O odnowionych przez producenta produktach słyszał pewnie każdy. Nie każdy pewnie miał jednak z nimi do czynienia. Cena wiadomo lepsza ale czy nie będzie to towar z wadami, gorszymi parametrami czy śladami używania? Obawy mogą nas odstraszać od pomysłu zakupu takiego urządzenia.
Specjalnie oznaczone pudełeczko
Do tej pory, sam raczej nie interesowałem się takimi sprzętami. Migały mi tu i ówdzie reklamy ale jak coś kupowałem to albo nowe albo używane. Myślę, że to tylko dlatego, iż nie udało mi się trafić na naprawdę dobrą okazję 🙂
Ostatnio jednak żona poprosiła mnie o pomoc w wyborze innego sportowego zegarka dla niej. Do tej pory używała Garmina Vivoactive 3, który w sumie jej pasował. No, poza czasem działania bo to miał słabe. Bateria w nim działała w sposób dość losowy mimo, że serwis Garmina twierdził, iż jest ok.
Wymagania: może być nowy, może używany ale ma dłuuuuggggoooo działać w trybie GPS. Wiadomo, przynajmniej tak fajny jak w.w. Vivo 🙂 Finalnie zaś – nie najdroższy, powiedzmy tak do 1k PLN.
Wybór niedrogich zegarków dość istotnie zawęża się jeśli zaczynamy szukać czegoś co wytrzyma z GPS ponad 12 godzin w jednym rzucie. I nie jest to przypadek a stała możliwość 🙂 Coś tam oglądałem, coś dumałem, gdy pomyślałem o Fenixie 5s. I pewnie bym jej taki polecił gdyby nie rzuciła mi się w oczy oferta Fenix 6s refurbished. Kosztował tyle co używane 5s, gwarancję wiadomo ma normalną no to bierzemy.
W zestawie są…
Nie będę tu przedłużał lania wody. Warto. Zegarek wygląda jak nowy. Nie ma żadnych śladów używania, żadnych skaz, wad. Na ekranie folijka taka jak w nowych. W pudełeczku (jak widać specjalnym) w sumie to co w nowym – zegarek, ładowarka, instrukcje. Cóż… sprzęt działa tak jak powinien, teraz czasu GPS jej na pewno nie zabraknie 🙂
Z przodu (już odpalony)
Wiedząc teraz co to jest (przynajmniej w wydaniu Garmina) myślę, że nie warto bać się sprzętów refurbised.
Z tyłu
Finalnie mała uwaga – w aukcji na której go kupowałem była informacja, że producent nie gwarantuje pełnej wodoszczelności (jaką ma nowy). Nie wiem czy to asekuracja czy faktyczne ograniczenie ale warto wiedzieć. Dla nas w sumie to żaden problem bo żadne z nas w żadnym zegarku nie pływa, nurkuje.
W Radiu Wrocław jest audycja Ostre Koło, która jak łatwo się domyślić dotyczy tematów rowerowych. W jej ramach, w różnych miastach naszego regionu, cyklicznie organizowana jest impreza rowerowa.
Zaczyna się ona od śniadania, w międzyczasie ciekawi goście opowiadają (w radio) o rowerach i nie tylko, a finalnie zebrana grupa jedzie na interesującą trasę.
Rozmawialiśmy swego czasu z Żoną, że mogłoby to być ciekawe i trzeba by kiedyś się zgłosić, wysyłając SMS. Za rozmowami nie zawsze idą czyny 🙂 ale, że miałem ostatnio trochę czasu i usłyszałem, że tym razem jazda odbywa się blisko nas to myślę, ok spróbuję 🙂 Jakież było moje zdziwienie, gdy miła Pani z radia, oddzwoniła i powiedziała, że zapraszają 🙂
Sprzęt został przygotowany, zmieścił się do samochodu, rowerowe ciuchy ubrane no to ruszyliśmy do miejscowości Spalona, położonej blisko masywu Jagodna.
Owca z widokiem
Start imprezy mieścił się w hotelu Owca z Widokiem, który dla przybyłych uczestników zaproponował pyszne, wegetariańskie śniadanie. Niby sportowiec nie powinien się objadać ale wszystko wyglądało na tyle pysznie, że nie będę ukrywał próbowałem i próbowałem 🙂
Co by tu…?
Po śniadaniu, udało się machnąć jeszcze szybką kawę, sprawdzić sprzęt i można było startować.
Ruszamy
Wybrana trasa to całkowita nowość dla mnie – single track, jakich sporo przygotowano, w rejonie Kłodzka. Ten liczył około 15 km i określony był jako łatwy. Trochę stresowało mnie, że większość uczestników przybyła góralami, a chyba tylko ja na swoim starutkim trekkingu Meridy. No ale … do odważnych świat należy 🙂
Więcej o takich trasach możecie poczytać na stronie:
Singletrack to naprawdę ciekawa sprawa! Ścieżka jest mocno techniczna. Sporo na niej zakrętów (i to ostrych), pomostów, podjazdów i zjazdów. Szerokość faktycznie dla singla 🙂 jeśli chcemy kogoś wyprzedzić, trzeba liczyć na jego dobrą wolę i kulturę i poczekać aż nam ustąpi.
Fajną sprawą jest na pewno fakt, że ludzie nie robią tu głupot. Podczas jazdy, nie spotkaliśmy nikogo, kto jechałby „pod prąd”. Nie było też turystów pieszych.
Mimo, że dana trasa miała być łatwa, to jednak trzeba na niej wykazać sporo uwagi i trochę się zmęczyć. Około 10 km prowadziło pod górę, na szczyt Jagodnej, a dopiero stamtąd rozpoczynał się 5 km zjazd w dół.
Jeżeli chodzi o nawierzchnię to jedziemy lasem po ubitej ziemi. Wiadomo są to góry więc sporo tu kamieni, skał. I faktycznie były to warunki na górala. Ujechałem około 3 km gdy Żona mówi, że zaczyna mi bić tylne koło 🙁 Słabo, miałem to już kiedyś nad morzem – puściła któraś szprycha. Niezbyt jest co z tym dokonać, pozostało modlić się by wytrwało i jechać do przodu. Zwolniłem, przez hopki starałem się przejeżdżać delikatnie. Mocniej też musiałem kręcić, bo latające koło, ocierało o gumki hamulca. Większość grupy nas wyprzedziła a my wolno turlaliśmy się do przodu.
Chwila oddechu na szczycie.
Na szczycie Jagodnej zrobiliśmy, krótką przerwę by się napić i podziwiać widoki z wieży. Robią wrażenie, warto było się zmęczyć.
Pięknie tu
Zjazd w dół w mojej ocenie był trochę trudniejszy niż wspinaczka na szczyt. Nawierzchnia w wielu miejscach to spore skały, nie było to totalnie miejsce dla mojego roweru. Mimo to dzielnie sobie radził 🙂 i udało mi się zjechać bez przygód (finalnie jak sprawdziłem poluzowały mi się 2 szprychy i koło zdecentowało się).
Z górki na pazurki 🙂
Ufff… hotel. Dojechaliśmy mimo technicznych problemów. 15 km trasę pokonaliśmy w około 1.5 godziny i dała mi ona trochę w kość. Nie spodziewałem się takich atrakcji ale jestem bardzo zadowolony. Widoki były piękne, ścieżka dobrze przygotowana i pozwalająca pojeździć po czymś nowym (dla mnie).
Profil, przebieg trasy.
Na koniec dostałem mapę z zaznaczonymi wszystkimi trasami w regionie i myślę, że to nie było nasze ostatnie spotkanie z single trackami. Na właściwym rowerze będzie to fajna przygoda :), już planujemy gdzie wybrać się kolejny raz. Polecam wszystkim przybyć na Dolny Śląsk i samemu pokręcić po naszych drogach.
Nie samym bieganiem człowiek żyje 🙂 Aktywnie można spędzać czas również chodząc. No a żeby korzyści z ruchu było jak najwięcej to czemu nie nordic-walking.
Ja podczas takich spacerów używam kijków firmy Spokey. Czy są dobre i warto je kupić? Zapraszam na film.
Po różnych, opisywanych na blogu, przebojach z zegarkami GPS pod koniec grudnia 2020 uznałem, że pora się ogarnąć i kupić coś, co „powinno” działać i mieć wszystkie potrzebne mi opcje. Tym sposobem wróciłem z powrotem do produktów Garmina (kiedyś miałem FR10) i kupiłem sobie Fenix 6x Pro.
Garmin Fenix 6x Pro
Nie będę się tu silił na jakieś testy – tych jest w necie tysiące. Co może, jakie ma opcje znajdziecie sobie sami.
Po ponad roku używania chciałem po prostu powiedzieć, że jest dobrze 🙂 Nie znam pewnie nawet połowy jego możliwości, nie potrzebuję ich na ten moment. Nie analizuję czy tętno/trasa zapisały się z dokładnością do 1 uderzenia/metra.
Wiem za to, że: – działa niezawodnie, nie zawiesza się (i zegarek i aplikacja), – wytrzymuje prawie 27 dni między ładowaniem, – nie mam żadnych szans wykonać treningu, który by się nie zmieścił w jego pamięci, – sygnał GPS zawsze łapie mi w ciągu kilku – kilkunastu sekund. W sporcie, nie gubi go, – otrzymuję mnóstwo danych, które jak najbardziej wyglądają realnie,
I to wystarczy bym był bardzo zadowolony 🙂
Fenix nie jest tani, Jeśli jednak do tej pory mieliście takie przeboje jak ja to może warto zainwestować? Tym bardziej, że okazje zakupowe pewnie będą się pojawiać coraz częściej – w końcu na rynku pojawił się już jego następca – Fenix 7.
Biegacze są różni. Jedni lubią ciągłe nowości, biegowe wycieczki w ciekawe miejsca, zawody. Inni latami bywają na tych samych imprezach, czy to poprawiając swoje wyniki czy też po prostu stawiając na wygodę, lokalny patriotyzm 🙂 Moje nastawienie z biegiem lat skręca właśnie w stronę „lubimy piosenki które już znamy”. W swoim kalendarzu mam niezmiennie od lat pozycje, na których muszę być. Bieg Szerszenia to właśnie taka impreza. Startowałem w jej wszystkich częściach i za punkt honoru postawiłem sobie biegać tak długo póki ona będzie. Rok temu biegu nie było (z wiadomych względów), przeniesiono go zachowując opłaty na sezon 2021 (kto chciał mógł oczywiście zrezygnować). Byłem wpisany, zegar tykał i w końcu… wypada biec.
Kto czyta mój blog wie, że już od paru lat naczelnym dylematem jest – jak zrobić by nie było dużo gorzej niż ostatnio. Tym razem obawy miałem jeszcze większe bo z powodu kontuzji nie trenuję i nie biegam praktycznie już od lutego-marca. Nastawiony byłem na czystą loterię. Bardziej prawdopodobny wydawał mi się czarny scenariusz, że kolano szybko zacznie mnie boleć i nie będę mógł biec a tylko iść. Dodatkowo obawiałem się, że o ile nawet jakoś biec będę to 10 km nie wytrzymam i też skończy się marszem. Negatywny nastrój podsycał fakt, że limit czasowy to 1:30 godziny czyli nie da się zmieścić tylko idąc. No trudno, jak to się mówi – będzie co ma być. Na kolano założyłem solidną opaskę uciskową, zabrałem kijki trekkingowe, czołówkę, wodę (kamizelkę Aonijie z dwoma butelkami) no i podążyłem ku startowi.
Na starcie. Chyba tylko ja dźwigałem tyle wyposażenia 🙂
Żeby nie przeszkadzać szybszym biegaczom stanąłem sobie praktycznie na końcu. W głowie ułożyłem sobie przykazanie by szybko nie biec a raczej wlec się trochę szybciej niż bym szedł 🙂 Rozgrzewkę wykonałem stacjonarną by nie obciążać nogi jeszcze przez właściwym biegiem i pełen obaw ruszyłem na trasę.
Idzie całkiem nieźle mimo, że to początek.
Nie będę tutaj przedstawiał swoich heroicznych zmagań z zawodami, ot powiem, że wytrzymałem. Biegło mi się w miarę dobrze. Tempo miałem trochę ponad 06:00 min/km. Pierwszy kilometr skończyłem bliżej 7 min, później szarpałem trochę ku 6 i tak w sumie wytrzymałem (jeden km obleciałem nawet w 5.45, ale później sam siebie strofowałem – zwolnij bo nie dasz rady :)). Jakoś po 6 km zacząłem już czuć łydki, szczęśliwie jednak nie skończyło się żadnymi skurczami.
Na trasie.
Najbardziej ucieszyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza, że cały czas biegłem. Druga to fakt, iż nie byłem ostatni, zdarzyło mi się parę osób na trasie wyprzedzić. Zacnie, stracha trochę miałem, że jak będę wlókł się w ogonie to ani dobrze nie będzie wiadomo jak biec, no i czy zdążę przed limitem.
Czas z tego wyszedł nawet dobry (jak na dyspozycję) bo 01:02:19, miejsce 101/126.
No i super! Zaskoczyłem aż sam siebie. Gdybym wiedział, że pójdzie aż tak to nie brał bym kijków bo mi tylko przeszkadzały.
Po biegu zwyczajowo odebrałem medal, wodę do picia no i można było wracać do domu. Tym razem nie było bowiem ani biesiady świętojańskiej ani losowań nagród itp. Wiadomo, pandemia.
Na sam koniec powiem Wam, że już idąc do domu, czułem nogi. Dzień później też, zupełnie jak po pierwszych zawodach. Człowiek czuje, że ma mięśnie, ścięgna itp 🙂
Mam nadzieję, że za rok będzie można zmierzyć się z trasą bardziej „w siłach”. Teraz zastanawia mnie jak pokonać Półmaraton Wałbrzych, na który też jestem zapisany. Kolano jednak czuję znów. Oj, tam chyba siłą woli się nie uda 🙂
Wiosenny czas kojarzy się z dłuższym dniem, ciepłem pojawiającego się słońca no i wiadomym przebudzeniem się przyrody. Wszystko to działa na nas bardzo korzystnie i gdy tylko zaczyna dogrzewać to pierwsze słoneczko wiele osób czym prędzej zrzuca z siebie co się da. Zimowe ciuchy idą w kąt. Jest to jednak działanie nie do końca rozsądne. Taka wiosenna pogoda jest dość zdradliwa. Niby grzeje ale w cieniu zimno. Chłodne jest powietrze, szybko można się przeziębić, co w obecnej sytuacji wcale korzystne nie jest.
Z tego powodu sugerowałbym garderobę odchudzić ale nie przeginać w stronę całkowitego wyrozbierania 🙂
Ciekawą alternatywą na obecną porę roku jest lekka czapeczka firmy Brubeck – Merino Wool Hat (HM10200G).
Opakowanie
Jak już sama nazwa sugeruje wykonana jest z wełny merino. Dokładny skład surowcowy to: 49% Poliamid, 48%Merino i 3%Elastan. Czapeczka wykonana w bezszwowej technologii jest rozciągliwa, przyjemna w dotyku (faktura materiału) i używaniu. Materiał z jakiego ją zrobiono grubościowo jest cieńki, nie sprawia wrażenia, że będzie nam w niej gorąco.
Czapeczki w 2 kolorach
Występuje w dwóch rozmiarach S/M (52-57cm) i L/XL (57-62cm). Ja wziąłem tą większą i pasuje idealnie. Nie uciska, luźno się ją wkłada ale oczywiście głowy trzyma się dobrze 🙂 Jej producent podaje, że najlepiej sprawdzi się w okresie przejściowym – wiosenno/jesiennym. Zaklasyfikował ją również jako użyteczną do 7 punktu swojej skali aktywności (activity level – Intensive) czyli już dla całkiem mocno aktywnej osoby.
Czapka typu unisex dostępna jest w dwóch kolorach – czarnym i burgundowym. Jak widać na zdjęciach całkiem przyjemny dobór, pasuje i chłopakowi i dziewczynie.
Cóż, nosi się ją dobrze i uważam, że warto mieć. Dodatkowo warto ją zakupić z powodu, że producent dochód z jej sprzedaży przekazuje na wsparcie działań grupy GOPR. A to bardzo szczytny cel. Polecam.
Tak dobrze żarło i zdechło. Niestety, idealnie opisuje to moją sytuację treningową w lutym. Tydzień po tygodniu ładnie zwiększałem objętości, biegało mi się całkiem przyjemnie aż do ostatniego tygodnia, kiedy to przy wtorkowym biegu poczułem lewe kolano. Z raz, dwa odezwało się na treningu ale bez tragedii, spokojnie dobiegłem sobie do domu, posiedziałem i czuję … coś niezbyt. Boli mnie, sztywne takie jakieś. Kilka następnych dni, czułem je (zwłaszcza przy rozruchu np. wstając z krzesła, zaczynając iść) więc z bieganiem dałem sobie spokój. Smarowałem oszczędzałem. Szału jednak nie było. Niby nic mi nie napuchło, nic nie boli przy zgięciu, wyproście ale jakby mi kazali pełny przysiad zrobić to bym się chyba ufajdolił 🙂 No i wyprzedzając fakty tak to się coś ciągnie do teraz. W sumie nie wiem czy to coś z kolanem, czy jakieś ścięgna/wiązadła przy nim (?). Problem mam z takim pełnym wyprostem nogi i czuję okolice kolana trochę przy przekrzywieniu nogi w bok. Ogólnie oba coś mi kolana doskwierają od momentu jak się upasłem wagowo 🙁 Cóż, pretensje można mieć do siebie. Ratując sytuację zmniejszyłem radykalnie intensywność sportu. W opasce usztywniającej zacząłem spacerki, teraz dopiero delikatnie próbuję coś pobiegać. Zobaczymy, jak nie odpuści to za jakieś dwa, trzy tygodnie to trzeba będzie się pofatygować do lekarza niech obada sprawę. Oprócz tego wziąłem się za ćwiczenia w domu.
Sam luty siłą rozpędu wyszedł całkiem ładnie, kontuzję widać będzie dopiero teraz w marcu. Wynikowo wyszło mi tak: Bieganie: 98,4 km Chodzenie: 33,83 km Waga: znów kilogram w dół, okolice 93 🙂
Cóż… Inteligentny człowiek wysnuje właściwy wniosek, że chwilowo już po planach startowych. Majowy maraton chociażby i się odbył to beze mnie. Nawet jak pozbieram się po kontuzji to czasu będzie za mało na sensowne przygotowania. Trzeba zapomnieć i liczyć, że chociaż biegi jesienne jakieś uda się wykonać. Jedyny plan jaki mam na obecną chwilę to nie zastać się całkiem, utrzymać chociaż resztki aktywności i pracować nad wagą by ciągle szła w dół. Czy tak będzie? Opiszę za miesiąc.
Nie wiem czy tylko mi, ale czas ostatnio leci do przodu jak strzała. Ledwie zaczął się rok 2021 a już mamy za sobą jego pierwszy miesiąc. Starzy ludzie tak chyba mają, że wszystko szybko im ulatuje 🙂
Cóż, skoro tak, to wypadałoby w takim razie „ku pamięci” wpisać jak sobie w nim poczynałem. Tym razem przygotowałem się lepiej z danymi 🙂 jest więc o czym popisać. W Stravie jakoś nie znalazłem dalej odpowiedzi na moje dylematy ot, po prostu przeprosiłem się z kartką, ołówkiem i kalkulatorem (= czytaj OpenOffice Calc).
No ale, do rzeczy. W styczniu pokonałem biegiem – 99.86 km, a z kijkami nordic-walking przeszedłem kolejne 34,02 km.
Nie poraża to jakoś szczególnie ale patrząc na wykres nie jest wcale tak źle.
Notuję jak widać, mały ale jednak trend wzrostowy 🙂 co mnie cieszy. Mógłbym pewnie docisnąć sporo więcej ale jako osoba ostrożna (a przy tym ciągle narzekająca na kolana) boję się zbyt wielkich obciążeń treningowych. Lepiej pomału, a systematycznie do przodu.
Wszystkie moje biegi w styczniu to spokojne budowanie bazy. Tempowo sporo ponad 6:00 min/km, ale też duża w tym zasługa pory roku. Zima dosypała śniegiem i szybkie przemieszczanie się mocno utrudnione. I w terenie i po asfaltach na które wróciłem częściowo w tygodniu. Nie jestem zbyt zadowolony z treningów w mieście, ale okazało się, że w lasach (gdzie biegałem) zaczęli wycinkę drzew i zrobili masakrę! Poszerzyli sobie drogę na dwa ciągniki 🙁 nacięli krzaków, drzew ale, że padał deszcz, śnieg, topniało to – jest bagno. Nie da rady na ten moment tam wejść, myślałem, że się utopię jeden raz jak jednak spróbowałem. Słabo, muszę chyba opracować jakąś alternatywę albo dalej będę musiał krążyć po Oleśnicy. Nie pasuje mi to niestety, biegam bez żadnych masek a mija się ludzi itp. Głupie ale człowiek zaczyna mieć schizę z tego covida :/ Ciekawostką za to okazał się fakt, że po chodnikach biega się dużo lżej niż w śniegu, błocie itp. Chętniej nawet zwiększyłem dystanse. No niezwykłe 🙂
Z otoczki poza treningowej – dietę stosuję niestety dalej słabą, za to twardo trzymam się nie picia coli. Dało to na koniec miesiąca symboliczny 1 kg w dół, co jednak poczytuję bardziej na karb większego treningu niż realnego zysku z odżywiania. Trochę dołujące bo colę lubię 🙂
Prognozy na przyszłość? Hmmm…. zwyczajowo chciałbym utrzymać wolny wzrost kilometrażu przy jednoczesnym gubieniu masy ciała. Wygląda to na możliwe do zrobienia jednak patrząc na „punkt wyjściowy” czyli moją aktualną formę, daleka droga do wartościowych wyników. W teorii zapisany jestem na maraton w maju (w Jelczu-Laskowicach, zaległy z 2020) i tu można już na tym etapie powiedzieć, że to się chyba nie uda. Zbyt dużo zaległości by były szanse na jakąś walkę. Człapać go z 5 godzin to też mi się średnio chce i nie wiem czy nie pozostanie spasować. Ale… nie mówię nie 🙂 Te 8-9 lat obiegania mam, może ciało przypomni sobie szybciej jak to jest wracać do formy. Innych, wcześniejszych zawodów nie planuję mimo, że mignęły mi jakieś ciekawe, górskie biegi (już w lutym). Za szybko to, nie ma się co wygłupiać.
No dobrze, nie przedłużam więc. W 2021 dalej się biega, dalej regularnie a co z tego wyjdzie zobaczymy 🙂
Skoro już pozostało biegowe buty zawiesić na kołku czemu by o nie nie zadbać 🙂 W tym celu udało mi się zakupić środek czyszczący przeznaczony właśnie do butów sportowych. Jest ich sporo na rynku. Różnie nazwane (Sneakers cleaner itp), w różnej postaci (żele, spraye). Pewnie są lepsze i gorsze 🙂 ale celem niniejszego testu nie jest wskazanie produktu najlepszego na rynku, a sprawdzenie czy coś takiego w ogóle działa.
Informacyjnie: Do tej pory jedyne zabiegi czyszczące jakie dokonywałem na swoich, biegowych butach to: – czyszczenie podeszwy, boków (na wycieraczce czy pod wodą) jeśli zachodziła obawa, że błoto po wyschnięciu urąbie mi pół domu :), – pranie. To dotyczyło zwłaszcza butów trailowych jeśli były totalnie zabłocone lub przemoknięte.
Gel Cleaner – do wszystkich butów sportowych.
Mój preparat zakupiłem w jednym z sieciowych marketów, za zawrotną sumę kilku złotych (~7-8 PLN, ale z przykrością stwierdzam, że za granicą sprzedawali je taniej, co udało mi się wyczaić widząc jakąś starą reklamę w necie).
Ulotka z informacją o składzie.
Cudowny środek sprzedawany jest w małym opakowaniu (analogicznym jak większość do czyszczenia butów), które u góry ma gąbkę do rozprowadzania preparatu. Z opisu można wyczytać, iż jest to żel do butów sportowych i można go stosować na wszelkie powierzchnie – skóra, płótno, syntetyki, materiały. Producent asekurancko dopisuje jednak by w razie wątpliwości dokonać próby w mało widocznym miejscu.
Opis preparatu.Zaczynamy 🙂
Nie ma co debatować. Na obiekt testowy wybrałem moje buciki z Decathlonu. Nie były jakoś specjalnie brudne więc nie oczekujcie spektakularnej zmiany, coś jednak myślę będzie widać na zdjęciach. Przetarłem je wstępnie wodą by oczyścić z luźnych, a dużych zabrudzeń no i przystąpiłem do nakładania środka. Żel ma zabarwienie biało nijakie 🙂 więc nie powinien reagować z kolorami. No a co wyszło po czyszczeniu? Na pierwszy ogień poszły części sztywne (przód, zapiętek). Były czyste więc jedyny efekt to widać, że nabrały trochę połysku (prawie jak lakierki :)).
Lakierki 🙂
Miałem wątpliwości czy siateczkę buta też smarować ale jednak coś tam na nią nałożyłem. Tu wyszło gorzej. Albo dałem za mało preparatu, albo zbyt niesumiennie potarłem bo lekkie zabrudzenie jak było tak pozostało. Finalnie wziąłem się za boki podeszwy (pianka). Tutaj, jako że to najbrudniejszy element obuwia, najlepiej widać efekt. Nie powiem, wyczyściło się.
Pianki przed czyszczeniem.Pianka po czyszczeniu.
Jak widać, pielęgnacja butom nie zaszkodziła. Nic się nie odbarwiło, nie przepaliło 🙂 But faktycznie został lekko doczyszczony, ale czy potrzeba było do tego aż specjalnego środka to pozostawiam Waszej ocenie. Ja myślę, że woda z odrobiną mydła zrobiła by to samo.
Skoro już opowiedziałem trochę o stronie wizualnej Stratosa, to należałoby przyjrzeć się temu co potrafi on od strony sportowej.
Z wiadomych względów najbardziej interesowało mnie bieganie i z dedykowanych mu pozycji w menu korzystałem. Zestaw opcji sportowych jest oczywiście szerszy – producent dał nam możliwość uprawiania 19 dyscyplin 🙂
Odpalenie sportu (biegania) w Stratosie jest banalne. Wystarczy kliknąć 3 razy górnym przyciskiem (Potwierdzenia/Startu) i już. No, oczywiście między kliknięciami wypadałoby poczekać aż zegarek złapie fix.
Łapanie fixa nie jest procesem problematycznym. Wiadomo, zależy ono od warunków terenowych/meteorologicznych jak i regularnego aktualizowania urządzenia. Jeśli nie zaniedbujemy aktualizowania, to odczuciowo średni czas nie przekracza 30 sekund (nieraz jest to i szybciej). Co ważne, nie było też sytuacji by Stratos fixa kiedyś złapać nie mógł. To lubię, bo wcześniejsze chińskie wynalazki potrafiły jednak nic nie wyszukać.
Oczciwym będzie powiedzenie jednocześnie, iż moje wiekowe Suunto łapie GPS jednak trochę szybciej. Na dokonane do tej pory biegi Stratos tylko raz go wyprzedził, pozostałe próby należały do Ambita.
Korzystanie z Amazfita w czasie biegu jest zadowalające. Tętno mierzy. Jak ustawimy alerty o jego przekraczanie, sygnalizuje to. Zestaw wyświetlanych danych jest duży. Jest kilka ekranów, na których (w apce) ustawiamy co chcemy widzieć. Ja w czasie treningów nie analizuję zbyt wiele i w sumie korzystam tylko z pierwszego ekranu. Mam tam czas biegu, przebyty dystans, tętno, tempo chwilowe. Czytelność cyfr/pól jest bardzo dobra. Nie mam kłopotu z odczytam ani w dzień ani w nocy. Uwaga, nocą biegam w czołówce i jej światło skierowane na ekran świetnie gwarantuje widoczność. Nie muszę odpalać podświetlenia w zegarku. Zaliczenie ustalonego dystansu (autolap co 1 km, albo nasza wartość) sygnalizowane jest wibracją i ekranem na którym jest podany numer „kilometra” i średnie tempo. Tu cyfry mogłyby być większe ale i je da się odczytać. W czasie sportu GPS w zegarku zachowuje się stabilnie. Sygnału jak do tej pory jeszcze ani razu mi nie stracił. Raz „czasomierz” pomylił się sporo na pierwszym kilometrze, w innych przypadkach wyglądało to dobrze. No, przynajmniej na pierwszy rzut oka, ale o tym będzie niżej.
Dokładność GPS – porównywane z Suunto Ambit 1.
W Stratosie mam ustawione GPS + Glonass. Tak na oko wielkiej różnicy między zegarkami nie ma. Oba pikały podobnie. Raz szybciej Stratos, raz Ambit. Wyniki notują „akceptowalnie różne” dla amatora. Wychodziło mi np. tak:
Suunto1: 6.7 km / Stratos3: 6.67 km Suunto1: 5,03 km / Stratos3: 5,13 km Suunto1: 7,36 km / Stratos3: 7,45 km Suunto1: 8,38 km / Stratos3: 8,83 km (to ten najbardziej nieudany bieg) Suunto1: 10,27 km / Stratos3: 10,20 km
Gorzej jednak zaczyna się robić jak zaczniemy porównywać detale. Z historii w.w. biegów wyszło mi, że Stratos prawie zawsze jakiś problem miał. Najczęściej rozjeżdża mu się miejsce startu (widać przykład na obrazku poniżej). To później rzutuje na wynik.
Rozjazd startu w Stratosie 3
Patrząc też na ślad generowany na mapie, Stratos nie do końca trafia w drogę. Z reguły jest gdzieś w pobliżu. Tu Suunto jest lepsze.
Suunto lepiej trafia w drogę.
Ale cóż… Do takiego „dreptania” jak ja robię da się to przeżyć. Nie jest to jakaś wada krytyczna. Oczywiście jeśli ktoś potrzebuje bardziej dokładnego urządzenia może być rozczarowany. Dużo wad jakie ma jeszcze Xiaomi są jednak szybko poprawiane, miejmy nadzieję, że poprawią i to w kolejnych aktualizacjach.
Po treningu.
Bezpośrednio po zakończeniu i zapisaniu aktywności, już w zegarku dostajemy spory zestaw danych potreningowych. Są słupki, wykresy, ślad trasy, analiza formy i czas regeneracji 🙂 To wszystko (a nawet i więcej) możemy też zobaczyć w aplikacji na komórce, kiedy zsynchronizujemy nasze dokonania. Synchronizacja w sumie idzie dość dobrze. Szybko (w miarę) i stabilnie (na ten moment). W którejś poprzedniej wersji softu był problem. Proces się zapętlał i w kółko wczytywało, potwierdzało, że już i od nowa 🙂 Różnie ludzie sobie z tym radzili – mi pomagało kliknięcie ręcznego synchronizowania w zegarku, a nie w aplikacji. Jak już nasze dane wylądują w apce, to za chwilkę pojawiają się też w Stravie. Oczywiście wcześniej oba programy trzeba powiązać. Do Stravy idzie chyba pełny zestaw danych. Jest np. tętno, a to nie zawsze standard.
W sytuacji awaryjnej jest też ciekawa opcja rezerwowa. W zegarku naciskamy przycisk Eksportuj trening. W urządzeniu zostaje zapisany plik *.gpx. Podłączając później zegarek do komputera możemy go sobie skopiować i robić z nim co chcemy. Super 🙂
Bajery
Zasygnalizuję tylko, bo jeszcze zbytnio nie analizowałem i używałem 🙂 Oprócz prostego biegnięcia można także potrenować 🙂 Są do wyboru opcje celów (np. czas, dystans itp). Można też stworzyć (w aplikacji) swoje treningi interwałowe i je wysyłać do zegarka. Da się ustawić kilka różnych interwałów (personalizowanych np. względem czasu, dystansu). Fani muzyki maja w Stratosie 2 GB miejsca na mp3. Można sobie wgrać swoje utwory i oczywiście słuchać w czasie aktywności.
Podsumowanie
Stratos 3 w świetle powyższych informacji jest zegarkiem na którym mi właśnie zależało. Stylowo wygląda, da się go nosić na co dzień. Jakość wykonania, spasowanie, działanie i możliwości są bardzo dobre. Nie widać tu taniości i bylejakości, system chodzi płynnie, stabilnie. Bateria pozwala na długie używanie (wiadomo zależy kto i co, ale codziennie ładować go nie trzeba 🙂 ) Smartwatch w akceptowalny sposób wspiera też sport. Zestaw danych treningowych, dokładność dla większości będą więcej niż wystarczające. Trochę bardziej zaawansowani z pewnością docenią możliwość eksportu danych w celu dalszych porównań, analiz.
Oczywiście okres jaki go mam jest jeszcze zbyt krótki by wypowiedzieć się o trwałości ale pierwsze wrażenie jest więcej niż dobre 🙂