Archiwum kategorii: Roznosci

Rowerem wokół Tatr – 1/3

Nowy Targ – Liptovsky Mikulas (123,14 km, czas samej jazdy około 09:59)

Zadowoleni, że pogoda nie jest tragiczna (nie pada!) ruszamy spod hotelu. Do oficjalnego punktu startowego nie jest daleko więc już po chwili widzimy tabliczki dumnie informujące, że jesteśmy na Szlaku Wokół Tatr.

W stronę polsko-słowackiej granicy jedzie się bardzo przyjemnie. Asfaltowa ścieżka prowadząca po nieczynnym już nasypie kolejowym pozwala w spokoju nabijać kilometry i rozkoszować się widokami na Kotlinę Orawsko-Nowotarską.

Kotlina Orawsko-Nowotarska

Widać jednak, że jest już po sezonie. Infrastruktura gastonomiczna 🙂 pozamykana. Zwłaszcza później, na Słowacji będzie z tym problem. Jak widzicie czynną restaurację, pizzerię to lepiej korzystajcie bo nie zdarzają się one często (nawet w większych miasteczkach szału nie było).

Poza nami na trasie nie ma też innych rowerzystów więc po króciutkiej przerwie na termosową kawę mkniemy dalej.

Ciemna chmura widoczna w oddali dochodzi nas po jakimś czasie więc w wiacie turystycznej (sporo ich na szlaku) decydujemy się ubrać w swoje poncha. Brak treningu powoduje, że chwilę to trwa i … przestaje padać 🙂 W sumie lepiej, z powrotem ładujemy je do sakw. W ten dzień popada jeszcze może z raz (30 minut lub krócej) i wtedy się one przydadzą. Przy okazji powiem, że oprócz deszczu, bardzo fajnie chronią przed chłodem.

Słowacja zaczyna się szybko. Szybko też zaczyna być potrzebna mapa.cz. Zerkam na nią co trochę bo szlak zaczyna prowadzić przez mix – opłotków mniejszych i większych miejscowości, nadrzeczne szutrowe ścieżki czy dość częste etapy po normalnych drogach (z mniejszym lub większym ruchem samochodowym).
Często też szlak przekracza rzeki więc trzeba czuwać by nie minąć linowych mostków po których się przeprawiamy.
Oznaczenia nie są tak dobre jak u nas. Tabliczki od czasu do czasu mówią o kierunku jazdy, najczęściej trzeba jednak wypatrywać rzadkich malowanych literek C (Cyklostrada jak mniemam :)) I to wszystko 🙁 Bez tracku GPX zgubić można się co kawałek.
Najbardziej słabą sprawą jest fakt, iż Słowacy od czasu do czasu prowadzą na trasie roboty ziemne. Po przejechaniu przez dwa place budowy mamy dokumentnie uwalone błockiem rowery. W takim kamuflażu będziemy jechać już do końca – niezbyt jest gdzie ani jak je porządnie doczyścić.

Niedostatki trasy rekompensują jednak piękne widoki. Mijamy ładne wioski z dużą ilością drewnianych chatek, zakola rzeki Orawy, zieleń dolin i pagórków. Są zabytki, ot choćby monumentalny Zamek Orawski.

Zamek Orawski

No i oczywiście góry 🙂 Widać je w oddali cały czas ale od około 70 km zaczynają się solidniejsze podjazdy i ich przedsmak można też poczuć w nogach. Wspinamy się powoli szutrową drogą by po chwili sycić oczy widokiem Małej i Wielkiej Fatry, w paśmie Wielkiego Chocza.

Już za chwileczkę…
Mała i Wielka Fatra, Pasmo Wiekiego Chocza 1/2
Mała i Wielka Fatra, Pasmo Wiekiego Chocza 2/2

Aż przyjemnie stawać i robić zdjęcia ale samo się nie przejedzie. Ruszamy dalej.

Droga coraz częściej prowadzi w górę. Tempo jazdy zauważalnie spada by jakoś przy 90 km (podjazdy o około 12% nachyleniu) wymusić spacerki. Oj, dało to w kość. Trudy rekompensują jednak widoki na Tatry i Niskie Tatry.

Panorama Tatr, Niskich Tatr 1/2
Panorama Tatr, Niskich Tatr 2/2

Solidnie zmęczeni zaczynamy martwić się o czas. Robi się powoli coraz później, szaro, zimno i jeśli ostatnie ~20 km będzie podobne to chyba za dnia nie dojedziemy. Od losu (twórców szlaku) dostajemy jednak bonus – kolejne 5 km to ciągły zjazd asfaltową drogą, prowadzącą przez lasy Sestrcskiej Doliny.
Udaje się nadrobić trochę czasu i dystansu gdy… nieoczekiwanie wyłącza się mi komórka. Jest zimno, padła bateria. Próbuję ją naładować powerbankiem, ale chytrość na kilogramy spowodowała, że zabrałem jakiś stary, malutki i wcale nie ma chęci on utrzymać telefonu na ON 🙂 Wrzucam telefon do sakwy niech się podładuje zgaszony, a sami próbujemy nawigować mapą. Oj, słabo to wyszło. Źle skręcamy i bez sensu drzemy pod górę z kilometr. Telefon na chwilę włącza się, udaje mi się zerknąć jak jechać i lecimy na szybkości w dół z powrotem. Po drodze pytam jeszcze policjantów w którą to stronę do Liptovskiego Mikulasa, zakładamy poncha (bo pada) i ostro pedałujemy korzystając, że jest dobrym asfaltem (główna droga), w większości w dół.
Jest! nasz cel. Ostatni stresik to znalezienie noclegu. Telefon pokazuje mi 10% baterii, mapy miejscowości nie mamy więc w myśl zasady – głupi ma szczęście na oparach energii i już prawie po ciemku docieramy na miejsce.

Uff… nocleg jest komfortowy. Duża kwatera w spokojnej dzielnicy. Ciepło, czysto, pełne wyposażenie (ręczniki, lodówka, kuchenka itp.). Odświeżenie, jeszcze spacerek do Kauflandu, gdzie oprócz jedzenia kupuję normalnego powerbanka 🙂 i można odpoczywać. Drugi dzień jazdy to mniej kilometrów ale czy po prostym terenie?

Zapraszam do czytania relacji z drugiego dnia jazdy w kolejnym poście.

Rowerem wokół Tatr – 0/3

Jako, że biegowo nie stawiam sobie ostatnio wielkich wyzwań (może od przyszłego roku coś się zmieni :)) to wszelkie szaleństwa realizuję na rowerze. Tak było i tym razem. Pomysł chodził gdzieś tam po głowie, trochę czytałem, trochę się wahałem aż wreszcie zapadła decyzja, którą zakomunikowałem Żonie – jedziemy 🙂

Cel już blisko 😉

Za nasz cel postawiliśmy sobie – objechać Tatry korzystając z oficjalnego szlaku, o którym możecie poczytać tutaj:

Szlak Wokół Tatr

Ciekawym przejazdu polecam odnośnik bezpośrednio do opracowanego przewodnika – Rowerem Wokół Tatr (autor Wojciech Goj)

Przewodnik – Rowerem Wokół Tatr

Ten właśnie materiał był dla nas bezpośrednią inspiracją jak i wielką pomocą w zrozumieniu jak jechać i na co się nastawiać. Polecam go wszystkim.

Przygotowania odbyły się trochę na wariata, bo zacząłem myśleć o tym w drugiej połowie sierpnia, a na termin jazdy wybrałem okres – 21-24/09/22 ale szczęśliwie logistykę udało się dopiąć bez większych problemów. Jest to po sezonie turystycznym w sumie więc nie było problemów z noclegami na booking.com.

Jako ludzie ambitni uznaliśmy, że pojedziemy całość tak jak proponują na stronie czyli w 3 dni (wybierając pełny wariant oficjalny). Pierwszy etap to około 120 km do pokonania, a dwa kolejne odcinki mają bliżej 80-90 km. W sumie w zakresie naszych możliwości, strach był tylko, że to jednak góry 🙂 Nie wiedzieliśmy czy wspinanie się na szczyty nie zajmie zbyt wiele czasu. Wiadomo, koniec września to już krótszy dzień, kto wie czy zdążymy po jasności.

No ale, kto nie ryzykuje ten nie pije szampana 🙂 Noclegi zamówiłem więc w miejscowościach: Nowy Targ, Liptovsky Mikulas, Kezmarok, które są punktami węzłowymi szlaku.
Wybierałem zwyczajowo kwatery z gatunku niedrogich – zakres 100 do 200 zł, przyjazne rowerzystom (czytaj – posiadające ogrodzony teren gdzie można postawić rower).

Skoro najważniejsze zostało dokonane, można było skupić się na szykowaniu wyposażenia.

Zaktualizowałem mapa.cz, wgrałem do niej pliki GPX z przebiegiem szlaku. Są do pobrania na podanej wyżej stronie i bezwzględnie polecam je mieć. Parę osób w necie o tym pisało, a ja potwierdzam 🙂 – bez nich na Słowacji jazda będzie męką.

Jazdę odbyłem swoim rowerem górskim – Cycle Wolf (stary ale lekki, koła 26″, osprzęt Shimano STX RC) z dwoma sakwami mocowanymi do bagażnika (notabene zakupionego, krótko przed wyjazdem i absolutnie nie sprawdzonego w boju :))

Pewną zagwozdką był dla mnie dobór ciuchów w jakie się zaopatrzyć. W sumie nie jeżdżę zbyt dużo w zimne dni i obawiałem się co wziąć by nie było ani za zimno ani z kolei by się nie przegrzać.
Prognozy wskazywały, że rano będzie bliżej kilku oC, a w dzień może z kilkanaście (bliżej 10 niż 20).

Po namyśle zdecydowałem, że na górę założę lżejsze biegowe bluzy z długim rękawem a na to cieplejszą kurtkę rowerową. Na dół zaś… krótkie spodenki uzupełnione o getry/podkolanówki. Długich spodni nie miałem niestety, a szkoda mi było kasy na coś co za wiele nie użyję 🙂 🙂 Do tego pełne rękawiczki (wiosenno-jesienne), a na głowę bandana lub lekka czapka biegowa (pod kask).

Mimo, że jedzie się trzy dni szkoda mi było ciągać wiele ciuchów więc poza bielizną (na 3 dni) wziąłem tylko 2 komplety reszty, nastawiając się, że musi to wystarczyć.

Finalnie powiem, iż baliśmy się mocno deszczu. By nie załapać się na jakieś hardcorowe warunki po przemoczeniu zainwestowaliśmy w Decathlonie w przeciwdeszczowe poncho. W sumie pozycjonowane na miasto ale daje radę, co może opiszę kiedyś.
Niby długoterminowe prognozy były dobrze rokujące ale wiadomo, strzeżonego … 🙂

Do tego standardy: piżama, ręcznik, środki higieniczne, ładowarki, powerbank (przydatny!). Z ekstrasów dwa niewielkie termosy na kawę i herbatę i trochę słodkości na trasę. Serwisowo do rowerów wzięliśmy pompkę, dętkę, zestaw łatek, łyżek do opon i wielofunkcyjne klucze. A! no i nauczeni doświadczeniem wyjazdu na Szlak Orlich Gniazd zapasik gumek do hamulców 🙂

Środek tygodnia + spore miasta noclegowe gwarantować miały brak trudności z zakupami jedzenia na śniadanie i kolację więc odpadał kłopot z dźwiganiem prowiantu.

Wszystko przygotowane, czas leci a tu pogoda tragiczna. Pada ciągiem, dzień po dniu 🙁 Zacząłem mieć wątpliwości czy nie przestrzeliłem z datą. W sumie koniec września to trochę późno jak na takie rowerowe szaleństwa.
Doła trochę przez to złapałem ale co tu począć… jechać trzeba jak opłacone. Najwyżej będzie nauczka jak nas zmoczy dokumentnie.

Bogowie przygody jednak nam sprzyjali. Mimo ulewy w środę (dojazd autem do Nowego Targu) czwartkowy poranek powitał nas chłodem, chmurami ale brakiem opadów. Pobudka około 06.30, szybkie śniadanie, pakowanie i ruszamy!

Jak nam szło w kolejne dni zapraszam do czytania kolejnego postu 🙂

Ostre Koło – Radio Wrocław (11.09.2022)

Po wakacyjnej przerwie, wraz z moją Żonką zdecydowaliśmy, że wybierzemy się na jeszcze jedną wycieczkę z Radiem Wrocław.

Tym razem wyprawa startowała z Domu nad Wodospadem w Międzygórzu.

Jak można było się domyślić (po miejscu) i tym razem czekała nas górska jazda po single tracku 🙂

Nie jest to już może dla nas taka nowość ale zawsze jedzie się fajnie. Techniczne trasy, sporo pod górkę a bonusowo zjazdy na których można poczuć trochę adrenaliny. Wszystko to zachęca by wybrać się i trochę rowerem pokręcić 🙂

Przy okazji wycieczka ta była też treningiem przed solidnym wyzwaniem, jakie szykujemy sobie na koniec września. Nie będę jeszcze zdradzał co to będzie, zapraszam do czytania/oglądania po 25/09 🙂

Weekendowa pogoda nie zachęcała niestety do jazdy. Od rana padało. Zmokłem zakładając rowery na dach auta. Później pojawiło się niby małe okienko pogodowe ale cóż… na wycieczce w większości lało 🙂

Nie zrażeni tymi przeszkadzajkami zjawiliśmy się w Domu pod Wodospadem gdzie była już większość uczestników. Widzę, że klaruje się powoli stała ekipa jeżdżąca na te wycieczki bo parę osób już kojarzę. Fajnie, zawsze to raźniej z osobami, które się zna 🙂

Jak zwykle jedzą…

Śniadanko było wyśmienite, później przy kawie posłuchaliśmy jakie ciekawostki przygotowali dla nas organizatorzy. Tym razem miał to być około 8 km po Pętli pod Śnieżnikiem.

Odprawa przed wycieczką 🙂
Ekipa w komplecie. Zaraz ruszamy.

By niepotrzebnie nie tłuc się przez miasto, podjechaliśmy na parking pod skocznią i tam nastąpiło rozładowanie rowerów, przygotowanie się i start.

Pętla pod Śnieżnikiem nie była tak mocna jak trasa z ostatniego Ostrego Koła. Oczywiście techniczna ale przewyższenia nie zabijały 🙂 Jechało się dość dobrze mimo deszczu, który zaczął dość solidnie padać.

Około 4 km w górę minęło szybciutko i … okazuje się, że to już punkt w którym zjeżdżamy w dół albo wybieramy kolejną trasę. Trochę mało… Okazuje się, że podobne przemyślenia miała większa połowa uczestników i postanowiliśmy, że lecimy dalej – tym razem już sami, na Pętlę Ostoja, która ma około 14 km. Prowadzący poinformował nas, że na tej pętli nie ma wielkich przewyższeń i spokojnie damy radę. Tak 🙂 Zapomniał tylko wspomnieć, że na trasie jest kilka momentów z wielką ilością korzeni, czy też prowadzących nad przepaścią 😉 Po deszczu trochę strach było tam jechać i nie będę ukrywał coś tam się prowadziło.
Tu wtrącę jeszcze małą uwagę co do trasy. W paru momentach jechało się momentami po szutrowych drogach leśnych. Trochę powinno się ulepszyć na nich oznakowanie singletracka bo było dość mylne. Nie do końca było wiadomo gdzie skręcić. No ale jakoś daliśmy radę.

Wraz z moją Żoną stanowiliśmy ogon tej wyprawy (bo jeździć potrafimy długo ale niekoniecznie szybko). Górscy wyjadacze polecieli szybciej do przodu ale (co należy docenić) w kilku miejscach na nas czekali tak, że większość trasy pokonaliśmy razem. Dzięki! 🙂

Z całej wyprawy szczególnie polecam zjazd z Pętli pod Śnieżnikiem. Był w miarę szeroki, wysypany ubitym żwirkiem i świetny technicznie. Zjeżdżało się szybko, były zakręty, hopki. Mega, polecam nawet mniej wprawnym rowerzystom.
A co podobało się mniej? Przy samiutkiej trasie rosło mnóstwo grzybów. I to jakich wielkich! Moja małżonka strasznie przeżywała, że nie ma koszyka 🙂 🙂 🙂

Na sam koniec, kiedy już z mozołem pakowałem rowery na dach auta to złapało mnie oberwanie chmury 🙂 Rany, jak podczas jazdy tak nie zmokłem to tu, po paru minutach zlało mnie dokumentnie. Ups 🙂 W każdym razie niedzielny czas minął bardzo fajnie i wszystkim polecam wyprawy z Radiem Wrocław.

Drugie życie – refurbished

O odnowionych przez producenta produktach słyszał pewnie każdy. Nie każdy pewnie miał jednak z nimi do czynienia. Cena wiadomo lepsza ale czy nie będzie to towar z wadami, gorszymi parametrami czy śladami używania? Obawy mogą nas odstraszać od pomysłu zakupu takiego urządzenia.

Specjalnie oznaczone pudełeczko

Do tej pory, sam raczej nie interesowałem się takimi sprzętami. Migały mi tu i ówdzie reklamy ale jak coś kupowałem to albo nowe albo używane. Myślę, że to tylko dlatego, iż nie udało mi się trafić na naprawdę dobrą okazję 🙂

Ostatnio jednak żona poprosiła mnie o pomoc w wyborze innego sportowego zegarka dla niej. Do tej pory używała Garmina Vivoactive 3, który w sumie jej pasował. No, poza czasem działania bo to miał słabe. Bateria w nim działała w sposób dość losowy mimo, że serwis Garmina twierdził, iż jest ok.

Wymagania: może być nowy, może używany ale ma dłuuuuggggoooo działać w trybie GPS. Wiadomo, przynajmniej tak fajny jak w.w. Vivo 🙂 Finalnie zaś – nie najdroższy, powiedzmy tak do 1k PLN.

Wybór niedrogich zegarków dość istotnie zawęża się jeśli zaczynamy szukać czegoś co wytrzyma z GPS ponad 12 godzin w jednym rzucie. I nie jest to przypadek a stała możliwość 🙂
Coś tam oglądałem, coś dumałem, gdy pomyślałem o Fenixie 5s. I pewnie bym jej taki polecił gdyby nie rzuciła mi się w oczy oferta Fenix 6s refurbished. Kosztował tyle co używane 5s, gwarancję wiadomo ma normalną no to bierzemy.

W zestawie są…

Nie będę tu przedłużał lania wody. Warto. Zegarek wygląda jak nowy. Nie ma żadnych śladów używania, żadnych skaz, wad. Na ekranie folijka taka jak w nowych. W pudełeczku (jak widać specjalnym) w sumie to co w nowym – zegarek, ładowarka, instrukcje.
Cóż… sprzęt działa tak jak powinien, teraz czasu GPS jej na pewno nie zabraknie 🙂

Z przodu (już odpalony)

Wiedząc teraz co to jest (przynajmniej w wydaniu Garmina) myślę, że nie warto bać się sprzętów refurbised.

Z tyłu

Finalnie mała uwaga – w aukcji na której go kupowałem była informacja, że producent nie gwarantuje pełnej wodoszczelności (jaką ma nowy). Nie wiem czy to asekuracja czy faktyczne ograniczenie ale warto wiedzieć. Dla nas w sumie to żaden problem bo żadne z nas w żadnym zegarku nie pływa, nurkuje.

O wyborze taniego (a dobrego) roweru słów kilka

Używanego oczywiście 🙂

UWAGA. Zakładamy, że każdy ma elementarną wiedzę o rowerach. A jeśli nie ma to potrafi doczytać na milionach stron rowerowych o rozmiarach ramy, klasie osprzętu itp. Poniżej zaznaczam pewne tematy, nie rozwijam ich więc wiedzę trzeba mieć 🙂

Jako że biegowo (oprócz biegania 🙂 ) niewiele się u mnie dzieje to chciałem skrobnąć słów kilka o wyborze roweru, który da nam wiele przyjemności z jazdy, a przy tym nie zrujnuje naszego portfela. Teraz to nawet może i najważniejsze bo więcej zostanie kasy na węgiel lub cukier 😉

No ale bez żartów. Z jednej strony jestem osobą, która sporo potrafi wydać na swoje pasje ale są jednak pewne tematy co do których nie wyobrażam sobie wydać kilku swoich pensji by je zaspokoić.
Rower jest właśnie taką rzeczą. Lubię nim jeździć ale nie za cenę jakie proponują nam w sklepach. Nie chodzi nawet o to czy mnie stać czy nie. No po prostu nie i koniec 🙂 Nie mieści mi się w głowie by tyle wydać. Z tego powodu najczęściej oglądam i kupuje jednoślady używane. Szanuję jednak osoby, które wolą spokój i pewność zakupu w sklepie – każdy robi co chce.

Dla osób, które interesują się chociaż trochę tematyką rowerową, zakup sprzętu używanego może być bardzo interesującą alternatywą. Za ułamek ceny możemy dostać maszynę, która „osiągami” nieraz bije na głowę nowiutkie rowery.
Rower nie jest przy tym pojazdem kosmicznym. Szansa, że trafimy na totalną minę jest niewielka. Jeśli coś jednak wymaga wymiany to tak naprawdę nie kosztuje to kosmicznych pieniędzy. Naprawiając go dalej pozostaje nam sporo kasy w porównaniu do nowego.

Giant Boulder Alulite (taki model używa moja Żona)

Przechodząc do rzeczy. Jak kupić by być zadowolonym? Ja stosuję bardzo prostą zasadę czterech (trzech wymaganych) rzeczy na które zwracam uwagę. Jeśli się ich trzymam, nie ma opcji bym skiepścił. Na końcu podam, bardzo skrótowo parę tipsów gdzie kupić, ile wydać, co sprawdzić jeszcze przy zakupie.
Moje zasady zaś to:

Pkt.1 Rozmiar ramy
Najważniejszy parametr by jeździło nam się wygodnie. Tego nie da się oszukać, nie wierzcie w propozycje sprzedawców, że da się np. dłuższą rurkę pod siodłową i będzie git. Nie i koniec. Jeśli rower nie pasuje nam rozmiarem to nie warto dalej analizować jego zakupu.

Pkt.2 Waga roweru
Im lżejszy tym lepiej. Dlaczego? Docenicie to jak trzeba rower popchać w terenie albo wnieść w bloku na 10 piętro 😉 Zresztą i podczas normalnej jazdy ciężki rower wymaga dużo więcej wysiłku.
Dla mnie idealne wagi górali jakie kupuję (koła 26″) to około 11-12 kg. Czając się na rower używany w necie da się wyszukać ile jaki waży. Kupując na giełdzie itp. niestety trzeba zawierzyć wadze w swojej ręce. Podnieść rower, przytrzymać, porównać z innymi jakie sprzedają. Wizualnie też można zgadnąć, że wielki kloc, z amortyzatorami, grubaśnymi rurami ramy będzie ciężki.

Giant Cadex CFM3 – około 1992 ale z kompozytową ramą.

Pkt.3 Osprzęt.
Czyli przerzutki, hamulce itp. Podstawą jest by rower miał osprzęt znanej firmy (najczęściej będzie to Shimano, Sram). Nic nie mówiące nam nazwy to najczęściej proszenie się o kłopoty, konieczność późniejszej wymiany tych komponentów. Ze swojego doświadczenia wolę by rower miał np. hamulce V-Break niż jakieś chińskie tarcze.
Warto poświęcić tą chwilę w necie i poczytać jakie są klasy osprzętu (od najtańszych w górę). Czy da się kupić dobrze nie pamiętając tego dokładnie? TAK 🙂 Rower wybieramy tak by miał minimum 7 czy 8 przełożeń z tyłu. W przypadku starych sprzętów będzie to gwarancją, że ma napędy dobrej klasy. Po prostu kiedyś tanie rowery miały tylko 6, a to co wyżej było dobre 🙂

Pkt.4 Rodzaj roweru (kategoria dodatkowa)
Kiedyś było prosto – była rower męski, damka. No a w męskich jeszcze kolażówka czy góral. A teraz… katastrofa co nawymyślali 🙂
Ze swojej historii jako najbardziej użyteczny rower używany polecam rower górski (czyli popularnego górala). Bo… nada się idealnie na każdą nawierzchnię. Czy dziurawe asfalty, krawężniki czy jakiś teren. Używając go wycieczkowo (nawet na długich trasach) amator nie czuje jednocześnie dużej straty z masy czy prędkości. Jedzie się bowiem najczęściej i tak wolno (średnie prędkości z zakresu 10-15 km/g).

Jako ciekawostkę powiem, że przez jakiś czas miałem rower trekkingowy nie wytrzymywał jednak trudniejszego terenu i mojej masy. Jeżdżąc zaś np. po kostkach chodnikowych koło wpadało mi w dziurę między nimi co mnie wkurzało.

Merida-Z trochę trekking, trochę miejski ale objeździłem nim kawał Polski

Jeżeli dobrze przyłożycie się do w.w. punktów gwarantuje, iż zakupiony rowerem będzie bardzo dobrym nabytkiem.

No a na koniec parę uwag ogólnych.

Od kogo kupić?
Paradoksalnie polecam zakup od handlarzy sprzedających rowery na giełdach. Myślę tu o takich co mają ich kilkanaście-kilkadziesiąt sztuk. Są to najczęściej firmy sprowadzające je z zagranicy. Robią im serwis, regulacje bo jaki mają interes by ktoś później łaził niezadowolony i w kółko coś chciał 🙂
Od osób prywatnych kupowałem w necie rowery gdy konkretnie wiedziałem już co chcę (a ona posiadała ten model).

Co sprawdzić, czego nie kupować absolutnie?
Szczerze? Poza tych co dałem w punktach 1-3 to trzeba popatrzyć czy rama nie jest wizualnie krzywa, naprawiana (np. spawana). Takiego roweru bym nie brał. Cała reszta to rzeczy eksploatacyjne. To czy trzeba gumki zmienić w hamulcach, wyregulować przerzutkę, czy ewentualnie koła wycentrować jak biją to już pole dla Waszego zmysłu negocjacji ceny 🙂 Oczywiście im mniej trzeba się przy rowerze narobić tym lepiej.

Jako kolejną ciekawostkę podam, że z raz czy dwa kupiłem w sumie samą ramę z kółkami i tylną przerzutką. Dałem za to ze 100 zł a dokupując części (trochę nowych, trochę używanych) rower nie kosztował mnie więcej niż 600 zł.

Firmy godne polecenia?
Ja lubię rowery Gianta. Stare, solidne i lekkie. Oprócz tego co pokazałem na zdjęciach Cadex CFM3, Boulder AluLite warto np. poszukać jeszcze model – Track. On też waży koło 11 kg i ma cały osprzęt STX.

A ile trzeba wydać by się cieszyć?
Najlepiej mało 🙂 Wszystkie prezentowane w poście rowery udało mi się kupić w zakresie 300-500 zł. I działają do tej pory.
Dobry moment na zakup to jesień lub wczesna wiosna. Handlarze są skorzy by się pozbyć takich maszyn więc cena robi się jeszcze lepsza.

Cycle Wolf Tucano – może i wydumka ale na pełnym osprzęcie Shimano STX-RC

Ostre Koło – Radio Wrocław (10.07.22)

Do kolekcji ostrych kół postanowiłem dodać jeszcze jedno 🙂 Tym razem górskie klimaty z okolic Śnieżnika.

Na wyprawę oprócz żony zapisałem syna mimo, że wielkim fanem rowerów to on nie jest. Trasy nie są jednak mega trudne, powinien dać radę, no i przy okazji odpocząć trochę od wakacyjnego komputeryzowania 😉

Tym razem przygotowany został stosowny sprzęt, górskie rowerki załadowane i można było zaczynać.
Obawy były o pogodę – w nocy padało a sam dzień mocno pochmurny. Nie było jednak źle, wytrzymało 🙂

Ktoś tu sobie nie żałował 😉

Startowaliśmy z Hotelu Holimo (Stara Morawa) gdzie po wyśmienitym śniadaniu posłuchaliśmy ekspertów.
Ciekawie zwłaszcza opowiadał Pan związany z Singletrack Glacensis. Można było dowiedzieć się sporo o sieci tych tras, ich przygotowaniu czy zasadach jakie na nich panują.
Łącznie jest już ich ponad 250 km więc jak ktoś lubi to może jeździć i jeżdzić…

Ekipa gotowa do startu

Po śniadaniu wiadomo rower 🙂 Jak można się już domyślić pojechaliśmy na kolejny singletrack – Pętla Rudka.
Uczestników było sporo, grupa ochoczo ruszyła. Część szybciej, część wolniej. My nie szaleliśmy, swoim tempem jechaliśmy do przodu.

Na trasie

Ta trasa szczerze mówiąc trochę w kość dawała. Sporo było pod górkę i synu mój poczuł czym są braki kondycyjne 🙂
Niemniej należy go pochwalić, nie skarżył się i wydarł na szczyt. Spodobał mu się za to z pewnością zjazd – ten był mniej kamienisty i można było szybciej puścić się w dół. Zwłaszcza bez problemów technicznych – mój rowerek spisywał się dzielnie 🙂 Jednak co góral to góral, nie ukrywam, że to chyba mój ulubiony typ jednośladu.

Zakręty trzeba lubić

Fajnie. Z dojazdami nakręciliśmy około 14 km i spokojnie można było wracać do domu.

Ostre Koło – Radio Wrocław (09.05.22)

W Radiu Wrocław jest audycja Ostre Koło, która jak łatwo się domyślić dotyczy tematów rowerowych. W jej ramach, w różnych miastach naszego regionu, cyklicznie organizowana jest impreza rowerowa.

Zaczyna się ona od śniadania, w międzyczasie ciekawi goście opowiadają (w radio) o rowerach i nie tylko, a finalnie zebrana grupa jedzie na interesującą trasę.

Rozmawialiśmy swego czasu z Żoną, że mogłoby to być ciekawe i trzeba by kiedyś się zgłosić, wysyłając SMS. Za rozmowami nie zawsze idą czyny 🙂 ale, że miałem ostatnio trochę czasu i usłyszałem, że tym razem jazda odbywa się blisko nas to myślę, ok spróbuję 🙂 Jakież było moje zdziwienie, gdy miła Pani z radia, oddzwoniła i powiedziała, że zapraszają 🙂

Sprzęt został przygotowany, zmieścił się do samochodu, rowerowe ciuchy ubrane no to ruszyliśmy do miejscowości Spalona, położonej blisko masywu Jagodna.

Owca z widokiem

Start imprezy mieścił się w hotelu Owca z Widokiem, który dla przybyłych uczestników zaproponował pyszne, wegetariańskie śniadanie.
Niby sportowiec nie powinien się objadać ale wszystko wyglądało na tyle pysznie, że nie będę ukrywał próbowałem i próbowałem 🙂

Co by tu…?

Po śniadaniu, udało się machnąć jeszcze szybką kawę, sprawdzić sprzęt i można było startować.

Ruszamy

Wybrana trasa to całkowita nowość dla mnie – single track, jakich sporo przygotowano, w rejonie Kłodzka. Ten liczył około 15 km i określony był jako łatwy.
Trochę stresowało mnie, że większość uczestników przybyła góralami, a chyba tylko ja na swoim starutkim trekkingu Meridy. No ale … do odważnych świat należy 🙂

Więcej o takich trasach możecie poczytać na stronie:

Singletrack Glacensis

Singletrack to naprawdę ciekawa sprawa! Ścieżka jest mocno techniczna. Sporo na niej zakrętów (i to ostrych), pomostów, podjazdów i zjazdów. Szerokość faktycznie dla singla 🙂 jeśli chcemy kogoś wyprzedzić, trzeba liczyć na jego dobrą wolę i kulturę i poczekać aż nam ustąpi.

Fajną sprawą jest na pewno fakt, że ludzie nie robią tu głupot. Podczas jazdy, nie spotkaliśmy nikogo, kto jechałby „pod prąd”. Nie było też turystów pieszych.

Mimo, że dana trasa miała być łatwa, to jednak trzeba na niej wykazać sporo uwagi i trochę się zmęczyć. Około 10 km prowadziło pod górę, na szczyt Jagodnej, a dopiero stamtąd rozpoczynał się 5 km zjazd w dół.

Jeżeli chodzi o nawierzchnię to jedziemy lasem po ubitej ziemi. Wiadomo są to góry więc sporo tu kamieni, skał. I faktycznie były to warunki na górala.
Ujechałem około 3 km gdy Żona mówi, że zaczyna mi bić tylne koło 🙁 Słabo, miałem to już kiedyś nad morzem – puściła któraś szprycha. Niezbyt jest co z tym dokonać, pozostało modlić się by wytrwało i jechać do przodu. Zwolniłem, przez hopki starałem się przejeżdżać delikatnie. Mocniej też musiałem kręcić, bo latające koło, ocierało o gumki hamulca. Większość grupy nas wyprzedziła a my wolno turlaliśmy się do przodu.

Chwila oddechu na szczycie.

Na szczycie Jagodnej zrobiliśmy, krótką przerwę by się napić i podziwiać widoki z wieży. Robią wrażenie, warto było się zmęczyć.

Pięknie tu

Zjazd w dół w mojej ocenie był trochę trudniejszy niż wspinaczka na szczyt. Nawierzchnia w wielu miejscach to spore skały, nie było to totalnie miejsce dla mojego roweru. Mimo to dzielnie sobie radził 🙂 i udało mi się zjechać bez przygód (finalnie jak sprawdziłem poluzowały mi się 2 szprychy i koło zdecentowało się).

Z górki na pazurki 🙂

Ufff… hotel. Dojechaliśmy mimo technicznych problemów. 15 km trasę pokonaliśmy w około 1.5 godziny i dała mi ona trochę w kość. Nie spodziewałem się takich atrakcji ale jestem bardzo zadowolony. Widoki były piękne, ścieżka dobrze przygotowana i pozwalająca pojeździć po czymś nowym (dla mnie).

Profil, przebieg trasy.


Na koniec dostałem mapę z zaznaczonymi wszystkimi trasami w regionie i myślę, że to nie było nasze ostatnie spotkanie z single trackami. Na właściwym rowerze będzie to fajna przygoda :), już planujemy gdzie wybrać się kolejny raz. Polecam wszystkim przybyć na Dolny Śląsk i samemu pokręcić po naszych drogach.

Czas relaksu – część 1

W codziennej gonitwie warto czasem znaleźć chwilę na odpoczynek, wyciszenie i uspokojenie.
W tym celu polecam wybrać się skoro świt na spacer po lesie. Zwłaszcza teraz, kiedy przyroda po zimie budzi się ze snu, pozwala to na mega odstresowanie. Drzewa i krzewy w pełnym rozkwicie, niesamowite ptasie koncerty.

Kto może ten idzie. A tych co jeszcze zastanawiają się czy warto zapraszam, chociaż wirtualnie, na chwilę wyciszenia w lasach koło Gór Sowich.

Poranek w lesie – część 1

City, City i po City :)

Ale wstyd. Ostatni bieg City Trail odbył się 25/03 a ja dopiero teraz coś o tym piszę. Oj 🙁

Ostatni bieg potraktowałem „turystycznie” – pobiegłem z Żoną, obiecując jej, że tym razem zaliczy życiówkę 😉
Tym razem plan udało się zrealizować w 100%. Wspólnie, zaliczyliśmy (jej) najlepszy czas na trasie. Zadowolony jestem, bo to zawsze dobry uczynek, a sam i tak nic ciekawego bym nie zwojował.

Przy okazji załapaliśmy się na kilka biegowych fotek więc będzie argument by jej przypominać, że prowadziła aktywny tryb życia i nic nie stoi na przeszkodzi by zapisać się na kolejne zawody 😉

Ostatnie zawody CT Wrocław

Wchodząc zaś z powrotem na swoją osobę to w klasyfikacji generalnej Wrocławia zająłem miejsce 219 z 250. Patrząc po czasach najlepszych biegów – nie był to udany sezon. Najszybciej pobiegłem trasę w 26:06, najwolniej 28:04.
W sumie przez pierwsze trzy biegi szło to dobrze – z biegu na bieg był progres. Siadło dopiero później i niestety niewiele już dało się z tym zrobić. No szkoda, ambicje były spore.

Plusem tej edycji (dla mnie) był fakt, że udało mi się trochę „przymusić” syna i żonę do wspólnego startowania. Może fanami biegów automatycznie się nie stali ale przynajmniej czas na świeżym powietrzu był spędzony, a to z pewnością będzie procentowało zdrowotnie.

Cóż. Zawody zakończone, uroczysta gala była. W tym momencie pora skupić się na innych planach, a na CT pewnie wrócę na jesieni.

Gala we Wrocławiu.

Garmin Fenix 6X Pro – cena spokoju

Po różnych, opisywanych na blogu, przebojach z zegarkami GPS pod koniec grudnia 2020 uznałem, że pora się ogarnąć i kupić coś, co „powinno” działać i mieć wszystkie potrzebne mi opcje.
Tym sposobem wróciłem z powrotem do produktów Garmina (kiedyś miałem FR10) i kupiłem sobie Fenix 6x Pro.

Garmin Fenix 6x Pro

Nie będę się tu silił na jakieś testy – tych jest w necie tysiące. Co może, jakie ma opcje znajdziecie sobie sami.

Po ponad roku używania chciałem po prostu powiedzieć, że jest dobrze 🙂
Nie znam pewnie nawet połowy jego możliwości, nie potrzebuję ich na ten moment. Nie analizuję czy tętno/trasa zapisały się z dokładnością do 1 uderzenia/metra.

Wiem za to, że:
– działa niezawodnie, nie zawiesza się (i zegarek i aplikacja),
– wytrzymuje prawie 27 dni między ładowaniem,
– nie mam żadnych szans wykonać treningu, który by się nie zmieścił w jego pamięci,
– sygnał GPS zawsze łapie mi w ciągu kilku – kilkunastu sekund. W sporcie, nie gubi go,
– otrzymuję mnóstwo danych, które jak najbardziej wyglądają realnie,

I to wystarczy bym był bardzo zadowolony 🙂

Fenix nie jest tani, Jeśli jednak do tej pory mieliście takie przeboje jak ja to może warto zainwestować? Tym bardziej, że okazje zakupowe pewnie będą się pojawiać coraz częściej – w końcu na rynku pojawił się już jego następca – Fenix 7.

Pobiegane 🙂