Masaż – podręcznik różnych technik…

“Masaż – podręcznik różnych technik masażu do stosowania w domu” pod red. Eilean Bentley. Wyd. Bellona, 2006, 257 stron.

Masaż – podręcznik różnych technik.

Masaż/Automasaż, z pewnością wpisują się w rytuały 🙂 jakie uprawiają świadomi biegacze. Wiadomo, każdemu przydaje się rozluźnienie mięśni po wysiłku czy też “leczniczo-ratujące” zabiegi kiedy coś nas boli, naciągniemy.
Zbawiennych skutków takich działań chyba nie trzeba wskazywać nikomu.
Wydaje mi się, że tak naprawdę każdy człowiek w podstawowym zakresie, intuicyjnie wie jak sobie (czy drugiej osobie) pomóc.
Tym, których jednak te tematy interesują bardziej chciałbym przedstawić dość ciekawą pozycję książkową, która ostatnio wpadła mi w ręce.

Album, ładnie wydany, solidny.

“Masaż – podręcznik…” nie jest wydawnictwem nowym ale dalej spokojnie da się je kupić w internecie. Owszem, w większości pozycje używane ale myślę, że w niczym nie umniejsza to zawartej w niej wiedzy.

No ale zacznijmy od postaw 🙂
Książka wydane jest bardzo starannie, w albumowym stylu. Sztywna okładka, dobry, kredowy papier z pewnością zadowolą estetów.
Walor wizualny z pewnością jest ważny ale oczywiście zawarta w niej wiedza stanowi o prawdziwej wartości pozycji. Tu rzekłbym jest więcej niż dobrze.
Wydawnictwo w uporządkowany sposób prowadzi nas przez różne techniki masażu. A jakiego zapytacie?
Ano takiego proszę:
– masaż holistyczny,
– masaż chiński,
– Shiatsu,
– Reiki,
– masaż intuicyjny,
– masaż aromaterapeutyczny,
– refleksologia,
– masaż głowy,
– automasaż,
– masaż relaksacyjny,
– tantrycki masaż seksualny.

Dodatkowo w książce umieszczono dodatek o akupunktach, kanałach, czakrach czy refleksjologii. Na czytelnych schematach pokazano ich umieszczenie, opisano który punkt za co odpowiada.
Ciekawym dodatkiem jest także tabela, gdzie opisano jaki rodzaj olejku (masaż aromaterapeutyczny) do czego najlepiej pasuje.

Jak to robić? A tak, punkt po punkcie

Nie jestem ekspertem od bardziej wyrafinowanych rodzajów masażu ale wydaje mi się, że wiedzę z książki podano prosto i sensownie.
Po krótkim wstępie czym jest masaż i na czym polegają poszczególne techniki możemy przejść do wybranego rodzaju.
W każdym rozdziale jest podane jak przygotować się do sesji, jakie są podstawowe ruchy, od których partii ciała (i jak) zacząć.
Autorzy ostrzegają też kiedy (kogo) nie wolno masować.
Tam gdzie to ważne, opisana jest również “sfera duchowa” czyli idea przepływu energii, punktów energetycznych, filozofia masażu. Mi to się bardzo podobało, daje to kompletność nie tylko ruchu ale i psychiki.
Oczywiście oprócz tekstu, co ważne mnóstwo tu rysunków, pokazujących jak poprawnie należy wykonywać daną technikę masażu.

Oprócz tekstu, rysunki jak masować

Cóż, nie będę tu nic więcej wymyślał. Ja z książki tej jestem bardzo zadowolony. Dużo rzeczy możemy wykorzystać sami (automasaż) ale jeśli mamy swoją “druga połówkę” to tak naprawdę możemy skorzystać z masażu w sposób kompletny. Polecam.

Zdjęcia, też niczego sobie. Wybrałem te grzeczniejsze 😉

P.S.
* Książka mimo solidnej porcji wiedzy z pewnością nie jest podręcznikiem medycznym dla rehabilitantów, fizjoterapeutów (profesjonalistów),
* Na bezpośrednio postawione pytanie “rwie mnie przy achillesie, jak masować” też raczej nie znajdziecie tu odpowiedzi,
* dla osób pruderyjnych 😉 W książce są rysunki, zdjęcia i techniki powiedzmy umownie – dla dorosłych 🙂 Miejcie to na uwadze zanim kupicie.

Listopad 2020

Dogoniła mnie połowa grudnia ale cóż, wypada napisać jednak i coś o listopadzie 🙂

Miesiąc ten nie przyniósł żadnych specjalnych rewelacji. Biegałem według sprawdzonego systemu 4 treningów w tygodniu. Dystans, wpasowując się w minione trendy również nie porażał. Ot po te 4-5 km, przeplatane dłuższymi biegami w weekend. Dłuższe jednak też takie nijakie, bo po około 7-9 km. 10km chyba ani razu nie przekroczyłem (najbliżej było to 9,4 km) 🙂
Cyfrowo wyszło 127.8 km.

Tutaj muszę dociekliwym wyjaśnić pewną niezgodność. Z opisanych powyżej aktywności ciężko by było prawie 130 km nabiegać. I faktycznie tak nie było. Podana liczba to łącznie biegi i chodzenie.
Przerzuciłem się na Stravę i coś nie do końca umiem jeszcze jakoś sensownie to wydzielić w podsumowaniach 🙁
Widzę, że taki sam błąd zrobiłem w opisie października. Muszę nad tym jakoś pomyśleć.

Moje dokonania szału nie robią, ale patrząc pod kątem postępu – to malutki bo malutki ale jest. 127km to nie 118km (październik).
Nie chcę zapeszyć i snuć planów (wtedy zawsze mi źle idzie) ale widzę, że grudzień coś tam zmierza ku lepszemu. Czy się nie zepsuje na finishu zobaczymy za 16 dni 🙂

Październik 2020

Zakończony pażdziernik to 118,1 km biegów.

Prawie jak na Titaniku, powoli idę na dno… 🙂

Nie mogę się coś ogarnąć biegowo, życiowo. Nie wiem czy to przygnębiająca rzeczywistość pracowo-jesienno-covidowa tak na mnie działa czy jakiś inny, ogólny spadek energii życiowej ale dalej nie znajduję chęci na solidne bieganie.
Włączony jakiś czas temu tryb 5 km trwa i trwa. Biegam (truchtam) owszem, 3 czy 4 razy w tygodniu, ale po te 4 km – 5 km i koniec. Sporadycznie mi się chce przedłużyć. A i to wychodzi z 7 do 9 km max.

Po takim dłuższym biegu czuję się jak początkujący biegacz. Nogi bolą 🙂

Bieganie “kuleje” za to włączyło się jakieś ssanie jadalne, podżeranie niezdrowych rzeczy wieczorami (ciastka, cola, czekolada) i inne atrakcje. Waga poszybowała pod 94 kg. i czuję się już jak wieloryb. Zasapany, zapocony, buta zawiązać to by się siadło najlepiej. Masakra…

Najgorsze, że wytrzymam w rygorze kulinarnym z dzień, dwa i znów sobie popuszczam pasa.

Nie jest dobrze, rzekłbym, że jest źle.

By nie upaść na totalne dno, ratuję się trochę spacerami weekendowymi. Najpierw zabieram na górską wyprawę (bo przy Górach Sowich) syna, a później nordic-walking z żoną. Sporo tego wychodzi, okazuje się, że z dodatkowe 10-15 km na weekend nabiję. Mam nadzieję, że w ostatecznym rozrachunku wyjdzie to na plus i nie pozwoli całkowicie się zapuścić 🙂

Poznajemy Dolny śląsk (od gór ku nizinom)

Biegowo niewiele się ostatnio dzieje, więc korzystając z chwili wolnego 🙂 chciałbym przedstawić (ciekawy moim zdaniem) pomysł na weekendową wycieczkę rowerową po Dolnym Śląsku (dla chętnych z wstawkami pieszymi :)).

W naszym wykonaniu (ja + żona) polegała ona na przejechaniu z Gór Sowich (start Ludwikowice Kłodzkie) aż do Oleśnicy. Pełny dystans to około 125 km i zrobiliśmy ją w jeden dzień.

Trasa jest łatwa i przyjemna (bo wiodąca w większości w dół i po płaskim), a przy tym bogata w ciekawe widoki.

Na całości jedzie się po asfalcie (w większości dobrym) więc spokojnie wystarczy rower trekkingowy. Pewnym minusem jest fakt, że nie ma na niej niestety ścieżek rowerowych, ale że przemieszczamy się bocznymi drogami to ruch samochodowy nie jest bardzo uciążliwy. No, może poza odcinkiem Strzelin-Oława.

Przedstawioną niżej wyprawę odbyliśmy z Żoną już dość dawno (bo w 2019r) ale na swojej aktualności nic nie straciła 🙂

Jednocześnie widzę w niej wiele możliwości uatrakcyjnienia jej o dodatkowe punkty np. wizyta w Henrykowie czy też zwiedzanie Wrocławia.
Spokojnie również można wycieczkę skrócić dojeżdżając tylko do Strzelina (co daje ~63 km). A odcinek Ludwikowice-Strzelin jest najładniejszy widokowo 🙂

Jak wspomniałem troszkę wyżej przejazd zajął nam 1 dzień. W przypadku “przyjezdnych” z dalszej części Polski na całość trzeba jednak zarezerwować więcej czasu. Logistyczną uciążliwością jest bowiem fakt, że trasa prowadzi “w linii” a nie jest pętlą. Niestety później jakoś na miejsce startu wrócić trzeba 🙂

Jeśli nie macie mobilnego supportu to do powrotu polecam pociąg. Załapując się na dobre połączenia wyprawa Oleśnica-Ludwikowice to jakieś 3 godziny (a z Wrocławia około 2).

Z tego powodu ramowy plan wyprawy widzę tak:
Dzień 1 –
dojazd do Ludwikowic i tu pierwszy nocleg, Jak przyjedziemy wcześnie warto jeszcze zwiedzić ciekawostki Ludwikowic i okolicy.
Dzień 2 –
przejazd rowerowy (drugi nocleg w Oleśnicy),
Dzień 3 –
powrót pociągiem do Wrocławia (można zrobić przerwę na zwiedzanie) i stamtąd do Ludwikowic. Z Ludwikowic wracamy już do swojego domu.

Mój opis pozwolę sobie poprowadzić więc według powyższego planu tak był jak najbardziej atrakcyjny dla turystów nie znających regionu 🙂

No to startujemy 🙂

Dzień 1
Po rozlokowaniu się na kwaterze, warto zapoznać się najbliższymi okolicami Ludwikowic. Jesteśmy przecież praktycznie, u podnóża Gór Sowich, które oprócz niewątpliwych walorów krajobrazowo-wizualnych kryją mnóstwo, niezbadanych tajemnic drugiej wojny światowej.
Jako niezbędne “must see” 🙂 proponowałbym wycieczkę na Wielką Sowę (wchodzimy najkrótszą trasą z Rzeczki – około 3 km, czyli 1 godzina w górę) a później zwiedzanie niedalekich Sztolni Walimskich – Kompleks Riese.
W obydwa miejsca oczywiście można podjechać rowerem ale przewrotnie zaproponowałbym jednak użyć auta 🙂 Rowery zostawmy sobie na kolejny dzień 🙂
A czemu tak? Bo trasa z Ludwikowic przez Sokolec i Rzeczkę prowadzi bowiem w większości pod górę. Mimo, że to tylko 10 km to zajmie Wam to przynajmniej godzinę. Na samą Wielką Sowę od tej strony też nie wjedziecie (da się od innej strony). Góry Sowie są zresztą mocno kamieniste, bez solidnego górala nie warto się w nie pchać.
Kontynuując zniechęcanie 🙂 Z Reczki do Walimia leci się wyśmienicie w dół, za to wizja powrotu pod tą górę zniechęci z pewnością wielu 🙂
Szkoda marnować siły, jeszcze się przydadzą.
Na koniec zwiedzania, nasyceni widokami możecie wyszukać w Sokolcu Oberżę PRL, w której napchacie się wyśmienitymi daniami nawiązującymi klimatem do minionych, komunistycznych lat.

Góry Sowie (i okolice) to w sumie wdzięczne miejsce na dłuższe zwiedzanie ale myślę, że te dwie wymienione miejsca dadzą Wam solidny przedsmak, tutejszych atrakcji i zachęcą do kolejnej wyprawy.

Wracając zaś do rowerów 🙂

Dzień2
Pobudkę warto zrobić jak najwcześniej, tak by mieć cały dzień na jazdę i przystanki w co ciekawszych miejscach.
W Ludwikowicach bierzemy kierunek na ul. Fabryczną (na jej początku jest Centrum Kultury i to liczę jako start) i powoli zaczynamy wspinać się pod górę.
Pierwsze na co warto zerknąć to most kolejowy. W okolicy jest ich więcej ale ten to jeden z ładniejszych.

Most kolejowy w Ludwikowicach Kł.

Już po około 1 km od startu mamy po lewej stronie pomnik, upamiętniający tragedię górniczą jaka nastąpiła tu w roku 1930.

Pomnik upamiętniający katastrofę górniczą.

Po około kolejnym kilometrze po prawej stronie drogi widać ruinę elektrowni, która zasilała tajne niemieckie projekty 🙂 Zostały po niej same mury więc nie ma po co stawać, ale jedziemy dalej kolejne 500 m by wypatrzyć skręt w prawo do Muzeum Molke.

Ruiny elektrowni w Ludwikowicach.

Samo muzeum położone 100 m od drogi, w mojej ocenie nie zachwyca, warto jednak popatrzyć chociaż na tzw. Muchołapkę, co do której nie do końca wiadomo do czego służyła. Niektórzy mówią, że miała coś wspólnego z pojazdami pionowego startu, które Niemcy opracowywali by wojnę wygrać.

Muchołapka

Popatrzone, wracamy na drogę. Z tego punktu czeka nas jeszcze ostatnie 500 m. ul. Fabrycznej i jesteśmy na szczycie. Zanim skręcimy w prawo, w ulicę Jabłońską warto popatrzyć na leżącą naprzeciwko Łysą Górę.
To kolejna ciekawostka, owiana legendami analizującymi co może się pod nią znajdować. Od czasów wojny, nie rosną na niej bowiem żadne drzewa.
Jak macie siłę i chęć na Łysą Górę można się wydrapać (ale objeżdżając ją w lewo). Widoki rekompensują ten trud.
Jak nie to lecimy dalej, mocnym zjazdem w stronę Jugowa.

Widok na Góry Sowie (z Łysej Góry)

Ten odcinek jest łatwy i przyjemny, cały czas w dół. Po około kolejnych 3 km trzeba wypatrywać skrętu w lewo [dystans =5,45km] (kierunek Przygórze-Wolibórz).
Tu zaczyna się średnio wymagający podjazd z momentami zjazdów i ładnymi widokami wokół.

Górskie widoki na trasie.

Na skrzyżowaniu, na końcu Woliborza wybieramy kierunek na wprost, na Srebrną Górę.

Pola, lasy…a w tle wioska Dzikowiec.
Podjazd przed Srebrną Górą.

By dostać się do Srebrnej Góry, trzeba niestety nogi trochę rozkręcić. Tutaj z pewnością zmęczycie się najbardziej, ale to w sumie ostatni solidny podjazd na naszej trasie. Późniejsze góreczki będą małe i droga będzie prowadzić praktycznie w dół, czy po prostej.
[19 km] to Twierdza Srebrna Góra. Podchodzimy (podjeżdżamy) do niej te kilkadziesiąt metrów i warto zwiedzić, a przynajmniej przyjrzeć się jej z bliska. Budowla bowiem monumentalna i ciekawa.

Twierdza Srebrna Góra

Kolejny, pobliski przystanek to właściwa miejscowość – Srebrna Góra. Miasteczko małe ale urokliwe. Z tarasu na końcu rozpościera się piękna panorama na okoliczne miejscowości.

Srebrna Góra

Ze Srebrnej Góry ruszamy dalej. Łączące się miejscowości Budzów-Stoszowice prowadzą nas w stronę Ząbkowic. Na końcu Stoszowic można wypatrzyć Zamek Petervitz (prywatny, niestety nie da się zwiedzić z tego co wiem).

Po około [33 km] dojeżdżamy do Ząbkowic Śląskich, które powinny zatrzymać nas na chwilkę. Miasto Frankensteina kryje bowiem sporo historii. Piękny rynek, Krzywa Wieża, Ruiny gotyckiego zamku to niezbędne punkty zwiedzania.

Krzywa wieża w Ząbkowicach.

Dokładne zwiedzanie zajęło by sporo czasu. Czas jednak nagli, należy jechać dalej. Ulicami 1 Maja, Wrocławską, Strzelińską kierujemy się ku kolejnej ciekawej miejscowości – Bobolice.

Pałac w Bobolicach.

Tutaj warto zerknąć na Zespół Pałacowo Parkowy a za chwilę dostrzeżemy majestatyczne Sanktuarium Matki Boskiej Bolesnej.

Sanktuarium Matki Boskiej Bolesnej w Bobolicach.

Nasza droga prowadzi dalej ku Strzelinowi. Warto rozglądać się na lewo i prawo bo urokliwe pola, lasy zachęcają by stawać i robić zdjęcia. Również małe wioski mijane na trasie kryją sporo zabytków, kościołów, kapliczek. Co baczniejsi obserwatorzy powinni również wypatrzyć kolejny na trasie krzyż pokutny, których na Dolnym Śląsku sporo.

Widoki na trasie.
Jeden, z kilku na trasie krzyży pokutnych.

Około [45.7 km] to okolice miejscowości Ciepłowody (leżące po lewej stronie trasy). W niej znajdują się ruiny Zamku Rycerskiego. Ciekawsze jednak może być odbicie w prawo (są drogowskazy) na Henryków. Tutaj wiadomo, sporo atrakcji na czele z księgą zawierająca pierwsze zdanie zapisane w języku polskim.

Jeśli uznamy, że ogarniemy to czasowo warto oczywiście skręcić, jeśli nie to odpuszczamy i przemieszczamy się dalej w kierunku Strzelina.
Targowica > Skoroszowice >Nieszkowice > Dankowice > Wąwolnica.

W Wąwolnicy, przy drodze widać ruinę Pałacu, a po minięciu go skręcamy w lewo, na drogę 395 (kierunek Strzelin).

Jeśli ktoś uzna, że warto odpocząć przed wizytowaniem miasta, można odbić 1 km w stronę Białego Kościoła, w którym są spore tereny rekreacyjne nad stawami.

My jednak nie skręcaliśmy i za chwilę mamy [63 km] – Strzelin.

Rynek w Strzelinie.

Jest to około połowa naszej trasy, warto więc w okolicy Rynku wyszukać jakąś restaurację i zjeść obiad.
Strzelin ma oczywiście sporo godnych uwagi zabytków (głownie budynków) do zobaczenia ale, że czas zaczyna gonić ruszamy dalej.

Drogą krajową 396 kierujemy się ku Oławie. Niestety ten etap trasy prowadzi już bardziej ruchliwą drogą i trzeba uważać na samochody.

Kolejny krzyż.
Kościół w Brzezimierzu.

Oława [90,5 km]. Tutaj, nie zbaczając prawie nic z naszej trasy warto przyjrzeć się Zamkowi Piastowskiemu i odbić w prawo na malowniczy Rynek.

Oławski rynek.

Z Oławy, ruszamy (przez most na Odrze) do Jelcza Laskowic [101 km]. Przed samą miejscowością rosną monumentalne dęby będące pomnikami przyrody.
W Jelczu, przez chwilę mamy ścieżkę rowerową. Pędzimy nią prosto, mijamy rondo i na końcu drogi, zanim skręcimy w lewo przystajemy na chwilę by podziwiać Pałac wraz z parkiem. Obecnie mieści się tu urząd miejski.

Jeden z monumentalnych dębów przed Jelczem.
Pałac w Jelczu.

Za około 500 m od urzędu, skręcamy w prawo (kierunek Oleśnica). Czeka nas ostatnie 25 km trasy zanim osiągniemy kres naszej podróży.
Mościsko > Brzezinki > Ligota Mała > Ligota Wielka > Oleśnica.

Finalnie jest! Oleśnica.

Zamek w Oleśnicy.

Pokonaliśmy solidny dystans [125 km]. Warto skorzystać z noclegu, odpocząć chwilę po trudach rowerowych i jeśli czas pozwala spacerkiem udać się na zwiedzanie centrum miasta. Rynek z Ratuszem, Brama Wrocławska i mury obronne, Zamek Książąt Oleśnickich, Bazylika to niezbędne minimum do zerknięcia.

Zamek Książąt Oleśnickich.

Dzień 3

Jeżeli nie udało nam się wczoraj pozwiedzać Oleśnicy to właściwy moment by to zrobić. Po zaliczeniu obowiązkowych punktów programu 🙂 udajemy się na Dworzec kolejowy skąd praktycznie co godzinę odjeżdżają pociągi do Wrocławia.
Stolica Dolnego Śląska to wiadomo, osobny rozdział (na długie zwiedzanie) ale i na mały wypad (w przerwie jazd pociągami) można sobie pozwolić 🙂

Z Wrocławia czeka nas podróż pociągiem albo do Kłodzka albo do Wałbrzycha. Do wyboru – czas i droga jest praktycznie ta sama.

Pomiędzy Kłodzkiem a Wałbrzychem, wahadłowo kursuje szynobus kolei Dolnośląskich więc tak czy tak do Ludwikowic trafimy (uwaga, ostatnie szynobusy jadą około 20-21:00 warto mieć to na uwadze :)).
Zwrócę finalnie waszą uwagę właśnie na linię kolejową Wałbrzych-Kłodzko (linia numer 286), bo jest to jeden z piękniejszych szlaków kolejowych. Znajdziecie na nim albo monumentalne zawieszone nad dolinami mosty jak i najdłuższy w Polsce tunel kolejowe w miejscowości Świerki.

Ze stacji w Ludwikowicach pozostaje nam już tylko udać się do naszego pojazdu i wycieczkę można uznać za zakończoną.

China, Amazfit? No Thanks

Jestem osobą otwartą na nowości, lubię odkrywać coś innego niż używają wszyscy. Nie mam przy tym zbyt wymyślnych wymagań co do możliwości sprzętu, co powoduje, że naprawdę ciężko bym skreślił coś już na wstępie.

Z tego powodu, próbowałem ostatnimi czasy różne zegarki (smartwatche) z GPS, pochodzące z Chin. Życie dobitnie pokazuje mi jednak, że nie warto kupować i interesować się takimi urządzeniami.

Pierwszy z nich – Makibes G05 to tak naprawdę zabawka, bardzo prosta i nie umożliwiająca monitorować zbyt dokładnie sport, tętno. Również jego aplikacja wymagała sporo ulepszeń.

Zeblaze Thor 4 Pro, druga próba rozczarowała mnie sygnałem GPS. Mój zegarek, praktycznie go nie łapał.

Za swoją największą porażkę uważam jednak – Xiaomi Amazfit Stratos 3. Był drogi więc myślałem, że dobry. Początkowo ok, byłem tym zegarkiem zachwycony. Jego jakość jednak szybko dała o sobie znać – po pół roku używania zepsuł się!

Tutaj zaś zaczyna się właściwy problem z zakupami z Chin. Zegarek został odesłany na gwarancję i… okazuje się, iż sprzedawca z Aliexpress (nie taki mały bo miał swoje magazyny i w Chinach i Europie) nie ma najmniejszej ochoty na jej respektowanie. Nie odpowiadał na moje pytania, ponaglenia a finalnie kontakt urwał się.
Zapłaciłem więc 199$ za sprzęt, który zepsuł się po poł roku używania i którego nie mam już od ponad poł roku. Więcej, nie wierzę, że kiedykolwiek do mnie wróci.

Z w.w. powodów nie polecam zakupu sprzętu Amazfit, a co ważniejsze nie kupujcie u sprzedawcy Aliexpress: Shop3521063 Store.

Podsumowanie:
1. Nie warto kupować taniej elektroniki z Chin,
2. Nie warto kupować Amazfit Stratos3,
3. Nie warto kupować nic droższego na Aliexpress. Jeśli już sprzęt odbierzecie, gwarancja nie istnieje.

***

I’m a person open for new things, I like discover something different than everybody else. Other wise I don’t have very high requirements to the equipment, what makes that is very difficult that i will cross out something at the beginning.

For this reason, I tried last times, few watches (smartwatches) with GPS, from China. Life shows me emphatically that is no sense to buy it or being interessed in it.

First of it – Makibes G05 it is a toy, very simple and not allowed to monitor sport, heartrate(in professional way). Even his app needs a lot of improvements.

Zeblaze Thor 4 Pro, second choice, disappointing me with a GPS quality. My watch practically not catch the signal.

My biggest defeat i think is a Xiaomi Amazfit Stratos 3. It was expensive so i think is good. At the beginning ok, I was delighted with watch. Very fast i discover his low quality – after half of year it was broken.

Here is starting appropriate problem with shopping in China. I sent back watch for warranty and… looks that seller from Aliexpress (not small he has warehouse in China and Europe) don’t want respect it. He don’t reply for my questions, reminders and finally contact broke off.
I paid 199$ for a watch, which broke after half of year and which I don’t have for other half of year! More, I don’t believe that ever it will return to me.

So… becouse of this reason I don’t reccomend to buy Amazfit watches, and what is more important don’t buy on Aliexpress seller – Shop3521063 Store.

Conculusion:
1. Is no sense to buy cheap electronics from China,
2. Is no sense to buy Amazfit Stratos3.
3. Is no sense to buy anything more expensive on Aliexpress. If you pick up the goods, warranty not exist.

***

Przedstawione treści są moimi przemyśleniami po używaniu każdego ze sprzętów. Na poparcie moich problemów, mam oczywiście zarchiwizowaną korespondencję ze sprzedawcą.

Presented content is my thoughts after use of each equpiment. To support my problems, of course i have archived correspondence with a seller.

Koniec pewnej ery…

Endomondo – to już koniec.

Wyczytałem ostatnio, że z końcem tego dziwnego roku 🙂 zakończy swoje działanie Endomondo.

Nie będę tu analizował czy było dobre, czy potrzebne, co inne wybrać… ale ot tak prostu stwierdzam, że trochę szkoda.

W sumie kawał mojej biegowej historii. Jak pewnie wielu z Was zaczynałem z komórką (w pokrowcu na ramieniu) i właśnie Endo na niej odpalonej.
Skrzętnie wgrywałem z różnych zegarków biegowych swoje treningi by z większym lub mniejszym zadowoleniem popatrzyć na każdy miesiąc czy rok.
Niby nic, ale sentyment jest. No szkoda, szkoda.

A tak na koniec. Zastanawiam się czy pobrać historię i przerzucić ją gdzieś indziej, czy jednak oddzielić przeszłość grubą kreską i zacząć wszystko od nowa? Hmmm…. 🙂

Samsung Galaxy Watch 46mm

YOUTUBE: Samsung Galaxy Watch 46mm

Tytułowy smartwatch to kolejna moja próba sprawdzenia czy nie wchodząc w “profesjonalne” zegarki biegowe można z powodzeniem używać smartwatcha do zastosowań codziennych jak i trenowania sportu.

Wcześniej za każdym razem coś mi nie wyszło. A to brakowało jakiejś opcji, a to słaby był gps. Jak nie powyższe zaś to okazywało się, że urządzenie się zepsuło 🙂

Tym razem jest dobrze. Samsung działa, w sumie ma wszystko co mi potrzeba no i całkiem sprawnie radzi sobie z zapisem trasy. A, no i eksportuje dane 🙂 Czyżby w końcu strzał w dziesiątkę?

No dobrze, nie przedłużam, zapraszam do obejrzenia małej galerii zdjęć a więcej o zegarku w moim filmie:

Test Samsung Galaxy Watch 46 mm

Galeria zdjęć zegarka:

Póki jesteś w ruchu to żyjesz

Przypomniała mi się dyskusja z internetowego forum. Ktoś napisał o dziadkach biegających co tydzień zawody – maratony, półmaratony. Pokrzywieni starością, powłóczący nogami ze zniszczonymi stawami. Ani to piękne, ani zdrowe.

Dzisiaj rano wszedłem na wagę. Pokazała 93,8 kg. Od ostatniego ważenia przytyłem 2 kg. Tak myślę, że wystarczyło do tego ostatnie 3 tygodnie. Prawie nie biegałem, jadło się niezdrowo i dużo przepijając colą.
Nigdy nie byłem przesadnie szczupły. Ale 9x już czuć. Gdzie nie pójdę to się zasapię i zapocę jak świnia. Chwilę nie biegałem i już z powrotem zaczynam czuć kolano.

Wystarczy. Wstałem, założyłem sportowe ciuchy i pobiegłem. Spokojnie, niedużo (5 km). Zmęczyłem się pod koniec jakbym robił to pierwszy raz ale jestem zadowolony i szczęśliwy.
I tak sobie myślę, że wolę być pokracznym starcem, który włócząc nogami leci kolejne 42,195 km niż leżącym w łóżku grubasem, który nie chodzi, ma rozwalone wszystkie organy i uskarża się na choroby.

Bo póki jesteś w ruchu, to żyjesz…

Wrzesień 2020

Żeby nie wprowadzać ponurego nastroju nie będę smucił już jak to słabo pobiegałem we wrześniu. No słabo, co zrobić 🙂

Bieganie: 61.06 km
Rower: 251 km
Chodzenie: 15.80 km

Wrzesień wpisuje się trochę w kanon poprzednich miesięcy. Krótkie odcinki biegowe, sporo roweru.
Całość nie wyglądałaby tak źle, ale tak naprawdę to biegowe miałem pierwsze 2 tygodnie. Później bieganie w sumie już nie było.
Trzeci tydzień to mój wyjazd rowerowy. Po nim, wiadomo zrobiłem kilka dni odpoczynku ( i tylko 1 bieg).
Czwarty tydzień trafiła mnie jakaś infekcja (bo raczej nie covid :)). Katar, zatoki, osłabienie ogólne. We wtorek jeszcze trening był a później siedziałem w domu 5 dni i wracałem do siebie.
Piąty, niedawno zakończony tydzień to taki okres resetu. Biegać, rowerem jeździć bym mógł ale mi się nie chciało. Potrzebowałem jakoś się wyluzować, wrócić do siebie fizycznie i psychicznie.

Myślę, że wracam powoli na lepsze tory i teraz już pójdzie lepiej.

Rowerowy Szlak Orlich Gniazd – część 3/3

DRUGI DZIEŃ JAZDY (ŚRODA) – PODZAMCZE – KRAKÓW (110 KM)

Czyli nic, nie jest tak proste i oczywiste jak się wydaje 🙂

Drugi dzień naszego rajdu zapowiadał się ciężej niż pierwszy. Największymi problemami jawił nam się czas i dystans. Niestety, konieczność złapania pociągu do Częstochowy o 19.15 (następny był już po północy) wymuszała takie zaplanowanie jazdy by na niego koniecznie zdążyć.
Z matematyki wyszło nam, że przejechać musimy 100 km (no bo we wtorek wpadło 90 :).
Jak wspominałem, w pierwszy dzień Żona zaliczyła awarię przerzutki czyli nie było opcji nadrabiać po prostej i z górek. Policzyliśmy, że bezpiecznie będzie zakładać w takim razie tempo około 10km/godz., co daje 10 godzin jazdy. Aby był jakiś zapas postanowiliśmy ruszyć o 06:30. Czasowo mielibyśmy więc ~12,5 godziny na jazdę.

Wszystko zaplanowane, należy realizować 🙂 Pobudka miała być o 05:00, skiepściłem coś jednak i ustawiłem budzik na 05:30. W sumie i tak nie było co robić w pokoju więc szybciutko się zebraliśmy, założyliśmy sprzęt na rowery i o 06:00 udaliśmy się na zamówione śniadanie. Jajecznica z chlebkiem nie była tak zła, wzmocnieni ruszyliśmy w drogę.

Już na starcie czekał nas kilometrowy podjazd do Ogrodzieńca. Mimo “rześkiego” poranka, rozgrzaliśmy się momentalnie. Przy zamku szybkie zdjęcia no i pora pędzić dalej.

Zamek Ogrodzieniec.
Zapowiada się ładny dzień 🙂

Droga początkowo wiodąca malowniczymi polami, skierowała nas w las. Nie było tak źle, pierwsze 10 km zrobiliśmy w 57 min. Niestety, im dalej w las, tym gorzej. Szlak wyboisty, pod górę, dużo luźnych kamieni. Kolejne godziny to już powolne tracenie. I sił i dystansu.

Co gorsze słabo szło nam realizowanie części turystycznej. Opuściliśmy ruiny strażnicy w Ryczkowie [92,4 km]. Trochę niezauważony przeszedł też Zamek Pilcza w Smoleniu [98.8 km]. Przynajmniej pod względem fotograficznym 🙂
Wiecie jak to jest, najpierw czekasz, czekasz aż będzie lepsze ujęcie i nagle jest całkiem po tym ujęciu 🙂 Tak było tutaj. Najpierw zamek miałem pod słońce, a później okazało się, że drzewa zasłaniają go tak skutecznie, że aparatu nawet nie było sensu wyciągać. Trudno…

Droga, wymagająca w dalszym ciągu, doprowadziła nas w Dolinę Wodącej. Leśne tereny, ciekawe skały, Jaskinia na Biśniku.

Jaskinia na Biśniku

Przy kolejnym odcinku [102.2km] można wspomnieć czasy wojny i zobaczyć pomnik poświęcony oddziałowy AK kpt. Hardego.

Pomnik partyzantów.

Kolejny punkt programu jaki nam gdzieś przepadł to ruiny zamku w Bydlinie [110.2 km]. Miał być a coś nie było 🙂

Droga po chwilowej poprawie, przechodzi dość szybko w trudny szlak. Jest pod górę, mnóstwo piachu. Nie ma wyjścia, pozostaje rowery pchać. Dużo osób wskazuje ten fragment jako najmniej przyjemny z całej jazdy.

Poprawa warunków następuje w okolicy Rabsztyna [124.8 km]. Tutejszy zamek na szczęście udaje się zobaczyć.

Zamek Rabsztyn.

Następne ciekawe miejsce na trasie to Olkusz. Warto odbić na chwilę z trasy i zobaczyć ładny rynek. Skusiliśmy się tu na szybką kawę i lody (w końcu! :)). Proponowałem również mojej Żonce jakiś obiad ale kręciła coś nosem, że jeszcze nie. Nie, to nie, przyszło za to odpokutować, bo później niestety na nic ciepłego czasu już nie było 🙂

Rynek w Olkuszu.

[132,6 km] Osiek. Lepszy asfalt kończy się, wygląda, że trzeba polną droga piąć pod górę. Wyleźliśmy i zwątpiliśmy. Czy to na pewno tu? Nawigacja w komórce, pokazuje, że jesteśmy jakoś z boku szlaku. Zjeżdżamy z powrotem do wsi i…. katastrofa. To jednak była dobra droga. Nic, pozostaje znów wspinać się pod górkę. Znaki oczywiście były, wystarczyło lepiej się rozglądać.

Pola, łąki…

Dobrze chociaż, iż piękne plenery wynagradzają ten bezsensowny trud. Pola, łąki zapewniają świetne widoki. Dla spragnionych skał, za jakiś czas monumentalna skała Powroźnikowa.

Skała Powroźnikowa. Mijamy ją dołem ale jakby był czas, można by się wspiąć kawałeczek…

Jakoś w tej okolicy zaczyna mi się zapalać lampka ostrzegawcza w głowie. Mój rower nie hamuje. Coraz ciężej jest mi się zatrzymywać przy zjazdach w dół. Tylni hamulec był słaby ale, że przedni też?, to nie wiem o co chodzi 🙁 Niestety, im dalej tym gorzej.

Po zobaczeniu Kościoła w Paczółtowicach [147.3 km] poddaję się. Nie mam wcale hamulców. Zaczyna robić się gorąco. Wcześniej spowalniał nas brak przerzutek u mojej Justyny, teraz (i to dużo mocniej) spowalniam nas ja. Przed każdym zjazdem wytracam prędkość jak się da, zaczynam pomagać sobie nogami. Żona rusza trochę do przodu by ostrzegać przed zbyt dużymi zjazdami i ewentualnymi zakrętami za nimi. Na końcu Paczółtowic jest ostry zjazd. Nie daję rady, muszę zejść i iść.

Drewniany kościółek pw. Najświętszej Marii Panny.

Atrakcje turystyczne schodzą na drugi plan. Czas zaczyna gonić, a my przesuwamy się coraz wolniej do przodu.

Dolina Eliaszówki [148.8 km] za nami ale nie idziemy oglądać Klasztoru Karmelitów w Czernej.

Na trasie ciekawe miasteczko Krzeszowice [156,2 km]. Walcząc z rowerem i stawaniem chociaż przed światłami dla pieszych, mijamy bokiem Pałac Potockich. Nie wracamy, jest za mało czasu.

Za Krzeszowicami droga daje troszkę wytchnienia (bo jest po prostej). Sprawnie docieramy do rozwidlenia dróg przy Zamku Tenczyn w Rudnie [160.5 km]. Szlak skręca w lewo, do zamku trzeba albo pojechać 2 km w prawo (asfaltem) lub iść, od pobliskiego parkingu, a potem 400 metrów pod stromą górę. Debatujemy rodzinnie co robić. Ryzykownie tracić czas, ale z drugiej strony, przyjechaliśmy coś zobaczyć a nie tylko pedałować! Wychodzi, że najszybciej będzie 400 m pod górę. Żonka mówi, że nie idzie, będzie odpoczywać. Ja prawie biegiem robię tą cztery-setkę no i jest. Yyyy… w remoncie, zakaz wstępu. Wykazuję obywatelskie nieposłuszeństwo i wchodzę. Zanim mnie przegonili parę zdjęć udaje się zrobić i zobaczyć chociaż jak ten zamek wygląda 🙂
Szybki bieg w dół i jedziemy.

Ruiny Zamku Tenczyn.

W tym momencie pozwolę sobie skrócić dokładny opis szlaku.
Na trasie spotkacie już mniej skał. Odcinki prowadzą bardziej przez pola, lasy, wioski. Nie ma tu już w mojej ocenie bardzo spektakularnych zabytków, widoków.
Sporo za to podjazdów, a co gorsze szybkich zjazdów. Cuda wyczyniałem na rowerze. Albo jechałem jak wariat, albo wybierałem coraz gorsze fragmenty drogi. Pobocze, nierówności, liście, trawa pozwalały mi trochę wyhamować. Nogi dodatkowo służyły mi za hamulce. Tarłem butami o podłoże ile się da. Nie zawsze się dało, bałem się, by gdzieś się nie wyrąbać – było jednak krzywo, na poboczu luźne gałęzie, kamienie. Strasznie to męczyło. Dużo fragmentów i tak było zbyt ostrych na zjazd, musiałem schodzić i iść. Zwłaszcza przy Balicach jak na złość mnóstwo fragmentów w dół.
Przerwy robimy coraz krótsze, ale w którymś momencie dochodzi do nas, iż musimy przejechać nie 100 a 110 km. Nie wiem jak to wyliczyliśmy ale wygląda, że nie ujęliśmy odcinka prowadzącego przez Kraków.
By mieć chociaż teoretyczne szanse zdążyć na pociąg każde zejście z roweru = bieg. Zaskoczony jestem ale mimo prawie 100 km w siodle, biegnie mi się (z rowerem więc trudniej) całkiem, całkiem. Widać treningi pod ultra coś tam dają 🙂
Finalnie pojawia się tablica Kraków. Rezygnujemy z nawigacji przewodnikiem i Mapa.Cz. W Google Maps wbijamy target – Dworzec Centralny i jedziemy bezpośrednio do niego. Dobrze, że oboje wpisaliśmy trasę, bo jak na złość Google prowadzi słabo. Mi w którymś momencie, przestaje odświeżać trasę, żonie działa ale też marnie.
Sam Kraków to wyścig z czasem. Dobrze, że mają tu wygodne ścieżki rowerowe i jest po płaskim 🙂 Prujemy, nic nie oglądamy.
Ufff… jest. Na Dworzec wpadamy 18.45. Udaje nam się znaleźć Intercity, sadowimy się w nim i powoli schodzi z nas ciśnienie.

No i po bucikach.

Podróż pociągiem, upływa miło i przyjemnie. Cały wagon dla nas, rowery mamy na oku. Intercity ma swoje plusy, kupujemy herbatkę u obsługi i spokojnie sobie siedzimy.
Opóźnienia nie było żadnego, około 21:00 jesteśmy w Częstochowie. Podobnie jak wcześniej włączamy Google Maps. Niby tylko 8 km do hotelu, ale ten fragment drogi też przyjemny nie był. Szuram butami po asfalcie ciesząc się, że już ciemno i nikt nie widzi tej porażki.

Finalnie w hotelu meldujemy się o 21:45. Można odpocząć, by kolejnego dnia rano zebrać sie już w drogę powrotną do domu.

PODSUMOWANIE

ROWEROWY SZLAK ORLICH GNIAZD
Jeden z najstarszych, rowerowych szlaków w Polsce, ze wszech miar godny jest pokonania. Oznakowanie na trasie jest bardzo dobre, zaryzykowałbym stwierdzenie, że można by go przejechać po samych znakach.

Na trasie są sklepy, restauracje – spokojnie można uzupełniać prowiant na bieżąco, bez konieczności niesienia wszystkiego w torbach.

Piękne tereny (zamki, skały, pola, zabytki) czynią również tą wyprawę bardzo atrakcyjną. Widoki cieszą oczy i powodują, że chce się jechać.

Uwaga, jeśli jednak chcecie zwiedzać wszystkie atrakcje, to zarezerwujcie na jazdę minimum 3 dni. A idealnie by było wg. mnie jechać 4 dni (i mieć np. część ostatniego dnia na Kraków).

Sama trasa ostrzegam jest dość wymagająca. Mało tu po prostej, ciągle góra-dół. Zróżnicowana nawierzchnia, dużo szutru, kamieni, piachu powoduje, że najwygodniejszy będzie rower górski, na szerokich oponach. “Spacery” na trasie i tak będą 🙂
Jednak nie jest to trasa ekstremalna, średnio doświadczony turysta spokojnie ją przejedzie.

WALOR POZNAWCZY (SPRZĘTU, FORMY)

To był nasz pierwszy, tak solidny rajd rowerowy. Mimo, utrudnień sprzętowych, jestem z jego przebiegu bardzo zadowolony.
Potwierdziło się, że jesteśmy w stanie jechać na rowerze dzień po dniu, pokonując długi dystans.
Sprawdziło się wyposażenie (torby, nawigacja).
Wyszły też oczywiście problemy, które będą dobrą nauczką na przyszłość:
– przede wszystkim sprzęt musi być w 100% sprawny i dobrze sprawdzony przed wyjazdem,
– planowanie czasu musi koniecznie zawierać margines bezpieczeństwa czasowego. Na styk się nie da.

Cóż… mam nadzieję, że na taką wycieczkę Was namówiłem, a nie zniechęciłem. Naprawdę warto przejechać się po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Polecam 🙂



W pogoni za marzeniami