Jesień coraz bliżej 🙂 Przyroda szykuje się do zimowego snu ale biegacze nie odpuszczają. Październik w Górach Sowich to spora dawka dobrego biegania.
24/10/2026 odbędzie się fajna impreza – Sowiogórski Festiwal Biegowy. Jeśli ktoś ma chęć zakosztować świetnych widoków, zmęczyć się troszkę albo troszkę bardziej 🙂 to jak najbardziej warto.
Tym razem do wyboru jest aż 5 dystansów – od 7 km do 84 km. O biegu można poczytać na stronie organizatora albo na jego profilu FB (link dostępny na ich stronie).
Ja, jak to mam w zwyczaju ostatnimi czasy, stawię się na imprezie z aparatem. Tym razem jako jeden z oficjalnych fotografów 🙂
Przy okazji wydarzenia jest też zorganizowany mały konkurs – na zachętę będzie możliwość wygrać pakiet startowy na dowolny dystans. Po szczegóły zapraszam na forum Bieganie.pl
Jakiś tydzień przed zawodami jadąc samochodem słuchałem Radia Wrocław. W audycji ogłosili, że do wygrania będzie pakiet startowy na dowolny dystans tegorocznych zawodów. Kazałem synowi wysłać wiadomość z wymaganymi rzeczami no i w sumie o sprawie zapomniałem. Dwa dni później dostałem sms, że wygrałem i proszą mnie o kontakt! Wow… 🙂 Zdecydowałem się na dystans 13 km bo dłuższe raczej poza moim zasięgiem a z kolei na 6 km to szkoda trochę jechać taki kawał drogi.
Skoro powiedziało się A, należało powiedzieć B 🙂 W tygodniu poprzedzającym imprezę zrobiłem „solidny” trening biegnąc 5 km, 7 km i 4 km (ostatnie miesiące biegam 4 x 4 km w tygodniu więc zaręczam było to faktycznie więcej niż normalnie). Zapoznałem się z przebiegiem trasy na stronie organizatora, pogrzebałem trochę w szafie co to na bieg się nada. Oj, dawno się nie szykowałem na zawody, dość przyjemne takie przełamanie rutyny treningowej. Po tym ufny w swoją moc i szczęście udałem się na niedzielny bieg.
Jakuszyce przywitały mnie ładnym słoneczkiem ale i zimnym wiatrem 🙂 Udało się zaparkować prawie przy biurze zawodów więc spokojnie udałem się po pakiet, przejrzenie co ciekawego jest stoiskach wystawców i sponsorów. Sporo tego, widać rozmach. Szkoda tylko, że sam pakiet takie minimalistyczny (papierowa koperta z numerem, żelem i paroma ulotkami rabatowymi). No cóż, znak dzisiejszych czasów.
Gdy nadszedł stosowny czas zrobiłem porządną rozgrzewkę, ustawiłem się w ogonie stawki no i czekałem na sygnał startu.
Tłum ruszył, ja spokojnie z nim. Ze wszystkich sił starałem się nie dać ponieść entuzjazmowi i gonić ponad swoje siły ale jednak nie dało rady. Za daleko z tyłu chyba stanąłem i biegacze z tego rejonu strasznie psuli mi tempo – trzeba było zwalniać, uważać na nich. Korzystając z faktu, że pierwsze 7 km to raczej zbieg przyśpieszyłem starając się trochę wyjść do przodu. No nawet to szło. Znalazłem sobie miejsce gdzie przed sobą miałem większą grupę biegaczy a Ci wolniejsi nie deptali mi po nogach 🙂
Po 7 km zaczęła się właściwa walka. Zrobił się podbieg, tempo przysiadło. Do około 9 km truchtałem, później niestety był bieg przeplatany spacerkiem. Dopiero na szczycie Samolotu złapałem wiatr w żagle i ruszyłem szybciej w dół.
Na mecie zameldowałem się jako 303 osoba z 443. Czas 01:29:29. Kategoria M50 – 37 miejsce. Średnie tempo z zawodów to – 6:53 min/km
Jestem bardzo zadowolony z tego biegu. Nigdy tam nie byłem, zawsze to coś nowego. Trasa była korzystana, dość lekka i szybka. Taktycznie wyszło dobrze – nie przegiąłem. Zważywszy na to co biegam ostatnimi miesiącami aż dziwne, że tak dobrze wytrzymałem prawie 3x dłuższy dystans niż zwykle (i to po górach!).
Organizacyjnie wszystko wyglądało ok. nie mogę się do niczego doczepić. Naleśniki po biegu super 🙂 Polecam więc zawody tym, którzy jeszcze w nich nie startowali.
W miniony weekend odbyły się kameralne ale z pewnością znane większości zawody ultra – Bieg Kreta. Gdyby ktoś jakimś cudem o nich nie słyszał to polecam zerknąć na stronę organizatora:
W tym roku biegaczom dopisały i forma i pogoda. Padło parę rekordów trasy.
W klasycznym dystansie 148 km zwyciężyli: Liwia Moskała – 23h:22m (rekord trasy kobiet) Cezary Klincewicz – 18h:00m
Dystans hardcore 381 km Magdalena Sznigir – 71h28m Bartosz Tomkiewicz – 59h50m (rekord trasy mężczyzn)
Sam przez chwilę byłem z aparatem w okolicy 104 km gdzie spore rozciągnięcie stawki powodowało, że załapałem się tylko na paru biegnących. Czasu by spędzić tam parę godzin niestety nie miałem, no ale jak ktoś ciekawy czy po takim dystansie można mieć jeszcze dobry humor zapraszam do oglądania.
W minioną sobotę odbyły się zawody Zimowy Półmaraton Gór Stołowych. Biegi rozegrano na dwóch dystansach:
– 31 km (Biała Trzydziestka), – 21 km (tytułowy ZPGS)
W tym roku biegaczom przyszło zmierzyć się z trudnymi warunkami na trasie. Po „latach nieobecności” 🙂 mieli spory mróz no i śnieg przeplatany ze zlodowaceniami. Łatwo na pewno nie było, co potwierdzam wspinając się kawałkiem trasy by zrobić trochę zdjęć 🙂
Jako, że zawody mają swoją renomę i dłuższą historię, utrudnienia i tak nie zniechęciły sporej ilości śmiałków do przebiegnięcia. Metę jako pierwsi zobaczyli:
– 31 km (Biała Trzydziestka) (K) Żmija Liljana – 03:58:09.60 (M) Hlavatik Jan – 03:14:32.15
– 21 km (tytułowy ZPGS) (K) Białobłocka Alicja – 02:19:20.50 (M) Chrzanowski Jan – 01:49:59.65
Pogratulować formy 🙂
Jeśli zaś ktoś biegł, chce się odszukać na zdjęciach albo po prostu pooglądać zapraszam do 3 galerii na FB:
W miniony weekend odbyła się, organizowana przez Fundację Osiągnij Cel, spora, biegowa impreza – Sowiogórski Festiwal Biegowy. 4 dystanse do wyboru – od zacnego ultra – 54 km (Czarny Rycerz) poprzez krótsze 30 km (Mroczny Śpiewak), 15km (Stara Jodła), aż po 7 km (Ostoja Nietoperza).
Trasy zapowiadały się ciekawie, wyglądało, że uczestnicy będą mogli się zmęczyć 🙂
Gdyby zawody interesowały kogoś pod względem kolejnych edycji Ich przebieg, przewyższenia można sobie zerknąć na Rate My Trail:
Licząc na dobrą pogodę planowałem stawić się z aparatem na dystansie Ultra, w okolicy Wielkiej Sowy albo trochę za. To już było po dwudziestu kilku kilometrach, dobrze będzie widać ile komu sił zostało 🙂
Warunki meteo jednak nie rozpieszczały. Nie za ciepło było ale z pewnością mokro. Padający co trochę deszcz z pewnością nie pomagał mierzącym się z najdłuższym dystansem. Uczestnicy mimo to nie zawiedli 🙂 Większość wyglądała na zadowolonych, sporo uśmiechów widziałem na twarzach.
Zdjęcia zaś można zobaczyć na moje stronie FB. Może ktoś siebie odnajdzie 🙂
Na starcie stanęło prawie 300 biegaczy, którym oprócz górskiej trasy przeszkadzała z pewnością pogoda. Było bardzo gorąco, czego sam doświadczyłem idąc zrobić trochę zdjęć. No ale… przynajmniej widoki były ładne jak ktoś miał czas i chęć podziwiać 🙂
Mimo trudnych warunków czołówka dość szybko osiągnęła metę.
Nie ma co ukrywać, ostatnie kilka miesięcy u mnie to jakiś rodzaj biegowej depresji. Wychodziłem pobiegać ale z pewnością nie trenować. Tu 5km, tu 8 i zapał się kończył. Bardziej cieszyły mnie rowerowe wycieczki z żoną, po których najczęściej uznawałem, że zmęczyłem się solidnie i nie ma już co dobijać kilometrów na nogach. Nawet wizja górskiego biegu, na który zapisałem się dość dawno temu nie zdołała mnie zmobilizować na tyle bym wziął się za robotę. Z asfaltu zlazłem dwa tygodnie temu, zrobiłem 2 treningi po lasach, łąkach. Ostatnie szlify 🙂 chciałem nadać sobie w tygodniu poprzedzającym zawody ale cóż… rozłożyła mnie jakaś boleść brzucha i pobiegałem tyle co 3 km w jednym treningu. Taaaakkk…
Bieganie w takiej formie cieszy mnie coraz mniej. Przed samymi zawodami miałem nawet dylemat czy warto w ogóle startować. Szkoda mi się jednak zrobiło wpisowego, wyrzuty sumienia za takie lenistwo + wrodzone poczucie obowiązku jednak pchnęły mnie do drogi. Spakowałem ciuchy, zabrałem terenowe buty no i niech się dzieje co chce – pobiegnę.
Jedno, do czego doszedłem po tych wszystkich latach, to trochę więcej rozsądku. Ponieważ absolutnie nie czułem się na siłach na ambitne bieganie ułożyłem sobie plan by zrobić to na tempach jak najbardziej „treningowych” – spokojnie, bez szaleństw. Miało to pozwolić mi zachować siły jak najdłużej a nie wyjechać się od razu i później łazić.
Góry Sowie o poranku przywitały mnie śniegiem i temperaturami oscylującymi koło 0 stopni. Po dojściu pod schronisko Orzeł walczyłem chwilkę z myślami czy zakładać jeszcze na siebie wiatrówkę ale jednak dałem spokój i zostawiłem ją w plecaku. Koszulka termiczna + bluza z długim rękawem wystarczą. Miałem oczywiście czapkę i rękawiczki i to były z pewnością akcesoria niezbędne bo na trasie było zimno i padał śnieg 🙂
W strefie startowej stanąłem w końcówce. Na początkowych metrach myślałem czy to nie błąd bo jednak sporo było osób (a niektórzy biegli jeszcze wolniej niż ja). Błotnisto-śniegowo-liściowo-kamienne podłoże nie zachęcało jednak do szaleństw i szybko pogodziłem się z pozycją, tempem i warunkami.
Oj, brak treningów w górach dawał o sobie znać. W Górach Sowich ciężko biega się i przy dobrej pogodzie. Luźne, kamieniste podłoże wymaga wiele uwagi. Tu, przy trudnych warunkach (śnieg, błoto, liście) bałem się podwójnie i z bardziej stromych górek zbiegałem bardzo ostrożnie. Powodowało to, że w dół wymijało mnie sporo osób, które dochodziłem na momentach płaskich i tych w górę. Wolno bo wolno ale jednak podbiegałem trochę dłużej niż konkurenci.
Kilometry nabijały się i powoli zaczynałem odczuwać niedostatki formy. O dziwo, najbardziej przy momentach podchodzenia w górę. Nogi bolały. Miałem nawet spory kryzys czy warto lecieć na drugie okrążenie. Gdy wypłaszczało się (czy też robiło w dół) wolniutko ruszałem biegiem i jakoś to szło, co przekonało mnie, że raczej dam radę.
Najtrudniejsze było dla mnie podejście pod Wielką Sowę (około 14-15km). Rany ale ciężko mi się ruszało nogami 🙂 Czułem też zaczątki skurczów. Po osiągnięciu szczytu, trasa zmieniła się na sporo przyjemniejszą (bo w dół) i tu o dziwo swoim truchcikiem podążałem stabilnie w stronę mety. Przyjemnym dodatkiem do wysiłku był fakt, że w wyższych partiach gór – zima na całego. Było pięknie biało. Dawno nie biegałem w takich warunkach więc zawsze to jakaś odmiana 🙂
Całkiem dobrze poszło mi także „mordercze” podejście w samej końcówce. Dałem radę i metę minąłem po czasie 02:56:09 (miejsce 349 z 389). Cóż… marny czas ale jak na przygotowania nie można było wiele więcej oczekiwać.
Jako, że do dekoracji i losowań nagród zostało troszkę czasu to po zalaniu się do pełna 🙂 wyśmienitą herbatką podreptałem do auta by się przebrać. Suchy, odpoczęty wydrapałem się znów pod schronisko. Sumienność popłaca 🙂 W losowaniu udało mi się otrzymać worek z biegowymi ciuchami (koszulki, czapka). Fajnie, miła niespodzianka.
W tym miejscu wypada chyba skończyć tą relację. Nogi bolą mnie obłędnie 🙂 Dawno nie miałem takich zakwasów 🙂 Zważywszy na całkowity brak przygotowania nie poszło jednak tak źle. Nie było to oczywiście zbyt mądre ale lepiej się jednak zmobilizować niż całkiem odpuścić bieganie.
Acha, o organizacji biegu nie pisałem nic ale ja nie mam się do czego doczepić. Wszystko było ok. Polecam.
Czyli trochę o tym jak wyobrażenia potrafią rozminąć się z prawdą 🙂
Sporo jeździmy z moją Żoną rowerami ostatnimi laty. Do tej pory jednak trasy albo wymyślaliśmy sobie sami albo korzystaliśmy ze sprawdzonych „klasyków” jak Szlak Orlich Gniazd czy Dookoła Tatr. Wszystko to jednak realizowane było przez nas w luźnej formie turystycznej. Wymyśliliśmy datę, etapy no i sobie jechaliśmy.
Tym razem miało być trochę inaczej. Na FB pojawiły nam się reklamy imprezy z naszej okolicy. Nie wyścig wprawdzie jeszcze 🙂 ale rajd turystyczny. Zorganizowany – bo i start określony, limit czasu jak i punkty kontrolne. Ciekawie to wyglądało. Trasa wydawała nam się miejscami znajoma, miejscami nie no ale u nas, na Dolnym Śląsku co zachęcało. 120 km po górach też radowało rowerowe serca 🙂
Impreza ta nazywa się Rowerowe Sowie czyli Góry Sowie na raz! 🙂
Trochę pomarudziliśmy na koszt wpisowego (co dzisiaj jest tanie jednak) ale, że skusiło nas to opłaciliśmy i jak to w przypadku różnego rodzaju zawodów można było zacząć szykować sprzęt, planować strategię i szlifować formę.
Start zawodów odbywał się o godz. 06:00 w Walimiu. Podźwignęliśmy się około 04:00 (nieludzka pora), załadowaliśmy rowery i wyposażenie do auta i pojechaliśmy. Na miejscu było już sporo podobnych wariatów 🙂 więc szybciutkie przygotowanie, odebranie pakietu i już czekamy na start.
Niby maj a zimno w pip…
Ponieważ na imprezie było 5 punktów żywieniowo-kontrolnych nie zabieraliśmy zbyt dużo prowiantu. Ot bidony z wodą, jakieś batony energetyczne i zestaw cukierków, które zawsze dobrze nam wchodzą 🙂 By jazda była w miarę bezpieczna zaś podstawowe narzędzia, gumki do hamulców, łatki do dętek i pompkę. Do nawigacji zaplanowałem zakupionego ostatnio Garmina Edge 530 a rezerwowo komórkę z Mapa.cz (z wgranymi oczywiście trackami gpx). Spory problem za to mieliśmy w co się ubrać. Żonka moja jako etatowy zmarzluch zabrała zestaw kurteczek, koszulek i różnych ocieplaczy. Ja odważnie zdecydowałem, iż pojadę w długiej koszulce technicznej (rowerowej) i na to wiatrówce. Niby maj a zimno było rano i wieczorem w pip 🙂
Organizatorzy udzielili nam wstępnych wskazówek co i jak, wprowadzili do granic miejscowości no i jedziemy 🙂
Już na wstępie zaczęło się pod górę a asfalt szybko przerodził się malownicze łąki.
Dokąd prowadzi ta droga?
Tu jechało się jeszcze dobrze ale zauważyłem z niepokojem, że Edge coś chyba działa źle albo ja nie potrafię z niego odczytywać. Drogi pokazywał ale nie potrafiłem określić co będzie dalej. Czy skręt, czy prosto. Ki diabeł??? Finalnie (po zawodach) okazało się, że coś sfiksowało i większość trasy objechaliśmy korzystając tylko z oznakowania organizatora. To znaczy, że tabliczki kierunkowe były bardzo dobrze przygotowane. Problemy mieliśmy w sumie raz, gdy tabliczka była postawiona w wysokiej trawie i łatwo było ją przeoczyć. Jak na złość w tym miejscu coś świrował gps i pojechaliśmy źle 🙂 No ale, nie wyprzedzajmy faktów.
Co dobre długo nie trwa, skręciliśmy w las, na szlaki turystyczno-rowerowe i nimi jechało się praktycznie cały czas. Asfaltowe łączniki było może z parę razy a i tak nie dawały wytchnienia. Cała trasa to jedno wielkie góra-dół 🙂 Jak pod górę to fest. Jak z górki to jeszcze stromiej. W życiu tak mocno nie ściskałem klamek hamulców. W Górach Sowich jest dużo błota, kamieni więc trasa była mega techniczna. Niestety dla nas (długodystansowców ale bardziej asfaltowych) mocno męcząca. By przedstawić Wam skalę trudności powiem, że na całości mieliśmy średnią prędkość około 7-8 km/godz.!
Źródełko – Kroacka Studzienka
Poddawanie się nie leży w naszej naturze. Mozolnie, trochę podchodząc, trochę jadąc przesuwaliśmy się do przodu, ku bardziej znanym nam obszarom – Wielkiej Sowy i Przełęczy Walimskiej / Jugowskiej.
Baranki 😉 to chyba Ci co wyjechali tu rowerami 🙂Lisie Skały
Dłuuugo to trwało ale jest – pierwszy punkt. Osiągnęliśmy go (jak i wszystkie późniejsze) praktycznie w limicie. Pieczątka podbita jedziemy dalej.
Troszkę wytchnienia na szerszym szutrowym szlaku i zaczęliśmy kierować się ku Bielawie.
Na punktach widokowych można rozkoszować się naszymi pejzażami
Dużo dróg zniszczonych jest przez ścinki drzew więc jak pisałem wcześniej w sumie ani kawałka spokoju. Dopiero w Bielawie można było się chwilkę rozkręcić bo jechało się asfaltami wokół Jeziora Bielawskiego.
Bielawa
Tak nam się to spodobało, że prawie minęliśmy punkt kontrolny. Dobrze, że za nami wołali 🙂 Druga pieczęć wbita. Kawka i świetna bułka weszły no to trzeba jechać.
Znów zaczęło się wspinanie w Góry. Droga węższa, kamienista. Ciekawi byliśmy jaki jest myk, że tak blisko do kolejnego punktu kontrolnego. Czemu? Bo fest pod górę 🙁 Ale się tu napchaliśmy rowerów, masakra 🙁 Na osłodę męki panowie z ekipy Pieszyckiej pyknęli nam ładną fotę i znów można było spacerkiem udać się w górę.
Niby, że zadowoleni
Sporo było tego łażenia. Wściekaliśmy się, że jakby chciał chodzić to by roweru nie brał . Było w górę, musi być w dół ku Schronisku Zygmuntówka. Ale mnie ręce bolały od hamowania. Masakra. Zacząłem też mieć stracha, że w tym tempie znów skończą mi się hamulce i trzeba będzie je na trasie wymieniać,
Kolejny kawałek był dla nas mniej ciekawy bo to w sumie rodzinny rejon mojej małżonki (Ludwikowice, Sokolec). Tutaj zanotuję z kronikarskiego obowiązku, iż trochę mniej było tabliczek kierunkowych. I jedną na trasie ktoś zerwał. Nam to może nie przeszkadzało, no ale nie wszyscy mogą wiedzieć co i jak.
Srogo już zmęczeni jechaliśmy w stronę kompleksu Riese.
Leśne wąwozy
Na punkt w Riese wpadliśmy 1 min przed jego zwinięciem. Wciągnąłem chlebek ze smalcem, wydoiłem bezalkoholowe piwo i ruszyliśmy ku Jezioru Bystrzyckiemu.
W tym właśnie miejscu nastąpiła nasza pierwsza i jedyna pomyłka nawigacyjna. Mapa. cz pokazała w sumie niejasny kierunek jazdy, strzałki nie dostrzegliśmy i ruszyliśmy z powrotem ku Riese. Szczęście, że zrobiliśmy może z 700 m i napotkaliśmy ekipę, która jechała dobrze ale też niezbyt wiedziała gdzie kierować się dalej. Chwila debaty, udało mi się dojrzeć strzałkę i już we właściwym kierunku ruszyło się do jeziora. Od tego momentu (trochę przed, trochę po) było parę asfaltowych dojazdów co sporo już pomagało. Jechało się lżej i szybciej. Samo okrążenie jeziora jednak to trochę nieporozumienie. Wąsko, nad wodą, kamienie na szlaku i dużo spacerowiczów. Trzeba uwazać.
Do mety jakieś 6-7 km i moja żonka mówi, że chyba starła hamulec bo jej coś trze. Jak to możliwe myślę?! Patrzę i już wiem co. Przebiła przednie koło 🙁 Ściemnia się, do mety ni to blisko, ni daleko co tu robić. Naprawiać, pchać? Uznaliśmy, że spróbujemy podpompować i się zobaczy. Uff.. dziura nieduża i z dwoma kolejnymi pompowaniami doturlała się. Przy tej okazji muszę ją pochwalić za hart ducha i siłę. Ona niestety ma rower bez amortyzatorów! To nie była maszyna na takie warunki i pewnie fest ją wytrząsło.
Finalny odcinek trasy zrobiliśmy już po ciemku. Dobrze, że mamy lampki w rowerach bo po kamulcach by szału nie było.
Jest! META. Organizatorzy czekali. Były gratulacje, chwila dyskusji o naszych uwagach i spostrzeżeniach co do trasy.
Co ciekawe nie przyjechaliśmy ostatni. Za nami doturlało się 3 chłopaków, których widzieliśmy w Bielawie.
Karta rowerowa i medal
Zimno było w opór, aż mi ręce grabiały jak ładowałem rowery na bagażnik wiec szybciutko już do domu i odpoczywać 🙂
Podsumowując. Impreza zorganizowana bardzo dobrze. Były czytelne oznaczenia, dobrze wyposażone punkty odżywcze. Trasa jednak, w mojej ocenie, dla wyrobionych, górskich rowerzystów. Z tego co kojarzę – na około 80 osób około 10 zrezygnowało. Dla nas było zbyt technicznie, stromo. Za rok prawdopodobnie będzie krótszy dystans. To może mieć sens 🙂 Da się zakosztować hardcoru ale w lepiej dawkowanej ilości. My jesteśmy zadowoleni, że byliśmy, zaliczyliśmy. Teraz jednak wracamy do naszych bardziej płaskich wycieczek 🙂
Liptovsky Mikulas – Kezmarok. Dystans: 90,12 km, czas jazdy około 08:03.
Budzik dzwoni o 06.30 czyli znak, że powoli trzeba się zbierać. Śniadanko, pakowanie reszty dobytku i powoli ruszamy.
Na rozruch przyjemna ścieżka rowerowa prowadząca nadbrzeżami Wagu. Pierwsze plany to mniej ciekawe miejskie widoki – bloki, stare fabryki, ale za to z tyłu malownicza panorama Tatr Niskich. Jest w miarę płasko, jedzie się dobrze i kilometrów w tym stylu (nadbrzeża rzeki, podrzędne asfaltowe drogi, ) nabijemy całkiem sporo. Z trzydzieści kilka na pewno. W którymś momencie cywilizacja ucieka na bok, skręca się na leśne ścieżki i dalej pokonuje kilkanaście kilometrów w tym stylu. Cisza, spokój, tylko zieleń, skałki z jednej strony, a z drugiej urwisko z płynącą w dole rzeczką. W sumie przyjemny relaks gdyby nie to, że po pagórkowatym szutrze tak szybko się nie jedzie 🙂
Góry ustępują miejsca lasom.
W okolicy zapory Czarny Wag powraca się do asfaltu. Zaczynają się kolejne mniejsze i większe podjazdy. Nogi pobolewają więc decydujemy się na przerwę kawową by po chwili stanąć znów. Po lewej uczta dla oczu – piękna panorama Tatr.
Widać, że góry – śnieg jest.
Aż przyjemnie popatrzyć a to przecież nie wszystko. Na końcu odcinka podjazdowego wieś Szczyrba. Przed szybkim zjazdem do niej oczywiście obowiązkowe zdjęcie.
Szczyrba
Za nami prawie 50 km. Przyglądamy się zabudowaniom licząc na jakąś jadłodajnię ale nic z tego. Wszystko zamknięte więc pozostanie obyć się bez obiadu. Zapada za to decyzja, że na dalszą trasę wybieramy wariant dłuższy (około 40 km). No to jazda. Kilka kilometrów dalej we wsi Łuczywna jest czynny sklep spożywczy więc tu skusiliśmy się na smaczne drożdżówki. Wzmocnieni, ruszamy dalej by dociągnąć się do większej miejscowości – Poprad. Szlak wiedzie przez miasto można więc zerknąć na ładny rynek i zabytki.
Popradzka starówka.
Za miastem jest chwila ruchliwą drogą DK18, z której na szczęście zjeżdża się po około 2.5 km we wsi Hozelec.
Pusta, wąska droga prowadzi przez przepiękne tereny, w których bezkresne pola mieszają się z majestatycznymi szczytami gór. Co chwilę staję robić zdjęcia. Moja Żona zaczyna trochę narzekać na kolano więc jedzie sobie wolno nie nadwyrężając nogi a ja po każdej focie ją z mozołem doganiam 🙂
Pola, łaki, góry 1/3Z drugiej strony też ładnie 🙂Pola, łaki, góry 2/3Pola, łaki, góry 3/3
Piękne tereny ciągną się aż w okolice Wierzbowca, gdzie odbija się na typową, rowerową ścieżkę, która prowadzi nas aż do celu tego dnia – miasta Kieżmark. Szczególnie miły jest finish – z górki na pazurki 🙂 czyli, że w dół 🙂
Kieżmark.
Dzwonię do właściciela pensjonatu by odebrać klucze i tu czeka nas niemiła niespodzianka. Podawałem, że dojedziemy póżniej i … gościa chwilowo nie ma. Będzie za godzinę. Ech… słabo. Wracamy do centrum szukając gdzie coś zjeść. Pierwsza pizzeria nieczynna (mimo, że powinna działać wg google mapsów). Dopiero w rynku jest małe bistro gdzie wciągamy tortille. Decydujemy się też na zakupy w sklepie pod swojską nazwa Lidl 🙂 W ich czasie dzwoni właściciel więc wracamy na kwaterę by zacząć zasłużony odpoczynek.
A jak poszło w ostatni dzień jazdy? Zapraszam do kolejnego wpisu.