Rowerowy Szlak Orlich Gniazd – część 2/3

PIERWSZY DZIEŃ JAZDY (WTOREK) – CZĘSTOCHOWA – OGRODZIENIEC (OKOŁO 90 KM).

Jak wspomniałem w pierwszej części relacji – wieczorem przygotowaliśmy sobie co mamy na rowery zabrać, a co zostanie w aucie.

Jako turyści postawiliśmy na minimalizm i wygodę jazdy 🙂 Każde z nas miało spakować się w jedną sakwę mocowaną pod siodłem (do rurki i siodełka). Spoko to wyszło, dało się wszystko wepchać, co dobrze rokuje na przyszłość (w tej konfiguracji chcieliśmy też jechać nad morze).

Przeglądnęliśmy również dokładnie jak prowadzi trasa RSOG.
Jej właściwy start wyznaczony jest w okolicy Dworca Głównego. Z naszych wyliczeń wyszło, iż hotel mamy praktycznie na końcu Częstochowy i to blisko szlaku. Powoduje to, że nie ma żadnego sensu wracać do Dworca, a po prostu trzeba dobić do szlaku omijając mało ciekawy, miejski fragment szlaku.

Nawigację na szlaku mieliśmy prowadzić dwutorowo. Po pierwsze kupiłem świetny plan trasy z wydawnictwa Compass (aktualny, edycja 2020).
Dodatkowo zainstalowałem na komórce aplikację Mapa.Cz. Dało się do niej pobrać mapy offline interesującego nas obszaru + dodatkowo wczytałem track GPX (z bloga Rowerem po Śląsku).
Za mapę papierową odpowiadała moja małżonka a mi pozostało wieźć komórkę 🙂

Przewodnik po szlaku. Polecam, bardzo przydatny.

Małe uwagi techniczne. Dystanse przy miejscowościach podaję na bazie oficjalnego przewodnika. Nam wychodziło trochę inaczej (bo zaczęliśmy w innym miejscu).
Relacja mimo, że staram się być dokładny może zawierać jakieś moje małe niedopatrzenia (wiele emocji na szlaku, coś można zapomnieć, przekręcić).

NO TO, STARTUJEMY
Nie ma co spać, trzeba jechać (tym bardziej, że nie wiadomo tak do końca jak to nam będzie szło :)). Pobudka dość wczesna, bo około 06:30. Śniadanko, pośpieszna analiza czy pogoda dalej ok, wynosimy graty do auta i zbieramy się do rowerów.

Mimo treningu mocowania sakw, trochę się przy tym miotaliśmy. Jednak obciążone większą ilością bagażu, mocniej opadały w dół. Zwłaszcza moja, zaczynała szurać po kole i parę razy jeszcze w Częstochowie stawaliśmy. Ekspert w osobie mojej Żonki ogarnął to jednak i już za miastem jechało się lepiej. Ale… nie będę ściemniał ten rodzaj toreb wymaga jednak trochę uwagi, co jakiś czas wypadało paski dociągać, podregulować. Trzeba mieć to na uwadze. Jak kogoś mega denerwuje to lepiej jednak zainwestować w bagażnik.

Mimo tego małego utrudnienia spokojnie, rozruchowo sobie jedziemy. W Częstochowie świetny asfalt ścieżki rowerowej, mijamy przejazdy kolejowe no i już za chwilę można skręcać w las (okolice Rezerwatu Zielona Góra), w stronę wsi Kusięta [13.4 km].
Zimno o poranku, wiatrówki się przydają, ale szybko za miastem je zrzucamy. Słońce zaczyna grzać 🙂

Tutaj czeka nas pierwsza, większa 🙂 atrakcja – Góry Towarne [17 km]. Prowadzi do nich parę odbić. My skorzystaliśmy z pierwszego i już za chwileczkę byliśmy na ich szczytach (uwaga, sporo piasku, trzeba już było kawałek podejść). Widoki piękne, warto wejść i zerknąć czy na same góry, czy na Częstochowę lub zamek w Olsztynie.

Góry Towarne. W tle Zamek Olsztyn.

Po tym przerywniku asfaltem docieramy do Olsztyna. W mieście szybki „look” na Rynek no i jedziemy dalej. Tu notujemy też pierwszą mała pomyłkę nawigacyjną. Przegapiliśmy skręt w lewo i zbytecznie lecimy prostu ku końcowi miasta. Pomyłka w miarę szybko wyłapana, cofamy się i już za chwilę możemy podziwiać piękne widoki na ruiny zamku.

Rynek w Olsztynie.
Ruiny Zamku w Olsztynie. Dojście do nich mocno piaszczyste.

Praktycznie wszystkie ruiny zamków (poza będącymi w stanie szczątkowym małymi strażnicami) są dostępne do zwiedzania. Niestety, przy naszym grafiku czasowym nie ma sensu wchodzić. Szkoda kasy na ekspresowe zwiedzanie, musi wystarczyć z wierzchu.

W okolicy zamku jest trochę piasku po którym źle się przemieszczać, szczęśliwie szybko zaczynają się twardsze leśno-wiejskie drogi prowadzące do Zrębic [26.3 km] gdzie można zobaczyć zabytkowy, drewniany kościół.

Zrębice. Kościół św. Idziego.

Po Zrębicach na trasie jest Pustynia Siedlecka. Widzimy drogowskaz, źle chyba jednak odczytaliśmy go bo mijamy ją i jedziemy dalej szlakiem. Szkoda, uznajemy jednak, że nie będziemy się wracać. Czeka na nas bowiem kolejne ciekawe miejsce – Złoty Potok [35,2 km]

Jako, że jest już około 12:30 pora więc na jakiś obiad. W restauracji położonej w stylowym dworku (reklamującej się pstrągami) skusiliśmy się na zupę rybną (ja) a moja lepsza połówka na bezpieczne pierogi 🙂

30 min odpoczynku, pojedzone, można ruszać dalej, tym bardziej, że sporo tu do zobaczenia. Warto wstąpić na teren zespołu parkowego z pałacem Raczyńskich i dworkiem Krasińskiego. Chwilę dalej czeka kościół św. Jana Chrzciciela i „ryneczek” ze studnią i figurą „Nosiwódki”

Pałac Raczyńskich.
Figura „Nosiwódki” na centralnym placu Złotego Potoku.

To jeszcze nie koniec tego co ciekawe. Mieści się tu też część tzw. rekreacyjna – staw Amerykan [37,5km]. W sezonie pewnie tu pełno ludzi. Teraz pusto, straganiki pozamykane, a szkoda bo można by jakiegoś loda zjeść 🙂

No nic, pozostaje jechać dalej. Droga skręca w las – Rezerwat Parkowe. Sporo tu ciekawych form skalnych i jaskiń.

Jaskina w Rezerwacie Parkowe.

Szlak robi się bardziej wymagający a my popełniamy drugi błąd nawigacyjny. Ze szlaku rowerowego odbijamy na szlak pieszy. Górki robią się zbyt duże, kłody, korzenie przeszkadzają. Trzeba co chwilę prowadzić. Mijają nas wprawdzie dwaj rowerzyści ale oni dysponują chyba sprzętem parę klas wyższym, nie mają bagaży i widać, że przyjechali się tu zmęczyć 🙂 My nie damy rady, prowadzimy. Szkoda, zmarnowaliśmy tu sporo czasu idąc a nie jadąc.
Finalnie na około [40.5 km] dobijamy do właściwej trasy i można oprócz jechania pooglądać ciekawe formacje skalne – Bramę Twardowskiego, Diabelskie Mosty.

Diabelskie Mosty.

Droga robi się już bardziej cywilizowana. Zaczynają się miejscowości, asfalt i tempo jazdy rośnie. Rośnie ale do momentu – Awaria.
Moja Żona na kierownicy ma torbę z różnościami. Przyciskała ona linkę przerzutki przedniej do lampki odblaskowej. Owa niestety miała ostrą krawędź i przecina osłonę. Linka wyłazi i koniec możliwości zmiany biegów. Nie naprawimy tego. Dętki, łatki, narzędzia mamy, osłony linek niestety nie.
Szczęście w nieszczęściu, że padło na najmniejszej zębatce. Szybko nie pojedzie ale przynajmiej pod górki może podjeżdżać.

Jak w kalejdoskopie zmieniają się kolejne miejsca i kolejne widoki warte odnotowania.

Ruiny strażnicy w Przewodziszowicach.

Strażnica w Przewodziszowicach.

Sanktuarium Matki Bożej Leśniowskiej.

Rzeźby na terenie Sanktuarium.

Żarki [49,2 km] ze swoimi unikalnymi stodołami i muzeum we młynie.

W kolejce do młyna 🙂

Droga dalej świetna, owszem z góry i w dół jest ale po przyjemnym asfalcie. Szybciutko to leci i zaczynają się większe, dobrze znane zamki.

Pierwszy to Zamek Mirów a już za chwileczkę Zamek w Bobolicach.

Zamek w Mirowie.
Zamek w Bobolicach.

Oba powyższe miejsca widać, że mocno turystyczne. Większy tu ruch, są restauracje. Debatujemy chwilę czy nie stanąć na lody (bo upał solidny) ale jednak pasujemy. Budki chyba zamknięte, w restauracji jeszcze trzeba będzie długo czekać…

Za Bobolicami kończą się asfalty i zaczyna chwilowo szuter. Nie jest uciążliwy więc to też całkiem fajny odcinek.

Zdów [60.9 km], za nim Rezerwat Góra Zborów z formacjami skalnym i dojeżdża się do nietypowej, zielonej, kostkowanej trasy rowerowej. Przy niej leża Jaskini Głęboka, Ośr. Morsko [72.4 km] z zamkiem Bąkowiec. Omijamy je trochę z żalem ale jednak czas goni. Trzeba jechać dalej.

Góra Zborów.

Przed nami jeszcze Sanktuarium w Skarżycach i Okiennik Wielki [76.6 km] i dalej w kierunku Bzowa [83,7 km].

Sanktuarium w Skarżycach.
Okiennik Wielki.

Górki, zjazdy. Oj, jest się gdzie zmęczyć. Jak ktoś dobrze śledził profil trasy praktycznie bardzo mało jest po płaskim. Albo wspinamy się w górę, albo zjeżdżamy w dół. Przydają się też rowery górskie. Nawierzchnia na trasie różna ale jednak wymagająca. Cieńkie opony, nie zdałyby tu egzaminu.

Przy [80.8 km] dojeżdżamy do Kromołowa gdzie trzeba pokonać ruchliwe skrzyżowanie z drogą 78 (są światła na szczęście) i znów mozolnie piąć w górę 🙂 Kolejna miejscowość na trasie – Bzów [83.7 km].

Tutaj kolejny miły odcinek – wprawdzie najpierw wspinamy się pod górkę szutrami ale rekompensuje to nowiutki asfalt, po którym już za chwilę mkniemy w dół. Wokół piękne plenery – pola, górki.
Jeszcze gdyby nie ten upał! Druga połowa dnia, powietrze rozgrzane, stoi, zero wiatru w sumie.
Przy zjeździe czuję, że coś moje hamulce zaczynają niedomagać. Cisnę oba, ale w sumie spowalniam maszynę niż staję w miejscu. Słabo, ale biorę to na karb stromego zjazdu, dużej masy mojej + roweru + bagażu.

Finalnie naszym oczom ukazuje się panorama Podzamcza. Monumentalny zamek podziwiamy przez chwilę i udajemy się jeszcze jakieś 1.5 km w stronę Ogrodzieńca gdzie mamy nocleg.

Już za chwilę Podzamcze wraz z monumentalnym Zamkiem Ogrodzieniec.

Jest już około 18.15-18.30. Plan mamy niby odpocząć i wrócić na zachód słońca nad zamkiem jednak lenistwo zwycięża 🙂 Małe zakupy na wieczór, pizza w hotelu i relaksik.

Forma po pierwszym dniu więcej niż dobra. Słońce nas trochę strzaskało ale nie poparzyło. Nogi i tyłek ok. No przynajmniej mój. Wymieniłem niedawno w rowerze siodło na trekkingowe z Lidla (Wittkop Medicus) i jestem z tego mega zadowolony. Wcześniej miałem sportowe siodło (też z marketu) i na nim pewnie bym konał 🙂

Ponieważ w drugi dzień czeka nas dłuższy odcinek (i wieczorem pociąg w Krakowie), planujemy szybszy start i kładziemy się spać.

Rowerowy Szlak Orlich Gniazd – część 1/3

WSTĘP
Poniższym wpisem chciałbym zacząć małe urozmaicenie tematyki bloga, czyli opisy moich rowerowych wypraw.
Jeżdżę (wraz z moją małżonką) rekreacyjnie, dla przyjemności ale nie ukrywam, że wybieramy sobie już cele całkiem ambitne.
Myślę więc, że może to być ciekawe dla osób, które też lubią ambitną turystykę ale niespecjalnie zależy im na rowerowych, osiągnięciach sportowych (wyścigach, zawodach).
Przy tej okazji (wpisów dwukółkowych) pewnie czasem też skrobnę coś o sprzęcie jaki mam i używam ale z góry przepraszam za ewentualne, mało profesjonalne podejście. Mega ekspertem nie jestem i doktoryzować w tej dziedzinie się nie zamierzam. Będzie w moim stylu – z pozycji amatora mówiącego czy jemu się produkt nadaje 🙂

No ale ok, nie przedłużajmy 🙂

POMYSŁ I PRZYGOTOWANIA
Idea tej wycieczki narodziła się trochę spontanicznie. Pisałem (w podsumowaniu sierpnia), że mieliśmy spore, rowerowe plany na 2020. Z powodu covid-a ich realizacja nie wypaliła więc niejako zastępczo wpadłem na pomysł tej zacnej trasy. Zamki, górki lubię więc czemu nie 🙂

Oczywiście, nie był to jakiś totalny spontan. Przed podjęciem ostatecznej decyzji trochę internetu przewertowałem, posprawdzałem logistykę.
O szlaku sporo można poczytać na jego oficjalnej stronie:

Rowerowy Szlak Orlich Gniazd

Mi bardzo spodobał się opis trasy i pomysł na jej pokonanie ze strony (polecam!):

Rowerem po Śląsku

Z wyliczeń wyszło nam, że pojedziemy we wrześniu kiedy jeszcze można liczyć na stosunkowo dobrą pogodę, a trwający rok szkolny spowoduje brak problemów np. z miejscami w hotelach.
Forma nasza pozwalała ze spokojem myśleć o takim wyzwaniu (a szlak liczy około 190 km). Rowery rozruszane, sprzęt był skompletowany (np. sakwy rowerowe zakupiłem już w zeszłym roku, z myślą o przejechaniu polskiego wybrzeża) czyli pozostało ruszać 🙂

Jako miejsce startu wybraliśmy Częstochowę, meta wiadomo w Krakowie. Analizując profil szlaku w sumie to obojętne gdzie start-meta, w obie strony jest bardzo podobnie.
Ambitnie postanowiliśmy pokonać RSOG (Rowerowy Szlak Orlich Gniazd) w 2 dni, dzieląc go na w miarę równe połowy. Dziennie wychodził nam więc całkiem spory dystans i liczyliśmy się z faktem, że nie wszystko na trasie zobaczymy z należytą uwagą. Czy ta decyzja była dobra myślę, że napiszę na końcu relacji jednak całość wycieczki wraz z dojazdem i powrotem całość zajęła nam 4 dni, czyli całkiem sporo.

Plan ramowy wyglądał tak:
– w pierwszy dzień jedziemy autem do Częstochowy, zwiedzamy ją i mamy pierwszy nocleg,
– ruszamy w drugi dzień rano, jedziemy połowę trasy i mamy drugi nocleg,
– ruszamy rano dnia trzeciego, dojeżdżamy do Krakowa gdzie łapiemy pociąg i wracamy do Częstochowy. Tu nocleg trzeci,
– czwarty dzień to już powrót samochodem do domu.

DZIEŃ PIERWSZY (PONIEDZIAŁEK)
Tobołki spakowane mieliśmy już wcześniej więc rano skoczyliśmy tylko po świeże bułeczki do sklepu, szybko załadowaliśmy rowery na wehikuł drogowy i można było ruszać.

Rowerowóz w pełnej krasie. Taki. bo do niego mam bagażnik 🙂

290 km pokonaliśmy spokojnie i bez problemów. Nawet nawigacja jakoś specjalnie nie skiepściła i trafiliśmy 🙂
Trasa okazuje się wiodła bardzo dobrymi drogami, z małym natężeniem ruchu, omijało się wszystkie większe miasta. Moim Opelkiem szybko z rowerami się nie da, ale za to odwdzięczył się fenomenalnym spalaniem, poniżej 4 litrów ropy na 100km 🙂
Hotel wybrałem w Częstochowie położony trochę na uboczu (w dzielnicy przemysłowej, koło terenów huty). Zależało mi na tym by było miejsce na zostawienie auta, a nie centrum miasta z płatnymi strefami. Pod tym względem trafiłem idealnie. Było czystko, spokojnie, nie robili problemów by auto stało sobie nawet jak nas nie ma. A skoro jestem zadowolony to co mi szkodzi polecić – Hotel Geris (wybierany z Booking.com).
Dodatkowym plusem lokalizacji okazał się fakt, że blisko mieliśmy do szlaku rowerowego, przy czym omijało się jazdę przez Częstochowę. Szlak formalnie prowadzi bowiem przez miasto, od dworca kolejowego.
Są plusy, są i minusy 🙂 Do Starego Miasta było stamtąd 7 km, a do Jasnej Góry koło 10 km.

Jak już rozgościliśmy się trochę w hotelu, pozostało ruszyć w miasto. Moja małżonka optowała za jazda rowerami. Mi jakoś pasowało bardziej pieszo. Myślę sobie, będzie kłopot zwiedzać z rowerem, może nie ma gdzie go postawić itp. Na swoje nieszczęście przekonałem ją i poszliśmy. Rany… kobiety mają jednak często rację.
Szło się przemysłową strefą, nie widząc żywej osoby (GPS nam wskazał to jako najkrótszą trasę pieszą). Mijały nas tylko jeżdżące auta. Oczywiście nie było żadnego sklepu, a upał w mieście nieziemski (z pogodą trafiliśmy idealnie, nie padało przez całą wycieczkę, słoneczko smażyło za to cały czas).
Pierwszą Żabkę spotkaliśmy dopiero na Starym Mieście więc czym prędzej nawadnialiśmy się i dopiero później ruszyliśmy dalej. Na jakiś obiad, a później już tylko zwiedzać i zwiedzać…

Wiadomo, Jasna Góra w swojej okazałości.

Hmmm… Święte Miasto zobowiązuje, sporo kościołów, nic specjalnego poza tym. Nie wiem czy to z powodu poniedziałku czy „po sezonie” ale na Jasnej Górze pusto, pozamykane dużo miejsc do zobaczenia. No ale ok, co trzeba zobaczone, zdjęć parę dokonałem, pamiątki kupione można wracać do hotelu.

I od drugiej strony 🙂
Park przy Jasnej Górze.

10 km spacer spowodował jednak, że ruchu mieliśmy dość 🙂
Pierwotnie myśleliśmy o tramwaju na powrót (linia szła po trasie naszego „spaceru”) ale w dobie covida i małej wiedzy gdzie, po ile bilety to padło na taxi. Nie wyszło drogo, a dużo męki nam oszczędziło.

Ufff… w hotelu można było odpocząć, wstępnie się spakować na jazdę i pora było zaczynać odpoczynek nocny.

XXVI Bieg w Twardogórze 13/09/2020

Aktualny rok nie rozpieszcza jeśli chodzi o zawody biegowe. Po całkowitym okresie posuchy, powoli, nieśmiało zaczyna się to i owo pojawiać ale ciągle ulicznych zawodów za wiele nie ma.

Nie ukrywam, fakt, iż Twardogóry nie odwołali trochę mnie w tej sytuacji zaskoczył 🙂 Ucieszyłem się oczywiście, że zawody są ale niepokój jak się zaprezentuję był wielki. 10 km toż to dla mnie całkiem solidny dystans patrząc na to co trenuję w 2020 🙂

Przechodząc jednak do sedna.
Moje, jedne z ulubionych zawodów, w tym roku zaprezentowały się w zmienionej formie. Dostosowanej, co oczywiste do covidowej rzeczywistości, ale i nowej jeśli chodzi o trasę.

Wirusa najbardziej było widać w strefie organizacyjnej. Biuro zawodów odgrodzone, ludzie wpuszczani w maseczkach i po dezynfekcji rąk. W pakiecie startowym wydawano również medale. Wydaje mi się, że środki ostrożności były stosowane dobrze, organizator zadbał by nikomu nie stała się tu krzywda.
Na zawodach była limitacja startujących – około 200 osób, czyli to też pozwalało czuć się bezpiecznie. Nie było po prostu przesadnego tłumu.
Co ciekawe w tym roku nie było wcale Kenijczyków i chyba obywateli Ukrainy. Hmmm… pieniądze jakieś za rezultaty były, widać jakieś inne ograniczenia przesądziły o ich braku.
W samym biegu na szczęście nie trzeba było biec w masce. Punkt odżywczy na trasie jak i po biegu były czyli nie wpadnięto tu w jakieś przesadne przegięcie.

Z drugiej strony wspomniałem o nowej trasie. Dodano nowy fragment i poprowadzono całość w drugą stronę (co do poprzednich wariantów). Zmiany te wydłużyły „kółko” i tym razem wystarczyły 2 pętle na 10 km i oczywiście jedna na 5. Lepiej domierzony wyszedł dystans, tym razem było pełne 10 km (moje Sunto pokazało nawet trochę więcej).
Nowości, nie spowodowały jednak by trasa była łatwiejsza. Mi wydaje się, że pod górkę było nawet więcej fragmentów.

Jak wspominałem dziwny rok i nowa trasa spowodowały, że nie byłem pewien jak mi to wyjdzie. Ok, spodziewałem się, że z pewnością nie lepiej, walka była rozgrywana raczej by nie było bardzo źle 🙂

W takiej sytuacji ostatnio pomagało mi chłodne planowanie. Tą strategię postanowiłem więc zastosować i tu. Ustawiłem się w ostatnich rzędach z nastawieniem biec bardzo spokojnie, treningowymi tempami. Jeśli sił miałoby wystarczyć to może przyspieszyłbym na końcu (po poznaniu już jak prowadzi trasa).

Dobra poza, brzucha za wiele nie widać 🙂

Przed biegiem nie szalałem z rozgrzewką, uznałem, że wystarczy trochę stacjonarnych rozciągnięć. Szkoda było wymęczyć się jeszcze przez zawodami tym bardziej, że zwyczajowo mocno świeciło słońce i było gorąco.

Ostatatnie podrygi rozgrzewkowe.

Przy okazji powiem ciekawostkę, tak się wybitnie szykowałem, że o ile ciuchy wziąłem dobre (lekkie i jasne) + wodę do picia (kamizelka Aonijie z bukłakami) to zapomniałem o butach 🙂 🙂 Nie chciało mi się już po nie wracać to wystartowałem w obuwiu do nordic-walking (Aldi, opisywałem je niedawno). Nie wyszło to źle, wygodne okazały się i do biegania.

Startujemy
Powoli, do przodu, staramy się…

Z przygotowania taktycznego jestem bardzo zadowolony. Biegłem spokojnie, ciągle co ważne (żadnych spacerów nie było). Woda przydała się bo upał był nieziemski a i nie musiałem korzystać z wodopoju organizatora. Nie będę tu analizował dogłębnie jak szło mi na trasie – raczej dobrze 🙂 Pod górki trochę wolniej, w dół starałem się krok wydłużyć. Ostatnie metry do mety oczywiście szybsze. Tym razem finish-uje się w dół co dodatkowo pozwala zrobić fajną końcówkę 🙂

Prosta przed metą.

Podsumowując. Wyszło jak planowałem. Czas: 00.54.38. Miejsce 91/112. Końcówka stawki ale i tak jestem z siebie zadowolony. Nie porównuje rezultatu do lat ubiegłych bo z powodu trasy nie ma to sensu.

Po biegu skorzystałem ze świetnego bufetu (dobry makaron z mięsem i zieleniną (szpinak, pomidorki). Pobrałem też piwo ale ono czeka na lepszą okazję 🙂 Los niestety nie okazał się dla mnie łaskawy w losowaniu ale cóż, nie można mieć wszystkiego 🙂 Nagród było mało, mam nadzieję, że to tylko tegoroczny ewenement.

Zawody tradycyjnie już polecam. Dobra organizacja, bezpiecznie i przyjemnie. Widać, że jak ktoś chce to i mimo sporych utrudnień można jednak zorganizować solidną imprezę. Do zobaczenia więc za rok 🙂

Sierpień 2020

Aż mi się nie chce pisać tego podsumowania 🙁
Wpadłem w pułapkę lenistwa. Coś mi w głowie się przestawiło i o ile idę biegać chętnie to po jakieś … 5 km truchtania. No, w porywach do 7 km dociągnę. Porażka, ale nie mogę się zmusić i koniec. Ani wizja spadku formy i rosnącego brzuszka, ani 10 km zawody (już w tą niedzielę) nie spowodowały bym się jakoś zmobilizował.
Czas był, był… i już go nie ma 🙂 Pogodziłem się, że na pierwszych moich zawodach w tym roku będę męczył się by w ogóle dobiec a nie coś czasowo zawalczyć.
Ta 10-ka to może i nie problem (wiadomo wymęczę jakoś) ale w listopadzie chciałem przebiec 21 km po Górach Sowich. Tak… jak się nie ogarnę to dopiero będzie ciekawe przeżycie.

No nic, narzekanie to moja specjalność więc lepiej zakończmy w tym momencie 🙂

Liczbowe wyniki wyszły następujące:
Bieganie: 42,92 km
Rower: 190,52 km
Chodzenie: 18,89 km

Tyle o sierpniowym bieganiu 🙂 Zmieńmy temat…

Sporo ostatnio jeździłem rowerem. Moja Żonka, co już chyba wspominałem dużo lepiej się w tym odnajduje a i mi sprawia to przyjemność.
Małe wtrącenie 🙂 Rower nie jest jakimś moim nowym objawieniem (jak to niektórzy nie chcąc/nie mogąc biegać nagle przerzucają się na jednoślad). Dawno, dawno temu średnio szkolnym dziecięciem będąc jeszcze, solidnie byłem zakręcony na jazdy. W czasie wakacji u dziadków (Podkarpackie województwo) wsiadaliśmy z kuzynostwem na rower i codziennie jeździliśmy gdzie nas oczy poniosą. Nie ma nic przyjemniejszego niż taka jazda w nieznane. Odkrywanie nowych tras, miejsc. Robiło się to 10km, to 50km. I to na maszynie marki Ukraina 🙂 Ciekawe kto by dzisiaj się porwał na takie coś. Ech, wspomnienia są zawsze najlepsze… i przyjemnie teraz znów obudzić dawną pasję 🙂
No ale wracając do rzeczywistości. Nic nie dzieje się oczywiście bezinteresownie 🙂 mieliśmy z Żonką, w głowie parę fajnych projektów związanych właśnie z dwoma kółkami. Pierwszy, którym miało być objechanie polskiego wybrzeża Bałtyku nie wypalił z powodu koronawirusa. Zamknięte hotele, restauracje (w czerwcu mieliśmy jechać i ok otworzyli, ale tak do końca nie było wiadomo co z tym będzie). Zamysł nie upadł, został przełożony na przyszły rok.
Chcieliśmy też przekręcić rundkę wokół Tatr. Strach jednak jechać (Słowacja) bo może kwarantannę wymyślą. To też będzie w 2021 🙂
Finalnie wymyśliliśmy jeszcze coś innego. Wydaje mi się, że też fajnego więc… chyba dołożę do swoich biegowych historii i coś o rowerach.
Uprzedzam, nie zmieniam targetu bloga (dalej bieganie is the best), nie będę się zbytnio wymądrzał o sprzęcie ale może kogoś to zainteresuje. W końcu wplatanie roweru w biegowe treningi to teraz całkiem modny trend.
No dobra, długo wyszło to stop 🙂 Co wymyśliliśmy z Żoną poczytacie już niedługo. A jak biegało się 10 km bez formy też będzie 🙂

Lipiec 2020

No i pyk i po lipcu.

Bieganie: 58.03 km
Chodzenie: 20.31 km
Rower: 432 km

Z pewnością miesiąc specyficzny. Pod względem biegowym tragiczny. Całościowo jednak nie wyszło to tak źle, widzę pewne plusy, które w mojej ocenie przeważają negatywne aspekty.
Jak powiedziałem, biegowo dokonałem … nic. Dystans jaki pokonałem podchodzi pod wartości rekordowo niskie. Malutko, oj malutko. Wszystkie biegi w dalszym ciągu tak do około 5 km, w swoim spokojnym, jednolitym tempie. Nie jest to rozwojowe.
Szczęśliwie dla mnie, lepiej robi się jednak z moim kolanem. Lepiej się już zgina, jeszcze jakaś sztywność w skrajnym punkcie czuję ale to i tak niebo a ziemia do tego co było wcześniej. No i przy chodzeniu, bieganiu jest ok, nie przeszkadza nic.
Niedobory biegowe pokryłem w lipcu rowerem. Dystans godny 🙂 a i same wycieczki rowerowe więcej niż przyjemne. Sporo było tu górskich wypraw (Góry Sowie i okolice), koniec miesiąca zaś to powrót w Oleśnickie niziny. Siadłem wtedy na starutką kolażówkę i okazuje się, że da się na niej całkiem szybko i przyjemnie jeździć.
Ogólnie jakoś, rower mi ewidentnie dobrze wchodził. Szybko wróciłem do dobrej,turystycznej formy. Fajnie 🙂
Dodatkowym plusem dwóch kółek okazało się być zrzucenie 2 kg wagi. Z dołującego mnie 92,5 spadłem na około 90,3-90,6. To naprawdę dobry news dla mnie.

Nie lubię składać obietnic przed sobą, bo wiele razy mi coś nie wychodziło, ale mam wrażenie, że punkt wyjścia jest ok. Trzeba teraz spróbować szarpnąć bieganie. Jak nie teraz bowiem, to kiedy sam już nie wiem 🙂
We wrześniu powinienem mieć 10 km bieg w Twardogórze. Zmieniona (ale pewnie i tak szybka) trasa zachęca by pokazać się z dobrej strony. Czy będę w stanie? Zobaczymy ale jak wyżej, koniecznie muszę zacząć biegać solidniej bo inaczej będzie wstyd, że hej!


DFBG 2020

Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich 2020 – Super Trail 130

Początek dnia na trasie

Tegoroczne bieganie widzę, zaczyna odradzać się od gór. Biegi uliczne, ciągle w odwrocie, odwołane, przesunięte. A imprezy górskie nieśmiało ale jednak są (czy zaczynają być).
Liczę, że to dobry znak, przemyślane działania a nie żądza pieniądza organizatorów 🙂

No ale żarty na bok. Jedną z takich pionierskich, w obecnych czasach, imprezą jest DFBG. Zawody nie zostały odwołane, a organizatorzy dołożyli wszelkich starań by je odbyć.
W tym roku nie planowałem startować. Forma żadna i nawet na najkrótszym dystansie pewnie bym spore problemy miał. No ale popatrzyć, czemu nie 🙂
Poderwałem się skoro świt by zdarzyć na wschód słońca i przy okazji zerknąć jak radzi sobie czołówka dystansu Super Trail 130.
Na miejsce akcji wybrałem już dość daleki moment trasy (~100 km), okolice Sołtysiej Kopy. Najszybsi wg rozpiski z zeszłych lat mieli tu być około 04 z minutami. W sumie byli bliżej 05:00. Swoje pewnie dołożyła pogoda, było zimno, mokro a na trasie bardzo błotniście. Szacun dla nich, ja w swoich najlepszych czasach i tak bym był dużo bliżej początku trasy o tej godzinie.
Marna pogoda trochę popsuła mi koncepcję zdjęciową, no ale coś tam udało się dokonać. Kto ciekawy to zapraszam do galerii.

Czerwiec 2020 – jest źle a nawet gorzej

Pół roku już za nami. Jakby było co, można by poświętować. A. że nie ma…

Biegowo, mój czerwiec nie wyróżniał się w żaden lepszy sposób od maja. Utrzymałem praktycznie takie same numery:
Przebiegłem – 94,82 km,
Przejechałem rowerem – 137 km,
Przeszedłem (z kijkami lub bez) – 24,56 km

Kolorowo aż miło 🙂

We wszechobecnym kulcie sukcesu rzekłbym, że zacnie 🙂 Sportowy miesiąc, w ruchu, formie. Endomondo pęka od kolorów i kółeczek. Regularnie trenowane, no szok i niedowierzanie.

Rzeczywistość jednak w mojej ocenie nie jest tak świetna. Oczywiście nie mogę powiedzieć, że się całkiem obijałem. Coś tam jeździłem i biegałem. Są to jednak na tyle małe aktywności, że zaczęło się to odbijać na mojej wadze. Z przerażeniem zauważyłem ostatnio 92, 5 kg. Kurcze, tyle to ja miałem X lat temu i źle się czułem/wyglądałem. Widać, że słabe nawyki żywieniowe przeważyły spalanie kalorii z aktywności fizycznej. Oj, katastrofa, katastrofa.

Drugą, nie wiem czy nie gorszą wiadomością jest fakt, że zaczyna mnie boleć prawe kolano. Nie wiem z czego, nie kojarzę bym je jakoś przeciążył, uszkodził na biegach. Zginać się zgina, nóżką mogę wychylić w przód, tył ale coś je czuje. Tak samo przy chodzeniu. A tragedia zupełna jakbym chciał machnąć przysiad na szybkości. Bym się chyba nie podniósł po nim. Przy samym końcu ruchu zaczynam czuć jakąś sztywność. Na tyle sporą, że zaczynam unikać takiego ruchu. Awaria, strasznie mnie to martwi bo kolano to organ raczej średnio się regenerujący (a powiedziałbym, że nawet wcale).

Niezbyt wiem co robić w tej sytuacji. Odpuszczać ruchu chyba nie ma sensu, jakoś zbyt mocno się przeforsować raczej też. No nie wiem. Chyba trzeba poobserwować z tydzień, dwa i jak się samo nie naprawi to pozostanie biegać po doktorach.

Cóż, tym mało optymistycznym akcentem kończę raport czerwcowy. Lipiec będzie pewnie podobny, chociaż widzę sens powolnego podnoszenia się „z kolan” (jak to brzmi w mojej sytuacji :)). W każdym razie jakieś biegi (na ten moment) od września do listopada są aktywne w kalendarzu czyli warto by się przygotować.

Czapeczka Buff Pro Run Cap R-Focus Blue

Tegoroczna pogoda nie może się coś zdecydować czy iść w stronę upałów czy ulew, no ale w obu tych okolicznościach przyrody dobrze by biegacz coś na głowie miał 🙂 Ot, chociażby czapeczkę z daszkiem.

Jak ktoś czytuje mojego bloga to wie, że przesadnym fanem czapek z daszkiem nie jestem, ale jednak ochrona głowy w upalne dni to ważna rzeczy i warto coś zakupić.

Czapeczka z daszkiem – Buff Pro Run Cap R-Focus Blue.

Prezentowana poniżej czapeczka była takim trochę spontanicznym zakupem (zrealizowanym dzięki sponsorom, czyli moim rodzicom, a jeszcze dokładniej babci, bo ona pierwotnie wyłożyła kasę na ów produkt :)). Skoro była możliwość to zdecydowałem się na spróbowanie jej przed biegiem ultra. Założenie było takie, że może droższa i firmowa będzie sporo lepsza od tych co miałem? Ale ok, polećmy od początku i na temat 🙂

Czapeczka z daszkiem jest produktem Buffa. Należy ona do serii – Pro Run Cap R. Wzór/Kolor z tego co wynalazłem to Focus Blue.

Nie będę tu kopiował oryginalnych opisów producenta, zapraszam wszystkich zainteresowanych na stronę:
BUFF Pro Run Cap R
Prezentowany w linku model to inna wersja kolorystyczna, swojej nie znalazłem ale uwierzcie były, bo inni sprzedawcy jeszcze je mają.

Czapka może się podobać. Ma żywe, sportowe kolory pasujące mężczyźnie.

Widok ogólny.

Wykonana jest solidnie, widać dbałość o jakość produktu. Nic tu nie odrywa się czy jest krzywo przyszyte. Same szwy, widać w wewnętrznej stronie czapki, ale nie zanotowałem fakty by w jakiś sposób to przeszkadzało. Nic nie uraża w głowę.

Wnętrze. Widoczne szwy.

Buff występuje w uniwersalnym rozmiarze, regulacja obwodu następuje tu przez rzep umieszczony z tyłu. Ot klasyka rzekłbym. Sam rzep trzyma się dobrze, jak już sobie wyregulujemy nie ma opcji, że sama nam się rozsunie czy np. pod wpływem wilgoci będzie odpinać.

Rzep i otwory wentylacyjne.

Materiał całości to rodzaj poliestru. Gwarantuje to lekkość czapki, jej przewiewność i dobre odprowadzanie potu. Dodatkowo, w tylnej części czapeczki są wycinane dodatkowe otworki wentylacyjne, co przyspiesza odprowadzanie potu. Na bokach znajdziemy zaś otwory pod okulary, co pozwala to na ich stabilniejsze trzymanie się.
Sam materiał nie jest jakoś mocno rozciągliwy, rzekłbym nawet, że wcale. Przynajmniej wiadomo po co ten rzep z tyłu 🙂

Widok na część „głowną”

Z przodu czapki oczywiście daszek. Sztywny, więc nie da się tu całkiem jej pozginać i wrzucić np. w kieszeń. Niestety troszkę więcej miejsca w plecaku musi zająć.
Z jednej strony to pewien minus ale plusem z kolei jest fakt, że daszek trzyma się na swoim miejscu. Nawet jak namoknie to nie zwisa smętnie w dół. Będzie duże słońce to i przed oślepianiem oczu uchroni.

Sztywny daszek.

No a jak to wszystko sprawdzało się w praktyce? Dobrze, z małym (zwyczajowym) ale….
Podczas biegu w upalny dzień komfort termiczny był bardzo dobry. Głowy nie przegrzałem, na 100% było lepiej niż np. w chustach/buffach. Zakładanie, nierozpinanie, trzymanie się na czaszce też ok (w sumie chwaliłem w wyższych akapitach). To gdzie to ale? Ano tu, że zwyczajowo jak już oblały mnie pierwsze, solidne poty to trochę mi po tym daszku kapało 🙂 🙂 No niestety, nic nie jest doskonałe.

Cóż, Ci, którzy aż tak się nie pocą myślę, że będą z niej bardzo zadowoleni. Cena nie jest najniższa, ale warto chyba czasem zainwestować w siebie trochę więcej. Polecam.

Plecak Dynafit Vert 4

Youtube: Plecak Dynafit Vertical 4

Tym razem na „warsztat” biorę niewielki ale mocno użyteczny (w mojej ocenie) plecak biegowy Vertical (Vert 4) firmy Dynafit.

Zapraszam wszystkich do obejrzenia filmu, a poniżej (w artykule) kilka zdjęć omawianego sprzętu.

Test plecaka biegowego – Vert 4 (Dynafit).
Plecak biegowy Dynafit - Vert4. Widok ogólny.
Plecak Vert 4. Widok ogólny.
Plecak biegowy Dynafit - Vert4. Mocowanie przednie.
Mocowanie linki przedniej. 3 możliwości do wyboru.
Plecak biegowy Dynafit - Vert4. Mocowanie kijków.
Dolne mocowanie np. kijków.
Plecak biegowy Dynafit - Vert4. Wewnętrzna, wodoodporna kieszeń.
Wodoodporna kieszeń w środku komory głównej.
Plecak biegowy Dynafit - Vert4. Logo.
Logo w odblaskowej konfiguracji 🙂

W pogoni za marzeniami