Archiwa tagu: podsumowanie

Statystyki, plany… 2025/2026

O poprzednim roku sporo osób już zdążyło zapomnieć 🙂 a ja dopiero zabrałem się za sprawdzanie co tam ciekawego nabiegałem. Patrzę, patrzę i…. chyba się nie dopatrzę 🙂
W ciągu roku trochę rotowałem zegarkami (tu Suunto, tu Huawei). Połączenie tego w całość wymaga pracy (odpalanie różnych apek, sumowanie na piechotę). Czy jest w tym sens? 🙂 Co gorsze, nie mogę coś doszukać się w Stravie jak wyświetlić 2025 z podziałem na konkretne typy aktywności (rower, bieg). No nic, przepadało.
W 2026 wróciłem do rejestracji tylko jednym zegarkiem i powinno być łatwiej – na ten moment apka Suunto bardzo ładnie podaje liczby w rozbiciu na aktywności, daty.

Dla swojego spokoju podam tylko, że w ciągu 2025 roku łącznie pokonałem 4799 km w 388 aktywnościach, które trwały 423 godziny. To co najważniejsze – bieganie (wg Suunto) zajęło – 136 godzin i dało przebyty dystans – 1295 km.

Szału nie ma, wpisuje się to w trend kilku ostatnich lat.

W roku 2026 niestety nie spodziewam się rewolucji. Motywacja mi spadła, od grudniu dostałem jakiegoś kryzysu diety. Upasłem się fest, mało biegam (na ten moment dla podtrzymania formy tylko) więc i nie zaplanowałem wielkich wyzwań. Po głowie chodził mi wprawdzie zwyczajowy, majowy maraton ale już widzę, że to głupie (czasu mało a z powodu ataku zimy ciężko się zebrać za mocne treningi). Maratonu nie porzucam ale chyba tym razem poszukam czegoś na jesień 🙂

Tyle chyba 🙂 Biega się, biegać będzie (jak zdrowie pozwoli) ale raczej z nastawieniem na podtrzymanie.

Maraton Dębno 2025

Jako, że w Dębnie biegłem pierwszy raz rok temu to nie miałem większych problemów logistycznych z edycją tegoroczną. Dojazd, zakwaterowanie bez przeszkód. W biurze zawodów stawiłem się koło 13:00. Było jeszcze dość pusto więc szybciutko odebrałem pakiet (sporo rzeczy i fajna koszulka) no i można było oddać się relaksowi. Pospacerowaliśmy z Żoną po Dębnie, Myśliborzu, udaliśmy się na obiadek a wieczorem można było już obijać w hotelu. Łącznie wychodziłem w ten dzień około 8 km ale, że tempo było spacerowe z odpoczynkami to raczej nie przeszkodziło w biegu.

Niedziela przywitała mnie mrozem. Trochę obawiałem się czy nie będzie mi za zimno na trasie. Na szczęście szybko pokazało się słońce co dość dobrze wróżyło na bieg.

Nie wymyślając za wiele. Na starcie stawiłem się około 30 min przed maratonem. Zrobiłem spokojną rozgrzewkę, poprosiłem małżonkę o fotę no i należało się już ustawiać.

W tegorocznej edycji nie było aż tak wiele osób. Z tego co czytałem wystartowało około 650 osób. Między poszczególnymi grupami zrobiły się więc dość spore przerwy. Stanąłem za 4.15 a przed 4.30. Ponieważ biec miałem szybszym tempem niż grupa 4.30 wydawało mi się to logiczne.

Równiutko o 10.00 ruszyliśmy. Po chwili wyszło, że biegnę jednak trochę za szybko i co chwilę tasuję się z grupą 4.15. Bałem się czy nie skończy się to jakąś spektakularną porażką ale strasznie wkurzało mnie to miejsce w peletonie. Biegnąc wyprzedzałem ich. Za chwilę mijały 4 minuty i musiałem przechodzić do marszu. Nie chcąc przeszkadzać innymi zbiegałem do krawędzi jezdni. Grupa wtedy mnie wyprzedzała i zabawa zaczynała się od nowa.
Uznałem, że wóz albo przewóz. Siłę mam, nie biegło mi się strasznie źle to spróbuję zaatakować te 4.15 i odstawić ich na tyle by ciągle nie wchodzić sobie w drogę 🙂

Strategia ta nie była pewnie idealna ale przez pierwszą połowę biegu realizowałem ją całkiem sprawnie. Międzyczasy wyglądały tak:

5:00 km – 00:29:34 tempo 5:54/km tętno 154 ud/min
10.00 km – 00:29:14 tempo 5:50/km tętno 161 ud/min
15.00 km – 00:29:59 tempo 5:59/km tętno 159 ud/min
20.00 km – 00:29:55 tempo 5:59/km tętno 162 ud/min
25.00 km – 00:32:19 tempo 6:27/km tętno 160 ud/min
30.00 km – 00:34:25 tempo 6:53/km tętno 157 ud/min
35.00 km – 00:36:18 tempo 7:15/km tętno 158 ud/min
40.00 km – 00:41:21 tempo 8:16/km tętno 149 ud/min
42.76 km – 00:23:07 tempo 8:21/km tętno 142 ud/min

Do około 20 km szło to zgodnie z zamierzeniami (chociaż zwyczajowo dość szybko zacząłem czuć spięcie łydek i podudzi). Udawało mi się jednak tempo trzymać, tętno też nie leciało w nieskończoność.
Po 20 km zaczęły się jednak kłopoty. Kolejną piątkę zrobiłem już wolniej, zgodnie z pierwotnymi założeniami tempa. Niestety po 27 km walnął mnie taki kryzys że szok. Próbowałem coś się ratować kombinacjami a to 3 min biegu + 2 chodu ale wytrwałem tak może z kilometr, dwa i był koniec. No nie mogłem. Nogi ciężkie, zaczątki skurczów i głowa woła – idź 🙁 Do mety niestety więcej szedłem niż biegłem. Nerwowe zerkanie na zegarek mówi, że może by jakoś jeszcze dał radę zmieścić w tych 4:30 bo z pierwszej połowy zbudowałem mały zapas czasu ale niestety … co zacząłem podbiegać ze 100 m to miałem dość i kolejne 200 lazłem. Na kulawy trucht (modląc się by mnie nie sieknął jakiś mega skurcz) zdobyłem się dopiero na końcowej prostej. Masakra 🙁

Na mecie zameldowałem się po czasie 04:46:10 zajmując miejsce 559 z 643. W M50 byłem 80. Medal dali, wodę i folię termiczną też. Dociągnałem się do Żony, pogadaliśmy chwilę, zjadłem makaron no i można było wracać. Wydaje mi się, że w tym roku nie było losowań niczego no to zebraliśmy się i ruszyliśmy do domu by nie marnować więcej czasu.

Kondycyjnie wiadomo jak to po maratonie. Łaziłem ciągnąc nogi a najgorzej było wstać z fotela w aucie 🙂 Dzień, dwa później jest już sporo lepiej. Oczywiście czuję mięsnie ale myślę, że w czwartek będzie można pójść na lekki rozruch 🙂

Analizując co nastapiło – Nie powiem trochę mi było szkoda w pierwszym momencie, iż 4:30 nie wpadło. Na chłodno jednak myślę, że liczyłem na zbyt dużo do tego co mogłem realnie dokonać. Ja muszę jednak mieć dobrze przepracowany trening by były wyniki. Gdyby zrealizowany cykl Gallowaya powtórzyć na spokojnie jeszcze z raz, dwa (podnosząc oczywiście tempa czy zmniejszając przerwy) mogłby to wyjść całkiem inaczej. Na poprawę humoru zauważyłem za to (w apce Suunto) informację, że aktualny maraton zrobiłem o 8:38 min szybciej niż ubiegłoroczny. Czyli – nawet te parę tygodni treningu dało mi progres 🙂 To dobra prognoza. Jestem nastawiony więc pozytywnie. Spróbuję przepracować zimę podobnym stylem i na wiosnę kto wie, może gdzieś znów się pobiegnie 🙂

Tydzień maratoński nr.42 :)

Przygotowania można oficjalnie uznać za zakończone. W bieżącym tygodniu chciałem zejść z objętości, odpocząć i na maratonie stawić się z pełnym zasobem sił. Czy taki pełny będzie to nie wiem, ale odpoczynek biegowy był aż za duży 🙂

Poniedziałek 13/10
Wolne

Wtorek 14/10
Bieg. Dystans: 4,80 km. Czas: 00:28:47. Średnie tempo: 06:00 min/km. Przewyższenia: +47/-56 m
Pierwotnie chciałem zrobić jeszcze 14 km Gallowayem ale pokonała mnie pogoda. Wietrznie, zimno i deszczowo. Biegam ostatnio na szosie między wioskami. Na poboczach porobiły się spore kałuże i to nic miłego jak trzeba w nie włazić ustępując samochodom (a nie daj Boże, że jakiś Cię ochlapie). Z tego powodu biłem się z myślami czy nie przenieść biegu na środę ale finalnie poszedłem na kompromis (z samym sobą) – pobiegnę ale mniej. Jak już ruszyłem to oczywiście padać przestało 🙂 Nie miałem jednak ani wody, ani czołówki więc trudno, bieg był krótki.

Środa 15/10
Wolne

Czwartek 16/10
Bieg. Dystans: 12,07 km. Czas: 01:17:10. Średnie tempo: 06:23 min/km. Przewyższenia: +144/-126 m
Zgodny z planem Galloway. Jakoś średnio mi się biegło. Niby zrobiłem ale czułem się na nim / po nim mocniej zmęczony niż zawsze.

Piątek 17/10
Wolne

Sobota 18/10
Wolne, spacerki będą po Dębnie i okolicy.

Niedziela 19/10
Maraton 🙂

Co z tego wszystkiego wyjdzie to zobaczymy w niedzielę. Osobiście na cud się nie nastawiam bo to wcale nie szybko, nie dużo tego biegania było. Z tego powodu nie do końca nawet jestem przekonany czy czas 04:30 jest realny. Ale próbował będę.
Wypowiem się natomiast na temat zrealizowanych treningów Galloway-em. Mam wrażenie, że szły one lekko i „przyjemnie”. Faktycznie osoby ze słabsza wytrzymałością sporo mogą ugrać tym sposobem. Przerwa na marsz zmniejsza tętno, pracują w niej trochę inne mięsnie niż w biegu. Pozwala to odsunąć zmęczenie w czasie i pokonać dużo większy dystans niż czystym biegiem. Sumaryczne tempo też nie robi się jakieś mocno tragiczne w porównaniu do biegu a później samego chodu gdy zaatakuje nas maratońska ściana 🙂

Jeśli chodzi o technikalia 🙂 na maratonie: Finalnie pobiegnę jednak w krótkich spodenkach (z Decathlonu) i getrach (Joma). Testowane ostatnio długie legginsy coś mi z tyłka zjeżdżają 🙂 Nie chcę się denerwować tym podczas dużego wysiłku. Na górę zakładam długi rękaw Adidasa, na głowę bandana. Żele, wodę będę dźwigał w lekkim plecaczku pod biegi ultra (chińczyk ale bardzo fajny). Największy dylemat miałem co do skarpet, butów. Chciałem wprawdzie polecieć w lepszych Adidasach na boost-cie ale jakoś mi nie leżą w dalszym ciągu (mimo, że rok temu w nich maraton zrobiłem). Z tego powodu wziąłem przechodzone już mocniej Reebooki, w których trenowałem ostatnimi czasy. Może żałował nie będę.

Tydzień przedmaratoński nr.40

Do maratonu zostały już tylko 2 tygodnie. Przygotowania, bez większych utrudnień, idą cały czas do przodu. Fakt, że udaje mi się dotrzymywać „terminów” napawa zadowoleniem 🙂

Biegam więc, sprawdzam sprzęt, możliwości. Jesienna aura wymusiła u mnie zmianę garderoby. Pożegnałem się z krótkimi spodenkami i koszulką a zacząłem testować legginsy i długi rękaw. Na maratonie chyba tak właśnie pobiegnę. Raczej nie byłoby zbyt rozsądnie lecieć 5 godzin na „golasa” 😉

Miniony tydzień wyglądał tak:

Poniedziałek 29/09
Wolne.

Wtorek 30/09
Bieg. Dystans: 24,50 km. Czas: 02:43:11. Średnie tempo: 06:29 min/km. Przewyższenia: +152/-150 m
Trening Galloway-em. Trafiła mi się okrutna pogoda – zimno, ciemno i padało oczywiście. Nie zrażony tym, zgodnie z wcześniejszymi przemyśleniami dość znacząco zwiększyłem dystans. Chciałem zobaczyć, co też mogę się spodziewać w czasie maratonu. Odczucia są mieszane. Trening zrealizowałem zgodnie z założeniami. Na końcu przez padający deszcz i zimno nawet trochę przyśpieszyłem bo już miałem dość tych warunków. Jednocześnie, co pisałem parę razy, czuję, że tył nóg mam mocno spięty (zaczyna się po około 12-14 km) i obawiam się czy nie skończy się to jakimiś skurczami, ścianą bliżej 30 km. Wyjdzie to już chyba na maratonie, niezbyt jest jak i kiedy wydłużyć treningi.
Cóż więcej? W sumie niewiele. Przećwiczone mam już nawadnianie/odżywianie. Do tej pory piłem co około 1.5 km. Wychodziło, iż pokrywa się to mniej więcej z moimi przerwami na marsz (bo w nich chcę się wspomagać). By sprawę uprościć należy pić/jeść co 2 marsz. W czasie tego długiego treningu ze smutkiem zanotowałem, że musiałem 2x udać się w krzaki na siku. Albo za mocno byłem nawodniony albo mix zimna i starości robi już swoje 🙂 Na maratonie chyba też mnie to nie ominie.

Środa 01/10
Wolne

Czwartek 02/10
Bieg. Dystans: 12,03 km. Czas: 01:16:47. Średnie tempo: 06:23 min/km. Przewyższenia: +103/-88 m
Nie do końca zregenerowany ale jednak ruszyłem na swoją, zwyczajową trasę treningową. Szybsze tempo wpadło ale nie starałem się jakoś na siłę zwalniać. Te kilka sekund chyba różnicy nie zrobi. Oby! 🙂

Piątek 03/10
W sumie wolne. Mieliśmy wieczorem pożegnanie kolegi z pracy więc przy tej okazji zrobiłem spacerek po Wrocławiu. Łącznie 3,6 km.

Sobota 04/10
Rower. Dystans: 51,77 km. Czas: 03:19:11. Średnia prędkość: 15,59 km/godz. Przewyższenia: +423/-389 m
Bieg. Dystans: 5,08 km. Czas: 00:32:30. Średnie tempo: 06:23 min/km. Przewyższenia: +162/-155 m
Sobota to jak zwykle dzień sportu. Zacząłem od rowerowej wycieczki z Żoną. Dla odmiany od szosowych szaleństw wsiedliśmy na rowery górskie i ruszyli na Czechy. Trochę górek było ale jechało się przyjemnie. Nawet jakieś słońce było i człowiek tak mocno nie marzł. Później trochę działaliśmy w ogrodzie i na bieganie ruszyłem jak już się ściemniało. Nie chciałem przez to biec w góry (brak czołówki) więc pozostały chodniki pod Nową Rudą.

Niedziela 05/10
Bieg. Dystans: 10,52 km. Czas: 01:05:27. Średnie tempo: 06:13 min/km. Przewyższenia: +356/-327 m
Spacer: Dystans: 8,84 km. Czas: 02:02:10. Przewyższenia: +138/-138 m

10 km pętla weszła całkiem fajnie. Siły były to i czas lepszy. Jesień idzie za to jak błyskawica. Znów mokro, wietrznie, chłodno. Odpuściliśmy przez to rower a wybraliśmy się na dłuższy spacer. Prawie 9 km wpadło. Po tym wyczynie pozostało więc leżakować w domu i oglądać TV.

Tydzień przedmaratoński nr.39

Więcej cyfr, mniej opisów bo coś nie mam natchnienia tym razem 🙂

Poniedziałek 22/09
Krótkie ćwiczenia w domu. Mam z tym jakiś kryzys ostatnio, nie chce mi się i widzę, że trzeba będzie jednak zmotywować się bardziej. Szkoda tego co wypracowałem w ostatnich miesiącach.

Wtorek 23/09
Bieg. Dystans: 20,08 km. Czas: 02:11:23. Średnie tempo: 06:21 min/km. Przewyższenia: +147/-132 m
Długie wybieganie. Poszło szybciej niż planowałem (tempo) ale pod koniec to już mięśnie nóg miałem mocno pospinane. Trochę mam obawy czy to nie będzie jakiś słaby punkt maratonu.

Środa 24/09
Rower. Dystans: 22,18 km. Czas: 00:54:32. Średnia prędkość: 22,20 km/godz. Przewyższenia: +61/-61 m
Szosowa rundka. Jechało się dobrze mimo nie pomagającego wiatru.

Czwartek 25/09
Bieg. Dystans: 12,04 km. Czas: 01:17:34. Średnie tempo: 06:26 min/km. Przewyższenia: +96/-78 m
Kolejny Galloway-owy bieg. Biegłem bardziej odczuciowo, niż pilnując cyfr stąd też kolejny raz wyszło lepsze tempo niż powinno.

Piątek 26/09
Rower. Dystans: 20,13 km. Czas: 00:53:29. Średnia prędkość: 22,58 km/godz. Przewyższenia: +64/-64 m
Szosowa runda nr.2. Znów wiatr.

Sobota 27/09
Bieg. Dystans: 5,65 km. Czas: 00:34:18. Średnie tempo: 06:04 min/km. Przewyższenia: +99/-57 m
Rower. Dystans: 43,95 km. Czas: 02:11:57. Średnia prędkość: 19,98 km/godz. Przewyższenia: +100/-92 m
Sobotę zacząłem od porannych 5 km. Tym razem po płaskim, w Oleśnicy. Biegło się dobrze.
W połowie dnia zaś jeżdżenie z żoną. Zawiedziony trochę byłem faktem, że znów mocno wiało. Trasa sprzyjała szybkiemukręceniu a tu przez większość trasy była walka z żywiołem 🙂 Nie powiem, zmęczyło mnie to.

Niedziela 28/09
Bieg. Dystans: 10,09 km. Czas: 00:51:01. Średnie tempo: 05:03 min/km. Przewyższenia: +176/-165 m – XXXI Międzynarodowy Uliczny Bieg w Twardogórze.
Na „odmulenie” zawody w Twardogórze. Planowałem dać z siebie wszystko i spróbować powalczyć o jakiś lepszy wynik czasowy. Trochę szkoda, że zawody były o 12:00 Rano miałem trochę spacerowania i na starcie nie czułem się już idealnie mocny. Poszło jednak całkiem dobrze. Zanotowałem najlepszy w tym roku czas – oficjalnie 50:56, co dało miejsce 55 z 83 W kategorii wiekowej byłem 10. Fajnie, jestem zadowolony.

Tydzień był owocny treningowo. Widzę, że przy dłuższych Galloway-ach daję radę utrzymać lepsze tempo niż planowane 06:30. Fajnie, mam jednak obawy czy to nie przedwczesny entuzjazm. Przez fakt, że dość mocno spina mi mięśnie nóg uznałem, że muszę zasymulować bardziej maratońskie warunki 🙂 Zmodyfikuję więc 1-2 kolejne tygodnie treningowe. Pierwotnie chciałem zakończyć długie wybiegania na max. 22 km (zwiększanie o 2 km co tydzień). To zbyt mało by zobaczyć jak czuł będę się w naprawdę dłuższym dystansie więc zrobię skok o 4km – 24 i być może 28 km (to do rozważenie bo niestety byłoby tydzień przed zawodami). Później oczywiście zmniejszenie objętości. Sprawdzian zaś coraz bliżej 🙂

Tydzień przedmaratoński nr.38

Nie jest źle. Rygor treningowy udaje się utrzymać bez większych problemów. Droga do maratonu jest jeszcze długa i wyboista ale światełko nadziei jest 🙂

W poprzednim tygodniu zmierzyłem się z poniższymi wyzwaniami:

Poniedziałek 15/09
Wolne. Pogoda nie była najlepsza a i odpocząć czasem warto więc robiłem nic. No może poza krótką sesją ćwiczeniową w domu.

Wtorek 16/09
Bieg. Dystans: 18,11 km. Czas: 01:55:56. Średnie tempo: 06:24 min/km. Przewyższenia: +116/-106 m
Trening Galloway-em. Włączyło mi się trochę szybsze tempo biegania. Dobrze to szło, lekko i bez większych kryzysów (poza spiętymi mięśniami po 14 km) więc pozwoliłem sobie na odrobinę szaleństwa i się nie hamowałem. Zaowocowało to na końcu lepszym tempem całości – 06:24 zamiast tych 06:30. Niby fajnie ale zastanawiam się czy entuzjazm nie jest przedwczesny. Może lepiej jednak biec wolniej? Głupio by było odpaść na maratońskiej ścianie podczas planowanego Galloway-a 🙂

Środa 17/09
Rower. Dystans: 13,55 km. Czas: 00:43:38. Średnia prędkość: 18,63 km/godz. Przewyższenia: +37/-37 m
Lekki rower na rozruszanie nóg. W domu pomachałem parę minut ciężarkami ot tak by uspokoić sumienie.

Czwartek 18/09
Bieg. Dystans: 12,06 km. Czas: 01:18:54. Średnie tempo: 06:32 min/km. Przewyższenia: +99/-83 m
Ciężko coś odkrywczego o tym biegu napisać. Był. Problemów nie było.

Piątek 19/09
Wolne

Sobota 20/09
Bieg. Dystans: 5,32 km. Czas: 00:34:30. Średnie tempo: 06:29 min/km. Przewyższenia: +119/-102 m
Rower. Dystans: 49,32 km. Czas: 03:35:41. Średnia prędkość: 13,72 km/godz. Przewyższenia: +634/-616 m
Spacer: Dystans: 1,71 km. Czas: 00:29:44. Przewyższenia: +88/-94 m

Bardzo aktywny dzień. Na jego końcu czułem już spore zmęczenie. Duża w tym zasługa aktywności ale i słoneczny dzień swoje pewnie dołożył. Jednak ostatnie dni były chłodne i deszczowe. Człowiek się odzwyczaił.

Rozpocząłem od rannego biegania na swoich górskich 5 km 🙂 2,5 w górę, 2,5 w dół. Biegło mi się całkiem dobrze ale po treningu należało krótki odpoczynek dokonać.

Rowerowo, w sobotę chcieliśmy zrobić nową trasę, która powstała w okolicy Nowej Rudy. Trasa MTB, fioletowa – 7 wzgórz. Z GPS wychodzi, że ma około 52 km i jest dość wymagająca. Rekompensować miały to piękne widoki.
Dałem się przekonać Żonie, że pojedziemy odwrotnie niż w oficjalnym objeździe. Albo był to błąd albo ta trasa jest jednak cała hardcorowa ale nie dało rady. Praktycznie cały czas na pierwszych kilometrach mieliśmy pod górę! Jak już zaczęło się podchodzenie to daliśmy spokój. Na przełęczy Woliborskiej, po około 15 km zmęczeni, wkurzeni skręciliśmy na asfalt i przyjemnie zjechaliśmy w dół. Żeby kilometry się zgadzały dobiliśmy trochę na „nizinach”. Wypruty byłem totalnie po tej wycieczce.

Dzień zamknąłem małym spacerkiem po okolicznych łąkach w poszukiwaniu kani. Teściowa jako ekspert od nich, przyrządziła je i tym sposobem wjechały pierwsze w tym roku grzybki. Żyję, znaczy chyba mnie trochę lubi 🙂

Niedziela 21/09
Rower. Dystans: 54,88 km. Czas: 03:06:28. Średnia prędkość: 17,66 km/godz. Przewyższenia: +374/-368 m
Bieg. Dystans: 10,03 km. Czas: 01:04:57. Średnie tempo: 06:28 min/km. Przewyższenia: +216/-209 m

Niedzielny rower to już bezpieczna trasa na pograniczu Polsko-Czeskim. Fajna rundka przez Tłumaczów, okolice Broumova i z powrotem przez Radków. I widoki były, i dobry asfalt. Tak to można jeździć 🙂 Mimo ponad 50 km w nogach czułem się dużo lepiej niż dzień wcześniej.

Po rowerach wszedł obiad, odpoczynek. Bałem się trochę, że bieganie będzie marne ale o dziwo nie było źle. Zacząłem wolno i spokojnym tempem wytrzymałem zakładane 10 km.

Treningi, przygotowania, lenistwo

Skończył mi się trochę zapał do pisania (o bieganiu) bo skoro nie ma się czym pochwalić to ile można narzekać? Niewiele też nowości, mógłbym w sumie zrobić „kopiuj – wklej” z poprzednich wpisów i by pasowało 🙂

No ale… Jak wspominałem wcześniej, maratońskie wyzwanie przeniosłem na październik 2025. W maju wyglądało to całkiem dobrze ale oczywiście leciał miesiąc za miesiącem a nie znalazłem motywacji do rozpoczęcia przygotowań. Ot truchtałem sobie po te 5 km, cztery razy w tygodniu.
Trochę w tym lenistwa, trochę problemów zdrowotnych. Wagowo zgubiłem tylko 1kg. Kolana coś mi się nie chcą też same naprawić. O ile nie bolą przy chodzeniu, bieganiu to próba zrobienia pełnego przysiadu skutkuje wrażeniem, że się zaraz rozlezą 🙂

 Chyba pora będzie zacząć łazić po lekarzach by sprawdzić co tam ogólnie w nich słychać.

Cackam się więc trochę sam ze sobą. Chciałbym a się boję, że zaliczę jakąś mega kontuzję.

O tym by zabrać się jednak za robotę przypomniałem sobie w lipcu. Trudno będzie co ma być. Za cel na ten miesiąc postawiłem sobie zwiększenie dystansów do 10 km. Tak też się stało. Ostatnie 2 tygodnie to już truchtanie takiego dystansu.

Wg mnie jest już oczywiście za późno by się do tego maratonu przygotować. Tym bardziej, że sierpień to miesiąc urlopów i treningi nie będą mogły być realizowane zbyt dobrze przez 2 tygodnie. Coś tam jednak będę próbował walczyć bo nie lubię odpuszczać tego na co się nakręciłem.

Próbując ubrać w.w. w jakieś liczby wyglądało to tak:
05/2025 – 77,4 km
06/2025 – 71,6 km
07/2025 – 116 km

Bieganie zwyczajowo wsparte było sporą dawką roweru. Szanowna małżonka wkręciła się na maxa i nabijamy dzikie ilości co miesiąc. Fajnie mi się z nią jeździ ale szczerze to kuleje moje bieganie przez to. Wiek, siły nie te – jak zrobię 50 km na rowerze to już biegać później mi się nie chce. Pilnuję więc by najpierw robić treningi biegowe a później dopiero rower.

Rowerowe dystanse wyglądały mniej więcej tak:
05/2025 – 481,97 km
06/2025 – 531,77 km
07/2025 – 397,23 km

Strategia na najbliższy czas wygląda tak, że powoli zacznę przedłużać jeden trening w tygodniu tak by do maratonu chociaż pod te 20 km dojść. Resztę utrzymam na dystansach około 10 km, ewentualnie to co w górach to będzie ciutkę mniejsze. Co z tego wyjdzie okaże się w Dębnie 19/10.

Maraton, maraton i po maratonie

A przynajmniej chwilowo.

Jak wspominałem ostatnio, na koniec lutego miałem podjąć decyzję co z majowym startem w Jelczu.

Luty nie poszedł zbyt dobrze. Przez cały miesiąc udało mi się zrobić 107 km. Widać przy tym moją słabą kondycję fizyczno-psychiczną. Większość biegów wymęczona. Niezbyt mi się chciało pokonywać dłuższe dystanse a jak już jakiś dokonałem to mocno mnie męczył. Dopiero pod koniec miesiąca zanotowałem lekki postęp mobilizując się do dłuższego biegania (treningi po 8-10 km).

Nie ma co się jednak oszukiwać. Z takimi zaległościami nie warto porywać się na maraton. Przepisałem się na połówkę i będę prowadził przygotowania do niej.

Jeżeli nie nastąpią jakieś nieprzewidziane problemy to półmaraton w maju (Jelcz Laskowice) będzie takim wstępnym sprawdzianem co mi wyszło z przygotowań a później we wrześniu postaram się pobiec trochę szybciej (Wałbrzych). Finalnie z maratonem zmierzę się w październiku w Dębnie.

O ja cię… maratońskie przygotowania 2025

O ja cię… za każdym razem wydaje mi się, że jestem już na dnie formy, chęci i za każdym razem okazuje się, że ciągle może być gorzej :/

Narodzona w końcu zeszłego roku chęć przebiegnięcia maratonu jakoś specjalnie nie została poparta solidną pracą. Albo może trochę inaczej – wydawało mi się, że muszę spokojnie i powoli rozkręcić się przed solidnymi treningami. No i minął grudzień, minął styczeń a ja rozkręcam się dalej. Fajnie, tylko czasu do maja jak zwykle zrobiło się mało.

Maraton okazał się za to być już potwierdzonym – 1 maja 2025 (Jelcz-Laskowice).

Na obecną chwilę sytuacja wygląda tak (pominę rower i spacery chociaż one trochę wspomagają całokształt):

Październik 2024 – 87,3 km
Listopad 2024 – 88,1
Grudzień 2024 – 87,1 km
Styczeń 2025 – 103 km

Mało 🙁 Wszystkie te biegi były raczej z zakresu 5-10 km, przy czym tych bliżej piątki było oczywiście przewaga. Mały plusik to fakt, że sporo biegam po lesie, górkach więc wysiłek jest troszkę większy niż na asfalcie.
Powoduje to jednak, że robione (coraz częściej teraz) biegi po 10 km idą mi jak po grudzie. Niby przebiegnę ale po czuję, że mocno dały mi w kość.

Przy tym wszystkim największym problemem jest jednak fakt, iż zapuściłem się wagowo. W ciągu dnia jakaś marna dieta, wieczorem dożeram słodkim i osiągnięte przed grudniem 93 kg trzymają się mnie i nie chcą puścić 🙁 Pierwszy raz w swojej karierze będę musiał chyba pochylić się nad sensowniejszą dietą bo coś samymi treningami chyba się nie ogarnę.

No i tak… 3 miesiące zostały a ja jestem na poziomie 100 km/miesiąc. Dylemat mam co z sobą począć? Odpuścić? Walczyć?
Wzrost treningu o 50 km na miesiąc brzmi dość ryzykownie. Boję się, że posypię się całkiem (a i tak co trochę czuję jak nie achillesa, to kolana, czy biodro). Z drugiej strony jak będę dodawał sobie z 20 km na miesiąc to już teraz wiadomo, że maratonu z tego nie pobiegnę.

Nie widzę dobrego wyjścia z tej sytuacji no może takie, że maj pobiegnę na zaliczenie a na jesień poszukam sobie imprezy, do której uda mi się dobić z właściwą formą.

Na sam koniec by osłodzić sobie gorycz porażki 🙂 i trochę pokazać, że coś jednak robię (nie biegowo) to pochwalę się, że wziąłem się za domowe treningi siłowe – 4 x w tygodniu.
Nie są to typowo kulturystyczne ćwiczenia ale takie bardziej ogólnorozwojowe sesje nakierowane na rozruszanie się, wyjście z wieloletniego nic nie robienia. Ciężary mniejsze, więcej powtórzeń. Kurcze… jak tak człowiek zacznie coś nowego to tak elegancko idzie na początku 🙂 Forma rośnie, plecy mniej bolą. Klata, biceps rosną. Fajnie 🙂

Biegowy koniec roku

Dla mnie, przynajmniej pod względem zawodów. 11 listopada wystartuję w Biegu Niepodległości w Świerkach. 10 km, które ostatnio robiłem już dobre parę lat temu. Trasa ta sama, wiem co i jak, a że bieg sympatyczny zawsze to czemu nie.

Gdzieś tam w głowie kołatała mi myśl, że fajnie by było zamknąć sezon solidnym biegiem. Tym bardziej, że wystartuje i mój brat i wujek (biec miały jeszcze dwie osoby z rodziny ale ich chyba nie będzie). Wiadomo jednak… plany planami, życie życiem. Nie chciało mi się przygotować, temu zwyczajowo będą zawody aby do mety i nie ostatni 🙂

Aby nie było, iż pobiegnę na całkowitym wyrąbaniu 😉 to ostatnie 2-3 tygodnie trochę ruszyłem w górki, tereny. Po te 6, 9 km na treningu wjeżdżało. Przyjemnie tak pobiec znów w lesie 🙂 Niby męczy bardziej ale jakoś nogi lepiej to znosiły. Do końca roku chyba przeniosę się głównie w te tereny. Komary, muchy nie żrą już, świeże powietrze, spokój, cisza to czemu nie 🙂 Wzmocnię się trochę. A może i chęci jakieś wrócą na bieganie?

Przydałoby się powiem szczerze bo sporo myślałem o przyszłorocznym sezonie. Będzie to rok, w którym osiągnę półwiecze żywota. Chciałem kiedyś uczcić to powrotem na trasę Biegu Ultra Granią Tatr. Bardziej realnie myślałem, że może odgryzę się 3xŚnieżce ale… po przemyśleniu życia uznałem, że nie.
Nie biegam już dużo zawodów w ciągu roku ale wygląda, że miotam się zawsze między asfaltem a górami. I ani do tego się nie przygotuję dobrze ani do tego. Dlatego też… postanowiłem, iż przyszły rok poświęcę pobiciu swoich rekordów w biegach ulicznych 🙂 🙂 Uspokajam nie są wyśrubowane więc tym bardziej ma to szanse powodzenia.

Na pewno pobiegnę maraton – Jelcz Laskowice w maju, we wrześniu zaś Półmaraton Wałbrzych. Ewentualnie jakby kolidowało mi to z dziesiątką w Twardogórze to jednak wybiorę ją.
Na ten moment mam sporo zapału do swojego planu a jak się będzie realizował to pewnie skrobnę od czasu do czasu.