Archiwa tagu: bieganie

Maratońskie przygotowania – 04/2024

Ostatni miesiąc przygotowań (piękne słowo) do maratonu już za mną. Gdyby rozpatrywać kwiecień jako odrębną jednostkę to powiedziałbym, że szło całkiem, całkiem. Analiza całościowa przygotowań jest jednak dalej na minus i nie ma co ukrywać jestem zwyczajowo niezadowolony, zdołowany i pełen wątpliwości w sens przedsięwzięcia.

Bieganie: 175 km
Rower: 441 km
Spacery: 5.5 km

Średnio mi się chce ubierać to w jakieś słowa bo pewnie skończę narzekając ale trudno, niech będzie.

Kwiecień udało mi się przepracować porządnie. „Autorski” plan powolnego zwiększania obciążeń udał się w 100%. Pod koniec miesiąca robiłem już biegi po 15 km i nie były robione ostatkiem sił. Raczej w sposób powtarzalny.

Fajnie wchodził mi też rower co widać po kilometrażu. Korzyść z tego jednak tylko taka, że waga troszkę lepiej schodziła niż z samego biegania.

Spacerów omawiał nie będę. Chodzę trochę więcej ale raczej nie rejestruję tych aktywności. Te 5km to przy okazji jakiejś rodzinnej wycieczki.

No a przechodząc do narzekania 🙂

Od 15 km do maratonu i tak dość daleko. Znam się dobrze i nie nastawiam na nic innego niż bieg ~20 km a później pewnie walka by iść jak najmniej / jak najszybciej 🙂

Jak jeszcze zrobi się gorąco (a zrobi na pewno) to kto wie czy nie poskłada mnie jeszcze szybciej. Tegoroczna aura nie dała dużo szans zaadaptowania się do wyższych temperatur. Zimno, zimno … je… łup 😉 i upały.

Waga – tragiczna w dalszym ciągu 🙁 Przystopowało mnie na około 92 kg (ledwie ze 3 zrzuciłem od początku). Ależ zły na siebie za to jestem – upatrywałem w tym pewną szansę. Jakbym zszedł do tych osiemdziesięciu kilku kg to nawet przy marnym treningu biegło by się całkiem inaczej. No ale nie mogę i koniec :/ Codziennie wieczorem mam jakiś kryzys i się objadam dużo za dużo. Wiem, że źle robię ale coś ciężko głowę przekonać by się ogarnąć.

Motywacja siada mi też do ćwiczeń, coraz mniej ich w tygodniu. W dniu biegowe to rozumiem, że zmęczenie nie pomaga ale w resztę? To też chyba słaba psychika,

Na sam koniec zostawiłem sobie jakiś problem z kolanem. Z niczego (bo siedząc w robocie) zacząłem czuć lewe. Szczęśliwie nie w sposób krytyczny. Smarowanie, rozruszanie w domu i w sumie da się żyć. Liczę, że przejdzie.

I tak… W biegu oczywiście pobiegnę nastawiając się na najgorsze. Może chociaż porażka tym razem nie będzie boleć aż tak. Okaże się za parę dni.

Długofalowo muszę jednak przemyśleć swoje życie bo takie zabawy bardziej mnie wkurzają ostatnio niż cieszą. Strasznie bym chciał jeszcze coś konkretnego pobiegać – wymyślam sobie ciekawe/ciężkie cele. Przed/po każdym jestem jednak coraz bardziej zdołowany a nie o to chodzi.

No dobra 🙂 Zobaczymy jak maraton, a może nastąpi jakiś cud? 🙂

Pas nawadniający Nathan TrailMix Plus

Nathan TrailMix Plus Hydration Belt

W swojej karierze biegowej miałem już okazję wypróbować paru różnych „akcesorii nawadniających”. Do tej pory tam gdzie potrzebowałem rozwiązań pro (w mojej ocenie) brałem zawsze plecaczek/kamizelkę biegową (z bukłakiem czy softflaskami). Na jakieś krótkie dystanse ratowałem się buteleczką trzymaną w ręku. Pasy nawadniające owszem miałem ale coś do tej pory mnie nie porwały.

Tytułowy pas kupiłem całkowitym przypadkiem na giełdzie różności 🙂 Porwał mnie ładnym wyglądem i niską cenę. Patrząc teraz na stronę producenta widzę, że nie jest to wcale tak tanie akcesorium (regularna cena to około 200-250 zł) więc tym bardziej uznałem, że muszę go przetestować 🙂 Dodatkowym motywatorem był fakt, że używany ostatnio plecak potrafi paskami „rysować” mi koszulki. Jest mi ich trochę szkoda więc czemu nie spróbować czegoś nowego?

Wygląd pasa to oczywiście rzecz względna ale mi się podoba. Ostre, wyraźne zestawienia kolorów. Fajne logo na kieszonce jak i kształt bidonów. Robi to robotę i nie ma co ukrywać wygląda dużo fajniej od marketowych wynalazków.

Do jakości wykonania nie można się w żaden sposób przyczepić. OK, nie mam go jeszcze jakoś długo ale treningów zrobiłem z nim przynajmniej 4, po każdym był prany i nic złego się z nim nie dzieje.

Co zapewnia nam pas Nathana?

W dużym skrócie – mamy 2 bidony o pojemności około 250-300 ml. Z tyłu torebka która ma jedną kieszeń zapinaną na zamek i jedną na rzep. Z boków pasa są sznureczki zaciskowe dzięki którym można na nim powiesić 4 żele.

Sam pas wykonany jest ze sztywnego materiału (nie rozciąga się) i zapina się go na solidną klamrę. Oznacza to oczywiście, że musimy paski ustawić pod swoją sylwetkę. W czasie bieganie trzyma się, nie rozluźnia ale nie będę ukrywał – przy kolejnym założeniu raczej dociągi pasków trzeba poprawiać.

Świetną sprawą jest z pewnością system mocowania bidonów. Jest to taka plastikowa „klatka” z elastyczną taśmą w środku (która zapobiega wypadnięciu flaszeczki). Mega prosto się te butelki wkłada i wyciąga w czasie treningu. Idzie to intuicyjnie, łatwo trafić i oczywiście nie ma problemu że coś trzeba poluźniać, dociągać, macać rękami gdzie w ogóle to jest.

Same buteleczki wykonane są również solidnie. Jak widać mają szerokie ustniki z zaworem push-pull. Podciągamy ustnik w górę i po prostu zasysamy wodę. Nie trzeba nic zagryzać, zaginać. Woda leci dobrze, dość lekko. Może na samym końcu jest troszkę gorzej. Od środka korek ma gumową uszczelkę czyli nic nie powinno nam kapać, wylewać się.

Kieszonka tylna nie jest jakoś przesadnie wielka ale telefon, klucze tam wejdą.

A jak z wygodą biegu? Szczerze to zaskoczyłem się na plus. W pierwszej chwili oczywiście czujemy, że mamy coś na sobie. Bardzo szybko idzie się do tego przyzwyczaić i nie przeszkadza. Jak wspominałem wcześniej nie opada, nie skacze jakoś przesadnie. Dwie butelki + równe rozłożenie masy robi robotę. Nie jest wcale jakoś gorzej w porównaniu do kamizelki biegowej.

Nie jestem przesadnie wybrednym testerem ale uczciwie powiem, że pas mi pasuje. Lekki, wygodny, solidnie wykonany. Tam gdzie nie potrzebujemy zabrać dużo dodatkowego ładunku (np. kurtka czy ciuchy na zmianę) może być to całkiem ciekawa alternatywa. Trochę żałuję, że dopiero teraz skusiłem się na wypróbowanie takiego rozwiązania.

Maratońskie przygotowania – 03/2024

Po totalnie nieudanym lutym, w marcu można powiedzieć, że zaświeciła dla mnie (delikatnie) gwiazdka nadziei 🙂

Po analizie swojej formy, pozostałego do maratonu czasu uznałem, że spróbuję skupić się na trzech aspektach:
– zbudowanie chociaż podstawowej, powtarzalnej wytrzymałości biegowej. Mam tu na myśli regularne, spokojne bieganie i z każdym tygodniem delikatne zwiększanie dystansu. Uznałem, że będę dokładał po 1-2 km do każdego tygodnia. Trochę bałem się wrzucać w treningi jednego longa i resztę krótszych biegów więc podjąłem decyzję by każdy trening był taki sam. Nie jest to może zbyt efektywne ale obawiałem się, że po długim biegu będę zmęczony i kolejne 3 treningi będą „oszukane/słabe”. Wolę być przygotowany nawet na krótszy dystans ale w sposób powtarzalny a nie dłuższy a dokonywany wysiłkiem woli :),
– zróżnicowany rozwój „formy ogólnej” czyli rower, spacery, ćwiczenia w domu,
– zrzucenie wagi ile się da ale w sposób bezpieczny, nie rzutujący na zdrowie, siłę potrzebną do trenowania.

O dziwo udało mi się sumiennie przepracować cały miesiąc. Regularnie wychodziłem na swoje bieganie i faktycznie co tydzień po ten jeden km dokładałem – do trzech treningów, pierwszy był zawsze mniejszy (taki jak w poprzednim tygodniu).
Kiedy pierwszy raz od bardzo dawna zrobiłem 10 km podczas biegu naprawdę mega mnie to podbudowało! Poczułem, że jeszcze jestem w stanie coś przebieg i nie powiem dało mi to sporego motywacyjnego kopa. Oczywiście to nie gwarantuje sukcesu maratońskiego ale dla mnie było naprawdę ważne.
Treningi biegowe bardzo mocno wsparłem rowerem. Czasem myślę, że nawet za mocno ale jednak nie mam ochoty żonie odmawiać i wolę z nią pojeździć 🙂
Oprócz tego udało mi się faktycznie regularnie ćwiczyć w domu. Tu przyznam się potrzebuję więcej silnej woli bo po ciężkim dniu (bieganie, rower itp.) trochę mi się już nie chce i nieraz oszukuję 🙂 Albo tylko trochę pomacham hantelkami albo odpuszczam. Muszę się bardzo pilnować żebym nie zrezygnował całkiem 🙂

Patrząc na numerki wyszło to tak:
Bieganie: 106 km (wzrost w sumie 100% względem lutego)
Rower: 437 km
Spacery: 16,1 km
Waga: -2.5 km względem startu. Dobrze, ale dalej jednak dużo za dużo 🙁

Na tą chwilę jest w miarę ok. W kwietniu będę kontynuował powyższą strategię. Jeśli nic po drodze się nie spieprzy przed samym maratonem powinienem być w stanie przebieg około 14-15 km (4x w tygodniu). Myślę, że pozwoli to dociągnąć przynajmniej do połówki a później to się zobaczy 🙂


Maratońskie przygotowania – 02/2024

Mocno narzekałem na swoją dyspozycję w początku maratońskich przygotowań. Boję się trochę tak napisać (bo jeszcze się okaże, że da się gorzej) ale w lutym poziom niefartu osiągnął chyba swoją kulminację.

Biegałem w kratkę i tyle co nic. Co trafił się akceptowalny tydzień to w kolejnym masakra. W sumie odpadły mi dwa pełne tygodnie, a kolejny trzeci był taki sobie.

Pierwszy niefart to zasygnalizowane w poprzednim raporcie problemy z achillesem. W głupiej sytuacji – w łazience ściągając skarpetkę, szarpnąłem za nią mocno wyginając nogę (można by powiedzieć ściskając go). Wystarczyło to, że coś sobie naciągnąłem. Bolał mnie i zastosowałem sprawdzony sposób biegaczy – przerwę i może samo przejdzie. Samo przeszło ale tydzień wypadł.
Taka mała dygresja – zdarzenie to z pewnością nie jest winą skarpetki 😉 a pewnie mojego zapuszczenia, pospinania i marnej kondycji ogólnej.

Oczywiście w kolejnym tygodniu nie szalałem, wolno rozkręcałem się po kilka kilometrów a tu niestety kolejny pech. Syn przyciągnął jakieś choróbsko ze szkoły w piątek. Jemu oczywiście prawie nic nie było a ja po kilku dniach umierałem. We wtorek zrobiłem jeszcze bieg czując gardło. Później mnie połamało, spływało z zatok, kaszel i o żadnym bieganiu mowy nie było. Przeszło mi w sumie dopiero gdzieś po tygodniu ale w sumie do tej pory odczuwam dyskomfort. Niby nic nie boli ale spływa dalej z zatok, słabszy jestem w dalszym ciągu.

Statystyki miesięczne mówią, że:
Bieg: 53,8 km
Spacery: 17,6 km
Rower: 63,5 km

Jedynymi dobrymi zdarzeniami w lutym był fakt, iż:
– zacząłem codziennie ćwiczyć (w domu) i udało mi się to zachować do tej pory. Na ten moment ćwiczenia takie bardziej na rozruszanie zastanego latami organizmu (strasznie byłem zapuszczony) ale widzę już powoli pozytywne zmiany i postaram się tego nie zmarnować,
– udało się z wagi jakiś 1 kg zejść.

Cóż. Miesiąc temu czułem, że znów maraton będzie stracony i myślę, że już teraz można to potwierdzić. Zdaję sobie sprawę, że nie działa to dobrze motywacyjnie ale też trzeba być realistami. Przez 2 miesiące z poziomu 50-100 km ja nie dam rady się do niego dobrze przygotować. Szkoda, ale może będzie motywacja by za rok znów spróbować.

Na ten moment zaś próbuję przeanalizować jaką strategię treningową na kolejne miesiące przyjąć – czy ciągnąć przygotowania wg pierwotnego planu czy też może spróbować coś nietypowego. Tylko co?

Adidas Ultraboost DNA Prime

Świat biegowy dawno już poszedł do przodu. Teraz na topie jest karbon. Ja aż tak za nowościami nie gonię i przy okazji zeszłorocznego maratonu postanowiłem spróbować „modnej” parę lat temu pianki boost.

Jak to u mnie ważnym kryterium jest cena stąd też po przeglądaniu różnych ofert zdecydowałem się na tytułowy but – Adidas Ultraboost DNA Prime. Buty te w dalszym ciągu można wyszukać w sklepach internetowych (za około 300 zł) więc myślę, że warto cokolwiek o nich wspomnieć.

Z najważniejszych parametrów buta wymienię:
– cholewka z materiału Adidas Primeknit (czyli szyta w całości),
– na podeszwie guma Continental no i oczywiście pianka Ultraboost,
– drop 10mm,
– waga 314 gram (mój pomiar rozmiaru 46),

Nie lubię wydawać dużo na buty. Chyba nie do końca umiem je wybrać bo zawsze po zakupie czegoś firmowego i drogiego dopadała mnie klątwa złego wyboru 🙂 A to ciasnawe w palcach, a to szybko się rozlazły… nie inaczej wyszło tym razem 🙂

Większość Adidasów kupowałem w rozmiarze 46 (z połówkami lub samo :)). Tym razem też – wziąłem 46. Po założeniu na nogę jest ok, przyjemnie, nie uciska. Okazało się niestety, że ten model ma język będący kawałkiem materiału bez żadnego wypełnienia. Boostowa podeszwa jednocześnie mocno pracuje „ugina się” i but przez to (jak żadne Adidasy do tej pory) latał mi trochę na nodze. Pierwszy bieg, drugi bieg – czuję, że mi się stopa w nim rusza co zaowocowało niestety bąblami na stopie.

Nie powiem, wkurzyło mnie to fest :/ Lekarstwem na ten problem okazało się mocne wiązanie – aż na pograniczu ucisku. Dopiero wtedy noga mi się w nim ustabilizowała, przestały mnie obcierać i można było zacząć cieszyć się z zalet pianki Boost.

Jak wspomniałem, odczucia z biegu są faktycznie inne. Adidasy są miękkie, sprężynujące. W mojej ocenie dużo bardziej niż pianki w podstawowych modelach tej marki. Ultraboost fajnie pracuje dając amortyzację stopie. Trzeba się do tego trochę przyzwyczaić, nie jest to jednak przeszkadzające. Nie ma się wrażenia zmulenia i tracenia energii na walkę z obuwiem.

Niezbyt mogę się wypowiedzieć o trzymaniu w deszczu bo nie trafiłem na szczęście na zła pogodę ale myślę, że nie powinno być z tym problemu. Continentalowa guma, która miałem w innych butach Adidasa raczej zawsze daje radę.

Do tej pory przebiegłem w nich kilka treningów + maraton. Buty są w dobrej kondycji, nic się nie zniszczyło, nie widać śladów starości itp.

Po maratonie nie stwierdziłem żadnego dyskomfortu dla stóp więc finalnie cieszę się, że dało się odczarować fatum złego wyboru 🙂 Wszystkim którzy planują je kupić polecam jednak dobrze przemyśleć rozmiar. Może warto zaryzykować mniej niż zawsze.

Maratońskie przygotowania 2023/24 – start

Jak już wspominałem, w maju chciałbym pobiec w 50 Dębno Maraton. Plan zakładał przygotowania, realizowane wg podobnego schematu, jak rok temu.
Grudzień miał znów być miesiącem rozruchowym, a od stycznia już jazda z treningiem 🙂
Bazując na ubiegłorocznych przygotowaniach miałem obawy, iż zakończy się to podobnie jak w 2023. Forma będzie taka sobie i przebiegnę go raczej „turystycznie”. Mam ciągle jakieś tam ambicje, po głowie chodziła mi więc myśl, że może jednak docisnąć mocniej. Trochę bardziej dołożyć kilometrów, trochę szybciej, może diety i ćwiczeń przypilnować w końcu…

Będę szczery – idzie bardzo źle 🙁

Po pierwsze i najważniejsze – Zastrajkowała mi coś głowa. Nie chce mi się „poważniej” biegać. Mam tu na myśli fakt, że wychodziłem te 4 razy w tygodni ale zadowalałem się truchcikiem na 5, 8 km. Zawsze był jakiś wykręt. A to zmęczony, a to rozruch, mocniej będzie na kolejnym treningu, pogoda nie ta…

Po drugie – biegało mi się tak sobie nawet na tych marnych dystansach. Jak poleciałem ciut dłużej to później zmęczony, nogi bolą. Kontuzje też mnie trochę łapały w głupich sytuacjach. Zmieniałem koło w aucie, poderwałem się z kucków – w kolanie coś chrupło. Szarpałem się w łazience ze skarpetką – jak nogę zgiąłem to myślałem, że achilles mi się urwał! Ufff.. nadwyrężyłem tylko bo pracował jednak. Dwa dni go czułem ale przeszło.
Dumałem trochę czemu i chciałem zrzucić to trochę na wiek (48 lat już :)) ale swoje zrozumiałem jak wlazłem na wagę. 95 kg się ma.

No masakra. Jestem w pupie. Zmarnowanego czasu mnóstwo i to nie koniec. Zadbać muszę najpierw o siebie (ogólnie). W lutym więc nie będę się porywał na mocniejsze treningi. Oznacza to, że zostanie mi jakieś 2 miesiące – marzec, kwiecień. Cóż, wynik jest już chyba przesądzony no ale może jakieś światło nadziei dla mnie zaświeci.

Cyferki zaś wyglądały tak:

Grudzień 2023
Bieganie: 77,2 km
Rower: 44 km
Spacery: 23,4 km

Styczeń 2023
Bieganie: 106 km
Rower: 47,3 km
Spacery: 46,1 km

Kalenji Jogflow 100.1

Spojrzawszy krytycznym okiem na stan moich butów do biegania weekendowego (osobna pula niż w tygodniu :)) uznałem, ze część już pora przeznaczyć na rower, codzienne chodzenie a część wywalić 🙂 Oznacza to nie mniej nie więcej, ze trzeba uzupełnić braki i kupić coś nowego 🙂

Pare razy pisałem już, ze nie jestem zwolennikiem drogich butów – słabo je wybieram albo rozczarowują mnie różnymi „wadami”. Z tego powodu wybór był raczej oczywisty – wycieczka do Decathlonu i tam zakup czegoś ze środkowej polki cen.

Modele od mojej ostatniej wizyty się już pozmieniały. Teraz za 99 zł można kupić but o nazwie Jogflow 100.1.

Kalenji Jogflow 100.1

Pierwsze co rzuca się w oczy to poszerzona konstrukcja. Najbardziej w piankowej podeszwie ale i cholewka ma więcej miejsca niż kiedyś. Z tego powodu po przymiarce wróciłem do rozmiaru 45 (ostatnie jakie kupiłem w Decathlonie to były 46). Noga (moja) ma luz, wygodnie się go zakłada i nosi. Zbyteczny wprawdzie jest ten szpiczasty czubek no ale może jakiś sens on ma.

Buty są całkiem ładne, nowocześnie wykonane. Cholewka dość przewiewna. Całość lekka. Producent pisze wprawdzie o amortyzacji, miękkości ale wg mnie są raczej sztywne. Zaznaczę tu jednak, ze w sposób pozytywny. Nie czuje się, ze trzeba „walczyć” z nimi w czasie biegu czy czekać aż się rozbija, uloza do nogi. Od razu mi przypasowały i dobrze mi się w nich biega na dystansach 5-10km.

Gumowana (na przedzie i tyle) podeszwa trzyma się w sposób poprawny drogi. W czasie deszczu, na asfalcie nie czułem obaw o stabilność.

Mam je wprawdzie na tyle krótko, ze ciezko coś powiedzieć o trwałości ale myślę ze zwyczajowy rok-dwa dadzą radę. A później spokojnie wymienię je na coś kolejnego.

Trochę matematyki z 2023 i przemyśleń przyszłościowych

Dla porządku mialem wpisać cóż tam się biegało w ostatnich miesiącach ale, ze cyferki szalu nie robią to podsumujmy lepiej cały rok:

Bieganie: 1711km
Rower: 3207 km
Chodzenie: 169 km

Nie tak zle w sumie ale ilość dziwnie nie przekłada się na jakość u mnie 🙂

 Rekordów żadnych nie zanotowano w ubiegłym roku.

Mam wrażenie, ze wiem bardzo dobrze co powinienem zmienić, tylko gorzej z chęciami do tych zmian. Cóż… nie każdemu widać dane 🙂 no ale zobaczymy jak to pójdzie w 2024.

W każdym razie… Żeby podtrzymać chęci do roboty wybrałem już 2 główne biegi. Będzie to Maraton w Dębnie a później 3 x Śnieżka. Biegi „poboczne” to pare moich ulubionych 10 kilometrówek które gdzieś tam od czerwca do września będą. Później się zobaczy, może City Trail by tradycji było za dosc (start co 2 lata).

Na ten moment jestem w podobym punkcie przygotowania jak w 2023. Waham się czy trenować jak rok temu czy postawić wszystko na jedna kartę i docisnąć do oporu. Rozum podpowiada ostrożnie, bo czuje swoje niedomagania ale mam obawy, ze ostrożnie = skończę jak ostatnio. Czyli – słabo.

Latarka LED na klatkę piersiową

Sezon biegania z lampkami LED już od jakiegoś czasu trwa w najlepsze. Wiadomo, krótki dzień wymusza konieczność doświetlania sobie drogi.

Mam już parę tych budżetowych lampek w swoim posiadaniu i w sumie żadnej kolejnej nie potrzebuję. Magiczne słowo „przecena” i fakt, że takiego rodzaju jeszcze nie miałem skusiło mnie jednak do wydania kilkunastu złotych 🙂 Taka jak tu prezentowana, w regularnej cenie kosztowała w markecie Aldi 39 zł.

Poniżej chciałem podać tylko kilka swoich odczuć (plusy i minusy) co do takiej lampy. Nie będę tu przepisywać danych technicznych. Kto ciekawy zerknie na zdjęcia tam pisze jak daleko, mocno świeci i jakie opcje ma.

No to startujemy.

Lampka ta ma 2 źródła światła. Przednia dioda zasilana jest 3 bateriami AAA. Drugie źródło to mniejsza, czerwona dioda, którą mamy na plecach. Ona zasilana jest zegarkowymi bateriami CR.
Całość, nie jest jakoś mocno prądożerna. Baterii nie wymieniałem a treningów już wpadło całkiem sporo.

Oba LED-y zamocowane są na 2 paskach. Pierwszym opasujemy tułów, a drugi stabilizujący to szelka, przekładana przez ramię. Paski można oczywiście regulować. Raczej się trzymają, nie puszczają same z siebie. Minusem jest jednak fakt, że lampki są zakładane na te paski przez takie plastikowe szlufki z dziurką. Powoduje to, że czasem potrafią się wysunąć (zwłaszcza gdy szarpiemy się z tym zakładając) . Trzeba uważać by ich nie zgubić. Ale… jak mamy je już dobrze założone to nic złego się z nimi nie dzieje. Trochę z tym już biegałem i na szczęście mam dalej obie 🙂

W czasie biegu szybko idzie się przyzwyczaić do tych pasków, lampka nie przeszkadza.

Przyciski włączające światło są dobrze umieszczone, wykonane z lekko świecącego w ciemności tworzywa. Nie ma problemu by to obsługiwać w czasie chodu, biegu. Mówię tu oczywiście o przedniej. Tylną, raczej trzeba odpalać przed założeniem no chyba, że ktoś ma gumowe ręce i szósty zmysł gdzie ona na plecach jest 🙂

Lampka ma dużo możliwości regulowania strumienia świetlnego (to plus). Przednia ma 3 stopnie regulacji jasności, światło migające i czujnik włączania/gaszenia przez zbliżenie ręki. Dodatkowo soczewką można kręcić co powoduje regulacje snopa światła. Może być wąski-daleki i szerszy ale bliższy (duży okrąg). Jest też regulacja góra-dół. Tylny LED oferuje światło ciągłe i migające.

Światło samo z siebie jest dość mocne, da się z tym trenować ale… strasznie telepie się we wszystkie strony (minus). Czemu? Podczas biegu wykonujemy lekkie ruchy skrętne tułowia. Przy uderzeniu o ziemię jest też ruch góra-dół. Dodatkowo nie pomaga fakt, że baterie mieszczą się w jednej obudowie z soczewką i diodą, całość jest dość pękata, wystająca do przodu i jeszcze bardziej podatna na telepanie. W mojej ocenie lampki mocowane na głowie raczej latają mniej.

Podsumowując. Pomysł dobry. Wyposażenie i możliwości dobre. Komfort używania jeśli chodzi o „montaż”na siebie i strumień świetlny dobry. Jeśli chodzi o „jakość” świecenia – dla mnie słabo (wstrząsy). Mi to telepanie strasznie przeszkadza i nie wyobrażam sobie biegać tylko z nią. Do chodzenia jak najbardziej. Do biegu nie 🙁 Z w.w. powodu używam jej w sumie jako sygnalizacji dla kierowców, że biegnę i takie światło pomocniczo-rezerwowe. A właściwe doświetlenie realizuje czołówką.

Charytatywny Bieg Mikołajkowy – Brzezia Łąka

Trenować coś mi się nie chce dalej ale pobiegać to i owszem. Dał mi znać brat, iż u nich na wiosce organizują charytatywny bieg. Zapisać może się każdy, dystans około 3km a przy okazji szczytny cel. Co mi szkodzi pobiec, poprosiłem go by mnie zgłosił.

Wpisowe wynosiło „co łaska”, w pakiecie oprócz numeru, czapeczki Mikołaja było jeszcze parę przekąsek i woda.

Z informacji od mojego brata trasa miała być płaska z miksowaną nawierzchnią – trochę asfaltu, kostki ale i polne drogi szutrowo-ziemne.

Z dość dobrym nastawieniem, w dzień zawodów zameldowałem się w Brzeziej Łące.

Warunki mieliśmy jeszcze zimowe, chociaż odwilż już ruszyła i temperatury wskoczyły w okolice 0 stopni.

Przy starcie było sporo osób w każdym wieku i formie. Większość to dzieci, młodzież ale i starsi też. Z tego co orientuję się numery minęły 100 więc całkiem dobrze jak na debiutancki bieg.

Trochę się pokręciłem, pogadałem z bratem i moim chrześniakiem. Oni planowali pobiec razem ale jednocześnie starać się o dobry czas. Ja bez żadnych specjalnych oczekiwań uznałem, że spróbuje polecieć szybko, na swój max 🙂

Obowiązkowe selfie dokonane 🙂 no to pozostało robić rozgrzewkę no i ruszać do bramy startowej.

Znak naszych czasów – selfie 🙂
Oczekiwanie na start

Po zwyczajowym odliczeniu wszyscy ruszyli. Dzieciaki ochoczo z pełną mocą, ja też szybko ale i ostrożnie by w tłumie nie zrobić ani sobie ani nikomu innemu krzywdy.

I poszli…

Jakoś po pierwszych kilkuset metrach wyszło, iż biegnę pierwszy 🙂

Leciało się, strażacy zabezpieczający trasę wskazywali gdzie biec. Pierwszy kilometr zrobiłem w 4:28. Szybko zacząłem czuć, iż z tempem raczej przegiąłem ale słyszałem, że ktoś mi się pleców trzyma więc starałem się nie poddawać.

Drugi kilometr poprowadzony był już trochę gorszą drogą – krzywa szutrówka zasypana mokrym śniegiem. Tempo zaczęło mi spadać, ciężej się biegło i zegar wskazał – 4:49 min/km.

Jakoś pod koniec drugiego kilometra goniący mnie zawodnicy (3 dorosłych mężczyzn) niestety mnie doszła. Najpierw jeden, później pozostała dwójka ze mną się zrównali i po chwili mi odeszli.

Miałem już kryzys i niewiele chęci by ich utrzymać. Starałem się nie zwalniać zbyt mocno ale niestety doszedł mnie jeszcze jeden zawodnik. Biegł autorskim planem czyli chwilę w opór a później prawie przystawał, szedł. Jak oddech złapał to znów dawał w palnik 🙂

Na 3 kilometrze był fragment gdzie należało skręcić w pola i gruntową drogą dobiec w okolice startu. Tutaj niestety nie popisali się organizatorzy. Chwilę wcześniej zakręt ostawiali strażacy i policja a tu nie było nikogo. Poprzedzający mnie dali ciała, minęli skręt i musieli się wrócić.

Doszedłem ich na chwilę ale jednak mieli większe rezerwy sił i znów dość szybko mi znikneli. Przez chwilę liczyłem, że uda mi się dojść interwałowca ale skubany jednak moc miał do końca 🙂

Trzeci kilometr zrobiłem tempem 5:29. Później jeszcze ostatnie 300-350 metrów i meta 🙂

Ostatnia prosta przed metą

Klasyfikacji żadnej oficjalnej nie było no ale, że aż tak dużo osób mnie nie minęło to wiem, że byłem 5 🙂 Fajnie, jeszcze na żadnym biegu w ścisłej czołówce nie byłem 🙂 🙂

Dystans zmierzony Suunto: 3,36 km. Czas: 16’46.2. Tempo średnie: 4:59 min/km.

Bardzo dobrze zaprezentował się mój brat ze swoim synem (13 lat) bo na metę wpadli solidarnie i to wcale nie dużo później niż ja. Tempo mieli – 5:22.

Po biegu można było jeszcze kupić kawę, herbatę czy coś do jedzenia dodatkowo wspomagając zbiórkę. Ja po chwili odpoczynku zebrałem się i wróciłem do siebie.

Przyjemna atmosfera jak i dobroczynny cel powoduje, że nie ma co rozpatrywać potknięcia organizatora z trasą. Nie to było najważniejsze. Ja jestem zadowolony. Jak za rok zrobią zawody znowu, kto wie, może się pobiegnie 🙂