Archiwa tagu: relacja

VIII Bieg Szerszenia – Nocny Bieg Świętojański

Jak końcówka czerwca to wiadomo trzeba pobiec w Biegu Szerszenia. Nie inaczej stało się więc i w tym roku. Mimo (zwyczajowych) trudności kondycyjnych / słabej formy stawiłem się kilkanaście minut przed startem na dziedzińcu Oleśnickiego zamku.

Jak to po czasach covidowych, także ten bieg trochę skromniejszy, mniej osób na starcie. Ogłaszano też, że nie będzie imprez towarzyszących jak bieg dzieci, pokazy ognia czy wspólna biesiada po zawodach. No szkoda ale cóż…
Organizatorzy miotali się trochę walcząc ze sprzętem nagłaśniającym ale mi to jakoś specjalnie nie przeszkadzało. Grzecznie stanąłem na końcu grupy, trochę się porozciągałem i uznałem, że jestem gotowy.

Startujemy

Jak i w paru poprzednich zawodach, nie miałem tu jakoś sztywno wyznaczonego celu. Ot, by wypaść dobrze przed samym sobą 🙂
Pamiętając jak szybko odcięło mnie na Biegu Firmowych tym razem zacząłem dużo spokojniej pilnując by nie lecieć szybciej niż 6 min/km. Chciałem utrzymać to do połowy trasy, a później zobaczyć czy są jeszcze jakieś siły czy będzie się spacerować.

Na trasie 1
Na trasie 2
Na trasie 3

Założenia taktyczne nawet były przestrzegane 🙂 A to zrobiłem kilometr trochę wolniej, a to trochę szybciej ale bez szaleństw. Ostatni nie biegłem, coraz bliżej do połowy i ze zdumieniem odkryłem, że chyba przebiegnę całość (wiem jak to brzmi ale w sumie więcej niż 5 km to nie biegam od dawien, dawna więc… :))
Rozochociłem się trochę, nie powiem więc zacząłem małymi kroczkami wyznaczać cele – a to utrzymać się chwilkę za tym, dojść, wyprzedzić i znów.
Kurcze, fajnie to szło, naprawdę jestem zaskoczony. Tym bardziej, że sobota u nas była upalna (ponad 35 stopni w dzień, słońce) a ja cały dzień praktycznie robiłem sobie coś tam przy aucie. Samo to powinno mnie zniszczyć a tu takie historie 🙂

Udało się dobiec! Metę na zamku minąłem w czasie 1:00:09. Uplasowałem się po tym na pozycji 103 z 146 z czego jestem bardzo zadowolony.
Atmosfera rywalizacji, siły na trasie działają budująco i nie powiem ma chętkę by przyłożyć się bardziej do trenowania przed kolejnymi zawodami. Obym dotrzymał obietnicy 🙂


Bieg Firmowy 2022 (Wrocław)

28 maja odbyła się kolejna, stacjonarna tym razem (czasy covida odchodzą jak widać w niebyt) edycja Biegu Firmowego.

Ciężko mi tutaj napisać coś dobrego o swojej dyspozycji sportowej 🙂 Na wartościowy wynik szans żadnych nie było. Niewiele biegam ostatnio, a z pewnością nie więcej niż te 4 km na treningu. Mimo, że 5 km powinienem przebiec bez większych problemów to nie nastawiałem się na jakieś ostre bieganie.
Jak na złość parę dni przed biegiem złapało mnie jakieś przeziębienie czy co. Zawaliło zatoki, gardło zaczęło boleć i szybko męczyłem się. Bezpośrednie objawy ustąpiły dość szybko ale przytykanie zostało 🙁 Tym bardziej więc nie spodziewałem się cudów ale.. pobiec chciałem. Chyba chciałem po prostu poczuć klimat zawodów, jakiego dawno już nie doświadczałem.
Dobry uczynek dokonany przy tej okazji (bo to przecież bieg charytatywny) cieszy tym bardziej i pozwala trochę rozgrzeszyć swoją słabą formę 🙂

Pełne skupienie 🙂

Patrząc na całość zawodów pod tym kątem to było fajnie. Wystartowałem jak totalny świeżak 🙂 dużo za ostro na początku. Czasy pierwszego, drugiego kilometra oscylował w okolicach 5 min/km. Później , bliżej trzeciego km szybko mnie odcięło i musiałem zrobić resztę Gallowayem – 3 min biegu, 1 min spacerku.
Po takim stylowym biegu na mecie zameldowałem się po około 27min 24 sek. Nie tak źle w sumie – ot, zgodnie z oczekiwaniami.

I co więcej? I nic 🙂 Pobiegane. Dziwnie było przy okazji zobaczyć tyle ludzi biegających w jednym miejscu. Tłok jakich dawno nie było 🙂

Ok. W drugiej połowie roku (a to już blisko) mam w planach trochę dłuższe biegi – 10 km, 21 km więc zaliczone tu zawody dobitnie pokazały mi w jakim tyłku jestem. Jeśli ma coś z tego jeszcze wyjść to już ostatni dzwonek by znów zacząć regularnie trenować. Jak wyjdzie to zobaczymy.

Ostre Koło – Radio Wrocław (09.05.22)

W Radiu Wrocław jest audycja Ostre Koło, która jak łatwo się domyślić dotyczy tematów rowerowych. W jej ramach, w różnych miastach naszego regionu, cyklicznie organizowana jest impreza rowerowa.

Zaczyna się ona od śniadania, w międzyczasie ciekawi goście opowiadają (w radio) o rowerach i nie tylko, a finalnie zebrana grupa jedzie na interesującą trasę.

Rozmawialiśmy swego czasu z Żoną, że mogłoby to być ciekawe i trzeba by kiedyś się zgłosić, wysyłając SMS. Za rozmowami nie zawsze idą czyny 🙂 ale, że miałem ostatnio trochę czasu i usłyszałem, że tym razem jazda odbywa się blisko nas to myślę, ok spróbuję 🙂 Jakież było moje zdziwienie, gdy miła Pani z radia, oddzwoniła i powiedziała, że zapraszają 🙂

Sprzęt został przygotowany, zmieścił się do samochodu, rowerowe ciuchy ubrane no to ruszyliśmy do miejscowości Spalona, położonej blisko masywu Jagodna.

Owca z widokiem

Start imprezy mieścił się w hotelu Owca z Widokiem, który dla przybyłych uczestników zaproponował pyszne, wegetariańskie śniadanie.
Niby sportowiec nie powinien się objadać ale wszystko wyglądało na tyle pysznie, że nie będę ukrywał próbowałem i próbowałem 🙂

Co by tu…?

Po śniadaniu, udało się machnąć jeszcze szybką kawę, sprawdzić sprzęt i można było startować.

Ruszamy

Wybrana trasa to całkowita nowość dla mnie – single track, jakich sporo przygotowano, w rejonie Kłodzka. Ten liczył około 15 km i określony był jako łatwy.
Trochę stresowało mnie, że większość uczestników przybyła góralami, a chyba tylko ja na swoim starutkim trekkingu Meridy. No ale … do odważnych świat należy 🙂

Więcej o takich trasach możecie poczytać na stronie:

Singletrack Glacensis

Singletrack to naprawdę ciekawa sprawa! Ścieżka jest mocno techniczna. Sporo na niej zakrętów (i to ostrych), pomostów, podjazdów i zjazdów. Szerokość faktycznie dla singla 🙂 jeśli chcemy kogoś wyprzedzić, trzeba liczyć na jego dobrą wolę i kulturę i poczekać aż nam ustąpi.

Fajną sprawą jest na pewno fakt, że ludzie nie robią tu głupot. Podczas jazdy, nie spotkaliśmy nikogo, kto jechałby „pod prąd”. Nie było też turystów pieszych.

Mimo, że dana trasa miała być łatwa, to jednak trzeba na niej wykazać sporo uwagi i trochę się zmęczyć. Około 10 km prowadziło pod górę, na szczyt Jagodnej, a dopiero stamtąd rozpoczynał się 5 km zjazd w dół.

Jeżeli chodzi o nawierzchnię to jedziemy lasem po ubitej ziemi. Wiadomo są to góry więc sporo tu kamieni, skał. I faktycznie były to warunki na górala.
Ujechałem około 3 km gdy Żona mówi, że zaczyna mi bić tylne koło 🙁 Słabo, miałem to już kiedyś nad morzem – puściła któraś szprycha. Niezbyt jest co z tym dokonać, pozostało modlić się by wytrwało i jechać do przodu. Zwolniłem, przez hopki starałem się przejeżdżać delikatnie. Mocniej też musiałem kręcić, bo latające koło, ocierało o gumki hamulca. Większość grupy nas wyprzedziła a my wolno turlaliśmy się do przodu.

Chwila oddechu na szczycie.

Na szczycie Jagodnej zrobiliśmy, krótką przerwę by się napić i podziwiać widoki z wieży. Robią wrażenie, warto było się zmęczyć.

Pięknie tu

Zjazd w dół w mojej ocenie był trochę trudniejszy niż wspinaczka na szczyt. Nawierzchnia w wielu miejscach to spore skały, nie było to totalnie miejsce dla mojego roweru. Mimo to dzielnie sobie radził 🙂 i udało mi się zjechać bez przygód (finalnie jak sprawdziłem poluzowały mi się 2 szprychy i koło zdecentowało się).

Z górki na pazurki 🙂

Ufff… hotel. Dojechaliśmy mimo technicznych problemów. 15 km trasę pokonaliśmy w około 1.5 godziny i dała mi ona trochę w kość. Nie spodziewałem się takich atrakcji ale jestem bardzo zadowolony. Widoki były piękne, ścieżka dobrze przygotowana i pozwalająca pojeździć po czymś nowym (dla mnie).

Profil, przebieg trasy.


Na koniec dostałem mapę z zaznaczonymi wszystkimi trasami w regionie i myślę, że to nie było nasze ostatnie spotkanie z single trackami. Na właściwym rowerze będzie to fajna przygoda :), już planujemy gdzie wybrać się kolejny raz. Polecam wszystkim przybyć na Dolny Śląsk i samemu pokręcić po naszych drogach.

City Trail Wrocław 2021/22 – Bieg 4

Dla spokoju ducha i z kronikarskiego obowiązku napiszę, iż pod koniec lutego pobiegłem w 4 biegu z serii City Trail 🙂

Forma moja nie dawała żadnych szans na wartościowy wynik, więc potraktowałem go towarzysko asystując swojej Małżonce.
Przy tej okazji, pochwalić ją trzeba – zabrała się za bieganie i jakby faktycznie chciała to by mogła osiągnąć wyniki lepsze niż ja 🙂
Ratuje mnie jednak fakt, że jej ukochany sport to rowery a bieganie to tak przy okazji.

Pobiegliśmy Gallowayem w cyklu 3/1min. Tempo biegu z gatunku wolniejszych, ale starałem się około 6:30-07:00 trzymać. Miało to dać całkiem dobry wynik (najlepszy z tych, które moja Żonka osiągnęła w tym sezonie). Okazuje się jednak, że możliwości miała większe 🙂 🙂 Jeden bieg zrobiła gorzej, drugi zaś lepiej – ten więc wypadł nam po środku.
Nie ma co jednak rozpaczać, biegło się fajnie, przyjemnie (przynajmniej mi). Założona strategia spowodowała zaś, że na mecie zameldowaliśmy się po 00:37:21.

Nieźle. Seria CT powoli się już kończy. Wiadomo, niewiele wywalczyłem wynikowo ale … W tym roku wystartowaliśmy rodzinnie: ja, żona, syn. To duży plus, fajnie, że chce się nam wszystkim jeszcze poruszać.
Wszyscy mamy już wymagane minimum biegów więc ostatnie zawody pewnie potraktuję podobnie. Pobiegnę dla przyjemności.
Ewentualne wyzwania biegowe zaś … może potem 🙂

City Trail Wrocław 2021/22 – Bieg 3

Dawno nic nie pisałem ale spokojnie, żyje się 🙂 I nawet biega, chociaż ciężko coś ciekawego o tym bieganiu sklecić (w połączeniu z lenistwem życiowym dało to długą przerwę we wpisach). Liczę, że jeszcze szanse na odrodzenie są 🙂
W międzyczasie mam jakieś inne pomysły, ale nimi podzielę się w najbliższym czasie.
No dobrze, teraz coś o bieganiu 🙂

Do trzeciego biegu City Trail przystąpiłem w całkiem dobrej formie. Jedno kolano odpuściło całkiem, drugie zaczyna szwankować (ale jeszcze pod kontrolą) 🙂 więc udało mi się po prostu cały poprzedzający miesiąc pobiegać. Delikatnie po te 3-6 km, ale regularnie co zaprocentowało zwyżką formy.
Szczęśliwie również warunki pogodowe nie przeszkadzały więc bieg uważam za wielce udany. Czasowo zrobiłem najlepszy wynik w tej edycji: 26:06 i na mecie zameldowałem się jako 276 osoba z 436.
I fajnie 🙂

Jak to w życiu apetyt rośnie w miarę jedzenia, spodobało mi się uzyskiwanie w kolejnych biegach coraz to lepszych czasów. Niestety… już wiem, że teraz (luty) tak dobrze już nie będzie. Przyplątało się jakieś choróbsko (ale chyba nie to słynne) i niestety teraz treningów wypadło na tyle dużo, że nie ma szans nadrobić. Z tego powodu planuję albo bieżący bieg odpuścić (porobić za to jakieś zdjęcia) albo pobiec rekreacyjnie z Żoną. Zobaczymy.
Liczę, że może w marcu uda się zakończyć serię z przytupem 🙂

City Trail Wrocław 2021/22 – Bieg 2

27-11-2021 odbył się 2 bieg z wrocławskiej serii City Trail. No a skoro zapisany byłem to wypadało pobiec 🙂

Tym razem Wrocław powitał biegaczy pierwszym w tym roku śniegiem. Nie było go dużo, co więcej mroźna noc przerodziła się w cieplejszy poranek. Rodziło to obawy o możliwość pojawienia się błota na trasie. Szczęśliwie dla startujących aż tak źle nie było – trochę kałuż i miejscami miększa nawierzchnia.

Zdjecie z City Trail Wroclaw. Bieg 2, przed startem.
Przed startem.

Jeżeli chodzi o moją dyspozycję (i strategię) to nie planowałem żadnych ekscesów. Ot spokojny bieg na miarę swoich możliwości. Moje treningi (poprzedzające te zawody) szły w miarę dobrze. Nie czułem dyskomfortu związanego z kolanem, dystanse około 4-5 km obiegane więc nie spodziewałem się większych problemów. Jedno na co chciałem zwrócić uwagę to spokojne zaczęcie, tak by pod koniec biegu nie odcinało mi sił.

Cóż, krótka rozgrzewka, chwila oczekiwania i start z pierwszych rzędów strefy 28 min. Ruszyłem pilnując „czołówki” swojej strefy, jednocześnie starając się nie rwać zbyt mocno do przodu. Nawet to szło, mimo, że biegłem praktycznie na odczucia. Mój Garmin coś mocno szalał z chwilowym tempem i ciężko było skontrolować czy mieszczę się w zakładanych widełkach.
No nic, pierwsze 3 km weszły siłą rozpędu, później zaczęło się już lekkie zmęczenie. Tym razem jednak zwalczyłem pokusy spacerów, troszkę zwolniłem ale do końca biegłem. Wydaje mi się, że nawet zbyt zachowawczo bo na finish zachowałem sporo sił by przyśpieszyć.
Nie ma co jednak narzekać czas, w porównaniu do biegu 1 wyszedł lepszy. Zrobiłem 27:03 min, co pozwoliło mi na zajęcie miejsca 284/417. W kategorii M40 – 74/92.

Na trasie CT

Fajnie to wyszło. Muszę powiedzieć, że zadowolony jestem ze swojej dyspozycji jak i faktu, że udaje mi się poskromić zapędy gnania zbyt mocno. W głowie pojawił się już zamysł, że wypadałoby i kolejny bieg troszkę poprawić. To już jednak dość odważny zamysł, wydaje mi się, że trzeba będzie włożyć więcej sił w dietę i trening by doszło to do skutku. Czy dojdzie? Zobaczymy 🙂

XXI Toyota Półmaraton Wałbrzych

Czyli jak wróciłem do biegania 🙂

(O samym półmaratonie wiele nie będzie wybaczcie ale co roku podobny, co tu koło wymyślać od nowa :))

Kto interesuje się aktualną sytuacją biegową wie, że dalej dużych imprez praktycznie nie ma. Odwoływanie, przekładanie na nie wiadomo kiedy są na porządku dziennym. W tej dziwnej sytuacji tym bardziej zaskakujący okazał się fakt, iż Wałbrzych swój półmaraton jednak zorganizuje.

Zapisałem się na niego będą jeszcze w miarę w formie, w 2020 roku. Przeniesiono go na 2021. Kiedy okazało się, że jednak będzie uznałem – trudno, mimo kontuzji, zerowej formy wystartuję, no bo może wygram tą Toyotę 🙂
Nie będę ukrywał głupie i ryzykowne to było i mądrzy ludzie raczej tak robić nie powinni. Głód biegania to jednak straszna siła więc cóż…

Kiedy ciało nie może należy posiłkować się siłą umysłu. Z tego powodu przygotowania do zawodów zacząłem od przeanalizowanie swoich szans i możliwości oraz takiego wymyślenia strategii bym sobie jakoś specjalnie nie zaszkodził.

10 km w czerwcu jakoś mi poszło. 21 jednak to duża różnica – siłą woli raczej się jej nie zrobi. Oczywistym jest, że nie da się też nadrobić 5 miesięcy nie biegania w jeden (tym bardziej jak waży się 93 kg i ma jakąś kontuzję kolana). Postanowiłem więc sięgnąć do metody… Galloway’a.

Oceniłem, że powinienem być w stanie wolno truchtać 3 min, z 1 min przerwą na marsz i tak też postanowiłem zacząć biegać.

Kiedy chodzę z noga moją jest w miarę ok, biegać się jednak bałem „na żywca” więc na kolano zakładałem opaskę uciskową, o której może w jakimś kolejnym tekście wspomnę.

Najpierw zrobiłem 2-3 tygodnie rozruchu (po 3 biegi w tygodniu). Początkowo były to dystanse 4-5 km w tempie około 7 min/km, później zwiększone do około 6-7 by finalnie przed półmaratonem zrobić dwa treningi po 10 km i ostatni lekki run w sobotę (5 km.).

Nie było tak źle. Założoną strategię 3-1 min byłem w stanie utrzymać na treningach. Noga wytrzymywała też, więc można było przystąpić do półmaratonu.

Organizacyjnie (jak w poprzednich edycjach) wszystko ok. No prawie. Problem miałem mały w biurze zawodów, bo nie znałem swojego numeru. Okazuje się, że tym razem przypisywano je losowo (skanując kod kreskowy ze zgłoszenia powiązywali go z dowolnym numerem). Ot nowoczesność.
Pakiet startowy był nawet pomysłowy. Fajną, sporą torbę sportową dawano, a w niej termos i energetyczny baton/żel. Koszulki ekstra płatne jak ktoś chciał.
Trasa biegu jak kogoś ciekawi lekko pozmieniana. Dalej 2 kółka ale wydaje mi się, że kiedyś biegło się troszeczkę inaczej. No chyba, że nie pamiętam 🙂

A jeśli chodzi o walkę na trasie to było tak:

Pzed startem.

Wałbrzych powitał nas chmurami i chłodem. Do biegania więc całkiem dobre warunki (było by idealnie gdyby nie przelotne opady deszczu w trakcie biegu i spore już po). Mimo przedstartowego chłodku zdecydowałem się ruszyć na krótko – tylko spodenki i koszulka.
By być niezależnym od punktów żywieniowych zaś, zabrałem kamizelkę Aonijie z bukłaczkami + jeden żel.
Sporo osób biegło ze swoją wodą, widać obawy covidowe w narodzie żywe. Poważniej zaś, nie była to zła strategia. Na jednym z ostatnich punktów żywieniowych np. skończyły się kubeczki, dobrze więc że miałem swoją wodę.

Na trasie biegu.

Powiem wszystkim, że trzymanie się Gallowaya to ciężki temat. Zwłaszcza na zawodach gdy po 3 min trzeba iść a wszyscy lecą. Dumny jestem z siebie, że jednak dałem radę. Zwalczyłem pokusę i biegłem/dreptałem tak jak nakazywał czas.
Opłaciło się to bo o dziwo siły zachowałem na długo. Dopiero około 17 km, przy podbiegach trochę wymiękłem i szedłem ponad ustalenia. By było jednak uczciwie w momencie wypłaszczenia/ z górki biegłem troszkę dłużej.

Wałbrzych jest specyficznym biegiem są tu podbiegi i zbiegi. Analizując na spokojnie wydaje mi się, że tutaj można było jednak częściej złamać regułę i pod górki podchodzić a na zbiegach dłużej biec.
Dzieląc dystans minutowo (jak zrobiłem ja) czasem wychodziła niestety konieczność biegu pod górę a marszu w dół. Nie do końca ekonomiczne to, no ale… taka sytuacja.

Przy okazji powiem, iż atmosfera zawodów dodała mi skrzydeł w bieganiu. Na treningu robiłem odcinki biegowe po około 6:30 min/km a tu bliżej 6:00 min/km 🙂

No i zaraz będzie meta 🙂

Na mecie zameldowałem się w czasie 02:20:29. Niezbyt rewelacyjnie ale „żywy” i dalej władający nogami.
Dało mi to miejsce 605 Open (z 689 startujących) / 202 M40 czyli w ogonach obu kategorii 🙂

W losowaniach nic niestety nie wygrałem ale i tak fajnie. Bieganie dalej mnie kręci! Teraz pora robić parę dni oddechu i wracam do treningów – chciałbym jeszcze zrobić 10 km w Twardogórze. Tym razem ciągiem biegnąc.

Nie udawajmy, że aż tak OK. Nogi bolą 🙂

Taka myśl mi się jeszcze na koniec nasunęła. Mimo dużej, łącznej liczby startujących, widzę, iż sam półmaraton wielu chętnych nie przyciągnął w tym roku (~700 to chyba nie rekord tu). Sporo osób wybrało 10 km + Bieg Kobiet (wiadomo tu Panie :)).

XXVI Bieg w Twardogórze 13/09/2020

Aktualny rok nie rozpieszcza jeśli chodzi o zawody biegowe. Po całkowitym okresie posuchy, powoli, nieśmiało zaczyna się to i owo pojawiać ale ciągle ulicznych zawodów za wiele nie ma.

Nie ukrywam, fakt, iż Twardogóry nie odwołali trochę mnie w tej sytuacji zaskoczył 🙂 Ucieszyłem się oczywiście, że zawody są ale niepokój jak się zaprezentuję był wielki. 10 km toż to dla mnie całkiem solidny dystans patrząc na to co trenuję w 2020 🙂

Przechodząc jednak do sedna.
Moje, jedne z ulubionych zawodów, w tym roku zaprezentowały się w zmienionej formie. Dostosowanej, co oczywiste do covidowej rzeczywistości, ale i nowej jeśli chodzi o trasę.

Wirusa najbardziej było widać w strefie organizacyjnej. Biuro zawodów odgrodzone, ludzie wpuszczani w maseczkach i po dezynfekcji rąk. W pakiecie startowym wydawano również medale. Wydaje mi się, że środki ostrożności były stosowane dobrze, organizator zadbał by nikomu nie stała się tu krzywda.
Na zawodach była limitacja startujących – około 200 osób, czyli to też pozwalało czuć się bezpiecznie. Nie było po prostu przesadnego tłumu.
Co ciekawe w tym roku nie było wcale Kenijczyków i chyba obywateli Ukrainy. Hmmm… pieniądze jakieś za rezultaty były, widać jakieś inne ograniczenia przesądziły o ich braku.
W samym biegu na szczęście nie trzeba było biec w masce. Punkt odżywczy na trasie jak i po biegu były czyli nie wpadnięto tu w jakieś przesadne przegięcie.

Z drugiej strony wspomniałem o nowej trasie. Dodano nowy fragment i poprowadzono całość w drugą stronę (co do poprzednich wariantów). Zmiany te wydłużyły „kółko” i tym razem wystarczyły 2 pętle na 10 km i oczywiście jedna na 5. Lepiej domierzony wyszedł dystans, tym razem było pełne 10 km (moje Sunto pokazało nawet trochę więcej).
Nowości, nie spowodowały jednak by trasa była łatwiejsza. Mi wydaje się, że pod górkę było nawet więcej fragmentów.

Jak wspominałem dziwny rok i nowa trasa spowodowały, że nie byłem pewien jak mi to wyjdzie. Ok, spodziewałem się, że z pewnością nie lepiej, walka była rozgrywana raczej by nie było bardzo źle 🙂

W takiej sytuacji ostatnio pomagało mi chłodne planowanie. Tą strategię postanowiłem więc zastosować i tu. Ustawiłem się w ostatnich rzędach z nastawieniem biec bardzo spokojnie, treningowymi tempami. Jeśli sił miałoby wystarczyć to może przyspieszyłbym na końcu (po poznaniu już jak prowadzi trasa).

Dobra poza, brzucha za wiele nie widać 🙂

Przed biegiem nie szalałem z rozgrzewką, uznałem, że wystarczy trochę stacjonarnych rozciągnięć. Szkoda było wymęczyć się jeszcze przez zawodami tym bardziej, że zwyczajowo mocno świeciło słońce i było gorąco.

Ostatatnie podrygi rozgrzewkowe.

Przy okazji powiem ciekawostkę, tak się wybitnie szykowałem, że o ile ciuchy wziąłem dobre (lekkie i jasne) + wodę do picia (kamizelka Aonijie z bukłakami) to zapomniałem o butach 🙂 🙂 Nie chciało mi się już po nie wracać to wystartowałem w obuwiu do nordic-walking (Aldi, opisywałem je niedawno). Nie wyszło to źle, wygodne okazały się i do biegania.

Startujemy
Powoli, do przodu, staramy się…

Z przygotowania taktycznego jestem bardzo zadowolony. Biegłem spokojnie, ciągle co ważne (żadnych spacerów nie było). Woda przydała się bo upał był nieziemski a i nie musiałem korzystać z wodopoju organizatora. Nie będę tu analizował dogłębnie jak szło mi na trasie – raczej dobrze 🙂 Pod górki trochę wolniej, w dół starałem się krok wydłużyć. Ostatnie metry do mety oczywiście szybsze. Tym razem finish-uje się w dół co dodatkowo pozwala zrobić fajną końcówkę 🙂

Prosta przed metą.

Podsumowując. Wyszło jak planowałem. Czas: 00.54.38. Miejsce 91/112. Końcówka stawki ale i tak jestem z siebie zadowolony. Nie porównuje rezultatu do lat ubiegłych bo z powodu trasy nie ma to sensu.

Po biegu skorzystałem ze świetnego bufetu (dobry makaron z mięsem i zieleniną (szpinak, pomidorki). Pobrałem też piwo ale ono czeka na lepszą okazję 🙂 Los niestety nie okazał się dla mnie łaskawy w losowaniu ale cóż, nie można mieć wszystkiego 🙂 Nagród było mało, mam nadzieję, że to tylko tegoroczny ewenement.

Zawody tradycyjnie już polecam. Dobra organizacja, bezpiecznie i przyjemnie. Widać, że jak ktoś chce to i mimo sporych utrudnień można jednak zorganizować solidną imprezę. Do zobaczenia więc za rok 🙂

DFBG 2020

Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich 2020 – Super Trail 130

Początek dnia na trasie

Tegoroczne bieganie widzę, zaczyna odradzać się od gór. Biegi uliczne, ciągle w odwrocie, odwołane, przesunięte. A imprezy górskie nieśmiało ale jednak są (czy zaczynają być).
Liczę, że to dobry znak, przemyślane działania a nie żądza pieniądza organizatorów 🙂

No ale żarty na bok. Jedną z takich pionierskich, w obecnych czasach, imprezą jest DFBG. Zawody nie zostały odwołane, a organizatorzy dołożyli wszelkich starań by je odbyć.
W tym roku nie planowałem startować. Forma żadna i nawet na najkrótszym dystansie pewnie bym spore problemy miał. No ale popatrzyć, czemu nie 🙂
Poderwałem się skoro świt by zdarzyć na wschód słońca i przy okazji zerknąć jak radzi sobie czołówka dystansu Super Trail 130.
Na miejsce akcji wybrałem już dość daleki moment trasy (~100 km), okolice Sołtysiej Kopy. Najszybsi wg rozpiski z zeszłych lat mieli tu być około 04 z minutami. W sumie byli bliżej 05:00. Swoje pewnie dołożyła pogoda, było zimno, mokro a na trasie bardzo błotniście. Szacun dla nich, ja w swoich najlepszych czasach i tak bym był dużo bliżej początku trasy o tej godzinie.
Marna pogoda trochę popsuła mi koncepcję zdjęciową, no ale coś tam udało się dokonać. Kto ciekawy to zapraszam do galerii.

8 Bieg Niepodległości – Świerki (11-11-2019)

Bieg Niepodległości w Świerkach był dla mnie zawsze taką symboliczną końcówką sezonu. Jeśli nie biegałem później w City Trailu, to tu była jeszcze ostatnia możliwość zweryfikować swoją aktualną formę.

Pamiątki biegu.

W tym roku nastawienie do w.w. biegu miałem dość zachowawcze – bardziej by wstydu przed sobą nie było niż by liczyć na życiówki . Ostre trenowanie zakończyło się po BUGT. Siadła trochę motywacja ale i mocno skupiłem się na życiu poza biegowym (realizując jakieś inne pilne sprawy).

Zmniejszone treningi (rzadziej i krócej) w sposób jasny wskazywały , że małe są szanse na genialny wynik. Z tego powodu na starcie zawodów zjawiłem się z mocnym postanowieniem pilnowanie strategii. Zacząć bardzo spokojnie, tak by jak najwięcej sił zostało na druga połowę dystansu. Pilnować się chciałem także na zbiegach bo etap w dół (po początkowym 1,5km w górę) potrafi spalić na tyle mocno nogi, że później już sił brakuje na cokolwiek. Czyli… z górki miało być w miarę szybko ale nie w przysłowiowego „trupa”.

W tym roku założenia taktyczne udało się spełnić w 100%.

Wystartowałem z połowy stawki. Wolno ciągnąłem się pod górę, starając się nie szarpać (pokusa wyprzedzania tych co idą jest spora). 1,5 km poszło dobrze, siły są więc można było na wypłaszczeniu-zbiegach trochę przyśpieszyć. Z górek leciałem mniej więcej na tempie 4:30-4:40, płaskie etapy po około 5:30. Spacery na trasie były dwa, w tych miejscach gdzie bieg wielkiego sensu nie miał. Tempo byłoby podobne.

Jeden z przyjemniejszych fragmentów trasy 🙂
Jestem i na tym zdjęciu. Oczywiście mocno zasłonięty 🙂

W końcówce (ostatnie 1,5 km) trochę się rozpędziłem, ale też z umiarem. Trasa tu mocno kamienista, momentami ostro w dół. Szkoda było sobie coś zrobić mimo, że pogoda była dość łaskawa dla biegaczy – nie było błota, śniegu na trasie.

Mocny zbieg z Góry Włodzickiej.

Na mecie zameldowałem się w całkiem dobrej dyspozycji (bo i siły były nawet na solidny finish) po 01:01:08. Oczywiście można było coś z tego urwać ale jestem zadowolony. Nie miałem żadnego kryzysu, podchodzenia przy końcu biegu.

Czas osiągnięty jest porównywalny z ubiegłorocznym (wtedy trochę lepiej było bo 01:00:21).
Jest to oczywiście pewnego rodzaju krok w tył – trzymając formę z BUGT mogłem pobiec dużo lepiej. Z drugiej strony wiedząc o swoich brakach, pilnując strategii osiągnąłem sukces – realizując założony cel. Głowa jednak to potęga 🙂

Suche numery mówią, iż: zająłem miejsce 197 z 390 startujących. W kategorii M40 byłem 70.

„Sukces” na mecie udało mi się dodatkowo wzmocnić wylosowaniem świetnej apteczki samochodowej co dodatkowo podniosło moje morale.

Udało się, wylosowali mnie 🙂

Jak można zauważyć przy tegorocznym opisie, odpuściłem opis zapisów, biura, organizacji. Bieg w Świerkach jest już dość dobrze zakorzeniony w swojej formule i dalej trzyma poziom. O jego klasie (jak i innych zawodów organizowanych w rejonie) świadczą liczne nagrody zdobywane corocznie oraz liczna frekwencja startujących, więc z czystym sumieniem mogę go polecić innym zawodnikom.