jest tylne koło. Komfort smarowania łańcucha, wymiany tylnych hamulców (klocków) czy np. pedałów jest genialny 🙂 Do tej pory męczyłem się proszą drugą osobę o pomoc lub podnosząc rower i męcząc się samemu. A tu stoi, można sobie do woli regulować, kręcić. Świetna sprawa.

Zwracam jednak uwagę, że to narzędzie amatorskie, do sporadycznych prac przy rowerze. Robiąc czynności serwisowe wymagające przyłożenia dużej siły na rower mogłoby być inaczej. Trzeba mieć to na uwadze i używać go z głową.

Na wspomaganiu

Jak połączyć w sobie:
– chęć posiadania tego co nam chodziło po głowie,
– zapewnienia sobie rozwoju manualnego i umysłowego,
– zajęcia czasu na wkurzające i nigdy dobrze nie idące rzeczy
– zmniejszenie kasy w portfelu,

Należy kupić rower 🙂  A oto i on. Adore Versailles 28″ E-bike. Jest to produkt niemieckiej firmy KS-Cycling.

Świeżo po zakupie

Sporo jeżdżę z moją żoną rowerami „tradycyjnymi”, od dłuższego czasu po głowie chodziła mi jednak chęć posiadania elektryka. Planowałem czasem wybrać się rowerem do pracy ale, że mam ponad 20 km w jedną stronę jazda normalnym to jednak zbyt duży hardcore. Ok, dojedzie się (raz już byłem) ale człowiek później zmęczony, nieświeży. Trzeba by brać ciuchy na zmianę, prysznic (o ile jest gdzie), Ze wspomaganiem sytuacja wydaje się łatwiejsza.

Pomysłów w tej materii miałem dużo. Najbardziej podobały mi się oczywiście elektryki w górskim stylu 🙂 Zastanawiałem się mocno nad Decathlonowym Rockrider E-ST 900 ale to jednak sporo kasy za rzecz, której w sumie może wcale dużo używał nie będę. Do roboty mam też po asfalcie, po płaskim więc góral to trochę przerost formy nad treścią.

Zmniejszyłem fantazję i oglądałem najróżniejsze używki. Za 2-3k coś już by wybrał, wpadł mi w oko np. ciekawy miejsko-trekkingowy KTM. Już prawie go negocjowałem cenowo ale przyszły do mnie wątpliwości, że tyle to też dużo za starą maszynę. Większość sprzedawców oględnie wypowiada się o stanie baterii co może oznaczać, że wytrzyma z 20 km (i trzeba będzie ją regenerować). Regenerowana bateria to jakieś 1000 zł, nowa bliżej 2000 zł. Śliski temat, znów wchodzimy na poziom nowych rowerów.

Moja maszyna pojawiła mi się nagle w ogłoszeniach w okolicy. Opisana, że z defektem – uszkodzonymi kablami i brakiem wspomagania elektryki. Zadzwoniłem, zbiłem cenę na 700 zł 🙂  i mam.

Ktoś chyba wywalił się albo w jakiś inny sposób uszkodził wiązkę. Naderwany był czujnik przy klamce i ogólnie kabelki w tej okolicy były uszkodzone (główna wiązka już połatana).

Moje zakupy często mają charakter loterii 🙂 częściej się przegrywa niż wygrywa. Ale jak uda się trafić to jest kumulacja 🙂
Na początek zakupiłem klamkę hamulca ze stosowną wtyczką. Chwila walki z przekładką + sztukowanie kabla (Chińczycy przyoszczędzili i nie sięgał do reszty instalacji) i oto mój elektryk ożył i jeździ w najlepsze.

Świetnie! Oczywiście zrobiłem mu już mały „tuning” i regulacje. Dostał nowe klocki hamulcowe. Wywaliłem koszyczek z przodu, zmieniłem rączki, pedały, siodło. Finalnie dołożyłem mocowanie bidonu, odblaski + licznik prędkości (z odzysku, miałem ze starego roweru). Po tych zabiegach rower jest sprawny i został już parę razy objeżdżony w okolicach Oleśnicy.

Jeszcze nie wersja finalna ale już blisko

Ponieważ okazuje się, że ten model jest produkowany do tej pory (z niewielkimi zmianami – po mojemu cyfrowy licznik/sterownik parametrów, bateria) to pozwolę sobie opisać wstępne wrażenia z jazdy takim elektrykiem. Dla mnie to nowość, a może ktoś poczuje też chęć zakupu 🙂

Tutaj parametry ze strony producenta:

https://ks-cycling.com/Versailles-28-schwarz/113E/

Rower jest cięższy od posiadanych przeze mnie górali. Jest to model miejski więc zapuszczanie się nim w teren, górki nie jest najlepszym pomysłem. Limitują go zwłaszcza przerzutki – ma tylko 7 przełożeń z tyłu. Pojechać pewnie pojedzie ale jak padnie bateria to współczuję 🙂 Po asfalcie jedzie się jednak wygodnie. W wyprostowanej pozycji, dystyngowanie można kilometry przemierzać.

Adore ma 3 stopnie wspomagania. Najbardziej czuć je (wszystkie) podczas ruszania. Silnik startuje po rozpoczęciu pedałowania. Pomaga nam przy tym „dość mocno” Trzeba uważać ruszając i chcąc np. ostro skręcić (włączając się do ruchu itp.). Siła wspomagania w miarę wzrostu prędkości maleje. Jest jednak różnica w jeździe ze wspomaganiem i bez. Ja najczęściej używałem średniego stopnia. Pozwalało mi to na komfortowe jechanie 19-21 km/godz. Wydaje się, iż to my pedałujemy ale jak wspomaganie się wyłączy różnicę czuć 🙂 Na trzecim, najmocniejszym poziomie rower ciągnie cały czas mocno do przodu praktycznie pod te 23-25 km/godz. Silnik sporo nam pomaga.

Cóż. Na obecną chwilę jestem z zakupu zadowolony. Po taniości spełniłem swoje marzenie o elektryku 🙂 Testuję powoli zasięg, możliwości. Może kiedyś jak uznam, że kręci mnie takie wspomaganie to zakupi się jakiś nowy, fajniejszy.

Acha, na normalnych rowerach będzie się dalej jeździć, bo moja małżonka to zadeklarowany przeciwnik elektro-mobilności na dwóch kołach 🙂

Dwustronna kurtka rowerowa (Lidl)

Wiosenne akcje rowerowe – czas start 🙂 W każdym markecie coś ciekawego można wypatrzyć i w Lidlu w oko wpadły nam dwustronne kurtki rowerowe.
Jedna strona ma ostre kolory dzięki którym jesteśmy dobrze widoczni na drodze (żółte, różowe i niebieskie + paski odblaskowe), a druga jest bezpiecznie czarna.
Na sklepie, o dziwo dostać można tylko kurtki męskie (a przynajmniej my w żadnym nie widzieliśmy damskich). Wersja dla kobiet dostępna jest jednak bezproblemowo online i moja Żona pierwsza uznała, iż jej potrzebuje 🙂

No, skoro ona ma to i ja nie chciałem być ubogim krewnym – poleciałem szybko do marketu i kupiłem.

Kurtka męska. Niebieska

Nie wiem czy to przypadek ale w necie obie kosztują 149 zł, a ja za męską stacjonarnie zapłaciłem 119 zł. Jakaś promocja chyba 🙂

Kurtka w mojej ocenie zorientowana jest na początek okresu wiosennego lub na chłodniejszą jesień. Jest ciepła. Testowałem ją w miniony weekend i stopni więcej niż 7-10 nie było, a jechało się całkiem, całkiem. Nie przeszkadzał pęd wiatru, nie było chłodno mimo, że pod nią miałem tylko techniczną bluzę z długim rękawem. Fajna sprawa, można przedłużyć komfortowo okres jeżdżenia rowerem.
Jednocześnie trzeba stwierdzić, iż to ciuch bardziej dla amatorów spokojnych, dłuższych wycieczek niż wyczynowców. Obawiam się, że im może w niej po prostu być za gorąco.

Materiał z którego je zrobione to sztuczne włókno ale trzeba powiedzieć uczciwie, że całkiem przyjemne w dotyku. Sprawiają miłe wrażenie.

Kurtki mają luźny krój, nie są przesadnie dopasowane do sylwetki. Jak widać na załączonych zdjęciach damska jest taliowana, męska zaś prosta na całej długości. W oby lekko przedłużany tył, tak by nie wiało nam po nerkach nawet jak się lekko podwinie, podciągnie.

Lekkie różnice występują też w siatkowanych obszarach „wietrzenia”. Męska ma je na rękawach i plecach, a damska w obszarze rękawów i boków kurtki.

Krtka damska. Żólta.

Obie kurteczki Crivita mają czarny kaptur co przy kapryśnej pogodzie jest sporym plusem.

A wady? Raczej nic nie widzę. Pewnym minusem wynikającym z dwustronności jest brak kieszeni, schowków. Obie kurtki mają tylko po małej kieszonce na stronie czarnej. Zmieszczą się tam klucze, może portfel, telefon ale nie liczcie na przesadne zdolności transportowe.

Na tą chwilę jestem z okrycia zadowolony. Nie miałem kurtki, w której można by jeździć na przełomie zimy/wiosny więc zakup jak najbardziej udany. Żona, a to spory zmarzluch, też chwali swoją 🙂

Sportowe buty wojskowe (Bundeswehra)

Od czasu do czasu lubię przeglądać co sprzedają sklepy oferujące wyposażenie wojskowe. A to uda się kupić jakiś ciekawy ciuch, a to but. Jakość wykonania takich rzeczy jest zawsze bardzo wysoka i fajnie używa się ich do różnych outdoorowych aktywności.
Pewnego razu w oko wpadły mi sportowe buty przygotowane dla Bundeswehry. Nie były przesadnie drogie (ot poziom cen marketowych) no to kupiłem 🙂 Poleżały, poleżały a przy gorszych warunkach tej zimy (śnieg) przypomniałem sobie o nich więc… czemu nie pobiegać i w nich.

Wojsko też uprawia bieganie

Buty wykonane są oczywiście solidnie. Ważą 368 gram w rozmiarze 45. Nie ma w nich żadnych niedoróbek, bylejakości. Fajną sprawą są zachowawcze kolory (całe czarne). Nie będzie na nich widać szybko zabrudzeń co jest według mnie plusem. Tym bardziej, że jak widać po podeszwie to model na teren. Jednocześnie trzeba uczciwie stwierdzić, że buty wykonane są wg „starszej myśli technologicznej” Wnioskując po metkach jest to model na rok 2016. Nie ma tu żadnych fajerwerków w kroju, podeszwie. Czy to wada? Chyba nie, mi to jakoś nie przeszkadza.
Próbowałem rozgryźć czy jest to jakiś sportowy model (znanego producenta) zaadaptowany na potrzeby armii czy autorski wynalazek ale niestety nie udało mi się tego odkryć. Opisy są po niemiecku i wskazują chyba tylko na jakiegoś ich dostawcę sprzętu.

W użyciu trzeba powiedzieć, że jest dobrze. Są wygodne. Mają trochę amortyzacji, nie są totalnie sztywne. Rozmiar 45 (przy cywilnym 44) ma odpowiednią ilość luzu na palce. Trochę może przeszkadza język bo jest gruby, mięsisty 🙂 opina górę stopy. Przy biegach na około 10-20 km jest ok, nie czułem problemów ale pod jakieś ultra chyba warto, kupując je, wziąć jednak jeszcze z rozmiar więcej.

Terenowo

Terenowa podeszwa zrobiona jest z jednego rodzaju tworzywa. Ma sporo kolców przy czym są one średniego „wzrostu” 🙂 Buty przez to radzą sobie całkiem spoko na luźnych nawierzchniach, świeżym śniegu, lżejszej ciapie śniegowej. Przy lodowisku, mokrych kamieniach raczej cudów nie ma co oczekiwać – trzeba uważać jak w każdych innych. Na terenie płaskim (np. asfalt) biegnie się w nich też dobrze. Nie miałem kłopotów z utrzymaniem równowagi, jakąś niestabilnością. To mnie cieszy.

Nie chcę tu w jednoznaczny sposób wyrokować czy to but świetny do biegania czy nie. Mi amatorowi biegającemu wolno, a przy tym fanowi wynalazków i butów tanich biegnie się w nich dobrze. Na tyle mocno, iż całkiem możliwe, że sprawię sobie jeszcze jedną taką parę pod górskie wyzwania biegowo-spacerowe 🙂

Bagażnik rowerowy na hak

Poniższy tekst to kilka luźnych przemyśleń na temat używania, pierwszego w moim przypadku bagażnika rowerowego mocowanego na hak.
Zima to nie najlepszy czas na jazdę rowerem ale za to dobry na planowanie inwestycji (na kolejny sezon). Jeśli lubicie wycieczki rowerowe, musicie często podjechać autem na ich start – może temat Was zaciekawi 🙂

Do tej pory używałem standardowych rynienek mocowanych na relingach / dachu auta. W przypadku jednego, dwóch rowerów zakładanie tego nie szło tak źle. Dało się to ogarnąć samemu aczkolwiek pomoc drugiej osoby zawsze była mile widziana (a to potrzyma, a to założy opaski czyli idzie szybciej).
W moim przypadku było też o tyle łatwo, że mam niskie, osobowe samochody – stojąc na ziemi spokojnie można dźwignąć rower i postawić go na dachu. W przypadku SUVa czy terenówki tak łatwo by nie było.

Niby wszystko ok ale… w którymś momencie coraz częściej zauważa się ograniczenia tego systemu. Przy trzech rowerach ciężko wstawić ten na środek dachu. Są różne ramy rowerów – grube, cienkie. Nie w każdym mocowaniu dana rama się dobrze trzyma. Jazda autem też nie jest tak komfortowa – „ładunek” trzeszczy, szumi, można o coś zahaczyć jak jest nisko.

Z tego powodu postanowiłem zainwestować w hak (do auta) i finalnie w bagażnik na niego. Jest sporo różnych rodzajów, firm. Najważniejsze cechy na które myślę, że warto zwrócić uwagę to:
– bez narzędziowe zakładanie na hak. Czyli nie potrzeba dokręcania żadnymi kluczami itp.
– udźwig . W przypadku „normalnych” rowerów to raczej nie problem ale przy elektrykach nieraz nie jest już tak dobrze,
– mocowanie roweru. Widziałem takie, do których łapie się rower za korbę/pedał jak i częściej spotykane z uchwytem do ramy,
– możliwość pochylenia bagażnika. Przydatne bo jak trzeba sięgnąć do bagażnika auta, nie trzeba zdejmować rowerów (i samego bagażnika).
– firma. W przypadku znanych producentów nawet do starych, używanych bagażników można dostać części zamienne,
– cena 🙂 Trochę wydać trzeba więc ja już na starcie oglądałem używane.

Po analizie moich wymagań zdecydowałem się na stary ale solidny bagażnik na 2 rowery – THULE EuroClassic 913. Miał on wszystko co wyżej wymieniłem a że firma uznana to wiedziałem, że będę zadowolony. I tak właśnie jest.

THULE EuroClassic 913

Bagażnik jest solidnie wykonany. Trochę waży ale facet nie ma wielkich problemów by go przenieść. Mojej Żonie też to jakoś się udało (na krótkim odcinku ale zawsze :)).
Mocowanie jest dokonywane bez narzędzi. Zakłada się go po prostu na hak, zaciska dźwignię i dokręca kontrującą nakrętkę (wszystko to jest w bagażniku). Popuszczając kontrę – bagażnik się wygina czyli dostajemy dostęp do kufra auta. Wszystko oczywiście zrobi jedna osoba, nikt nie musi nam nic trzymać itp.
Same rowery stoją na nim stabilnie (nasze górale na kołach 26″). Zamocowane są do ramy + koła opaskami do rynienek.
By nie było obaw, że ktoś nam sprzęt ukradnie, mój Thule ma 2 zamki. Jeden blokujący mocowanie haka, a drugi mocowanie rowerów. To spory plus. Bez obaw można zostawić auto na parkinu i np. iść coś zjeść czy zwiedzić.

Na maszynie

Przechodząc zaś do sedna – jazdy. Jest dobrze. Mimo, że mam małe auto (Opel Astra G) to rowery nie wystają na boki poza linię lusterek. Jedzie się dużo wygodniej niż z bagażnikiem dachowym. Ciszej, nie ma się wrażenia, iż rowery mogą spaść. Auto jest z pewnością stabilniejsze w zakrętach czy na nierównościach.

Z tego wszystkiego uważam, że jeżdżąc trochę więcej z rowerami jak najbardziej warto zainwestować w taki rodzaj mocowania. Będziecie zadowoleni 🙂

Reebok Energylux 2.0

Nie planowałem wprawdzie żadnych nowych zakupów ale stojąc przed swoją szafką ze zdziwieniem stwierdziłem, że niezbyt jest co wybrać. A by mi się przydały 🙂
Przygotowania do maratonu to więcej biegania, warto trochę miksować różne buty tak by stopa się „rozruszała” i nie było później problemów przed samymi zawodami.
Myślałem wprawdzie o czymś najtańszym z sieciówek ale zgodnie z mądrością ludową – buty biegowe kupuje się jak jest promocja 🙂 I często bierze coś innego niż myśleliśmy na początku.
Tak było i tym razem. W sklepie wpadły w mi w oko Reebok-i Energylux 2.0. Był mój rozmiar, była dobra cena to czemu nie.

Reebok Energylux 2.0 Widok ogólny.

Z tego co widzę po netowym researchu to tańszy but. Nie ma o nim wiele informacji (recenzji) ale jakieś tam dane znaleźć można, to nie będę się wygłupiał i przepisywał. Kto ciekawy, pomęczy się sam.

Ja napiszę tak. Na plus – Reebok wygląda dość zgrabnie. Trochę daje po oczach ten wystający ogon podeszwy ale może jakiś cel to ma 🙂 Podoba mi się, że but jest lekki (260 gram r.45), przewiewny. Kolorystyka jaką kupiłem jest bezpieczna, nie będzie widać po nim szybkiego zużycia, zabrudzenia (no może poza podeszwą).

Reebok Energylux 2.0 Ogonek.
Reebok Energylux 2.0 Środek.

W użyciu jest ok. Zabrałem go na swoje ostatnie, najdłuższe biegi i nie żałowałem. Szybko się do niego przyzwyczaiłem. Nie obtarł mnie nigdzie, nie uciskał. Pianka w podeszwie amortyzuje znośnie.
Bieżnik podeszwy wskazuje jednoznacznie na przeznaczenie buta na drogi utwardzone i tu raczej warto go używać. Kamienie, błoto to na 100% nie jego środowisko.

Na minus – jeszcze nie zauważyłem ale… Mam trochę obawy o trwałość podeszwy. Na tej piance (tworzywie podeszwy) nie ma żadnej ochronnej gumy. Producent wprawdzie uspokaja, że wewnętrzna pianka Fuelfoam (w podeszwie) pokryta jest odporną na ścieranie warstwą tworzywa niemniej… no martwię się 🙂 Dawno temu miałem buty z podobną podeszwą „bez niczego” (marketowe) i padły szybko. Tu po paru treningach jakie zrobiłem jest ok, śladów nie ma więc pozostaje obserwować i wierzyć, iż to lepsza klasa 🙂

Reebok Energylux 2.0 Podeszwa.

Kończąc – Reebok nie plasuje się chyba w najczęściej wybieranych, ostatnio butach biegowych (albo ja nie jestem na czasie). Dla mnie nie był to wybór oczywisty ale skoro jest dobrze to czemu nie? Warto czasem popróbować coś innego niż oklepane wzorce 🙂

Bagażnik rowerowy tylny alu 20-29″

Nadrabiając zaległości w opisie różnych różności chciałbym przedstawić Wam parę akcesoriów rowerowych jakie zakupiłem w 2022r.

Przed ostatnią wyprawą rowerową stanąłem przed koniecznością zakupu bagażnika rowerowego na tył. Dotychczas albo nie były mi takie potrzebne albo rowery jakie posiadałem już je miały.
Z tego powodu po analizie tysięcy ofert uznałem, że trzeba poszukać coś lekkiego, uniwersalnego no i oczywiście taniego 🙂

Finalnie na placu boju stanęły dwa chińskie wynalazki poniżej 100 zł – jeden montowany do sztycy, a drugi tradycyjnie przykręcany do ramy roweru.
Wizualnie podobał mi się bardziej ten na sztycę ale miałem obawy czy będzie dostatecznie stabilny i wytrzymały (nie będzie opadał, przekręcał się na rurze) no to kupiłem poniższy.

W opisie sprzedawców można znaleźć, że jest to wytwór firmy Eries, jest z aluminium i nadaje się do rowerów z kołami 20-29″ (także z tymi mającymi hamulce tarczowe).

Bagażnik przychodzi do nas w formie zdemontowanej (szczęśliwie nie całkiem bo w pakiecie chyba nie było instrukcji :)) ale rozkręcony na mniejsze sekcje. Ot jak na zdjęciu poniżej.

Bagażnik tylny przed i po montażu

Na pierwszy rzut oka wyglądało to groźnie ale jednak patrząc na obrazki w aukcji udało mi się ogarnąć co gdzie powinno się znaleźć.

Wszystkie niezbędne części w opakowaniu były, zabrałem się więc ochoczo za montaż. Bardzo przydatna do tego jest pomoc drugiej osoby. By dobrze go wypoziomować nie można od razu skręcić do oporu wszystkich śrub i wtedy lata jak pijany 🙂 Samemu to droga przez mękę.

No ale… z wsparciem Żony udało się go umiejscowić na rowerze, ustawić sensownie i już dokręcić na gotowo. Ze skręcaniem śrub warto uważać – nie przeginać z siłą (bo to jednak wytwór chiński, aluminium tu i tam szkoda sobie coś urwać). Ja nic nie uszkodziłem i oto bagażnik prezentował się w pełnej krasie 🙂

Już na rowerze 🙂

Krasa jest taka se (bądźmy uczciwi). Owszem wygląda ładnie, widać jednak z bliższa pewną niechlujność wykonania (krzywe spawanie rurek), które powodują lekkie odstawanie górnego „przycisku” (widać chyba na obrazku).
Dodatkowo , u mnie po najlepszym (wg mnie ustawieniu tak by nie wystawał bardzo do tyłu) niestety trzeba było dać błotnik nad nim. Ogranicza to nieco funkcjonalność sprzętu ale to już nie wina bagażnika, ot taki urok wszystkich komponentów (rower, chlapacz, bagażnik). Mi to jakoś nie przeszkadza, priorytetem było mocowanie sakw do boku.

Kolejny widoczek bagażnika

No powiedzmy, że ok. Rureczki bagażnika, w porównaniu do stalowych, są grubsze i troszkę miałem stracha czy będzie to „działać” z moimi sakwami. Trochę dziwnie też rozstawione są poprzeczki w bagażniku musiałem trochę nakombinować się jak sakwy ustawić. Szczęśliwie da się je założyć, przywiązać rzepami i trzyma się to jak należy. Każde kolejne zakładanie, ściąganie toreb kiedy już nabierzemy wprawy idzie coraz sprawniej.

Standardowy rozstaw – pasuje każde światełko

Od razu po montażu bagażnik został „rzucony na głęboką wodę” bo uczestniczył w objeździe Tatr, o którym pisałem tu:

Rowerem wokół Tatr

Powiem uczciwie, że sprawdził się bardzo dobrze. Obciążony sakwami, wytłuczony na krzywych drogach trzymał się bardzo dobrze. Nic się nie urwało. Nic się nie poluzowało – nie musiałem dokręcać żadnych śrubek na szlaku ani już po.

Finalnie należy więc powiedzieć, że sprzęt warty jest swojej ceny. 79 zł jakie za niego zapłaciłem to nie majątek. Owszem widać, że to tania chińszczyzna, ma niedokładności spasowania itp. ale skoro dał radę dla mnie ok.