Archiwa tagu: opis

Maratońskie przygotowanie – Tydzień 01-2023

Pierwszy tydzień nowego roku minął mi na urlopowaniu się 🙂 więc w spokoju i komforcie można było skupić się na przygotowaniach do maratonu.

Jako że czas wolny spędzałem w „swoim” Sowiogórskim terenie to uznałem, iż nie ma sensu przesadnie kombinować z jednostkami treningowymi. Układ terenu i dystans będzie wystarczającym wyzwaniem. Ważne tylko bym pilnował założonego kilometrażu, liczby biegów i nic nie nabroił.

03/01/2023
Bieg. Dystans: 12,09km, czas:1:17:00, śr. tempo:6:22min/km, śr. tętno:151 ud/min. Całkowity wznios/ spadek (trasa) +219/-219 m.

Skoro obiecałem sobie, że wtorki miały być dniem dłuższych wybiegań to puściłem się na 12 km trasę. Biegłem na niej w poprzednim tygodniu ale, że czekała mnie później ważna misja (zawieźć teściową do lekarza) to starałem się przebierać nogami trochę żywiej, by mieć później chwilę na odpoczynek.
Biegło mi się średnio. Ubrałem się za grubo a mocniejsze tempo narzuciłem już na początku, na podbiegu. Niemniej dobiegłem bez większych problemów a trasę faktycznie zrobiłem w około 1.5 min szybciej.

05/01/2023
Bieg. Dystans: 12,19km, czas:1:17:16, śr. tempo:6:20min/km, śr. tętno:150 ud/min. Całkowity wznios/ spadek (trasa) +221/-217 m.

To samo w sumie co we wtorek. Tym razem zacząłem spokojnie, nie cisnąłem pod górkę. Fantazja włączyła mi się za to w drugiej połowie treningu i z góry puściłem się sporo szybciej. Oj, mięsnie zapomniały jak to jest na zbiegach 🙂 Dało mi to solidnie w kość, pod koniec biegu przyszło za to odpokutować. Ostatnie 3 km wymęczone.

07/01/2023
Bieg. Dystans: 6,04km, czas:0:37:09, śr. tempo:6:09min/km, śr. tętno:151 ud/min. Całkowity wznios/ spadek (trasa) +79/-76 m.

Tym razem bardziej po płaskim i jak widać krócej. Nic więcej ciekawego o tym biegu powiedzieć się nie da.

08/01/2023
Bieg. Dystans: 10,28km, czas:1:06:00, śr. tempo:6:25min/km, śr. tętno:148 ud/min. Całkowity wznios/ spadek (trasa) +151/-150 m.

Nordic-walking. Dystans: 4,23km, czas:0:57:36, śr. tempo:13:38min/km, śr. tętno:- ud/min. Całkowity wznios/ spadek (trasa) +68/-64 m.

Dyszka na klasycznej (dla mnie w tym terenie) trasie „pół na pół” podbiegów i zbiegów. Odczuciowo szło mi tak sobie. Czułem się lekko zmęczony i bez większych chęci (z tętna, tempa nie wynika bym miał jakieś problemy). Żałowałem w sumie, że sobotę zrobiłem lekką. Lepszym pomysłem pewnie byłoby kolejność zamienić i na zakończenie tygodnia zafundować sobie taki krótszy bieg na dopełnienie kilometrów. No ale nie ma co płakać, najwyżej za tydzień się zmieni.

Po odpoczynku, obiedzie wyszliśmy jeszcze z Żoną na rundkę nordic-walking i dodatkowe 4 km wpadły.

Biegowo tydzień zamknął się dystansem – 40.6 km. Wyszło dokładnie tak jak chciałem. Generalnie jestem zadowolony ze swojej dyspozycji. Treningi zostały zrealizowane – czułem je momentami ale nie były to obciążenia zbyt duże do udźwignięcia. Ot, człowiek się trochę zmęczył bo dawno solidniej nie biegał 🙂

City Trail 2022/23 – Zawody 3/5

Największym moim problemem jest fakt, że z reguły dobrze zaczynam (dotyczy to wielu, różnych dziedzin życia) a słabo kończę 🙂 Zachodzą, nieprzewidziane, przeszkadzające okoliczności i jest marnie…

No dobrze. Nie wpadajmy w depresyjny nastrój. Chodzi po prostu o to. że zadowolony z pierwszych zawodów CT nastawiałem się na ciut lepszy wynik w kolejnych. Treningi szły dobrze, delikatnie podnosiłem obciążenia. W międzyczasie okazało się jednak, że mam służbowy wyjazd do Włoch i zawody nr.2 mi przepadną. Nie jest to jakaś tragedia, liczyłem na bieg nr.3 (który dość szybko był po 2). Tak jakoś wychodziło z kalendarza.
Nawet udało mi się wcisnąć do bagażu ciuchy do biegania, No i niestety… „Słoneczna Italia” przywitała mnie prawie 2 tygodniami ciągłego deszczu. Dodatkowo hotel położony był na totalnym zadu…iu. Blisko do drogi szybkiego ruchu, brak chodników itp. Niestety niewiele udało mi się pobiegać przez ten okres.
Po powrocie ruszyłem do trenowania i od razu po zaszkodził mi albo klimat (jednak zimno u nas jest) albo jakieś grypowe bakcyle (covida nie ma to można jak kiedyś łazić kaszlący, kichający do roboty i zarażać innych). Nie rozłożyło mnie nic dokumentnie ale taki byłem nijaki. Nie czułem chęci na biegi więc kolejny tydzień przepadł na odpoczynku i pasieniu się witaminami.

Dochodząc do sedna sprawy. Niewiele niestety potrenowałem i czułem, iż wielkiego wyniku z tego nie będzie.

Też tu jestem. Ten czerwony. Nie z wysiłku a z kurtki 🙂

Sobotni poranek CT przywitał biegaczy sporym zimnem i niezbyt sprzyjającymi warunkami „drogowymi”. Leśne ścieżki były błotniste, z kałużami.
Ciężko było tu cokolwiek planować na bazie swojej dyspozycji więc podobnie jak ostatnio uznałem, że wybiorę strefę ~25-28 min i ruszę z jej początku. Tym razem chyba sporo osób miało podobny pomysł bo po ruszeniu okazało się, że biegnę w grupce, która trzyma dobrze to tempo. O wyprzedzaniu mowy nie było, skupiłem się by trzymać się osoby, która dość równo i troszkę szybciej cisnęła do przodu.

Nie dałem rady utrzymać niestety „mojego zająca”. Jakoś koło 3 km trochę zwolniłem ale tempo i tak było zadowalające. Biegło się, kogoś się wyprzedziło, ktoś wyprzedził mnie…

Bez większych kryzysów, z mocniejszym finish’em doleciałem do mety. Czas mój to 25:18, czyli 4 sekundy wolniej niż w pierwszym biegu. Tym razem dało to miejsce 234 z 398 (OPEN).

Jak na słabe przygotowanie – nie było źle. Nie ma się czego wstydzić, to po prostu mój aktualny poziom. Martwi mnie jednak to, że te nieprzewidziane przerwy zachodzą bo mam duże plany na przyszłość. Duże i ryzykowne. nie ma w nich miejsca na marnowanie czasu. No ale to może w kolejnym wpisie.

Rowerem wokół Tatr – 1/3

Nowy Targ – Liptovsky Mikulas (123,14 km, czas samej jazdy około 09:59)

Zadowoleni, że pogoda nie jest tragiczna (nie pada!) ruszamy spod hotelu. Do oficjalnego punktu startowego nie jest daleko więc już po chwili widzimy tabliczki dumnie informujące, że jesteśmy na Szlaku Wokół Tatr.

W stronę polsko-słowackiej granicy jedzie się bardzo przyjemnie. Asfaltowa ścieżka prowadząca po nieczynnym już nasypie kolejowym pozwala w spokoju nabijać kilometry i rozkoszować się widokami na Kotlinę Orawsko-Nowotarską.

Kotlina Orawsko-Nowotarska

Widać jednak, że jest już po sezonie. Infrastruktura gastonomiczna 🙂 pozamykana. Zwłaszcza później, na Słowacji będzie z tym problem. Jak widzicie czynną restaurację, pizzerię to lepiej korzystajcie bo nie zdarzają się one często (nawet w większych miasteczkach szału nie było).

Poza nami na trasie nie ma też innych rowerzystów więc po króciutkiej przerwie na termosową kawę mkniemy dalej.

Ciemna chmura widoczna w oddali dochodzi nas po jakimś czasie więc w wiacie turystycznej (sporo ich na szlaku) decydujemy się ubrać w swoje poncha. Brak treningu powoduje, że chwilę to trwa i … przestaje padać 🙂 W sumie lepiej, z powrotem ładujemy je do sakw. W ten dzień popada jeszcze może z raz (30 minut lub krócej) i wtedy się one przydadzą. Przy okazji powiem, że oprócz deszczu, bardzo fajnie chronią przed chłodem.

Słowacja zaczyna się szybko. Szybko też zaczyna być potrzebna mapa.cz. Zerkam na nią co trochę bo szlak zaczyna prowadzić przez mix – opłotków mniejszych i większych miejscowości, nadrzeczne szutrowe ścieżki czy dość częste etapy po normalnych drogach (z mniejszym lub większym ruchem samochodowym).
Często też szlak przekracza rzeki więc trzeba czuwać by nie minąć linowych mostków po których się przeprawiamy.
Oznaczenia nie są tak dobre jak u nas. Tabliczki od czasu do czasu mówią o kierunku jazdy, najczęściej trzeba jednak wypatrywać rzadkich malowanych literek C (Cyklostrada jak mniemam :)) I to wszystko 🙁 Bez tracku GPX zgubić można się co kawałek.
Najbardziej słabą sprawą jest fakt, iż Słowacy od czasu do czasu prowadzą na trasie roboty ziemne. Po przejechaniu przez dwa place budowy mamy dokumentnie uwalone błockiem rowery. W takim kamuflażu będziemy jechać już do końca – niezbyt jest gdzie ani jak je porządnie doczyścić.

Niedostatki trasy rekompensują jednak piękne widoki. Mijamy ładne wioski z dużą ilością drewnianych chatek, zakola rzeki Orawy, zieleń dolin i pagórków. Są zabytki, ot choćby monumentalny Zamek Orawski.

Zamek Orawski

No i oczywiście góry 🙂 Widać je w oddali cały czas ale od około 70 km zaczynają się solidniejsze podjazdy i ich przedsmak można też poczuć w nogach. Wspinamy się powoli szutrową drogą by po chwili sycić oczy widokiem Małej i Wielkiej Fatry, w paśmie Wielkiego Chocza.

Już za chwileczkę…
Mała i Wielka Fatra, Pasmo Wiekiego Chocza 1/2
Mała i Wielka Fatra, Pasmo Wiekiego Chocza 2/2

Aż przyjemnie stawać i robić zdjęcia ale samo się nie przejedzie. Ruszamy dalej.

Droga coraz częściej prowadzi w górę. Tempo jazdy zauważalnie spada by jakoś przy 90 km (podjazdy o około 12% nachyleniu) wymusić spacerki. Oj, dało to w kość. Trudy rekompensują jednak widoki na Tatry i Niskie Tatry.

Panorama Tatr, Niskich Tatr 1/2
Panorama Tatr, Niskich Tatr 2/2

Solidnie zmęczeni zaczynamy martwić się o czas. Robi się powoli coraz później, szaro, zimno i jeśli ostatnie ~20 km będzie podobne to chyba za dnia nie dojedziemy. Od losu (twórców szlaku) dostajemy jednak bonus – kolejne 5 km to ciągły zjazd asfaltową drogą, prowadzącą przez lasy Sestrcskiej Doliny.
Udaje się nadrobić trochę czasu i dystansu gdy… nieoczekiwanie wyłącza się mi komórka. Jest zimno, padła bateria. Próbuję ją naładować powerbankiem, ale chytrość na kilogramy spowodowała, że zabrałem jakiś stary, malutki i wcale nie ma chęci on utrzymać telefonu na ON 🙂 Wrzucam telefon do sakwy niech się podładuje zgaszony, a sami próbujemy nawigować mapą. Oj, słabo to wyszło. Źle skręcamy i bez sensu drzemy pod górę z kilometr. Telefon na chwilę włącza się, udaje mi się zerknąć jak jechać i lecimy na szybkości w dół z powrotem. Po drodze pytam jeszcze policjantów w którą to stronę do Liptovskiego Mikulasa, zakładamy poncha (bo pada) i ostro pedałujemy korzystając, że jest dobrym asfaltem (główna droga), w większości w dół.
Jest! nasz cel. Ostatni stresik to znalezienie noclegu. Telefon pokazuje mi 10% baterii, mapy miejscowości nie mamy więc w myśl zasady – głupi ma szczęście na oparach energii i już prawie po ciemku docieramy na miejsce.

Uff… nocleg jest komfortowy. Duża kwatera w spokojnej dzielnicy. Ciepło, czysto, pełne wyposażenie (ręczniki, lodówka, kuchenka itp.). Odświeżenie, jeszcze spacerek do Kauflandu, gdzie oprócz jedzenia kupuję normalnego powerbanka 🙂 i można odpoczywać. Drugi dzień jazdy to mniej kilometrów ale czy po prostym terenie?

Zapraszam do czytania relacji z drugiego dnia jazdy w kolejnym poście.

Adidas Duramo SL

Mało piszę ostatnio o bieganiu ale co uważniejsi czytelnicy chyba zauważą, że coś tam jednak biegam 🙂

Nawarstwiło mi się przez ten czas sporo niezrealizowanych opisów sprzętu i nie wiem czy nawet jest już sens pisać (jak to u mnie) o starociach 🙂

Skoro jednak zakupiłem z okazji Półmaratonu Wałbrzyskiego nowe buty to chociaż się nimi trochę pochwalę.

Oj dawno nie kupowałem nowych butów do biegania. Te co mam, są wszystkie w sumie w całkiem dobrej formie (nie rozłażą się itp.) ale miałem wrażenie, że nie będą idealne na dłuższy bieg przy mojej słabej dyspozycji. Bałem się, są zbyt minimalistyczne (mała amortyzacja, drop), uklepane itp. więc gdy przeglądając co tam na wyprzedażach widać ,moja uwaga padła na tytułowe Adidasy to zakupiłem.

Adidas Duramo SL

Adidas Duramo SL to prosty i tani (w miarę) model buta. Nie ma żadnych skomplikowanych systemów, ot jest to but dla mniej wymagających (może zaczynających przygodę z bieganiem?) sportowców amatorów.

Bezpieczny zestaw kolorów, nie pobrudzi się za szybko.

Opisów tego buta trochę w sieci znajdziecie to nie będę wyważał otwartych drzwi. Napiszę tylko, że:
– nauczony doświadczeniem rozmiarowym z Adidasami (gdzie z reguły 45 są na mnie zbyt mocno dopasowane) wziąłem 46 2/3. Szkoda, że nie ma samego 46 bo ten jest minimalnie za duży. Sznurówkami da się to jednak skorygować i biega mi się dobrze. Po nodze nie lata, nie uciska przy tym wcale. Pasuje 🙂
– but jest bardzo podobny do innych tanich adidasów jakie miałem w przeszłości. Przede wszystkim solidnie wykonany, nie ma niedoróbek, skaz. Poza tym – podobny drop, podobna elastyczność, przewiewny. Podeszwa, która przy mokrym asfalcie sprawie wrażenie mniejszego trzymania ale jednak trzyma ok (nie ślizgam się, nie wywaliłem :)).

Bieżnik raczej na asfalt.

Podsumowując więc. Zakup jest udany, jestem z nich zadowolony. Na półmaratonie nie uraziły mnie z żadnej strony, nie zepsuły się nigdzie (ale na to jeszcze za wcześnie) czyli – jak nie macie pomysł co kupić sobie na start to może Adidasy?

XXII Półmaraton Wałbrzych

Stwierdzić należy, że był i w nim pobiegłem.

Organizacja zwyczajowo stała na dobrym poziomie (jak dla mnie), nie będę się więc jakoś specjalnie o niej rozpisywał. Powiem tylko, że Wałbrzyski bieg jest już powoli takim rodzynkiem, gdzie w pakiecie dają różne ciekawe rzeczy. A cena nie zabija, co tym bardziej cieszy 🙂

Same, tegoroczne zawody za to były dla mnie sporym znakiem zapytania.

Po pierwsze – forma. Zwyczajowo słaba 😉 Powolutku się rozkręcam ale wystarczy powiedzieć, że dwa-trzy razy w tym roku zrobiłem 10 km 🙂 a cała reszta to bieganie dużo krótsze.
Z tego powodu dość długo wahałem się jak rozegrać zawody. Całość biegiem była zbyt ryzykowna. Galloway (jaki zastosowałem rok temu) raczej w Wałbrzychu się nie sprawdza bo zbyt często bieg wypadał mi pod górę, a spacery z górki.
Finalnie uznałem, że biegnę ile się da, a fragmenty pod górę będę podchodził. Ewentualnie, w końcówce biegu jeśli wymięknę to będzie przeplatanka – bieg/chód.

Po drugie – nowości. Okazało się, że półmaraton poprowadzono nową trasą. Pierwszy raz odkąd biegam tu była tylko jedna pętla. Zepsuło mi to trochę strategię bo nie byłem pewien czy podchodzenia (pod górę) nie będzie za dużo i nie wpłynie to jakoś znacząco na wynik.

Po trzecie – pogoda (w tygodniu z biegiem). Ciężka niestety. Jak padało to solidnie, jak włączało się słońce to od razu robiło się mega parówka. Bałem się czy upał nie zniszczy mnie całkowicie.
Szczęśliwie podczas biegu było cały czas pochmurno i temperatura nie przeszkadzała.

Przed startem.

No ale zaczynając w miarę od początku i szybko zmierzając ku końcowi 🙂

Trasa okazała się być do wytrzymania, chociaż absolutnie nie lekka. Jest „górska”, nie ma co liczyć na luźne bieganie. Zwłaszcza dwa fragmenty na obwodnicy (długie podejścia niestety) potrafią wymęczyć. Szczęśliwie, po każdym z nich następuje dłuższy odcinek lekko w dół czy po prostej. Dawało to możliwość nadrobić stracony czas.
Poniżej prezentuje wykres przewyższeń, myślę iż najlepiej widać na nim, na co trzeba się nastawiać 🙂

Trasa biegu 2022.

Najbardziej zadowolony jestem z faktu, iż założoną strategię udało mi się spełnić. Do końca biegłem, nie miałem żadnych kryzysów. Uzyskany czas nie jest oczywiście porażający – 02:15:05 ale należy przyjąć go z pokorą i zadowoleniem.

Na mecie pojawiłem się jako 647 osoba z 801 sklasyfikowanych.

Na trasie biegu

Wygrać w loterii niestety znów się nic nie udało, co pozwala przypuszczać, że za rok znów zmierzę się z Wałbrzyskim Półmaratonem 🙂 A ma być, co jest dobrym znakiem w dobie kiedy biegi nie są już tak na topie. Kto nie był tego zapraszam, warto spróbować swoich sił w Wałbrzychu.

VIII Bieg Szerszenia – Nocny Bieg Świętojański

Jak końcówka czerwca to wiadomo trzeba pobiec w Biegu Szerszenia. Nie inaczej stało się więc i w tym roku. Mimo (zwyczajowych) trudności kondycyjnych / słabej formy stawiłem się kilkanaście minut przed startem na dziedzińcu Oleśnickiego zamku.

Jak to po czasach covidowych, także ten bieg trochę skromniejszy, mniej osób na starcie. Ogłaszano też, że nie będzie imprez towarzyszących jak bieg dzieci, pokazy ognia czy wspólna biesiada po zawodach. No szkoda ale cóż…
Organizatorzy miotali się trochę walcząc ze sprzętem nagłaśniającym ale mi to jakoś specjalnie nie przeszkadzało. Grzecznie stanąłem na końcu grupy, trochę się porozciągałem i uznałem, że jestem gotowy.

Startujemy

Jak i w paru poprzednich zawodach, nie miałem tu jakoś sztywno wyznaczonego celu. Ot, by wypaść dobrze przed samym sobą 🙂
Pamiętając jak szybko odcięło mnie na Biegu Firmowych tym razem zacząłem dużo spokojniej pilnując by nie lecieć szybciej niż 6 min/km. Chciałem utrzymać to do połowy trasy, a później zobaczyć czy są jeszcze jakieś siły czy będzie się spacerować.

Na trasie 1
Na trasie 2
Na trasie 3

Założenia taktyczne nawet były przestrzegane 🙂 A to zrobiłem kilometr trochę wolniej, a to trochę szybciej ale bez szaleństw. Ostatni nie biegłem, coraz bliżej do połowy i ze zdumieniem odkryłem, że chyba przebiegnę całość (wiem jak to brzmi ale w sumie więcej niż 5 km to nie biegam od dawien, dawna więc… :))
Rozochociłem się trochę, nie powiem więc zacząłem małymi kroczkami wyznaczać cele – a to utrzymać się chwilkę za tym, dojść, wyprzedzić i znów.
Kurcze, fajnie to szło, naprawdę jestem zaskoczony. Tym bardziej, że sobota u nas była upalna (ponad 35 stopni w dzień, słońce) a ja cały dzień praktycznie robiłem sobie coś tam przy aucie. Samo to powinno mnie zniszczyć a tu takie historie 🙂

Udało się dobiec! Metę na zamku minąłem w czasie 1:00:09. Uplasowałem się po tym na pozycji 103 z 146 z czego jestem bardzo zadowolony.
Atmosfera rywalizacji, siły na trasie działają budująco i nie powiem ma chętkę by przyłożyć się bardziej do trenowania przed kolejnymi zawodami. Obym dotrzymał obietnicy 🙂


Garmin Fenix 6X Pro – cena spokoju

Po różnych, opisywanych na blogu, przebojach z zegarkami GPS pod koniec grudnia 2020 uznałem, że pora się ogarnąć i kupić coś, co „powinno” działać i mieć wszystkie potrzebne mi opcje.
Tym sposobem wróciłem z powrotem do produktów Garmina (kiedyś miałem FR10) i kupiłem sobie Fenix 6x Pro.

Garmin Fenix 6x Pro

Nie będę się tu silił na jakieś testy – tych jest w necie tysiące. Co może, jakie ma opcje znajdziecie sobie sami.

Po ponad roku używania chciałem po prostu powiedzieć, że jest dobrze 🙂
Nie znam pewnie nawet połowy jego możliwości, nie potrzebuję ich na ten moment. Nie analizuję czy tętno/trasa zapisały się z dokładnością do 1 uderzenia/metra.

Wiem za to, że:
– działa niezawodnie, nie zawiesza się (i zegarek i aplikacja),
– wytrzymuje prawie 27 dni między ładowaniem,
– nie mam żadnych szans wykonać treningu, który by się nie zmieścił w jego pamięci,
– sygnał GPS zawsze łapie mi w ciągu kilku – kilkunastu sekund. W sporcie, nie gubi go,
– otrzymuję mnóstwo danych, które jak najbardziej wyglądają realnie,

I to wystarczy bym był bardzo zadowolony 🙂

Fenix nie jest tani, Jeśli jednak do tej pory mieliście takie przeboje jak ja to może warto zainwestować? Tym bardziej, że okazje zakupowe pewnie będą się pojawiać coraz częściej – w końcu na rynku pojawił się już jego następca – Fenix 7.

Pobiegane 🙂

Benguo x-81 uchwyt rowerowy do komórki

Nie ma co ukrywać, że przy dłuższych wyprawach w nieznane jedną z użyteczniejszych rzeczy jest możliwość wygodnego nawigowania po trasie.
Kiedyś trzeba było używać mapy, teraz najłatwiej odpalić stosowną aplikację w komórce.

No właśnie… przydałoby się jeszcze by tą komórkę umieścić na rowerze tak by nie trzeba było stawać, wyciągać jej z kieszeni czy też wyczyniać niebezpieczne sztuki jadąc z telefonem w ręku.

Uchwyt już na rowerze.

Fajnym zakupem, w mojej ocenie, jest właśnie omawiany uchwyt rowerowy – Benguo X-81.
Producent wykonuje kilka różnych wzorów, ten jest jednak dość uniwersalny i spasuje do wielu telefonów. Ja używałem go z Samsungiem A71 czyli dość sporym urządzeniem.
Jest to produkt oczywiście chiński jednak wykonany solidnie i dobrze jakościowo. Koszt zaś bardzo przystępny – około 30 zł.

Przed unboxingiem

W zestawie znajdziecie uchwyt, mocowania do kierownicy wraz z gumowymi podkładkami, śrubki montażowe, kluczy imbus no i obrazkową instrukcję (jeśli ktoś miałby problem ze zmontowaniem tego w całość).

Zawartość opakowania

W przeciwieństwie do plastikowych badziewi Benguo wykonano w całości z aluminium (zarówno uchwyt jak i mocowanie do roweru). Gwarantuje to lekkość i wytrzymałość. Nie grozi też nam możliwość połamania części przy jakimś uderzeniu, upadku.
Fajną sprawą jest fakt, że całość jest skręcana na śrubki. Obejma do kierownicy, uchwyt do obejmy no i finalnie mocowanie komórki. Umieszczenie telefonu w nim – banalne 🙂 Regulujemy szerokość wkręcając lub wykręcając pokrętło po prawej stronie. Po włożeniu komórki dokręcamy ją i już możemy ruszać na trasę.
Wg instrukcji i opisu na samym uchwycie włożyć można telefony o szerokości 55-100 mm.
Tych którzy obawiają się o porysowanie aparatu uspokajam – na wystających, czterech uchwycikach nakleja się piankowe osłonki więc nic nie grozi naszej komórce.

X-81 Przód
X-81 Tył
X-81

Z X-81 zrobiłem już naprawdę sporo kilometrów i po asfaltach i po terenie bardziej krzywym 🙂 Telefon zawsze trzymał się stabilnie. Śrubka nie ma tendencji do odkręcania się, luzowania.
Jak dobrze dobierzemy miejsce umocowania na kierownicy to wygodnie patrzy się na telefon czy też operuje po ekranie.

Jak widać nawet nie wydając sporo kasy da się podnieść komfort jazdy rowerem i nawigowania. Polecam.

Wyciskarka wolnoobrotowa Hoffen SJ-0528

Youtube: Wyciskarka wolnoobrotowa Hoffen

Soki można robić ze wszystkiego 🙂

Po przeanalizowaniu swojej diety (z ostatnich paru miesięcy) ze zgrozą zauważyłem, że ilość coli i słodyczy jakie pochłaniam jest ogromna! Nigdy nie byłem mistrzem zdrowego odżywiania ale przed „zamknięciami” przynajmniej ilość ruchu bilansowała tą słabość. Może nie chudłem ale nie przybierałem drastycznie na wadze. Teraz, kiedy biegam mniej, co oczywiste waga ruszyła w górę doprowadzając mnie do rozpaczy i ogólnego, złego samopoczucia zdrowotnego.

Trudno, trzeba coś zmienić w swoim życiu no to padło na walkę z cukrami i kaloriami. Na początek wybrałem rezygnację z niezdrowych, sklepowych napojów (patrząc na aktualne ceny coli, w sumie słusznie :)).

Hoffen SJ-0528

Jak to mówi się czasem w żartach – wodę piją tylko zwierzęta. By było zdrowo i smacznie uznałem, że sam będę robił sobie soki. Sokowirówki w dzisiejszych czasach to trochę przeżytek (a i traci się sporo wartości odżywczych owoców) no to zapragnąłem zobaczyć co potrafią wyciskarki wolnoobrotowe.

Nie przedłużając już 🙂 jeśli ciekawi jesteście jak radzi sobie tania maszyna z marketu zapraszam na film.

Testuję tanią wyciskarkę Hoffen SJ-0528

Zdjęcia do artykułu pochodzą z internetu. Między innymi ze strony producenta (link poniżej), gdzie znajdziecie też dokładne dane techniczne.

Hoffen – wyciskarka wolnoobrotowa

Lipiec 2020

No i pyk i po lipcu.

Bieganie: 58.03 km
Chodzenie: 20.31 km
Rower: 432 km

Z pewnością miesiąc specyficzny. Pod względem biegowym tragiczny. Całościowo jednak nie wyszło to tak źle, widzę pewne plusy, które w mojej ocenie przeważają negatywne aspekty.
Jak powiedziałem, biegowo dokonałem … nic. Dystans jaki pokonałem podchodzi pod wartości rekordowo niskie. Malutko, oj malutko. Wszystkie biegi w dalszym ciągu tak do około 5 km, w swoim spokojnym, jednolitym tempie. Nie jest to rozwojowe.
Szczęśliwie dla mnie, lepiej robi się jednak z moim kolanem. Lepiej się już zgina, jeszcze jakaś sztywność w skrajnym punkcie czuję ale to i tak niebo a ziemia do tego co było wcześniej. No i przy chodzeniu, bieganiu jest ok, nie przeszkadza nic.
Niedobory biegowe pokryłem w lipcu rowerem. Dystans godny 🙂 a i same wycieczki rowerowe więcej niż przyjemne. Sporo było tu górskich wypraw (Góry Sowie i okolice), koniec miesiąca zaś to powrót w Oleśnickie niziny. Siadłem wtedy na starutką kolażówkę i okazuje się, że da się na niej całkiem szybko i przyjemnie jeździć.
Ogólnie jakoś, rower mi ewidentnie dobrze wchodził. Szybko wróciłem do dobrej,turystycznej formy. Fajnie 🙂
Dodatkowym plusem dwóch kółek okazało się być zrzucenie 2 kg wagi. Z dołującego mnie 92,5 spadłem na około 90,3-90,6. To naprawdę dobry news dla mnie.

Nie lubię składać obietnic przed sobą, bo wiele razy mi coś nie wychodziło, ale mam wrażenie, że punkt wyjścia jest ok. Trzeba teraz spróbować szarpnąć bieganie. Jak nie teraz bowiem, to kiedy sam już nie wiem 🙂
We wrześniu powinienem mieć 10 km bieg w Twardogórze. Zmieniona (ale pewnie i tak szybka) trasa zachęca by pokazać się z dobrej strony. Czy będę w stanie? Zobaczymy ale jak wyżej, koniecznie muszę zacząć biegać solidniej bo inaczej będzie wstyd, że hej!