Archiwum kategorii: Relacje z zawodów

IX Bieg Szerszenia – Nocny Bieg Świętojański 2023

Czyli mój stały punkt programu na biegowej liście 🙂

Do tegorocznych zawodów podszedłem na sporym wyluzowaniu. Co, gdzie, kiedy zacząłem oglądać w sobotnie przedpołudnie. No dobra, nie spodziewałem się specjalnych zmian względem poprzednich edycji ale zawsze takie rzeczy powinno się kontrolować sporo wcześniej.

Z informacji wyszło mi, że chyba znów delikatnie zmienili trasę w okolicy zamku Oleśnickiego. Hmmm… a może mi się tylko wydaje? W każdym razie tragedii nie widziałem pozostało odebrać pakiet i się szykować.

Z tym szykowaniem to też wyszło tak sobie. Jak pisałem w podsumowaniu maja i czerwca zbyt solidnego przygotowania treningowego nie było. Było za to dość aktywne spędzanie piątku i soboty. A to podróż kolejowa, a to poranna pobudka by pożegnać dziecię jadące na kolonię 🙂 Do tego dużo łażenia po mieście i spory upał. Po pakiet zrobiłem np. dwa spacery bo na necie pisało od 17:30 a na kartce przy bramie 18:30 🙁 Oj, wtopa.
Finalnie, na obiad wciągnąłem u mamusi jakąś smażoną kiełbaskę co też sprawy nie ułatwiało 🙂

Pod koniec dnia czułem już te wszystkie trudny w kościach. Kręgosłup już sztywniejszy, nogi bolą i średnio się chce biegać. Słabo.

Z dość marnym nastawieniem udałem się z Żoną na miejsce startu. Jedyne co widziałem na plus to fakt, że zrobiło się trochę chłodniej. Ustaliliśmy, że zawody zajmą mi przynajmniej 55 min a pewnie bliżej 60. Pyknęła mi parę fotek (na innych z wydarzenia się w sumie nie znalazłem), zrobiłem solidną rozgrzewkę i pozostało czekać na sygnał.

I tu nastąpił cud. Tak zwany dzień konia 🙂

Po starcie trasa poprowadziła w park, w okolicy zamku. Było lekko z górki i po płaskim więc pierwszy kilometr zrobiłem w 5:08. Szybko coś myślę sobie, pewnie za chwilę mnie zmęczy ale szkoda zwalniać jak wszyscy w koło biegną podobnie. No to ciągnę:
01 – 5:08 min/km
02 – 5:08
03 – 5:17
04 – 5:12
05 – 5:10
06 – 5:10
07 – 5:09
08 – 5:03
09 – 5:00
10 – 5:00

Drugi kilometr utrzymałem, później dalej idzie dobrze. Biegnę, biegnę a kryzysu nie ma. Udawało mi się co trochę wyprzedzać kolejne osoby. Delikatnie wprawdzie bo bałem się zbytnio przyśpieszyć ale utrzymywałem ciągle tempo z okolic 05:00. No szok, sam byłem zaskoczony swoją dobrą dyspozycją.

Na mecie, z zapasem sił (wydaje mi się, że mogłem cos tam jeszcze urwać) zameldowałem się po 51:57 min. Szaleństwo 🙂 Wiem, że dla większości to marny czas ale sam od dawien, dawna tak szybko nie biegłem i jestem bardzo zadowolony.

W zawodach zająłem miejsce 68 z 126. Kategoria M40 – 27. Mieszkańcy Oleśnicy -21

Fajnie. To bardzo miła niespodzianka. Niezbyt rozumiem czemu tak się stało ale oby takich niespodzianek było jeszcze jak najwięcej 🙂

Rowerowe Sowie 2023

Czyli trochę o tym jak wyobrażenia potrafią rozminąć się z prawdą 🙂

Sporo jeździmy z moją Żoną rowerami ostatnimi laty. Do tej pory jednak trasy albo wymyślaliśmy sobie sami albo korzystaliśmy ze sprawdzonych „klasyków” jak Szlak Orlich Gniazd czy Dookoła Tatr.
Wszystko to jednak realizowane było przez nas w luźnej formie turystycznej. Wymyśliliśmy datę, etapy no i sobie jechaliśmy.

Tym razem miało być trochę inaczej. Na FB pojawiły nam się reklamy imprezy z naszej okolicy. Nie wyścig wprawdzie jeszcze 🙂 ale rajd turystyczny. Zorganizowany – bo i start określony, limit czasu jak i punkty kontrolne.
Ciekawie to wyglądało. Trasa wydawała nam się miejscami znajoma, miejscami nie no ale u nas, na Dolnym Śląsku co zachęcało. 120 km po górach też radowało rowerowe serca 🙂

Impreza ta nazywa się Rowerowe Sowie czyli Góry Sowie na raz! 🙂

Rowerowe Sowie

Trochę pomarudziliśmy na koszt wpisowego (co dzisiaj jest tanie jednak) ale, że skusiło nas to opłaciliśmy i jak to w przypadku różnego rodzaju zawodów można było zacząć szykować sprzęt, planować strategię i szlifować formę.

Start zawodów odbywał się o godz. 06:00 w Walimiu. Podźwignęliśmy się około 04:00 (nieludzka pora), załadowaliśmy rowery i wyposażenie do auta i pojechaliśmy.
Na miejscu było już sporo podobnych wariatów 🙂 więc szybciutkie przygotowanie, odebranie pakietu i już czekamy na start.

Niby maj a zimno w pip…

Ponieważ na imprezie było 5 punktów żywieniowo-kontrolnych nie zabieraliśmy zbyt dużo prowiantu. Ot bidony z wodą, jakieś batony energetyczne i zestaw cukierków, które zawsze dobrze nam wchodzą 🙂
By jazda była w miarę bezpieczna zaś podstawowe narzędzia, gumki do hamulców, łatki do dętek i pompkę.
Do nawigacji zaplanowałem zakupionego ostatnio Garmina Edge 530 a rezerwowo komórkę z Mapa.cz (z wgranymi oczywiście trackami gpx).
Spory problem za to mieliśmy w co się ubrać. Żonka moja jako etatowy zmarzluch zabrała zestaw kurteczek, koszulek i różnych ocieplaczy. Ja odważnie zdecydowałem, iż pojadę w długiej koszulce technicznej (rowerowej) i na to wiatrówce.
Niby maj a zimno było rano i wieczorem w pip 🙂

Organizatorzy udzielili nam wstępnych wskazówek co i jak, wprowadzili do granic miejscowości no i jedziemy 🙂

Już na wstępie zaczęło się pod górę a asfalt szybko przerodził się malownicze łąki.

Dokąd prowadzi ta droga?

Tu jechało się jeszcze dobrze ale zauważyłem z niepokojem, że Edge coś chyba działa źle albo ja nie potrafię z niego odczytywać. Drogi pokazywał ale nie potrafiłem określić co będzie dalej. Czy skręt, czy prosto. Ki diabeł??? Finalnie (po zawodach) okazało się, że coś sfiksowało i większość trasy objechaliśmy korzystając tylko z oznakowania organizatora.
To znaczy, że tabliczki kierunkowe były bardzo dobrze przygotowane. Problemy mieliśmy w sumie raz, gdy tabliczka była postawiona w wysokiej trawie i łatwo było ją przeoczyć. Jak na złość w tym miejscu coś świrował gps i pojechaliśmy źle 🙂 No ale, nie wyprzedzajmy faktów.

Co dobre długo nie trwa, skręciliśmy w las, na szlaki turystyczno-rowerowe i nimi jechało się praktycznie cały czas. Asfaltowe łączniki było może z parę razy a i tak nie dawały wytchnienia.
Cała trasa to jedno wielkie góra-dół 🙂 Jak pod górę to fest. Jak z górki to jeszcze stromiej. W życiu tak mocno nie ściskałem klamek hamulców.
W Górach Sowich jest dużo błota, kamieni więc trasa była mega techniczna. Niestety dla nas (długodystansowców ale bardziej asfaltowych) mocno męcząca.
By przedstawić Wam skalę trudności powiem, że na całości mieliśmy średnią prędkość około 7-8 km/godz.!

Źródełko – Kroacka Studzienka

Poddawanie się nie leży w naszej naturze. Mozolnie, trochę podchodząc, trochę jadąc przesuwaliśmy się do przodu, ku bardziej znanym nam obszarom – Wielkiej Sowy i Przełęczy Walimskiej / Jugowskiej.

Baranki 😉 to chyba Ci co wyjechali tu rowerami 🙂
Lisie Skały

Dłuuugo to trwało ale jest – pierwszy punkt. Osiągnęliśmy go (jak i wszystkie późniejsze) praktycznie w limicie. Pieczątka podbita jedziemy dalej.

Troszkę wytchnienia na szerszym szutrowym szlaku i zaczęliśmy kierować się ku Bielawie.

Na punktach widokowych można rozkoszować się naszymi pejzażami

Dużo dróg zniszczonych jest przez ścinki drzew więc jak pisałem wcześniej w sumie ani kawałka spokoju. Dopiero w Bielawie można było się chwilkę rozkręcić bo jechało się asfaltami wokół Jeziora Bielawskiego.

Bielawa

Tak nam się to spodobało, że prawie minęliśmy punkt kontrolny. Dobrze, że za nami wołali 🙂
Druga pieczęć wbita. Kawka i świetna bułka weszły no to trzeba jechać.

Znów zaczęło się wspinanie w Góry. Droga węższa, kamienista. Ciekawi byliśmy jaki jest myk, że tak blisko do kolejnego punktu kontrolnego. Czemu? Bo fest pod górę 🙁 Ale się tu napchaliśmy rowerów, masakra 🙁 Na osłodę męki panowie z ekipy Pieszyckiej pyknęli nam ładną fotę i znów można było spacerkiem udać się w górę.

Niby, że zadowoleni

Sporo było tego łażenia. Wściekaliśmy się, że jakby chciał chodzić to by roweru nie brał .
Było w górę, musi być w dół ku Schronisku Zygmuntówka. Ale mnie ręce bolały od hamowania. Masakra. Zacząłem też mieć stracha, że w tym tempie znów skończą mi się hamulce i trzeba będzie je na trasie wymieniać,

Kolejny kawałek był dla nas mniej ciekawy bo to w sumie rodzinny rejon mojej małżonki (Ludwikowice, Sokolec). Tutaj zanotuję z kronikarskiego obowiązku, iż trochę mniej było tabliczek kierunkowych. I jedną na trasie ktoś zerwał. Nam to może nie przeszkadzało, no ale nie wszyscy mogą wiedzieć co i jak.

Srogo już zmęczeni jechaliśmy w stronę kompleksu Riese.

Leśne wąwozy

Na punkt w Riese wpadliśmy 1 min przed jego zwinięciem. Wciągnąłem chlebek ze smalcem, wydoiłem bezalkoholowe piwo i ruszyliśmy ku Jezioru Bystrzyckiemu.

W tym właśnie miejscu nastąpiła nasza pierwsza i jedyna pomyłka nawigacyjna. Mapa. cz pokazała w sumie niejasny kierunek jazdy, strzałki nie dostrzegliśmy i ruszyliśmy z powrotem ku Riese. Szczęście, że zrobiliśmy może z 700 m i napotkaliśmy ekipę, która jechała dobrze ale też niezbyt wiedziała gdzie kierować się dalej.
Chwila debaty, udało mi się dojrzeć strzałkę i już we właściwym kierunku ruszyło się do jeziora.
Od tego momentu (trochę przed, trochę po) było parę asfaltowych dojazdów co sporo już pomagało. Jechało się lżej i szybciej. Samo okrążenie jeziora jednak to trochę nieporozumienie. Wąsko, nad wodą, kamienie na szlaku i dużo spacerowiczów. Trzeba uwazać.

Do mety jakieś 6-7 km i moja żonka mówi, że chyba starła hamulec bo jej coś trze. Jak to możliwe myślę?! Patrzę i już wiem co. Przebiła przednie koło 🙁 Ściemnia się, do mety ni to blisko, ni daleko co tu robić. Naprawiać, pchać? Uznaliśmy, że spróbujemy podpompować i się zobaczy. Uff.. dziura nieduża i z dwoma kolejnymi pompowaniami doturlała się.
Przy tej okazji muszę ją pochwalić za hart ducha i siłę. Ona niestety ma rower bez amortyzatorów! To nie była maszyna na takie warunki i pewnie fest ją wytrząsło.

Finalny odcinek trasy zrobiliśmy już po ciemku. Dobrze, że mamy lampki w rowerach bo po kamulcach by szału nie było.

Jest! META. Organizatorzy czekali. Były gratulacje, chwila dyskusji o naszych uwagach i spostrzeżeniach co do trasy.

Co ciekawe nie przyjechaliśmy ostatni. Za nami doturlało się 3 chłopaków, których widzieliśmy w Bielawie.

Karta rowerowa i medal

Zimno było w opór, aż mi ręce grabiały jak ładowałem rowery na bagażnik wiec szybciutko już do domu i odpoczywać 🙂

Podsumowując. Impreza zorganizowana bardzo dobrze. Były czytelne oznaczenia, dobrze wyposażone punkty odżywcze. Trasa jednak, w mojej ocenie, dla wyrobionych, górskich rowerzystów. Z tego co kojarzę – na około 80 osób około 10 zrezygnowało.
Dla nas było zbyt technicznie, stromo. Za rok prawdopodobnie będzie krótszy dystans. To może mieć sens 🙂 Da się zakosztować hardcoru ale w lepiej dawkowanej ilości.
My jesteśmy zadowoleni, że byliśmy, zaliczyliśmy. Teraz jednak wracamy do naszych bardziej płaskich wycieczek 🙂

XIX Toyota Maraton Jelcz-Laskowice 2023

Jestem trochę w kropce. Z jednej strony wypadałoby dokładnie opisać maratońskie wydarzenie, a może kogoś zainspiruje to do zmierzenia się z królewskim dystansem, zachęci może do tego, konkretnego biegu w Jelczu? Z drugiej po przebiegnięciu kilkudziesięciu różnych zawodów bardzo ciężko wykrzesać z siebie coś odkrywczego. Wstało się wcześnie, zabrało co trzeba no i pobiegło 🙂 Nudne to trochę…

No ale ok, spróbuję 🙂 bo nie wypada po tak długich przygotowaniach spłycić wszystkiego do wyniku. Organizatorom należy się też dobre słowo – przygotowania i bieg mi się podobały.

Historia, teraźniejszość
Maraton w Jelczu to bieg organizowany już po raz 19. Przez pandemię były niestety 2 lata przerwy (jak dobrze liczę), ale zapał w organizatorach nie zgasł i jak tylko się dało to wydarzenie potwierdzili. Cieszy mnie to. Nie jest to reguła w dzisiejszych czasach, kiedy to pod pretekstem kosztów, problemów kilka większych imprez całkiem znikło.
Nie ma co ukrywać Jelcz to wydarzenie bardziej lokalne. Biegaczy startuje sporo (bo i połówka jest, 10 km jak i nordic walking czy imprezy dla dzieci) ale sznyt jest „małomiasteczkowy”. Czy to źle? Dla mnie nie. Pasja, zaangażowanie organizatorów, wolontariuszy cenniejsze jest niż wypasione pakiety, peacemakerzy, bieg przez centrum metropolii i inne w sumie zbędne ekstrasy.
Jak myślę po latach startów, lubię zresztą takie biegi. Nie ciągnie mnie np. by pojechać gdzieś i biec turystycznie. Turystycznie to bym wolał sobie pochodzić, porobić zdjęcia itp.
Pochwalę już tu na początku, że bieg zrobiony był dobrze. Trasa wyznaczona bezpiecznie. W porównaniu do 2016r (bo wtedy tu biegłem) wprowadzono lekką modyfikację, która w sumie najbardziej satysfakcjonowała kierowców, zmniejszając korki. O nawadnianie na maratonie dbały 3 punkty oddalone o około 3 km od siebie. Nic na nich nie zabrakło – do końca była woda, izotonik, cola, kubeczki. No i oczywiście jedzenie (banany, czekolada). Wolontariusze radzili sobie całkiem dobrze. Za to wszystko duży plus.

Przezorność podpowiedziała mi, że nie warto będzie jechać po pakiet w dniu zawodów. Lepiej na spokojnie przygotować się w domu i nie stresować odbiorem, kolejkami, korkami itp.
Była taka możliwość, biuro zawodów pracowało dzień wcześniej od 18:00 do 20:00. Kolejek nie było, szybciutko załatwiłem co trzeba no i pozostało już stresować się tylko biegiem 🙂
Gdyby kogoś interesowało to w pakiecie była koszulka i baton energetyczny.

Dyspozycja dalsza i bliższa
Im bliżej do biegu tym bardziej martwiłem się czy doczekam go w dobrym zdrowiu. Jakoś koło poniedziałku 24/04 wymarzłem w robocie, swoje dołożyło chyba pylenie się jakiegoś zielska i późniejsze dni miałem stres czy mnie coś nie rozłoży (a jakiś taki siąpiący nos był, lekko zaswędziało przy oczach). Szczęśliwie do wydarzenia udało się dotrwać bez negatywnych sensacji.
Strategię maratońską obrałem jakoś w ostatnim tygodniu przygotowań, o czym zresztą pisałem. Pogoda, niestety z zaskakującą precyzją, zdążała do przewidywanego słońca i 19 stopni, więc finalnie uznałem, że pobiegnę bliżej 5:40-6:00. Nie da to szans na złamanie 4 ale o ile nic złego się nie wydarzy to może zakręcę się koło swojego rekordu (4:09).

Przed, w trakcie, po
Pobudka o 06:00, na śniadanie zwyczajowa bułka z serem. Czasu było sporo, to spokojnie zebrałem ekwipunek, napełniłem soft flaski. Dzięki dobroci mojej Żony 🙂 ustaliliśmy, że po 2 kółkach poda mi 2 żele i nowy bidon tak bym nie musiał dźwigać wszystkiego od początku.
Do Jelcza zajechaliśmy trochę za wcześnie bo o 08:00. Żeby nie stać jak kołek pod startem posiedzieliśmy w aucie do 08:20 i dopiero wtedy udaliśmy się na miejsce.

Ludzi już trochę się kręciło. Zrobiłem rozgrzewkę i udałem się w okolice bramy startowej. Wychwycili mnie tu filmowcy i miałem swoje 5 min sławy (wywiad). Z tą sławą to mnie trochę poniosło. Nagadałem się a i tak wycięli większość 🙂 No ale jak ktoś ciekawy to może posłuchać co mówiłem o maratonie (pod koniec filmiku) 😉

Maraton w Jelczu-Laskowicach

No to lecimy. Ruszyłem z dalszych szeregów by się nie podpalić tłumowi.

Szlo to w sumie całkiem dobrze. Międzyczasy z pierwszych 3 kółek wyglądały tak:
1 okrążenie – 01:00:57 (miejsce 85)
2 okrążenie – 02:02:15 (miejsce 83)
3 okrążenie – 03:06:05 (miejsce 78)

Biegło mi się całkiem dobrze. Robiło się wprawdzie coraz cieplej, czuć to już było przy trzecim okrążeniu. W czwartym było już niestety upalnie 🙁 Na trasie wiał też spory wiatr ale … Tak naprawdę ciężko mi w sumie powiedzieć co zawiodło. Powiedziałbym, że bardziej głowa niż mięśnie, pogoda.
Maraton dla mnie zaczął i skończył się jakoś koło 33 km. Tętno rosło mi pod ~170, mózg zaczął podpowiadać by kawałek podejść. No i niestety posłuchałem przy punkcie odżywczym. Jak ruszałem do biegu to dawałem radę biec kawałek po ~6:00-06:10 i znów spacer. Niestety, za dużo szedłem, grzebiąc ostatecznie szanse na dobry wynik.

Na mecie pojawiłem się po 04:22:07, zajmując miejsce 83/123.

Cóż. Szkoda trochę, wyszło podobnie jak kilka ostatnich maratonów. Gorzej, że wykonałem tym razem kawał roboty treningowej. Po biegu w miarę łaziłem, nie miałem skurczy ani żadnych dolegliwości. Dzień później wybrałem się nawet na króciutki rower a dawnymi czasy potrafiłem ledwie człapać kilka kolejnych dni.

Zastanawiałem się czego zabrakło tym razem. W 100% nie wiem ale wyszło mi co mogłem zrobić lepiej:
– zabrakło jeszcze z 2-3 miesięcy bym przyzwyczaił się do długich dystansów, robił je lżej niż teraz (większość treningów wymęczone było za mocno),
– za dużo ważyłem. 90 kg nigdy wcześniej nie miałem przy maratonach,
– starszy też już jestem niż te 6-7 lat temu gdy biegałem ostatni raz 42 km.

Po przemyśleniu sprawy wydaje mi się jednak, że nie powinienem oceniać się zbyt surowo. Metę osiągnąłem, zmobilizowałem się do treningów, biegania na czym najbardziej mi zależało. Cele zostały więc spełnione.
Uważam, iż jestem teraz w dobrym punkcie startowym by móc przekuć te przygotowania na owocne rezultaty w kolejnych zawodach 2023-2024.

City Trail 2022/23 – Zawody 5/5

25/03 odbyły się ostatnie, wrocławskie, zawody CT w tym sezonie. Miałem już wymaganą liczbę biegów ale wystartowałem w nich najbardziej po to by sprawdzić swoją aktualną dyspozycję biegową, a przy okazji odebrać medal za cykl. W tej edycji zrezygnowano bowiem z uroczystej gali i medale rozdano już po biegu.

Warunki pogodowe były całkiem dobre. Temperatura – parę stopni na plusie. Opady deszczu, jakie było w kilku poprzedzających dniach, nie spowodowały tragedii na trasie (mało błota) można było spodziewać się więc całkiem dobrego biegania.

Po cichu liczyłem na poprawę swoich czasów ale, że ostatnio nie wyszło mi zbyt dobrze tym razem nie wydziwiałem. Rozgrzewkę zrobiłem lżejszą, ustawiłem się na czole grupy +25 min i spokojnie czekałem na start.

Bieg 5 Wrocław 1/2

Wyszło zwyczajowo. Pierwszy kilometr dużo za szybko, w drugim utrzymanie czasu z pierwszego a później spowalnianie tempa z powodu zmęczenia. Szczęśliwie nie takie mocne spowalnianie, widać, że coś te treningi maratońskie dają.

Tempa poszczególnych odcinków (odczytane z Garmina) były takie:
1 – 4:41 min/km
2 – 4:59
3 – 5:09
4 – 5:09
5 – 4:59

Czasowo (już oficjalnie) dało to 24:02 min a więc mój rekord sezonu 🙂

Fajnie. W ostatnim biegu zająłem miejsce 180 / 393 ( 150 / 252 mężczyźni).
W całym cyklu wrocławskim byłem – 177 mężczyzną z 248.

Można by powiedzieć, że utrzymałem zwyczajową dyspozycję lokując się w ogonach stawki 🙂

Jak napomknąłem widać poprawę mojej formy z czego jestem zadowolony. Zawsze chciałoby się pobiec jeszcze lepiej ale na to dalej za wcześnie. Zaległości ostatnich lat (ot chociażby masa – marnie wyszedłem na fotach 😉 ) nie pozwalają na szaleństwo.

Bieg 5 Wrocław 2/2

Cóż. Kolejny sezon City Trail za mną. Ciężko wykrzesać z siebie coś odkrywczego o nim ale z pewnością nie ma na co narzekać. To plus. Organizacja w niczym mi nie podpadała, kosztowo jeszcze da się za to zapłacić, trasę znam więc przyjemne spędzenie soboty 🙂
Zwyczajowo polecam tym co nigdy na nim nie byli.

City Trail 2022/23 – Zawody 3/5

Największym moim problemem jest fakt, że z reguły dobrze zaczynam (dotyczy to wielu, różnych dziedzin życia) a słabo kończę 🙂 Zachodzą, nieprzewidziane, przeszkadzające okoliczności i jest marnie…

No dobrze. Nie wpadajmy w depresyjny nastrój. Chodzi po prostu o to. że zadowolony z pierwszych zawodów CT nastawiałem się na ciut lepszy wynik w kolejnych. Treningi szły dobrze, delikatnie podnosiłem obciążenia. W międzyczasie okazało się jednak, że mam służbowy wyjazd do Włoch i zawody nr.2 mi przepadną. Nie jest to jakaś tragedia, liczyłem na bieg nr.3 (który dość szybko był po 2). Tak jakoś wychodziło z kalendarza.
Nawet udało mi się wcisnąć do bagażu ciuchy do biegania, No i niestety… „Słoneczna Italia” przywitała mnie prawie 2 tygodniami ciągłego deszczu. Dodatkowo hotel położony był na totalnym zadu…iu. Blisko do drogi szybkiego ruchu, brak chodników itp. Niestety niewiele udało mi się pobiegać przez ten okres.
Po powrocie ruszyłem do trenowania i od razu po zaszkodził mi albo klimat (jednak zimno u nas jest) albo jakieś grypowe bakcyle (covida nie ma to można jak kiedyś łazić kaszlący, kichający do roboty i zarażać innych). Nie rozłożyło mnie nic dokumentnie ale taki byłem nijaki. Nie czułem chęci na biegi więc kolejny tydzień przepadł na odpoczynku i pasieniu się witaminami.

Dochodząc do sedna sprawy. Niewiele niestety potrenowałem i czułem, iż wielkiego wyniku z tego nie będzie.

Też tu jestem. Ten czerwony. Nie z wysiłku a z kurtki 🙂

Sobotni poranek CT przywitał biegaczy sporym zimnem i niezbyt sprzyjającymi warunkami „drogowymi”. Leśne ścieżki były błotniste, z kałużami.
Ciężko było tu cokolwiek planować na bazie swojej dyspozycji więc podobnie jak ostatnio uznałem, że wybiorę strefę ~25-28 min i ruszę z jej początku. Tym razem chyba sporo osób miało podobny pomysł bo po ruszeniu okazało się, że biegnę w grupce, która trzyma dobrze to tempo. O wyprzedzaniu mowy nie było, skupiłem się by trzymać się osoby, która dość równo i troszkę szybciej cisnęła do przodu.

Nie dałem rady utrzymać niestety „mojego zająca”. Jakoś koło 3 km trochę zwolniłem ale tempo i tak było zadowalające. Biegło się, kogoś się wyprzedziło, ktoś wyprzedził mnie…

Bez większych kryzysów, z mocniejszym finish’em doleciałem do mety. Czas mój to 25:18, czyli 4 sekundy wolniej niż w pierwszym biegu. Tym razem dało to miejsce 234 z 398 (OPEN).

Jak na słabe przygotowanie – nie było źle. Nie ma się czego wstydzić, to po prostu mój aktualny poziom. Martwi mnie jednak to, że te nieprzewidziane przerwy zachodzą bo mam duże plany na przyszłość. Duże i ryzykowne. nie ma w nich miejsca na marnowanie czasu. No ale to może w kolejnym wpisie.

City Trail 2022/23 – Zawody 1/5

Sezon jesienno-zimowy to czas biegania przełajowego. No, przynajmniej w moim wydaniu 🙂 Podobnie jak w paru poprzednich latach zdecydowałem się na start we wrocławskiej edycji City Trail.

Zawody znane mi bardzo dobrze więc chciałoby się zapytać po co? Ano właśnie… przez to, że znam trasę, są cykliczne (co miesiąc) uważam, że warto było wybrać je w celu stymulacji swojego rozwoju biegowego 🙂

Tłumacząc na ludzki. Chciałbym od przyszłego roku wrócić do „zadowalającego mnie” biegania. Nie oczekuję cudów ale przynajmniej dorównania do swoich lepszych biegowych lat. Do tego trzeba zaś:
1. motywacji,
2. regularnego i sensownego treningu,
3. sprawdzianów, które potwierdzą dobry kierunek treningu,
4. rywalizacji i sukcesów podbudowujących psychikę,

City Trail wg mnie ma wszystko co powinno mi pomóc na tej drodze.

1+2. Motywacja / Regularne i sensowne treningi
Każde zawody są wyzwaniem. Chce się w nich dobrze wypaść co zmusza do trenowania.
Skoro już teraz trenuję regularnie to będę chciał te treningi wprowadzić na wyższy poziom. Jednocześnie trening pod 5 km zawody nie powinien spowodować jakichś kłopotów – kontuzji, przeciążeń jakie mogły by powstać gdybym porwał się na maraton czy ultra. Dodatkowo ten dystans nastawiony jest na szybkość. A zawsze dobrze najpierw popracować nad szybkością (nawet taki dziadek jak ja :)).

3. Sprawdziany
Start co miesiąc to możliwość podejrzenia czy idę do przodu. Jeśli coś kuleje to można wprowadzić zmiany i szybko zobaczyć czy jest ok. Jeśli stracę to miesiąc a nie cały sezon 🙂

4. Rywalizacja / Sukces
To też oczywiste. Na zawodach rywalizujemy z innymi. Żaden trening nie da nam tego co właśnie atmosfera startu. Przekracza się granice, generuje nadludzkie siły 🙂 To procentuje w przyszłości.
Oprócz takiej ogólnej rywalizacji w tegorocznych zawodach startuje mój brat. Dopiero zaczął biegać ale ma potencjał i widzę zaczynam mu się podobać 🙂 Już twierdzi, że za cel stawie sobie dorównać/wyprzedzić mnie. Niedoczekanie jego 😉 więc sami wiecie… (pkt 1 + 2).
Jest też sukces. Dla mnie będzie to poprawienie swoich czasów w poszczególnych zawodach. Fajnie by było w każdych być lepszym ale tu jestem ostrożny. Jednak pora roku jest zdradliwa (pogoda, sezon chorobowy itp. mogą trochę namieszać). Wystarczy by progres był między początkiem a końcem CT.

Wszystko to powoduje, że w mojej ocenie te zawody są ze wszech miar godne polecenia na start dla każdego.

Skupiony na sukcesie 😉

Kończąc zaś ten wpis podam, że nabiegałem 25 min 11 sek. Dało to pozycję 246 z 447. Od brata szybszy byłem o jakieś 2,5 min więc jeszcze długa droga przed nim 😉

VI Festiwal Biegów Rodzinnych COB – 16/10/22

Blog biegowy a ostatnio więcej o rowerach 🙂 Uspokajam jednak, pasja nie zginęła. Pomalutku, po cichutku szykowałem się do 10 km biegu z okazji VI Festiwalu Biegów Rodzinnych Cała Oleśnica Biega.

Skłamałbym mówiąc, że oczekiwałem tu jakiegoś przełomu biegowego, eksplozji formy czy innych epokowych wydarzeń. Nie 🙂 To za szybko na takie rzeczy. Do pomysłu startu skusił mnie ładny rower, który można było wylosować po biegu 🙂 Dodatkowymi plusami oczywiście był fakt, że biegłem u siebie, w Oleśnicy, więc nie było żadnych trudności organizacyjnych (dojazd, czas, koszty).

Festiwal Biegów Rodzinnych organizowany przez COB to nie jest impreza nowa. Widać to oczywiście po numerze – 6 🙂 Sam, kilka ładnych lat temu biegłem już w tych zawodach więc mniej więcej było wiadomo czego się spodziewać.
Z tego powodu odpuszczę drobiazgową analizę jak przygotowano bieg. W ogólnym rozrachunku było dobrze. Standardy trasy, żywienia zachowano. Pakiet startowy był bogaty. Pewne zastrzeżenia mógłbym mieć tylko do momentu dekoracji i losowania. Na scenie panował lekki chaos. Kategorie wyczytywano trochę je mieszając, powracano do niektórych (?). Przy losowaniu na początku pomylono zajęte miejsce z numerem startowym 🙂 Dobrze, że szybko to wyczaili bo sytuacja mogła by być mało miła dla osób, które by spodziewały się dostać nagrodę. No ale… uznajmy, że organizatorzy potrzebowali czasu by się rozkręcić (z powodu pandemii nie było biegu w poprzednim roku).
Niepotrzebny w mojej ocenie był również długi czas oczekiwania od biegu do rozpoczęcia dekoracji/losowań. Spokojnie można było to zacząć z 30 min wcześniej.

Przechodząc zaś do tego, co lubimy najbardziej – biegania 🙂

Start

Pogoda w niedzielę była zdradliwa. W prognozach ciepło, pod 20 stopni. Wydawało mi się to podejrzane i zaryzykowałem założenie lekkiej bluzki z długim rękawem. Wyszło później, że to zła decyzja. Świeciło słońce i podczas biegu było mi trochę za gorąco. Rozpoczęcie zawodów dodatkowo było o 12:00 więc w najcieplejszym momencie dnia.

Jako, że na start mam jakieś 10 min na piechotkę to przyszedłem na ostatni moment (numer odebrałem wcześniej). Rozgrzewka stacjonarna, ustawiam się w dalszych rzędach i można lecieć.

Większe pół 😉 za mną

Trochę zachowuję się ostatnio jak amator. Niesiony tłumem pierwszy kilometr zrobiłem w tempie około 5 min/km. Drugi utrzymałem tak samo ale zacząłem podejrzewać, że to dużo za mocno. Rozum podpowiadał by biec bliżej 5:30-6:00. Trochę zacząłem zwalniać, nie chcąc bym uskuteczniał jakieś spacerki w drugiej połowie biegu.
Trzeci kilometr wszedł po 5:20 a później skręciło się na polną, krzywą drogę, porośniętą trawą i zaczęło się ciężko. Miękka nawierzchnia wymagało sporo sił, słoneczna żarówka zaczęła dogrzewać bez litości (zero cienia). Już myślałem, że tu zakończy się dobre bieganie ale szczęśliwie pojawił się punkt nawadniający gdzie dostałem butelkę z wodą. Uratowało mnie to i o dziwo przesadnie nie zwolniłem, ot pod ~5:30-5:50. Takie mniej więcej tempo (raz szybciej, raz wolniej) utrzymałem do końca zawodów. W końcówce, kiedy wróciło się na część trasy prowadzącą przez tereny wodonośne (lepiej utwardzone) nawet trochę przyśpieszyłem.

Już blisko do mety

Na mecie pojawiłem się po 53 min 16 sekundach zajmując miejsce 90 z 154 sklasyfikowanych. Całkiem nieźle jak na moje aktualne możliwości. W kategorii M40 byłem 27, w grupie Oleśniczan 33 🙂

53:16

Wygrać nic się niestety nie udało 🙁 więc dobrze chociaż, że bieg ten dał mi ogląda na co mnie stać. Mam wrażenie, że przypominam sobie powoli lepsze czasy biegania. Na treningach biegam sporo wolniej, podczas zawodów jest jednak rezerwa mocy pozwalająca na szybsze przebieranie nogami. Nic przy okazji mi też nie przeszkadza (kolana itp) więc pocieszam się, że dobrze to rokuje na przygotowania pod jakieś ważniejsze zawody w przyszłym roku.

No zobaczymy. Sam Festiwal polecam, jak nie byliście to zapraszam za rok 🙂

XXVIII Międzynarodowy Bieg Uliczny w Twardogórze (2022)

Mamy wrzesień to i pobiegane w Twardogórze było.

Tym razem niedziela powitała biegaczy chłodem i opadami deszczu. To dość rzadkie tutaj i miałem zagwozdkę jak się ubrać. Po namyśle zdecydowałem się na opcję lekko (krótki rękaw i spodenki) z dodatkami ocieplającymi (rękawki z Decathlonu + getry Jomy). Przed biegiem za przyjemnie nie było ale podczas samych zawodów sprawdziło się to całkiem, całkiem.
Brak słońca spowodował również, że odpuściłem dźwiganie bidonów z wodą.

Na trasie zawodów

Chłodniejsza pogoda i lepszy trening ostatnimi czasy o dziwo chyba pomogły mi w biegu. Utrzymałem dość dobrą dyspozycję cały czas, nie notując jakichś kryzysów, problemów. Tegoroczna trasa nie zmieniła się chyba nic w porównaniu z poprzednią więc widzę, że poprawiłem swój czas o prawie 7minut. Tym razem wykręciłem 00:53.22 (rok temu ponad godzina).
Dalej daje to miejsce w ogonie stawki 🙂 – 64 miejsce z 76 ale progres jest.
Jeśli nic „nie zdechnie” liczę, że na przyszły rok uda się wrócić do lepszej formy sportowej.

No i meta.

Po biegu poczekaliśmy z małżonką na losowanie nagród. Wysiłek biegowy został osłodzony pięknym żelazkiem 🙂 🙂 Nie jest to może mój ulubiony sprzęt AGD ale i tak miło coś wygrać.

Fajnie. Takie spędzenie niedzieli miłe jest memu sercu więc standardowo za rok postaram się stawić w Twardogórze 🙂

Z kronikarskiego obowiązku informuję, że bieg organizacyjnie się nie popsuł. Wszystko było tam gdzie trzeba, sprawnie i szybko.
Przy okazji zawody sportowe łączone są z ekopiknikiem więc na rynku było trochę stoisk z ekologicznymi rzeczami, promocją tras rowerowych dolnego śląska (pobrałem sam parę fajnych map) i jeszcze paroma innymi interesującymi sprawami dla dzieci i dorosłych. Polecam odwiedzić.

XXII Półmaraton Wałbrzych

Stwierdzić należy, że był i w nim pobiegłem.

Organizacja zwyczajowo stała na dobrym poziomie (jak dla mnie), nie będę się więc jakoś specjalnie o niej rozpisywał. Powiem tylko, że Wałbrzyski bieg jest już powoli takim rodzynkiem, gdzie w pakiecie dają różne ciekawe rzeczy. A cena nie zabija, co tym bardziej cieszy 🙂

Same, tegoroczne zawody za to były dla mnie sporym znakiem zapytania.

Po pierwsze – forma. Zwyczajowo słaba 😉 Powolutku się rozkręcam ale wystarczy powiedzieć, że dwa-trzy razy w tym roku zrobiłem 10 km 🙂 a cała reszta to bieganie dużo krótsze.
Z tego powodu dość długo wahałem się jak rozegrać zawody. Całość biegiem była zbyt ryzykowna. Galloway (jaki zastosowałem rok temu) raczej w Wałbrzychu się nie sprawdza bo zbyt często bieg wypadał mi pod górę, a spacery z górki.
Finalnie uznałem, że biegnę ile się da, a fragmenty pod górę będę podchodził. Ewentualnie, w końcówce biegu jeśli wymięknę to będzie przeplatanka – bieg/chód.

Po drugie – nowości. Okazało się, że półmaraton poprowadzono nową trasą. Pierwszy raz odkąd biegam tu była tylko jedna pętla. Zepsuło mi to trochę strategię bo nie byłem pewien czy podchodzenia (pod górę) nie będzie za dużo i nie wpłynie to jakoś znacząco na wynik.

Po trzecie – pogoda (w tygodniu z biegiem). Ciężka niestety. Jak padało to solidnie, jak włączało się słońce to od razu robiło się mega parówka. Bałem się czy upał nie zniszczy mnie całkowicie.
Szczęśliwie podczas biegu było cały czas pochmurno i temperatura nie przeszkadzała.

Przed startem.

No ale zaczynając w miarę od początku i szybko zmierzając ku końcowi 🙂

Trasa okazała się być do wytrzymania, chociaż absolutnie nie lekka. Jest „górska”, nie ma co liczyć na luźne bieganie. Zwłaszcza dwa fragmenty na obwodnicy (długie podejścia niestety) potrafią wymęczyć. Szczęśliwie, po każdym z nich następuje dłuższy odcinek lekko w dół czy po prostej. Dawało to możliwość nadrobić stracony czas.
Poniżej prezentuje wykres przewyższeń, myślę iż najlepiej widać na nim, na co trzeba się nastawiać 🙂

Trasa biegu 2022.

Najbardziej zadowolony jestem z faktu, iż założoną strategię udało mi się spełnić. Do końca biegłem, nie miałem żadnych kryzysów. Uzyskany czas nie jest oczywiście porażający – 02:15:05 ale należy przyjąć go z pokorą i zadowoleniem.

Na mecie pojawiłem się jako 647 osoba z 801 sklasyfikowanych.

Na trasie biegu

Wygrać w loterii niestety znów się nic nie udało, co pozwala przypuszczać, że za rok znów zmierzę się z Wałbrzyskim Półmaratonem 🙂 A ma być, co jest dobrym znakiem w dobie kiedy biegi nie są już tak na topie. Kto nie był tego zapraszam, warto spróbować swoich sił w Wałbrzychu.

Ostre Koło – Radio Wrocław (03.07.22)

Spodobało mi się na poprzednim Ostrym Kole to uznałem, że zabawę czas powtórzyć. Ta, weekendowa edycja była ciekawa też o tyle, że połączono ją z prawdziwym wyścigiem kolarskim – „Szukamy następców olimpijczyka Tadeusza Mytnika”.
Goście radia mogli za darmo wystartować w tymże wyścigu (jedno okrążenie, 10 km) więc grzechem by było z takiej okazji nie skorzystać.

Zaesemesowane, oddzwonili (uff :)) czyli jedziemy. Zapisałem się wraz z moją małżonką szybciutko na zawody i w spokoju oczekiwałem niedzieli. Jakoś koło piątku zacząłem szukać grafiku, rozpiski wydarzenia itp. i odkryłem ciekawostkę – zapisałem się do kategorii Masters M4, którzy jadą 70 km… oj, pomyłka 🙂 Dobrze, że zgłoszenie można edytować więc poprawka wpadła na męskich amatorów 🙂

W sobotę zacząłem drążyć regulaminy jeszcze głębiej i niestety wyczaiłem jedną mniej miłą rzecz, czyli fakt, że impreza radiowa zaczyna się około 09-10:00 a start wyścigu (naszej kategorii) jest o 14:30 🙁 Kurcze, trochę była dyskusja czy jest sens aż tyle czasu poświęcić na wyjazd no ale finalnie uznaliśmy, że ok, pojedziemy.

Do Jaworzyny Śl. daleko nie mam, droga upłynęła szybko i przyjemnie. Po przybyciu zlokalizowaliśmy miejsce startu, zaparkowaliśmy i poszliśmy po pakiety. Mili panowie z obsługi chcieli nas przekonać, że może jednak 70 km ale w tym roku odpuściliśmy. Nie ta forma, nie to doświadczenie 🙂
Około 09:35 zaczęła się odprawa techniczna, posłuchaliśmy, iż trasa jest dobra, czysta i szybka. Wszystko więc w jak najlepszy porządku.

Gotowi do wyzwania 🙂

W międzyczasie przybyli radiowcy, powitali nas miło i zaprosili na śniadanko. Część uczestników była ta sama, parę nowych osób też. Podyskutowaliśmy trochę o poprzednich edycjach, o tym że dla każdego z nas wyścig będzie pierwszym w życiu. Czas upływał miło ale jednak do startu dalej długo 🙁 Co tu z sobą zrobić? Pani redaktor przejęła się naszym losem i załatwiła nam wstęp do pobliskiego Muzeum kolejnictwa. Jeśli ktoś nie był to warto – kawał historii kolejnictwa, mechanizacji w jednym miejscu.

Po takiej atrakcji do startu zostało już całkiem niedługo więc wróciliśmy z moją Żoną do auta, przebraliśmy się w sportowe ciuchy i udaliśmy na miejsce startu.

Nieziemsko pędzili niektórzy profesjonaliści! Pojawiły się pierwsze wątpliwości, stresik jak to będzie u nas. Ja najbardziej bałem się zakrętów. Jednak na kolażówce jeżdżę mało, a bardzo szybko to już w ogóle.

Bo… o ile na poprzedni „rajd rowerowy” nie przygotowałem się zbyt dobrze (trekking zamiast górskiego) to tym razem postanowiłem zaszaleć 🙂 Zabrałem swój, piękny, vintage-owy szosowy rowerek Patria 🙂 Kolażówka wprawdzie wiekowa, bo pamiętająca lata osiemdziesiąte, ale jednak lekka i pewnie dużo lepsza od górala. Do tej pory była ozdobą mojego korytarza w domu, sporadycznie parę razy w roku nią jeździłem no to czemu nie wypróbować jej na miejscu jej przeznaczonemu – na trasie wyścigu.
Moja żonka takiej możliwości nie miała, pojechała swoim góralem Gianta. Wszystkich, którzy zastanawiają się tu czy to nie obciach uspokajam – nie. Osób z góralami było parę (wiadomo młodzież i amatorzy) ale jeśli przed startem w takiej imprezie do tej pory odstraszał Was brak sprzętu to nie bójcie się, spokojnie pojedziecie tym co macie. I nikt z trasy Was nie wyrzuci.

I bez worka pieniędzy można być kolarzem 🙂

W końcu jest. Z małym opóźnieniem ustawiamy się na starcie. Pierwszym każą mężczyznom, życzymy sobie z Justynką powodzenia i ruszam bliżej taśmy. Sędzia sprawdza listę, odliczanie i start.

Wszyscy ruszyli ostro do przodu. Kręcę i ja starając się nie zostać z tyłu. Ostro pędzą, trzeba cisnąć jednocześnie uważając na trasę. Pierwszy kilometr, prowadzący przez miasto ma jednak jakieś roboty drogowe, są nierówności. Za miastem jest już lepiej, dobra nawierzchnia aż do mety.

Przełożenie wędruje na najszybsze, staram się mocno naciskać i o dziwo coś tam walczę. Wprawdzie moimi bezpośrednimi oponentami są młodzik (koło 13-14 lat, i jakaś kobieta) ale jednak coś tam na trasie się tasujemy. Pod górkę, górą są oni, na prostej udaje mi się ich dochodzić i nawet wyprzedzać 🙂 Walka trwa. Na Garminie, momentami pod 34 km na godzinę, gorąco, biorę trochę wody z bidonu i dalej do przodu.

Trasa w sumie przyjemna, pofalowana. Jest i lekko pod górę, jest lekko z góry. Zakręty lekkie, spokojnie sobie z nimi radzę i w tym pędzie.

Niestety jakoś koło 7-8 km odchodzą mi moi przeciwnicy. Bliżej mety, 1 km przed, doganiam jeszcze jakiegoś gościa, wyprzedzam i próbuję być przed nim. Skubany, spiął się na ostatnich paru metrach i wziął mnie przed samą metą.
Szczęśliwie dla mnie całościowy czas lepszy był dla mnie – wyprzedziłem go o 1 sekundę 🙂

Pierwszy mój wyścig skończyłem na 11 miejscu (z 15 startujących). Czas 20 min 02 sek. Tempo 2:00 min/km, a średnia prędkość 29.93 km/godz.

Wow, w życiu tak szybko nie jeździłem 🙂 Najszybsi w tym wyścigu robili pod 38-39 km więc trochę jeszcze brakuje.

Fajna sprawa taki wyścig. Bardzo mi się podobało i jeszcze kiedyś bym z chęcią wystartował. Do tego trzeba jednak solidniej poćwiczyć bo w kolarstwie z tego co widzę podchodzą bardzo restrykcyjnie do czasów. Ci co nie mieszą się w 10% czasu najlepszych muszą zakończyć. To nie biegi, że można być 3x gorszym od najszybszego 🙂

Na koniec udaliśmy się z małżonką na posiłek regeneracyjny, pooglądaliśmy dekoracje najlepszych no i można było wracać.

Niedziela w moje ocenie, udana, każdemu polecam spróbować coś takiego.