Archiwa tagu: podsumowanie

City, City i po City :)

Ale wstyd. Ostatni bieg City Trail odbył się 25/03 a ja dopiero teraz coś o tym piszę. Oj 🙁

Ostatni bieg potraktowałem „turystycznie” – pobiegłem z Żoną, obiecując jej, że tym razem zaliczy życiówkę 😉
Tym razem plan udało się zrealizować w 100%. Wspólnie, zaliczyliśmy (jej) najlepszy czas na trasie. Zadowolony jestem, bo to zawsze dobry uczynek, a sam i tak nic ciekawego bym nie zwojował.

Przy okazji załapaliśmy się na kilka biegowych fotek więc będzie argument by jej przypominać, że prowadziła aktywny tryb życia i nic nie stoi na przeszkodzi by zapisać się na kolejne zawody 😉

Ostatnie zawody CT Wrocław

Wchodząc zaś z powrotem na swoją osobę to w klasyfikacji generalnej Wrocławia zająłem miejsce 219 z 250. Patrząc po czasach najlepszych biegów – nie był to udany sezon. Najszybciej pobiegłem trasę w 26:06, najwolniej 28:04.
W sumie przez pierwsze trzy biegi szło to dobrze – z biegu na bieg był progres. Siadło dopiero później i niestety niewiele już dało się z tym zrobić. No szkoda, ambicje były spore.

Plusem tej edycji (dla mnie) był fakt, że udało mi się trochę „przymusić” syna i żonę do wspólnego startowania. Może fanami biegów automatycznie się nie stali ale przynajmniej czas na świeżym powietrzu był spędzony, a to z pewnością będzie procentowało zdrowotnie.

Cóż. Zawody zakończone, uroczysta gala była. W tym momencie pora skupić się na innych planach, a na CT pewnie wrócę na jesieni.

Gala we Wrocławiu.

To przychodzi powoli…

Rok 2021:
Bieganie: 554 km
Rower: 1634,9 km

Rok 2022:
Idąc utartymi schematami, jakoś koło grudnia 2021 / stycznia 2022 wypadałoby napisać dobre słowo podsumowujące miniony rok. Nie znalazłem w sobie jednak siły by to uczynić. Przekładanie „na jutro” spowodowało, że mamy już marzec i nie ma chyba żadnego sensu coś tu wymyślać. Zresztą co? Tłumaczyć, obiecywać… Co roku narzekam, że jest źle a kolejna data przynosi coraz słabsze wyniki.

Ciężko mimo to uciec od analiz. Wydaje mi się, że zrozumienie samego siebie pozwala na podjęcie jakichś działań korygujących (o ile dalej chcemy zajmować się daną rzeczą – tu bieganiem). A ja chciałbym.

Rok 2022 to taki mój mały jubileusz. Biegam już od 10 lat. Mam w sobie wielką upartość i niechętnie rezygnuję z tego, czego się podjąłem.
Popełniam jednak wiele błędów. Jednym z nich jest dążenie do celu po najmniejszej linii oporu. Chodzi mi tu o fakt, że wypracowawszy pewien schemat, powielam go nie próbując korygować kiedy nie przynosi rezultatu.
Widzę także, że mocno zorientowany jestem na cel. Kiedy tego celu nie udaję się osiągnąć (a mi nie udaje się już od jakichś 5-6 lat) zniechęcenie, wypalenie nawarstwia się i idzie coraz gorzej.
Jednocześnie sporo pisałem też o kontuzjach (zeszły i ten rok to kłopoty z kolanami). Dziwne czasy (covid) też dołożyły swoje.

Wszystko to powoduje, że ciągle spadam i spadam w dół. Liczę, że dno jest już blisko i uda się od niego w końcu odbić. Czy to już teraz, czy jeszcze nie to pokaże czas.

Na ten moment nie mam wielkich planów biegowych. Pobiegnę pewnie tam gdzie zawsze ale bez nastawienia na sukces. Najważniejsze dla mnie to doprowadzić się do porządku – schudnąć, znów odnaleźć radość z biegu. Ktoś tego bloga czyta (te kilkaset wejść na miesiąc jest) więc trzymajcie kciuki 🙂

Jednocześnie zastanawiałem się nad pewnymi zmianami na blogu. Formuła pisania rok w rok o tych samych zawodach wypaliła się już dawno. Przedstawianie Wam dogłębnych analiz mojego treningu też nie ma wielkiego sensu. Oczywiście jak będzie o czym, to będę pisał.
Postaram się jednak od czasu do czasu wtrącić coś o innych swoich zainteresowania – rowerach, fotografii, różnej starzyźnie jaką zbieram (a dusze kolekcjonera mam solidną :))
Cóż… myślę, że się nie obrazicie. A może i ktoś znajdzie coś ciekawego dla siebie także na tych polach.

Mało… ale pobiegane

Niewiele ostatnio piszę ale nie znaczy to, że nic nie biegam. Aż tak źle nie jest 🙂
Kontuzja kolana na którą uskarżałem się praktycznie większe pół roku, finalnie zaczęła odpuszczać i jestem nawet w stanie pobiegać już bez opaski usztywniającej.
Tak długi okres bezczynności (i złe covidowe czasy) dały mi jednak mocno w kość. Jestem totalnie bez formy, wagowo sięgnąłem dna. Gdy w 2012 roku zaczynałem biegać to ważyłem około 96 kg. Teraz kręcę się w okolicy 94-95kg. Strajkuje też głowa. Niby wiem, że trzeba by dietę poprawić, zmobilizować się do ćwiczeń ale… sami wiecie.
Wszystko to powoduje, że do biegania podchodzę bardzo ostrożnie. Uczę się go praktycznie na nowo i znając swoje ograniczenia nie próbuję zbyt szybko przeć do przodu. Może podchodzę nawet zbyt asekuracyjnie, ale w sumie gdzie mi się spieszy? Lepiej wolniutko iść do przodu niż znów zastopować na długi okres.

Przez to wymuszone spowolnienie ciężko w sumie wymyślać o czym tu pisać 🙂 Postaram się nadrobić zaległości sprzętowe, faktycznie trochę dziwnych akcesoriów jeszcze mam, ale o zawodach to wiele nie będzie. Do końca bieżącego roku nie planuję już w sumie żadnych wielkich wyzwań. Powiem nawet, że zrezygnowałem z dwóch, dłuższych, górskich biegów na które byłem zapisany (przeniesione z 2020).

No dobrze, żeby nie było aż tak ponuro. Walka trwa 🙂 Od Półmaratonu w Wałbrzychu pobiegałem w takich zawodach jak:

XXVII Bieg Uliczny w Twardogórze
Miejsce: M40-15, Total:58/68 Czas: 1:00:01

Na trasie w Twardogórze 2021

CITY TRAIL Wrocław – Bieg1
Miejsce: M40-85/94, Total: 326/435 Czas: 00:28:04

Bieg 1 – City Trail Wrocław



Podsumowanie – Maj 2021

Lenistwo straszna rzecz 🙂 Kończy się czerwiec a ja jeszcze nic o maju. No to na szybkości bo niewiele do pisania:

Rower: 121.17 km
Chodzenie: 30.79 km

W dalszym ciągu nie biegałem bo kolanko samo coś naprawić się nie chciało ale… Wyprzedzając fakty – przerzuciłem się na rower i coś powoli mi zaczyna odpuszczać. Dam znać co i jak po czerwcu 🙂

Z powodu przymusowej pauzy (jak widać po wpisach) trochę odrabiam zaległości opisowe różnych dziwnych akcesoriów, jakie kupiłem swego czasu. Trochę wrzucę też o rowerach bo w czerwcu sporo się działo w tej materii 🙂
Pewnie jeszcze przez chwilę tak będzie ale nie poddaję się, liczę, że jeszcze do biegów wrócę.

Podsumowanie – Marzec 2021

Marnie. Miotałem się w tym marcu próbując zachować resztki jakiejś formy i przy tym nie zrobić sobie krzywdy.
Przy początku miesiąca miałem tydzień odpoczynkowy – tylko spacery z kijkami. Później coś tam próbowałem biegać, ale to takie oszukane bieganie. Brałem kijki i szedłem w teren. Coś się pobiegło, zaczynałem czuć nogę to maszerowałem chwilę i tak z przerwami przez te 5-6 km.
Jakoś to szło przez te 2-3 tygodnie ale jak to u biegacza, zgubiła mnie niecierpliwość. Dobrze mi się „Galloway’owało” to pocisnąłem pod 7 km na jednym z treningów. Noga (kolano) znów zaczęło mnie boleć mocniej i dałem spokój. Końcówkę miesiąca miałem tylko nordic-walkingową.

Przyplątała się jakaś chyba solidniejsza kontuzja do mnie bo jednak okolica kolana mi dokucza. Co gorsza nie umiem sam zdiagnozować czy to kolano czy coś w okolicy. Największy problem mam z pełnym wyprostem nogi, czuję je wtedy. Może nawet nie przy takim swobodnym ale przy próbie skłonu na zblokowanej nodze coś mi przeszkadza z boku. Rzutuje to na ruch, nie do końca naturalnie stawiam stopę i bieganie męczy. Szybko mi łydkę napina boję się bym z kolei nie przeciążył, urwał czegoś z tego obszaru 🙂
Jakieś takie zastanie też mam jak posiedzę (a niestety siedzi się w pracy 8 godzin). Jak wstaję to potrzebuję chwili by się rozruszać.
Cóż, śmieszne to nie jest, samo się naprawić nie chce i coraz bardziej zastanawiam się czy gdzieś po poradę nie uderzyć. Jak na złość coronavirus w natarciu, co mnie skutecznie hamuje przed szukaniem pomocy u lekarzy (nawet jeśli to ortopeda przyjmujący prywatnie).
No nic, nie ma co ciągnąć tematu, trzeba jednak będzie coś postanowić na dniach.

Marzec 2021

W marcu pokonałem:
Bieg: 37.09 km
Marsz: 60.43 km (+ coś tam 29-31/03 ale nie chce mi się tego już tej Stravy wyliczać)
Rower: 26,71 km (debiut w tym roku :))

O wadze też nie ma zbytnio co się rozpisywać, stoi w miejscu z lekką tendencją zwyżkową ~93,9 kg. Znów mniej ruchu, znów ciężej będzie utrzymać się w ryzach.

Dużo napisałem a można było krótko – do du… jest. Rok chyba będzie stracony.
Biegi powoli wracają do kalendarza a ja okaże się, że jedyne co mogę to pochodzić (w sumie dobrze, że chociaż jeszcze tyle…).

Podsumowanie – Luty 2021

Tak dobrze żarło i zdechło.
Niestety, idealnie opisuje to moją sytuację treningową w lutym. Tydzień po tygodniu ładnie zwiększałem objętości, biegało mi się całkiem przyjemnie aż do ostatniego tygodnia, kiedy to przy wtorkowym biegu poczułem lewe kolano. Z raz, dwa odezwało się na treningu ale bez tragedii, spokojnie dobiegłem sobie do domu, posiedziałem i czuję … coś niezbyt. Boli mnie, sztywne takie jakieś. Kilka następnych dni, czułem je (zwłaszcza przy rozruchu np. wstając z krzesła, zaczynając iść) więc z bieganiem dałem sobie spokój. Smarowałem oszczędzałem. Szału jednak nie było. Niby nic mi nie napuchło, nic nie boli przy zgięciu, wyproście ale jakby mi kazali pełny przysiad zrobić to bym się chyba ufajdolił 🙂
No i wyprzedzając fakty tak to się coś ciągnie do teraz. W sumie nie wiem czy to coś z kolanem, czy jakieś ścięgna/wiązadła przy nim (?). Problem mam z takim pełnym wyprostem nogi i czuję okolice kolana trochę przy przekrzywieniu nogi w bok.
Ogólnie oba coś mi kolana doskwierają od momentu jak się upasłem wagowo 🙁 Cóż, pretensje można mieć do siebie.
Ratując sytuację zmniejszyłem radykalnie intensywność sportu. W opasce usztywniającej zacząłem spacerki, teraz dopiero delikatnie próbuję coś pobiegać. Zobaczymy, jak nie odpuści to za jakieś dwa, trzy tygodnie to trzeba będzie się pofatygować do lekarza niech obada sprawę.
Oprócz tego wziąłem się za ćwiczenia w domu.

Sam luty siłą rozpędu wyszedł całkiem ładnie, kontuzję widać będzie dopiero teraz w marcu. Wynikowo wyszło mi tak:
Bieganie: 98,4 km
Chodzenie: 33,83 km
Waga: znów kilogram w dół, okolice 93 🙂

Cóż… Inteligentny człowiek wysnuje właściwy wniosek, że chwilowo już po planach startowych. Majowy maraton chociażby i się odbył to beze mnie.
Nawet jak pozbieram się po kontuzji to czasu będzie za mało na sensowne przygotowania. Trzeba zapomnieć i liczyć, że chociaż biegi jesienne jakieś uda się wykonać.
Jedyny plan jaki mam na obecną chwilę to nie zastać się całkiem, utrzymać chociaż resztki aktywności i pracować nad wagą by ciągle szła w dół.
Czy tak będzie? Opiszę za miesiąc.

Podsumowanie – Styczeń 2021

Nie wiem czy tylko mi, ale czas ostatnio leci do przodu jak strzała. Ledwie zaczął się rok 2021 a już mamy za sobą jego pierwszy miesiąc. Starzy ludzie tak chyba mają, że wszystko szybko im ulatuje 🙂

Cóż, skoro tak, to wypadałoby w takim razie „ku pamięci” wpisać jak sobie w nim poczynałem.
Tym razem przygotowałem się lepiej z danymi 🙂 jest więc o czym popisać.
W Stravie jakoś nie znalazłem dalej odpowiedzi na moje dylematy ot, po prostu przeprosiłem się z kartką, ołówkiem i kalkulatorem (= czytaj OpenOffice Calc).

No ale, do rzeczy. W styczniu pokonałem biegiem – 99.86 km, a z kijkami nordic-walking przeszedłem kolejne 34,02 km.

Nie poraża to jakoś szczególnie ale patrząc na wykres nie jest wcale tak źle.

Notuję jak widać, mały ale jednak trend wzrostowy 🙂 co mnie cieszy. Mógłbym pewnie docisnąć sporo więcej ale jako osoba ostrożna (a przy tym ciągle narzekająca na kolana) boję się zbyt wielkich obciążeń treningowych. Lepiej pomału, a systematycznie do przodu.

Wszystkie moje biegi w styczniu to spokojne budowanie bazy. Tempowo sporo ponad 6:00 min/km, ale też duża w tym zasługa pory roku. Zima dosypała śniegiem i szybkie przemieszczanie się mocno utrudnione. I w terenie i po asfaltach na które wróciłem częściowo w tygodniu.
Nie jestem zbyt zadowolony z treningów w mieście, ale okazało się, że w lasach (gdzie biegałem) zaczęli wycinkę drzew i zrobili masakrę! Poszerzyli sobie drogę na dwa ciągniki 🙁 nacięli krzaków, drzew ale, że padał deszcz, śnieg, topniało to – jest bagno. Nie da rady na ten moment tam wejść, myślałem, że się utopię jeden raz jak jednak spróbowałem.
Słabo, muszę chyba opracować jakąś alternatywę albo dalej będę musiał krążyć po Oleśnicy. Nie pasuje mi to niestety, biegam bez żadnych masek a mija się ludzi itp. Głupie ale człowiek zaczyna mieć schizę z tego covida :/
Ciekawostką za to okazał się fakt, że po chodnikach biega się dużo lżej niż w śniegu, błocie itp. Chętniej nawet zwiększyłem dystanse. No niezwykłe 🙂

Z otoczki poza treningowej – dietę stosuję niestety dalej słabą, za to twardo trzymam się nie picia coli. Dało to na koniec miesiąca symboliczny 1 kg w dół, co jednak poczytuję bardziej na karb większego treningu niż realnego zysku z odżywiania. Trochę dołujące bo colę lubię 🙂

Prognozy na przyszłość? Hmmm…. zwyczajowo chciałbym utrzymać wolny wzrost kilometrażu przy jednoczesnym gubieniu masy ciała. Wygląda to na możliwe do zrobienia jednak patrząc na „punkt wyjściowy” czyli moją aktualną formę, daleka droga do wartościowych wyników.
W teorii zapisany jestem na maraton w maju (w Jelczu-Laskowicach, zaległy z 2020) i tu można już na tym etapie powiedzieć, że to się chyba nie uda. Zbyt dużo zaległości by były szanse na jakąś walkę. Człapać go z 5 godzin to też mi się średnio chce i nie wiem czy nie pozostanie spasować. Ale… nie mówię nie 🙂 Te 8-9 lat obiegania mam, może ciało przypomni sobie szybciej jak to jest wracać do formy.
Innych, wcześniejszych zawodów nie planuję mimo, że mignęły mi jakieś ciekawe, górskie biegi (już w lutym). Za szybko to, nie ma się co wygłupiać.

No dobrze, nie przedłużam więc. W 2021 dalej się biega, dalej regularnie a co z tego wyjdzie zobaczymy 🙂

Grudzień 2020 i Podsumowanie całości roku

No i ten tego… miał ten grudzień trochę lepszy być a wyszło jak zawsze. Wskazówka na liczniku zatrzymała się na 119,5 km. Coś w podobieństwo listopada.

Na swoją obronę podam, że mniej było spacerów w tej liczbie a więcej czystego biegania. Ile dokładnie to jednak nie podam 🙁 Strava coś w tej materii jest dla mnie nieczytelna całkowicie. Nie umiem prosto kliknąć i podzielić sobie ile było biegów, ile spacerów ile roweru.
Pewnie się da ale jakoś nie czuję się na siłach i chęci w tym jeszcze grzebać, douczać 🙂

Sprzętowo robię teraz mały come-back do stajni Garmina więc myślę, że od stycznia wszystkie treningi będą zapisywane w jednym systemie. Może wtedy uda mi się uzyskać interesujące mnie (statystycznie) liczby.

* I tak… Grudniowe bieganie było w sumie takie jak i poprzednie okresy. Nijakie. Regularne (co parę razy już pisałem) ale nierozwojowe. Zmuszam się by pobiegać coś dłużej, jak już z raz, dwa o dyszkę zahaczę to później znów przysiadam.
Hamuje mnie też takie zdrowotne „balansowanie na linie”. Zapuściłem się kilogramowo (i to sporo), zaczęły mnie boleć kolana i nie chcę przegiąć. Boję się, że coś klęknie całkiem jak będę na siłę nabijał kilometry.
Zauważam problem, staram się do niego podejść racjonalnie – zacząłem walkę z dieta więc liczę, że jest dla mnie jeszcze nadzieja.

OK. A co do całego roku 2020 to proponuję cofnąć się do punktu oznaczonego (*) i czytać znów. W sumie cały ten roku był „taki se” 🙂

Ciężko mi nawet teraz policzyć ile ja w nim pobiegałem. Endo już nie działa, w Stravie wszystkiego nie mam (też lenistwo, nie chciało mi się tego kopiować mimo, że dane mam).

Trudno, nie drążmy już. 2021 specjalnie lepszy nie będzie pewnie ale może chociaż to i owo uda się poprawić. Czego i Wam życzę.

Listopad 2020

Dogoniła mnie połowa grudnia ale cóż, wypada napisać jednak i coś o listopadzie 🙂

Miesiąc ten nie przyniósł żadnych specjalnych rewelacji. Biegałem według sprawdzonego systemu 4 treningów w tygodniu. Dystans, wpasowując się w minione trendy również nie porażał. Ot po te 4-5 km, przeplatane dłuższymi biegami w weekend. Dłuższe jednak też takie nijakie, bo po około 7-9 km. 10km chyba ani razu nie przekroczyłem (najbliżej było to 9,4 km) 🙂
Cyfrowo wyszło 127.8 km.

Tutaj muszę dociekliwym wyjaśnić pewną niezgodność. Z opisanych powyżej aktywności ciężko by było prawie 130 km nabiegać. I faktycznie tak nie było. Podana liczba to łącznie biegi i chodzenie.
Przerzuciłem się na Stravę i coś nie do końca umiem jeszcze jakoś sensownie to wydzielić w podsumowaniach 🙁
Widzę, że taki sam błąd zrobiłem w opisie października. Muszę nad tym jakoś pomyśleć.

Moje dokonania szału nie robią, ale patrząc pod kątem postępu – to malutki bo malutki ale jest. 127km to nie 118km (październik).
Nie chcę zapeszyć i snuć planów (wtedy zawsze mi źle idzie) ale widzę, że grudzień coś tam zmierza ku lepszemu. Czy się nie zepsuje na finishu zobaczymy za 16 dni 🙂

Październik 2020

Zakończony pażdziernik to 118,1 km biegów.

Prawie jak na Titaniku, powoli idę na dno… 🙂

Nie mogę się coś ogarnąć biegowo, życiowo. Nie wiem czy to przygnębiająca rzeczywistość pracowo-jesienno-covidowa tak na mnie działa czy jakiś inny, ogólny spadek energii życiowej ale dalej nie znajduję chęci na solidne bieganie.
Włączony jakiś czas temu tryb 5 km trwa i trwa. Biegam (truchtam) owszem, 3 czy 4 razy w tygodniu, ale po te 4 km – 5 km i koniec. Sporadycznie mi się chce przedłużyć. A i to wychodzi z 7 do 9 km max.

Po takim dłuższym biegu czuję się jak początkujący biegacz. Nogi bolą 🙂

Bieganie „kuleje” za to włączyło się jakieś ssanie jadalne, podżeranie niezdrowych rzeczy wieczorami (ciastka, cola, czekolada) i inne atrakcje. Waga poszybowała pod 94 kg. i czuję się już jak wieloryb. Zasapany, zapocony, buta zawiązać to by się siadło najlepiej. Masakra…

Najgorsze, że wytrzymam w rygorze kulinarnym z dzień, dwa i znów sobie popuszczam pasa.

Nie jest dobrze, rzekłbym, że jest źle.

By nie upaść na totalne dno, ratuję się trochę spacerami weekendowymi. Najpierw zabieram na górską wyprawę (bo przy Górach Sowich) syna, a później nordic-walking z żoną. Sporo tego wychodzi, okazuje się, że z dodatkowe 10-15 km na weekend nabiję. Mam nadzieję, że w ostatecznym rozrachunku wyjdzie to na plus i nie pozwoli całkowicie się zapuścić 🙂