Archiwa tagu: dębno

Maraton Dębno 2025

Jako, że w Dębnie biegłem pierwszy raz rok temu to nie miałem większych problemów logistycznych z edycją tegoroczną. Dojazd, zakwaterowanie bez przeszkód. W biurze zawodów stawiłem się koło 13:00. Było jeszcze dość pusto więc szybciutko odebrałem pakiet (sporo rzeczy i fajna koszulka) no i można było oddać się relaksowi. Pospacerowaliśmy z Żoną po Dębnie, Myśliborzu, udaliśmy się na obiadek a wieczorem można było już obijać w hotelu. Łącznie wychodziłem w ten dzień około 8 km ale, że tempo było spacerowe z odpoczynkami to raczej nie przeszkodziło w biegu.

Niedziela przywitała mnie mrozem. Trochę obawiałem się czy nie będzie mi za zimno na trasie. Na szczęście szybko pokazało się słońce co dość dobrze wróżyło na bieg.

Nie wymyślając za wiele. Na starcie stawiłem się około 30 min przed maratonem. Zrobiłem spokojną rozgrzewkę, poprosiłem małżonkę o fotę no i należało się już ustawiać.

W tegorocznej edycji nie było aż tak wiele osób. Z tego co czytałem wystartowało około 650 osób. Między poszczególnymi grupami zrobiły się więc dość spore przerwy. Stanąłem za 4.15 a przed 4.30. Ponieważ biec miałem szybszym tempem niż grupa 4.30 wydawało mi się to logiczne.

Równiutko o 10.00 ruszyliśmy. Po chwili wyszło, że biegnę jednak trochę za szybko i co chwilę tasuję się z grupą 4.15. Bałem się czy nie skończy się to jakąś spektakularną porażką ale strasznie wkurzało mnie to miejsce w peletonie. Biegnąc wyprzedzałem ich. Za chwilę mijały 4 minuty i musiałem przechodzić do marszu. Nie chcąc przeszkadzać innymi zbiegałem do krawędzi jezdni. Grupa wtedy mnie wyprzedzała i zabawa zaczynała się od nowa.
Uznałem, że wóz albo przewóz. Siłę mam, nie biegło mi się strasznie źle to spróbuję zaatakować te 4.15 i odstawić ich na tyle by ciągle nie wchodzić sobie w drogę 🙂

Strategia ta nie była pewnie idealna ale przez pierwszą połowę biegu realizowałem ją całkiem sprawnie. Międzyczasy wyglądały tak:

5:00 km – 00:29:34 tempo 5:54/km tętno 154 ud/min
10.00 km – 00:29:14 tempo 5:50/km tętno 161 ud/min
15.00 km – 00:29:59 tempo 5:59/km tętno 159 ud/min
20.00 km – 00:29:55 tempo 5:59/km tętno 162 ud/min
25.00 km – 00:32:19 tempo 6:27/km tętno 160 ud/min
30.00 km – 00:34:25 tempo 6:53/km tętno 157 ud/min
35.00 km – 00:36:18 tempo 7:15/km tętno 158 ud/min
40.00 km – 00:41:21 tempo 8:16/km tętno 149 ud/min
42.76 km – 00:23:07 tempo 8:21/km tętno 142 ud/min

Do około 20 km szło to zgodnie z zamierzeniami (chociaż zwyczajowo dość szybko zacząłem czuć spięcie łydek i podudzi). Udawało mi się jednak tempo trzymać, tętno też nie leciało w nieskończoność.
Po 20 km zaczęły się jednak kłopoty. Kolejną piątkę zrobiłem już wolniej, zgodnie z pierwotnymi założeniami tempa. Niestety po 27 km walnął mnie taki kryzys że szok. Próbowałem coś się ratować kombinacjami a to 3 min biegu + 2 chodu ale wytrwałem tak może z kilometr, dwa i był koniec. No nie mogłem. Nogi ciężkie, zaczątki skurczów i głowa woła – idź 🙁 Do mety niestety więcej szedłem niż biegłem. Nerwowe zerkanie na zegarek mówi, że może by jakoś jeszcze dał radę zmieścić w tych 4:30 bo z pierwszej połowy zbudowałem mały zapas czasu ale niestety … co zacząłem podbiegać ze 100 m to miałem dość i kolejne 200 lazłem. Na kulawy trucht (modląc się by mnie nie sieknął jakiś mega skurcz) zdobyłem się dopiero na końcowej prostej. Masakra 🙁

Na mecie zameldowałem się po czasie 04:46:10 zajmując miejsce 559 z 643. W M50 byłem 80. Medal dali, wodę i folię termiczną też. Dociągnałem się do Żony, pogadaliśmy chwilę, zjadłem makaron no i można było wracać. Wydaje mi się, że w tym roku nie było losowań niczego no to zebraliśmy się i ruszyliśmy do domu by nie marnować więcej czasu.

Kondycyjnie wiadomo jak to po maratonie. Łaziłem ciągnąc nogi a najgorzej było wstać z fotela w aucie 🙂 Dzień, dwa później jest już sporo lepiej. Oczywiście czuję mięsnie ale myślę, że w czwartek będzie można pójść na lekki rozruch 🙂

Analizując co nastapiło – Nie powiem trochę mi było szkoda w pierwszym momencie, iż 4:30 nie wpadło. Na chłodno jednak myślę, że liczyłem na zbyt dużo do tego co mogłem realnie dokonać. Ja muszę jednak mieć dobrze przepracowany trening by były wyniki. Gdyby zrealizowany cykl Gallowaya powtórzyć na spokojnie jeszcze z raz, dwa (podnosząc oczywiście tempa czy zmniejszając przerwy) mogłby to wyjść całkiem inaczej. Na poprawę humoru zauważyłem za to (w apce Suunto) informację, że aktualny maraton zrobiłem o 8:38 min szybciej niż ubiegłoroczny. Czyli – nawet te parę tygodni treningu dało mi progres 🙂 To dobra prognoza. Jestem nastawiony więc pozytywnie. Spróbuję przepracować zimę podobnym stylem i na wiosnę kto wie, może gdzieś znów się pobiegnie 🙂

Tydzień maratoński nr.42 :)

Przygotowania można oficjalnie uznać za zakończone. W bieżącym tygodniu chciałem zejść z objętości, odpocząć i na maratonie stawić się z pełnym zasobem sił. Czy taki pełny będzie to nie wiem, ale odpoczynek biegowy był aż za duży 🙂

Poniedziałek 13/10
Wolne

Wtorek 14/10
Bieg. Dystans: 4,80 km. Czas: 00:28:47. Średnie tempo: 06:00 min/km. Przewyższenia: +47/-56 m
Pierwotnie chciałem zrobić jeszcze 14 km Gallowayem ale pokonała mnie pogoda. Wietrznie, zimno i deszczowo. Biegam ostatnio na szosie między wioskami. Na poboczach porobiły się spore kałuże i to nic miłego jak trzeba w nie włazić ustępując samochodom (a nie daj Boże, że jakiś Cię ochlapie). Z tego powodu biłem się z myślami czy nie przenieść biegu na środę ale finalnie poszedłem na kompromis (z samym sobą) – pobiegnę ale mniej. Jak już ruszyłem to oczywiście padać przestało 🙂 Nie miałem jednak ani wody, ani czołówki więc trudno, bieg był krótki.

Środa 15/10
Wolne

Czwartek 16/10
Bieg. Dystans: 12,07 km. Czas: 01:17:10. Średnie tempo: 06:23 min/km. Przewyższenia: +144/-126 m
Zgodny z planem Galloway. Jakoś średnio mi się biegło. Niby zrobiłem ale czułem się na nim / po nim mocniej zmęczony niż zawsze.

Piątek 17/10
Wolne

Sobota 18/10
Wolne, spacerki będą po Dębnie i okolicy.

Niedziela 19/10
Maraton 🙂

Co z tego wszystkiego wyjdzie to zobaczymy w niedzielę. Osobiście na cud się nie nastawiam bo to wcale nie szybko, nie dużo tego biegania było. Z tego powodu nie do końca nawet jestem przekonany czy czas 04:30 jest realny. Ale próbował będę.
Wypowiem się natomiast na temat zrealizowanych treningów Galloway-em. Mam wrażenie, że szły one lekko i „przyjemnie”. Faktycznie osoby ze słabsza wytrzymałością sporo mogą ugrać tym sposobem. Przerwa na marsz zmniejsza tętno, pracują w niej trochę inne mięsnie niż w biegu. Pozwala to odsunąć zmęczenie w czasie i pokonać dużo większy dystans niż czystym biegiem. Sumaryczne tempo też nie robi się jakieś mocno tragiczne w porównaniu do biegu a później samego chodu gdy zaatakuje nas maratońska ściana 🙂

Jeśli chodzi o technikalia 🙂 na maratonie: Finalnie pobiegnę jednak w krótkich spodenkach (z Decathlonu) i getrach (Joma). Testowane ostatnio długie legginsy coś mi z tyłka zjeżdżają 🙂 Nie chcę się denerwować tym podczas dużego wysiłku. Na górę zakładam długi rękaw Adidasa, na głowę bandana. Żele, wodę będę dźwigał w lekkim plecaczku pod biegi ultra (chińczyk ale bardzo fajny). Największy dylemat miałem co do skarpet, butów. Chciałem wprawdzie polecieć w lepszych Adidasach na boost-cie ale jakoś mi nie leżą w dalszym ciągu (mimo, że rok temu w nich maraton zrobiłem). Z tego powodu wziąłem przechodzone już mocniej Reebooki, w których trenowałem ostatnimi czasy. Może żałował nie będę.

Tydzień przedmaratoński nr.41

Kolejny tydzień za mną. Ostatni, w którym podniosłem jeszcze objętości biegowe. W tyg.42 mam plan lekko odpocząć, tak by na maratonie stawić się „na świeżo”.

Przechodząc na szybkości do cyfr:

Poniedziałek 06/10
Wolne

Wtorek 07/10
Bieg. Dystans: 26,13 km. Czas: 02:52:18. Średnie tempo: 06:35 min/km. Przewyższenia: +363/-360 m
Najdłuższy Galloway w przygotowaniach. Poza zwyczajowym zmęczeniem nóg szedł mi w sumie całkiem dobrze. Wydawało mi się, że odcinki biegowe do końca robię szybciej niż te 6.10, ale matematykę ciężko oszukać. Coś musiało iść gorzej, skoro finalnie tempo miałem 6:35. Niemniej do końca wytrzymałem co uważam za swój sukces.

Środa 08/10
Wolne

Czwartek 09/10
Bieg. Dystans: 12,08 km. Czas: 01:17:28. Średnie tempo: 06:24 min/km. Przewyższenia: +122/-110 m
Tygodniowy Galloway nr.2. Bezproblemowy jak widać po tempie.

Piątek 10/10
Wolne

Sobota 11/10
Bieg. Dystans: 5,32 km. Czas: 00:33:48. Średnie tempo: 06:21 min/km. Przewyższenia: +169/-161 m
Rower: Dystans: 48,59 km. Czas: 03:18:02. Średnia prędkość: 14:72 km/godz. Przewyższenia: +307/-307 m

Za ciepło nie było ale skoro nie padało to i bieg i rower w plan dnia weszły 🙂 Bieg bez sensacji. Rower widokowy – jesień idzie jakieś zdjęcia pięknych kolorów natury już można robić.

Niedziela 12/10
Bieg. Dystans: 10,14 km. Czas: 00:57:02. Średnie tempo: 05:37 min/km. Przewyższenia: +255/-242 m
Spacer. Dystans: 2,11 km. Czas: 00:42:56. Przewyższenia: +58/-64 m

Niedzielną dyszkę zrobiłem w towarzystwie żony. Ona jechała rowerem a ja sobie biegłem. Żeby jej aż tak mega nie spowalniać wszedłem na lepsze tempa. Zmęczyłem się ale mimo większych górek udało się zrobić całość w dobrym tempie – 5:37. Ot takie odmulenie od truchtania.
Po południu wybraliśmy się na krótki spacerek po Wambierzycach. Pogoda dopisała, przyjemnie spędziłem czas.

Tydzień przedmaratoński nr.40

Do maratonu zostały już tylko 2 tygodnie. Przygotowania, bez większych utrudnień, idą cały czas do przodu. Fakt, że udaje mi się dotrzymywać „terminów” napawa zadowoleniem 🙂

Biegam więc, sprawdzam sprzęt, możliwości. Jesienna aura wymusiła u mnie zmianę garderoby. Pożegnałem się z krótkimi spodenkami i koszulką a zacząłem testować legginsy i długi rękaw. Na maratonie chyba tak właśnie pobiegnę. Raczej nie byłoby zbyt rozsądnie lecieć 5 godzin na „golasa” 😉

Miniony tydzień wyglądał tak:

Poniedziałek 29/09
Wolne.

Wtorek 30/09
Bieg. Dystans: 24,50 km. Czas: 02:43:11. Średnie tempo: 06:29 min/km. Przewyższenia: +152/-150 m
Trening Galloway-em. Trafiła mi się okrutna pogoda – zimno, ciemno i padało oczywiście. Nie zrażony tym, zgodnie z wcześniejszymi przemyśleniami dość znacząco zwiększyłem dystans. Chciałem zobaczyć, co też mogę się spodziewać w czasie maratonu. Odczucia są mieszane. Trening zrealizowałem zgodnie z założeniami. Na końcu przez padający deszcz i zimno nawet trochę przyśpieszyłem bo już miałem dość tych warunków. Jednocześnie, co pisałem parę razy, czuję, że tył nóg mam mocno spięty (zaczyna się po około 12-14 km) i obawiam się czy nie skończy się to jakimiś skurczami, ścianą bliżej 30 km. Wyjdzie to już chyba na maratonie, niezbyt jest jak i kiedy wydłużyć treningi.
Cóż więcej? W sumie niewiele. Przećwiczone mam już nawadnianie/odżywianie. Do tej pory piłem co około 1.5 km. Wychodziło, iż pokrywa się to mniej więcej z moimi przerwami na marsz (bo w nich chcę się wspomagać). By sprawę uprościć należy pić/jeść co 2 marsz. W czasie tego długiego treningu ze smutkiem zanotowałem, że musiałem 2x udać się w krzaki na siku. Albo za mocno byłem nawodniony albo mix zimna i starości robi już swoje 🙂 Na maratonie chyba też mnie to nie ominie.

Środa 01/10
Wolne

Czwartek 02/10
Bieg. Dystans: 12,03 km. Czas: 01:16:47. Średnie tempo: 06:23 min/km. Przewyższenia: +103/-88 m
Nie do końca zregenerowany ale jednak ruszyłem na swoją, zwyczajową trasę treningową. Szybsze tempo wpadło ale nie starałem się jakoś na siłę zwalniać. Te kilka sekund chyba różnicy nie zrobi. Oby! 🙂

Piątek 03/10
W sumie wolne. Mieliśmy wieczorem pożegnanie kolegi z pracy więc przy tej okazji zrobiłem spacerek po Wrocławiu. Łącznie 3,6 km.

Sobota 04/10
Rower. Dystans: 51,77 km. Czas: 03:19:11. Średnia prędkość: 15,59 km/godz. Przewyższenia: +423/-389 m
Bieg. Dystans: 5,08 km. Czas: 00:32:30. Średnie tempo: 06:23 min/km. Przewyższenia: +162/-155 m
Sobota to jak zwykle dzień sportu. Zacząłem od rowerowej wycieczki z Żoną. Dla odmiany od szosowych szaleństw wsiedliśmy na rowery górskie i ruszyli na Czechy. Trochę górek było ale jechało się przyjemnie. Nawet jakieś słońce było i człowiek tak mocno nie marzł. Później trochę działaliśmy w ogrodzie i na bieganie ruszyłem jak już się ściemniało. Nie chciałem przez to biec w góry (brak czołówki) więc pozostały chodniki pod Nową Rudą.

Niedziela 05/10
Bieg. Dystans: 10,52 km. Czas: 01:05:27. Średnie tempo: 06:13 min/km. Przewyższenia: +356/-327 m
Spacer: Dystans: 8,84 km. Czas: 02:02:10. Przewyższenia: +138/-138 m

10 km pętla weszła całkiem fajnie. Siły były to i czas lepszy. Jesień idzie za to jak błyskawica. Znów mokro, wietrznie, chłodno. Odpuściliśmy przez to rower a wybraliśmy się na dłuższy spacer. Prawie 9 km wpadło. Po tym wyczynie pozostało więc leżakować w domu i oglądać TV.

Tydzień przedmaratoński nr.39

Więcej cyfr, mniej opisów bo coś nie mam natchnienia tym razem 🙂

Poniedziałek 22/09
Krótkie ćwiczenia w domu. Mam z tym jakiś kryzys ostatnio, nie chce mi się i widzę, że trzeba będzie jednak zmotywować się bardziej. Szkoda tego co wypracowałem w ostatnich miesiącach.

Wtorek 23/09
Bieg. Dystans: 20,08 km. Czas: 02:11:23. Średnie tempo: 06:21 min/km. Przewyższenia: +147/-132 m
Długie wybieganie. Poszło szybciej niż planowałem (tempo) ale pod koniec to już mięśnie nóg miałem mocno pospinane. Trochę mam obawy czy to nie będzie jakiś słaby punkt maratonu.

Środa 24/09
Rower. Dystans: 22,18 km. Czas: 00:54:32. Średnia prędkość: 22,20 km/godz. Przewyższenia: +61/-61 m
Szosowa rundka. Jechało się dobrze mimo nie pomagającego wiatru.

Czwartek 25/09
Bieg. Dystans: 12,04 km. Czas: 01:17:34. Średnie tempo: 06:26 min/km. Przewyższenia: +96/-78 m
Kolejny Galloway-owy bieg. Biegłem bardziej odczuciowo, niż pilnując cyfr stąd też kolejny raz wyszło lepsze tempo niż powinno.

Piątek 26/09
Rower. Dystans: 20,13 km. Czas: 00:53:29. Średnia prędkość: 22,58 km/godz. Przewyższenia: +64/-64 m
Szosowa runda nr.2. Znów wiatr.

Sobota 27/09
Bieg. Dystans: 5,65 km. Czas: 00:34:18. Średnie tempo: 06:04 min/km. Przewyższenia: +99/-57 m
Rower. Dystans: 43,95 km. Czas: 02:11:57. Średnia prędkość: 19,98 km/godz. Przewyższenia: +100/-92 m
Sobotę zacząłem od porannych 5 km. Tym razem po płaskim, w Oleśnicy. Biegło się dobrze.
W połowie dnia zaś jeżdżenie z żoną. Zawiedziony trochę byłem faktem, że znów mocno wiało. Trasa sprzyjała szybkiemukręceniu a tu przez większość trasy była walka z żywiołem 🙂 Nie powiem, zmęczyło mnie to.

Niedziela 28/09
Bieg. Dystans: 10,09 km. Czas: 00:51:01. Średnie tempo: 05:03 min/km. Przewyższenia: +176/-165 m – XXXI Międzynarodowy Uliczny Bieg w Twardogórze.
Na „odmulenie” zawody w Twardogórze. Planowałem dać z siebie wszystko i spróbować powalczyć o jakiś lepszy wynik czasowy. Trochę szkoda, że zawody były o 12:00 Rano miałem trochę spacerowania i na starcie nie czułem się już idealnie mocny. Poszło jednak całkiem dobrze. Zanotowałem najlepszy w tym roku czas – oficjalnie 50:56, co dało miejsce 55 z 83 W kategorii wiekowej byłem 10. Fajnie, jestem zadowolony.

Tydzień był owocny treningowo. Widzę, że przy dłuższych Galloway-ach daję radę utrzymać lepsze tempo niż planowane 06:30. Fajnie, mam jednak obawy czy to nie przedwczesny entuzjazm. Przez fakt, że dość mocno spina mi mięśnie nóg uznałem, że muszę zasymulować bardziej maratońskie warunki 🙂 Zmodyfikuję więc 1-2 kolejne tygodnie treningowe. Pierwotnie chciałem zakończyć długie wybiegania na max. 22 km (zwiększanie o 2 km co tydzień). To zbyt mało by zobaczyć jak czuł będę się w naprawdę dłuższym dystansie więc zrobię skok o 4km – 24 i być może 28 km (to do rozważenie bo niestety byłoby tydzień przed zawodami). Później oczywiście zmniejszenie objętości. Sprawdzian zaś coraz bliżej 🙂

Tydzień przedmaratoński nr.38

Nie jest źle. Rygor treningowy udaje się utrzymać bez większych problemów. Droga do maratonu jest jeszcze długa i wyboista ale światełko nadziei jest 🙂

W poprzednim tygodniu zmierzyłem się z poniższymi wyzwaniami:

Poniedziałek 15/09
Wolne. Pogoda nie była najlepsza a i odpocząć czasem warto więc robiłem nic. No może poza krótką sesją ćwiczeniową w domu.

Wtorek 16/09
Bieg. Dystans: 18,11 km. Czas: 01:55:56. Średnie tempo: 06:24 min/km. Przewyższenia: +116/-106 m
Trening Galloway-em. Włączyło mi się trochę szybsze tempo biegania. Dobrze to szło, lekko i bez większych kryzysów (poza spiętymi mięśniami po 14 km) więc pozwoliłem sobie na odrobinę szaleństwa i się nie hamowałem. Zaowocowało to na końcu lepszym tempem całości – 06:24 zamiast tych 06:30. Niby fajnie ale zastanawiam się czy entuzjazm nie jest przedwczesny. Może lepiej jednak biec wolniej? Głupio by było odpaść na maratońskiej ścianie podczas planowanego Galloway-a 🙂

Środa 17/09
Rower. Dystans: 13,55 km. Czas: 00:43:38. Średnia prędkość: 18,63 km/godz. Przewyższenia: +37/-37 m
Lekki rower na rozruszanie nóg. W domu pomachałem parę minut ciężarkami ot tak by uspokoić sumienie.

Czwartek 18/09
Bieg. Dystans: 12,06 km. Czas: 01:18:54. Średnie tempo: 06:32 min/km. Przewyższenia: +99/-83 m
Ciężko coś odkrywczego o tym biegu napisać. Był. Problemów nie było.

Piątek 19/09
Wolne

Sobota 20/09
Bieg. Dystans: 5,32 km. Czas: 00:34:30. Średnie tempo: 06:29 min/km. Przewyższenia: +119/-102 m
Rower. Dystans: 49,32 km. Czas: 03:35:41. Średnia prędkość: 13,72 km/godz. Przewyższenia: +634/-616 m
Spacer: Dystans: 1,71 km. Czas: 00:29:44. Przewyższenia: +88/-94 m

Bardzo aktywny dzień. Na jego końcu czułem już spore zmęczenie. Duża w tym zasługa aktywności ale i słoneczny dzień swoje pewnie dołożył. Jednak ostatnie dni były chłodne i deszczowe. Człowiek się odzwyczaił.

Rozpocząłem od rannego biegania na swoich górskich 5 km 🙂 2,5 w górę, 2,5 w dół. Biegło mi się całkiem dobrze ale po treningu należało krótki odpoczynek dokonać.

Rowerowo, w sobotę chcieliśmy zrobić nową trasę, która powstała w okolicy Nowej Rudy. Trasa MTB, fioletowa – 7 wzgórz. Z GPS wychodzi, że ma około 52 km i jest dość wymagająca. Rekompensować miały to piękne widoki.
Dałem się przekonać Żonie, że pojedziemy odwrotnie niż w oficjalnym objeździe. Albo był to błąd albo ta trasa jest jednak cała hardcorowa ale nie dało rady. Praktycznie cały czas na pierwszych kilometrach mieliśmy pod górę! Jak już zaczęło się podchodzenie to daliśmy spokój. Na przełęczy Woliborskiej, po około 15 km zmęczeni, wkurzeni skręciliśmy na asfalt i przyjemnie zjechaliśmy w dół. Żeby kilometry się zgadzały dobiliśmy trochę na „nizinach”. Wypruty byłem totalnie po tej wycieczce.

Dzień zamknąłem małym spacerkiem po okolicznych łąkach w poszukiwaniu kani. Teściowa jako ekspert od nich, przyrządziła je i tym sposobem wjechały pierwsze w tym roku grzybki. Żyję, znaczy chyba mnie trochę lubi 🙂

Niedziela 21/09
Rower. Dystans: 54,88 km. Czas: 03:06:28. Średnia prędkość: 17,66 km/godz. Przewyższenia: +374/-368 m
Bieg. Dystans: 10,03 km. Czas: 01:04:57. Średnie tempo: 06:28 min/km. Przewyższenia: +216/-209 m

Niedzielny rower to już bezpieczna trasa na pograniczu Polsko-Czeskim. Fajna rundka przez Tłumaczów, okolice Broumova i z powrotem przez Radków. I widoki były, i dobry asfalt. Tak to można jeździć 🙂 Mimo ponad 50 km w nogach czułem się dużo lepiej niż dzień wcześniej.

Po rowerach wszedł obiad, odpoczynek. Bałem się trochę, że bieganie będzie marne ale o dziwo nie było źle. Zacząłem wolno i spokojnym tempem wytrzymałem zakładane 10 km.

Tydzień przedmaratoński nr.37

Drugi tydzień mojej walki udało się zamknąć ze 100% zrealizowaniem planu. Nie było tak lekko i przyjemnie jak w pierwszym no ale sam w pozytywnym szoku jestem, że daję radę 🙂

Jednostki treningowe jakie odbyłem to:

Poniedziałek 08/09

Rower. Dystans: 20,17 km. Czas: 00:53:02. Średnia prędkość: 22,82 km/godz

Rundka pod Oleśnicą na rozruszanie nóg i wypalenie zbędnych kalorii. Rowerem jeżdżę raczej regeneracyjnie ale (podobnie jak i kilka innych, ostatnich wypadów) na szosówce stąd i dobra jak dla mnie prędkość.

Wtorek 09/09

Bieg. Dystans: 16,08 km. Czas: 1:44:35. Średnie tempo: 06:30 min/km. Przewyższenia: +197/-184 m

Najdłuższy, Galloway-owy trening z tego tygodnia. Szło ładnie, na nic nie mogłem się uskarżać.

Środa 10/09

Rower. Dystans: 29,72 km. Czas: 01:18:10. Średnia prędkość: 22,81 km/godz

Kolejny, rekreacyjny wyjazd. Trochę znudziła mi się już zwyczajowa trasa no to puściłem się na dłuższą pętelkę. W połowie drogi włączył się wiatr i już tak przyjemnie się nie jechało.

Czwartek 11/09

Bieg. Dystans: 12,05 km. Czas: 1:17:22. Średnie tempo: 06:25 min/km. Przewyższenia: +125/-116 m

Cieplej było a może ja bardziej zajechany i jakoś tak zaczęło mi się ciężko 🙂 Co lepsze, chęć miałem szybciej to zakończyć, co spowodowało złe pilnowanie tempa – szybciej biegłem niż powinienem! 😉 Trening zrealizowałem, no ale finalnie był bardziej męczący.

Piątek 12/09

Wolne

Sobota 13/09

Bieg. Dystans: 05,07 km. Czas: 00:32:03. Średnie tempo: 06:19 min/km. Przewyższenia: +87/-96 m
Rower. Dystans: 50,49 km. Czas: 02:43:47. Średnia prędkość: 18,50 km/godz, Przewyższenia: +299/-285 m

Wstałem dość szybko bo urodził mi się w głowie plan robienia zdjęć na Radków Garmin Ultra Race (dystans 57 km). Dość zgrabnie miałem przygotowaną logistykę – kiedy wyjechać, gdzie zaparkować auto by mieć dobre dojście do biegaczy na około 10 km ale… nie przewidziałem, że oprócz biegów tam są też jakieś wyścigi rowerowe. Policja, straż zablokowała drogi dojazdowe i niestety nic z tego nie wyszło. Może i dobrze bo jak mi mówili blokady miały być do 16:00 a wątpię by mi się chciało kwitnąć tyle czasu w „dziczy” 🙂
Skoro ze zdjęć nici to należało skupić się na swoim treningu. Obrzydliwa pogoda (deszcz) znów nie zachęcała do wyjścia z domu ale utrafiłem na okienka pogodowe. I bieganie i rower z żoną udało się dokonać bez zmoknięcia.
Biegowo tak sobie, słabszą miałem dyspozycję w końcówce tygodnia no ale 5 km dokonane jak należy.
Ciekawostka taka – dodałem do opisów przewyższenia. Biegałem pod Górami Sowimi więc wydawało mi się, że powinny być większe a tu … podobnie jak moje treningi po płaskim pod Oleśnicą. Albo Suunto coś mi fiksuje albo nie wiem.

Niedziela 14/09

Bieg. Dystans: 10,03 km. Czas: 01:01:23. Średnie tempo: 06:07 min/km. Przewyższenia: +139/-127 m
Rower. Dystans: 23,37 km. Czas: 01:26:44. Średnia prędkość: 16,42 km/godz. Przewyższenia: +170/-170 m

Niedziela podobna do soboty. Znów mokro, znów pada i trzeba czekać kiedy przestanie. Szczęśliwie dla mnie przestało ale, że wielkie były kałuże na asfaltach zbiegłem w dół ku Nowej Rudzie by pobiegać chodnikami.
Trening biegowy podobny jak poprzednie. Rozruch ciężej, później jak już się rozkręciłem to biegło mi się całkiem dobrze (mimo, że powrotne 5 km pod lekką górkę).
Na rowerze byłem już jednak mocniej zmęczony, nie chciało mi się pedałować pod wzniesienia stąd też nie porywałem się na solidne trasy. Małżonka pewnie wolałaby więcej km ale musi jej wystarczyć to co było 🙂

Plan ratunkowy na maraton

No dobra koniec obijania. Coś trzeba do tego maratonu się przygotować 🙂

Przebiec nie przebiegnę całości więc zrobię go Galloway-em. Sięgnąłem w poniedziałek do książki (pierwsza o bieganiu jaką lata temu kupiłem!) i trochę ją przekartkowałem w ramach szukania inspiracji. Kurcze, ciekawa 😉

 Jest to pozycja z pewnością dla amatorów, może za dużo w niej wodolejstwa miejscami ale … jednak zawiera sporo interesujących i nadal aktualnych zagadnień. Kto nie czytał, może warto zerknąć? Na zachętę, w jakimś kolejnym wpisie postaram się troszkę więcej napisać o niej.

W każdym razie – bezpośredniej odpowiedzi jak pobiec nie znalazłem, bo moja (Galloway miał chyba parę różnych pozycji) zawiera plany max. do półmaratonu. Pewna inspiracja jednak jest możliwa i przygotowałem sobie autorski plan treningowy na pozostałe tygodnie.

Chciałbym to zrobić tak:
WTO CZW SOB NDZ
wk36 14G – 12G – 5R – 10R
wk37 16G – 12G – 5R – 10R
wk38 18G – 12G – 5R – 10R
wk39 20G – 12G – 5R – 10R
wk40 22G – 12G – 5R – 10R
wk41 16G – 12G – 5R – 10R
wk42 18G – 12G – 5R – 10R
wk43 10R – 10R – x – maraton

Cyferki to kilometry na traningu. G – trening Gallowayem (bieg-marsz), R – bieg

Galloway robiony będzie w stosunku: 4 min biegu, 1 min marszu. Pierwotnie myślałem trochę inaczej ale ten czas prosto jest pilnować wg zegarka. Jakieś sekundy, nieparzyste minuty na zmęczeniu raczej by nie wyszły. Tempo biegu ~06:10, marsz – na pewno szybciej niż spacer ale nie forsowny marsz (jednak ma to służyć zmniejszeniu zmęczenia).

Pierwszy trening już za mną. 14 km, zrobiłem bezproblemowo. Z całości wyszło mi tempo ~06:30 czyli mniej więcej tyle co na 04:30 w maratonie. Pewnie zwolnię i będzie gorzej ale życzeniowo mi pasuje 🙂

Treningi, przygotowania, lenistwo

Skończył mi się trochę zapał do pisania (o bieganiu) bo skoro nie ma się czym pochwalić to ile można narzekać? Niewiele też nowości, mógłbym w sumie zrobić „kopiuj – wklej” z poprzednich wpisów i by pasowało 🙂

No ale… Jak wspominałem wcześniej, maratońskie wyzwanie przeniosłem na październik 2025. W maju wyglądało to całkiem dobrze ale oczywiście leciał miesiąc za miesiącem a nie znalazłem motywacji do rozpoczęcia przygotowań. Ot truchtałem sobie po te 5 km, cztery razy w tygodniu.
Trochę w tym lenistwa, trochę problemów zdrowotnych. Wagowo zgubiłem tylko 1kg. Kolana coś mi się nie chcą też same naprawić. O ile nie bolą przy chodzeniu, bieganiu to próba zrobienia pełnego przysiadu skutkuje wrażeniem, że się zaraz rozlezą 🙂

 Chyba pora będzie zacząć łazić po lekarzach by sprawdzić co tam ogólnie w nich słychać.

Cackam się więc trochę sam ze sobą. Chciałbym a się boję, że zaliczę jakąś mega kontuzję.

O tym by zabrać się jednak za robotę przypomniałem sobie w lipcu. Trudno będzie co ma być. Za cel na ten miesiąc postawiłem sobie zwiększenie dystansów do 10 km. Tak też się stało. Ostatnie 2 tygodnie to już truchtanie takiego dystansu.

Wg mnie jest już oczywiście za późno by się do tego maratonu przygotować. Tym bardziej, że sierpień to miesiąc urlopów i treningi nie będą mogły być realizowane zbyt dobrze przez 2 tygodnie. Coś tam jednak będę próbował walczyć bo nie lubię odpuszczać tego na co się nakręciłem.

Próbując ubrać w.w. w jakieś liczby wyglądało to tak:
05/2025 – 77,4 km
06/2025 – 71,6 km
07/2025 – 116 km

Bieganie zwyczajowo wsparte było sporą dawką roweru. Szanowna małżonka wkręciła się na maxa i nabijamy dzikie ilości co miesiąc. Fajnie mi się z nią jeździ ale szczerze to kuleje moje bieganie przez to. Wiek, siły nie te – jak zrobię 50 km na rowerze to już biegać później mi się nie chce. Pilnuję więc by najpierw robić treningi biegowe a później dopiero rower.

Rowerowe dystanse wyglądały mniej więcej tak:
05/2025 – 481,97 km
06/2025 – 531,77 km
07/2025 – 397,23 km

Strategia na najbliższy czas wygląda tak, że powoli zacznę przedłużać jeden trening w tygodniu tak by do maratonu chociaż pod te 20 km dojść. Resztę utrzymam na dystansach około 10 km, ewentualnie to co w górach to będzie ciutkę mniejsze. Co z tego wyjdzie okaże się w Dębnie 19/10.

AMPANEL 50 Maraton Dębno

Do maratonu zawsze należy podchodzić z szacunkiem. Z moich wcześniejszych sprawozdań treningowych można było wyczytać, iż przygotowania do biegu nie poszły zgodnie z założeniami. Im bliżej robiło się do imprezy tym więcej targało mną wątpliwości czy ma to większy sens. Nie powiem, trochę się nawet bałem bo sam nie do końca umiałem określić jak mi to pójdzie.
Czułem też ostatnio kolano. Dawałem rade biegać ale 42 km kto wie co nastąpi. Z tego powodu zrobiłem nawet 2 ostatnie treningi – jeden z opaską a drugi bez. Opaska trochę uciskała mi jednak tył nogi więc stanęło, że spróbuję bez.
Żeby dopełnić nieszczęść – w sobotę rano wstałem z połamanymi plecami. Coś chyba źle poduszkę ułożyłem. No masakra! Jak inwalida – łokieć boli (stare sprawy), kolano boli, plecy niemobilne 🙁 Oj, nie zachęcało to do biegu.

No ale.. wracając na ziemię.

PRZED ZAWODAMI

Jakoś koło środy zabrałem się za analizę logistyczną wyjazdu. Co założyć to wiedziałem – jak najmniej 🙂 Miało być ciepło więc stanęło zwyczajowo na krótkich spodenkach, koszulce, bandanie i pięciopalczastych skarpetkach. Dość długo myślałem za to czy wziąć pas czy plecak z bidonami. Finalnie stanęło na plecaczku bo do mojego pasa jednak ciężko by było upchać wszystko co chciałem zabrać + nie mam mocowania na numer startowy. A jeszcze osobny pasek na numer to jakoś średnio mi się widział.
Wszelkie sprawy startowe warto jednak planować trochę wcześniej. W czwartek ułożyło mi się w głowie, że może jednak wolałbym żele energetyczne niż musy owocowe. Jak na złość awaria samochodu zmniejszyła moją mobilność i nigdzie mi nie było po drodze. Niezbyt zadowolony zakupiłem zestaw żeli w … Biedronce. Fajnie, że tam były, tylko trochę bałem się o ich przyswajanie. One są dość słodkie, gęste i zapychające. Kiedyś je jadłem, nie robiły mi problemów żołądkowych no ale jednak nie na maratonie a na krótszych treningach. Cóż, gapiostwo nie popłaca muszą być.

Podróż do Dębna minęła bez przeszkód. Szybko udało się zlokalizować biuro zawodów, wydano mi to co trzeba. Jako, że był wybór aż 3 kolorów koszulek to skusiłem się na ostry pomarańcz. Ładna, nie powiem. Na expo zakupiłem magnezowe shoty. Na sam bieg zapomniałem je zabrać ale przynajmniej były po 🙂 Później jeszcze spacerek po mieście i można udać się na nocleg.

DZIEŃ BIEGU

Auto zaparkowane, spacerkiem (z rodziną) doszliśmy na start. Tutaj trochę się pokręciłem i spróbowałem dodzwonić do silnej ekipy forum bieganie.pl 🙂 Maraton mieli biec także Jarek i Przemek więc szkody było nie wykorzystać okazji by nie poznać osób, które często wspomogły dobrym słowem i radą.

W uroczystej oprawie orkiestry dętej spotkanie doszło do skutku 🙂 Hałas, czas, stres przedstartowy oczywiście nie pozwoliły na długie dyskusje ale miło było poznać. Liczę, że to nie ostatni raz i jeszcze biegowe ścieżki się tu i tam przetną.

Chłopaki biegli sporo szybciej więc nawet nie wygłupiałem się kręcić koło nich tylko poszedłem bliżej końca. Stanąłem między strefami 4:30-4:45 z nastawieniem, że i tak pobiegnę swoim tempem treningowym – około 6:20. Sytuację będę obserwował i ewentualnie na trasie próbował ratować co się da 🙂

START

Lekka rozgrzewka, oczekiwanie i poszło.
W mojej strefie biegło się całkiem dobrze. Ludzi owszem sporo ale nie było jednak tu wielkiego tłoku. Biegłem w pobliżu gościa zamykającego 4:30 (*opowiem o tym trochę więcej bo ciekawe). Z obserwacji zegarka wychodziło mi, że momentami trochę za szybko ale uznałem, że w sumie z górki a po płaskim to lecimy bliżej 06:15-06:20 więc powinienem dać radę.

Zgodnie ze swoim rytmem co 1.5 km brałem mały łyczek wody z softflasków. Tam gdzie były strefy nawadniające to oczywiście korzystałem z tego co przygotował organizator. Do punktów nie mam w sumie większych zastrzeżeń. Problem był na pierwszym ale później już wszystko było ok. Zawsze dało się wodę/izo dostać. Były one też na tyle często, iż dałoby radę chyba korzystać tylko z nich.

W Dębnie nigdy nie biegałem dlatego też spory stres miałem związany z trasą. Te 2 duże pętle + 2 małe (po mieście) trochę przerażały. Bałem się zwłaszcza by na zmęczeniu coś nie zamieszać w mieście. Niezbyt też wiedziałem czego spodziewać się po profilu trasy stad też czujnie obserwowałem jak przebiega pierwsze okrążenie.

W sumie nie było tak źle. Na trasie (dla mnie) najbardziej odczuwalne były 2 „podbiegi”. Pierwszy w mieście – okolice startu. Drugi już poza miastem, przed wbiegnięciem w przyjemny, zacieniony leśny fragment. Reszta w sumie nie była taka zła tyle, że było sporo „patelni” Odkryte fragmenty asfaltu w słońcu męczyły.

Przechodząc do sedna czyli maratońskiej walki 🙂
Pierwsza pętla poszła bardzo dobrze. 15 km to znany mi dystans, dałem radę pokonać go bez większych problemów.
W drugim zaczął się już stresik. Co to będzie? No i było. Koło 26 km poczułem już trudy biegu i na punkcie odżywczym zdecydowałem się na spacerek. Na szczęście nie był to mój kres i w sumie do 28-30 km dalej (chociaż wolniej już bliżej 06:50) truchtałem. Im bliżej miasta to nie będę ukrywał już coraz gorzej. Zaczęło się podłażenie. Starałem się jednak całkiem nie odpuszczać i wolno bo wolno truchtać.
W mieście szło tak sobie. Pod startową górkę musiałem podejść. Potem trochę biegu, trochę spaceru. Skręt na drugą, miejską pętelkę poszedł ok, nic nie namieszałem. Męczyłem się spacerem gdy trafił się życzliwy człowiek, który już skończył ale poczuł misję rozruszać zombiaków jak ja 🙂 Doping zrobił swoje by mu nie było przykro zmobilizowałem się i razem z nim przynajmniej kilometr zrobiłem truchtem 🙂 Pomógł mi faktycznie tą wiarą chociaż nie ma co ukrywać, raczej nie byłbym w stanie dotruchtać aż do samej mety. No ale dobre i to. Przybyliśmy piątkę i przez męczącą kostkę brukową ruszyłem na końcówkę.

Udało się! Czas na mecie: 4:54:53. Powiem tak – nie jest to czas dobry ale w kontekście tego czego się spodziewałem to wcale nie tak zły. Ja jestem w miarę zadowolony. Obawiałem się, że będzie sporo ponad 5 godzin albo nie zmieszczę się w limicie. A tu przynajmniej 4 z przodu 🙂 Pozytywnie ucieszył mnie także fakt, że kolano na trasie nie przeszkadzało, może jest i tu nadzieja.

Wyszedł mi mega tasiemiec to pora kończyć. Medal dali, wodę dali. W strefie biegacza można było zjeść makaron z mięsem lub serem. Do picia wydawano izotoniki jak i darmowe piwo. Średnio gustuję w piwach ale to całkiem, całkiem. Po wysiłku smakowało.

Wygrać się nic nie udało no to pozostało zawijać się do domu.

Acha… już w dolnośląskim stanęliśmy przy McDonald’sie. Strasznie mi się chciało śmiać jak co drugi facet wstający od stolika zaczynał inwalidzkim krokiem 🙂 🙂 Ja oczywiście też żeby nie było 🙂 🙂

*Peacemaker. Nie korzystałem nigdy z ich pomocy ale ten coś za mocno wyluzowany był. Biegł, biegł ale co trochę sobie urządzał przerwy. A to w krzaczki ze 3 razy poleciał. Ze 2 razy stanął na trasie pogadać ze znajomymi. Słabe… mam obawy, że jak ktoś mocno na nim polegał to mógł się czuć zagubiony. No ja bym przynajmniej niezbyt widział co począć przy takim prowadzącym.

Ostatnim zdaniem podsumowując. Nie ma zastrzeżeń do organizacji biegu – było ok i każdy kto tu nigdy nie był to powinien spróbować. W końcu to kawał historii polskiego maratonu.