Archiwa tagu: relacja

City Trail Wrocław 2021/22 – Bieg 2

27-11-2021 odbył się 2 bieg z wrocławskiej serii City Trail. No a skoro zapisany byłem to wypadało pobiec 🙂

Tym razem Wrocław powitał biegaczy pierwszym w tym roku śniegiem. Nie było go dużo, co więcej mroźna noc przerodziła się w cieplejszy poranek. Rodziło to obawy o możliwość pojawienia się błota na trasie. Szczęśliwie dla startujących aż tak źle nie było – trochę kałuż i miejscami miększa nawierzchnia.

Zdjecie z City Trail Wroclaw. Bieg 2, przed startem.
Przed startem.

Jeżeli chodzi o moją dyspozycję (i strategię) to nie planowałem żadnych ekscesów. Ot spokojny bieg na miarę swoich możliwości. Moje treningi (poprzedzające te zawody) szły w miarę dobrze. Nie czułem dyskomfortu związanego z kolanem, dystanse około 4-5 km obiegane więc nie spodziewałem się większych problemów. Jedno na co chciałem zwrócić uwagę to spokojne zaczęcie, tak by pod koniec biegu nie odcinało mi sił.

Cóż, krótka rozgrzewka, chwila oczekiwania i start z pierwszych rzędów strefy 28 min. Ruszyłem pilnując „czołówki” swojej strefy, jednocześnie starając się nie rwać zbyt mocno do przodu. Nawet to szło, mimo, że biegłem praktycznie na odczucia. Mój Garmin coś mocno szalał z chwilowym tempem i ciężko było skontrolować czy mieszczę się w zakładanych widełkach.
No nic, pierwsze 3 km weszły siłą rozpędu, później zaczęło się już lekkie zmęczenie. Tym razem jednak zwalczyłem pokusy spacerów, troszkę zwolniłem ale do końca biegłem. Wydaje mi się, że nawet zbyt zachowawczo bo na finish zachowałem sporo sił by przyśpieszyć.
Nie ma co jednak narzekać czas, w porównaniu do biegu 1 wyszedł lepszy. Zrobiłem 27:03 min, co pozwoliło mi na zajęcie miejsca 284/417. W kategorii M40 – 74/92.

Na trasie CT

Fajnie to wyszło. Muszę powiedzieć, że zadowolony jestem ze swojej dyspozycji jak i faktu, że udaje mi się poskromić zapędy gnania zbyt mocno. W głowie pojawił się już zamysł, że wypadałoby i kolejny bieg troszkę poprawić. To już jednak dość odważny zamysł, wydaje mi się, że trzeba będzie włożyć więcej sił w dietę i trening by doszło to do skutku. Czy dojdzie? Zobaczymy 🙂

XXI Toyota Półmaraton Wałbrzych

Czyli jak wróciłem do biegania 🙂

(O samym półmaratonie wiele nie będzie wybaczcie ale co roku podobny, co tu koło wymyślać od nowa :))

Kto interesuje się aktualną sytuacją biegową wie, że dalej dużych imprez praktycznie nie ma. Odwoływanie, przekładanie na nie wiadomo kiedy są na porządku dziennym. W tej dziwnej sytuacji tym bardziej zaskakujący okazał się fakt, iż Wałbrzych swój półmaraton jednak zorganizuje.

Zapisałem się na niego będą jeszcze w miarę w formie, w 2020 roku. Przeniesiono go na 2021. Kiedy okazało się, że jednak będzie uznałem – trudno, mimo kontuzji, zerowej formy wystartuję, no bo może wygram tą Toyotę 🙂
Nie będę ukrywał głupie i ryzykowne to było i mądrzy ludzie raczej tak robić nie powinni. Głód biegania to jednak straszna siła więc cóż…

Kiedy ciało nie może należy posiłkować się siłą umysłu. Z tego powodu przygotowania do zawodów zacząłem od przeanalizowanie swoich szans i możliwości oraz takiego wymyślenia strategii bym sobie jakoś specjalnie nie zaszkodził.

10 km w czerwcu jakoś mi poszło. 21 jednak to duża różnica – siłą woli raczej się jej nie zrobi. Oczywistym jest, że nie da się też nadrobić 5 miesięcy nie biegania w jeden (tym bardziej jak waży się 93 kg i ma jakąś kontuzję kolana). Postanowiłem więc sięgnąć do metody… Galloway’a.

Oceniłem, że powinienem być w stanie wolno truchtać 3 min, z 1 min przerwą na marsz i tak też postanowiłem zacząć biegać.

Kiedy chodzę z noga moją jest w miarę ok, biegać się jednak bałem „na żywca” więc na kolano zakładałem opaskę uciskową, o której może w jakimś kolejnym tekście wspomnę.

Najpierw zrobiłem 2-3 tygodnie rozruchu (po 3 biegi w tygodniu). Początkowo były to dystanse 4-5 km w tempie około 7 min/km, później zwiększone do około 6-7 by finalnie przed półmaratonem zrobić dwa treningi po 10 km i ostatni lekki run w sobotę (5 km.).

Nie było tak źle. Założoną strategię 3-1 min byłem w stanie utrzymać na treningach. Noga wytrzymywała też, więc można było przystąpić do półmaratonu.

Organizacyjnie (jak w poprzednich edycjach) wszystko ok. No prawie. Problem miałem mały w biurze zawodów, bo nie znałem swojego numeru. Okazuje się, że tym razem przypisywano je losowo (skanując kod kreskowy ze zgłoszenia powiązywali go z dowolnym numerem). Ot nowoczesność.
Pakiet startowy był nawet pomysłowy. Fajną, sporą torbę sportową dawano, a w niej termos i energetyczny baton/żel. Koszulki ekstra płatne jak ktoś chciał.
Trasa biegu jak kogoś ciekawi lekko pozmieniana. Dalej 2 kółka ale wydaje mi się, że kiedyś biegło się troszeczkę inaczej. No chyba, że nie pamiętam 🙂

A jeśli chodzi o walkę na trasie to było tak:

Pzed startem.

Wałbrzych powitał nas chmurami i chłodem. Do biegania więc całkiem dobre warunki (było by idealnie gdyby nie przelotne opady deszczu w trakcie biegu i spore już po). Mimo przedstartowego chłodku zdecydowałem się ruszyć na krótko – tylko spodenki i koszulka.
By być niezależnym od punktów żywieniowych zaś, zabrałem kamizelkę Aonijie z bukłaczkami + jeden żel.
Sporo osób biegło ze swoją wodą, widać obawy covidowe w narodzie żywe. Poważniej zaś, nie była to zła strategia. Na jednym z ostatnich punktów żywieniowych np. skończyły się kubeczki, dobrze więc że miałem swoją wodę.

Na trasie biegu.

Powiem wszystkim, że trzymanie się Gallowaya to ciężki temat. Zwłaszcza na zawodach gdy po 3 min trzeba iść a wszyscy lecą. Dumny jestem z siebie, że jednak dałem radę. Zwalczyłem pokusę i biegłem/dreptałem tak jak nakazywał czas.
Opłaciło się to bo o dziwo siły zachowałem na długo. Dopiero około 17 km, przy podbiegach trochę wymiękłem i szedłem ponad ustalenia. By było jednak uczciwie w momencie wypłaszczenia/ z górki biegłem troszkę dłużej.

Wałbrzych jest specyficznym biegiem są tu podbiegi i zbiegi. Analizując na spokojnie wydaje mi się, że tutaj można było jednak częściej złamać regułę i pod górki podchodzić a na zbiegach dłużej biec.
Dzieląc dystans minutowo (jak zrobiłem ja) czasem wychodziła niestety konieczność biegu pod górę a marszu w dół. Nie do końca ekonomiczne to, no ale… taka sytuacja.

Przy okazji powiem, iż atmosfera zawodów dodała mi skrzydeł w bieganiu. Na treningu robiłem odcinki biegowe po około 6:30 min/km a tu bliżej 6:00 min/km 🙂

No i zaraz będzie meta 🙂

Na mecie zameldowałem się w czasie 02:20:29. Niezbyt rewelacyjnie ale „żywy” i dalej władający nogami.
Dało mi to miejsce 605 Open (z 689 startujących) / 202 M40 czyli w ogonach obu kategorii 🙂

W losowaniach nic niestety nie wygrałem ale i tak fajnie. Bieganie dalej mnie kręci! Teraz pora robić parę dni oddechu i wracam do treningów – chciałbym jeszcze zrobić 10 km w Twardogórze. Tym razem ciągiem biegnąc.

Nie udawajmy, że aż tak OK. Nogi bolą 🙂

Taka myśl mi się jeszcze na koniec nasunęła. Mimo dużej, łącznej liczby startujących, widzę, iż sam półmaraton wielu chętnych nie przyciągnął w tym roku (~700 to chyba nie rekord tu). Sporo osób wybrało 10 km + Bieg Kobiet (wiadomo tu Panie :)).

XXVI Bieg w Twardogórze 13/09/2020

Aktualny rok nie rozpieszcza jeśli chodzi o zawody biegowe. Po całkowitym okresie posuchy, powoli, nieśmiało zaczyna się to i owo pojawiać ale ciągle ulicznych zawodów za wiele nie ma.

Nie ukrywam, fakt, iż Twardogóry nie odwołali trochę mnie w tej sytuacji zaskoczył 🙂 Ucieszyłem się oczywiście, że zawody są ale niepokój jak się zaprezentuję był wielki. 10 km toż to dla mnie całkiem solidny dystans patrząc na to co trenuję w 2020 🙂

Przechodząc jednak do sedna.
Moje, jedne z ulubionych zawodów, w tym roku zaprezentowały się w zmienionej formie. Dostosowanej, co oczywiste do covidowej rzeczywistości, ale i nowej jeśli chodzi o trasę.

Wirusa najbardziej było widać w strefie organizacyjnej. Biuro zawodów odgrodzone, ludzie wpuszczani w maseczkach i po dezynfekcji rąk. W pakiecie startowym wydawano również medale. Wydaje mi się, że środki ostrożności były stosowane dobrze, organizator zadbał by nikomu nie stała się tu krzywda.
Na zawodach była limitacja startujących – około 200 osób, czyli to też pozwalało czuć się bezpiecznie. Nie było po prostu przesadnego tłumu.
Co ciekawe w tym roku nie było wcale Kenijczyków i chyba obywateli Ukrainy. Hmmm… pieniądze jakieś za rezultaty były, widać jakieś inne ograniczenia przesądziły o ich braku.
W samym biegu na szczęście nie trzeba było biec w masce. Punkt odżywczy na trasie jak i po biegu były czyli nie wpadnięto tu w jakieś przesadne przegięcie.

Z drugiej strony wspomniałem o nowej trasie. Dodano nowy fragment i poprowadzono całość w drugą stronę (co do poprzednich wariantów). Zmiany te wydłużyły „kółko” i tym razem wystarczyły 2 pętle na 10 km i oczywiście jedna na 5. Lepiej domierzony wyszedł dystans, tym razem było pełne 10 km (moje Sunto pokazało nawet trochę więcej).
Nowości, nie spowodowały jednak by trasa była łatwiejsza. Mi wydaje się, że pod górkę było nawet więcej fragmentów.

Jak wspominałem dziwny rok i nowa trasa spowodowały, że nie byłem pewien jak mi to wyjdzie. Ok, spodziewałem się, że z pewnością nie lepiej, walka była rozgrywana raczej by nie było bardzo źle 🙂

W takiej sytuacji ostatnio pomagało mi chłodne planowanie. Tą strategię postanowiłem więc zastosować i tu. Ustawiłem się w ostatnich rzędach z nastawieniem biec bardzo spokojnie, treningowymi tempami. Jeśli sił miałoby wystarczyć to może przyspieszyłbym na końcu (po poznaniu już jak prowadzi trasa).

Dobra poza, brzucha za wiele nie widać 🙂

Przed biegiem nie szalałem z rozgrzewką, uznałem, że wystarczy trochę stacjonarnych rozciągnięć. Szkoda było wymęczyć się jeszcze przez zawodami tym bardziej, że zwyczajowo mocno świeciło słońce i było gorąco.

Ostatatnie podrygi rozgrzewkowe.

Przy okazji powiem ciekawostkę, tak się wybitnie szykowałem, że o ile ciuchy wziąłem dobre (lekkie i jasne) + wodę do picia (kamizelka Aonijie z bukłakami) to zapomniałem o butach 🙂 🙂 Nie chciało mi się już po nie wracać to wystartowałem w obuwiu do nordic-walking (Aldi, opisywałem je niedawno). Nie wyszło to źle, wygodne okazały się i do biegania.

Startujemy
Powoli, do przodu, staramy się…

Z przygotowania taktycznego jestem bardzo zadowolony. Biegłem spokojnie, ciągle co ważne (żadnych spacerów nie było). Woda przydała się bo upał był nieziemski a i nie musiałem korzystać z wodopoju organizatora. Nie będę tu analizował dogłębnie jak szło mi na trasie – raczej dobrze 🙂 Pod górki trochę wolniej, w dół starałem się krok wydłużyć. Ostatnie metry do mety oczywiście szybsze. Tym razem finish-uje się w dół co dodatkowo pozwala zrobić fajną końcówkę 🙂

Prosta przed metą.

Podsumowując. Wyszło jak planowałem. Czas: 00.54.38. Miejsce 91/112. Końcówka stawki ale i tak jestem z siebie zadowolony. Nie porównuje rezultatu do lat ubiegłych bo z powodu trasy nie ma to sensu.

Po biegu skorzystałem ze świetnego bufetu (dobry makaron z mięsem i zieleniną (szpinak, pomidorki). Pobrałem też piwo ale ono czeka na lepszą okazję 🙂 Los niestety nie okazał się dla mnie łaskawy w losowaniu ale cóż, nie można mieć wszystkiego 🙂 Nagród było mało, mam nadzieję, że to tylko tegoroczny ewenement.

Zawody tradycyjnie już polecam. Dobra organizacja, bezpiecznie i przyjemnie. Widać, że jak ktoś chce to i mimo sporych utrudnień można jednak zorganizować solidną imprezę. Do zobaczenia więc za rok 🙂

DFBG 2020

Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich 2020 – Super Trail 130

Początek dnia na trasie

Tegoroczne bieganie widzę, zaczyna odradzać się od gór. Biegi uliczne, ciągle w odwrocie, odwołane, przesunięte. A imprezy górskie nieśmiało ale jednak są (czy zaczynają być).
Liczę, że to dobry znak, przemyślane działania a nie żądza pieniądza organizatorów 🙂

No ale żarty na bok. Jedną z takich pionierskich, w obecnych czasach, imprezą jest DFBG. Zawody nie zostały odwołane, a organizatorzy dołożyli wszelkich starań by je odbyć.
W tym roku nie planowałem startować. Forma żadna i nawet na najkrótszym dystansie pewnie bym spore problemy miał. No ale popatrzyć, czemu nie 🙂
Poderwałem się skoro świt by zdarzyć na wschód słońca i przy okazji zerknąć jak radzi sobie czołówka dystansu Super Trail 130.
Na miejsce akcji wybrałem już dość daleki moment trasy (~100 km), okolice Sołtysiej Kopy. Najszybsi wg rozpiski z zeszłych lat mieli tu być około 04 z minutami. W sumie byli bliżej 05:00. Swoje pewnie dołożyła pogoda, było zimno, mokro a na trasie bardzo błotniście. Szacun dla nich, ja w swoich najlepszych czasach i tak bym był dużo bliżej początku trasy o tej godzinie.
Marna pogoda trochę popsuła mi koncepcję zdjęciową, no ale coś tam udało się dokonać. Kto ciekawy to zapraszam do galerii.

8 Bieg Niepodległości – Świerki (11-11-2019)

Bieg Niepodległości w Świerkach był dla mnie zawsze taką symboliczną końcówką sezonu. Jeśli nie biegałem później w City Trailu, to tu była jeszcze ostatnia możliwość zweryfikować swoją aktualną formę.

Pamiątki biegu.

W tym roku nastawienie do w.w. biegu miałem dość zachowawcze – bardziej by wstydu przed sobą nie było niż by liczyć na życiówki . Ostre trenowanie zakończyło się po BUGT. Siadła trochę motywacja ale i mocno skupiłem się na życiu poza biegowym (realizując jakieś inne pilne sprawy).

Zmniejszone treningi (rzadziej i krócej) w sposób jasny wskazywały , że małe są szanse na genialny wynik. Z tego powodu na starcie zawodów zjawiłem się z mocnym postanowieniem pilnowanie strategii. Zacząć bardzo spokojnie, tak by jak najwięcej sił zostało na druga połowę dystansu. Pilnować się chciałem także na zbiegach bo etap w dół (po początkowym 1,5km w górę) potrafi spalić na tyle mocno nogi, że później już sił brakuje na cokolwiek. Czyli… z górki miało być w miarę szybko ale nie w przysłowiowego „trupa”.

W tym roku założenia taktyczne udało się spełnić w 100%.

Wystartowałem z połowy stawki. Wolno ciągnąłem się pod górę, starając się nie szarpać (pokusa wyprzedzania tych co idą jest spora). 1,5 km poszło dobrze, siły są więc można było na wypłaszczeniu-zbiegach trochę przyśpieszyć. Z górek leciałem mniej więcej na tempie 4:30-4:40, płaskie etapy po około 5:30. Spacery na trasie były dwa, w tych miejscach gdzie bieg wielkiego sensu nie miał. Tempo byłoby podobne.

Jeden z przyjemniejszych fragmentów trasy 🙂
Jestem i na tym zdjęciu. Oczywiście mocno zasłonięty 🙂

W końcówce (ostatnie 1,5 km) trochę się rozpędziłem, ale też z umiarem. Trasa tu mocno kamienista, momentami ostro w dół. Szkoda było sobie coś zrobić mimo, że pogoda była dość łaskawa dla biegaczy – nie było błota, śniegu na trasie.

Mocny zbieg z Góry Włodzickiej.

Na mecie zameldowałem się w całkiem dobrej dyspozycji (bo i siły były nawet na solidny finish) po 01:01:08. Oczywiście można było coś z tego urwać ale jestem zadowolony. Nie miałem żadnego kryzysu, podchodzenia przy końcu biegu.

Czas osiągnięty jest porównywalny z ubiegłorocznym (wtedy trochę lepiej było bo 01:00:21).
Jest to oczywiście pewnego rodzaju krok w tył – trzymając formę z BUGT mogłem pobiec dużo lepiej. Z drugiej strony wiedząc o swoich brakach, pilnując strategii osiągnąłem sukces – realizując założony cel. Głowa jednak to potęga 🙂

Suche numery mówią, iż: zająłem miejsce 197 z 390 startujących. W kategorii M40 byłem 70.

„Sukces” na mecie udało mi się dodatkowo wzmocnić wylosowaniem świetnej apteczki samochodowej co dodatkowo podniosło moje morale.

Udało się, wylosowali mnie 🙂

Jak można zauważyć przy tegorocznym opisie, odpuściłem opis zapisów, biura, organizacji. Bieg w Świerkach jest już dość dobrze zakorzeniony w swojej formule i dalej trzyma poziom. O jego klasie (jak i innych zawodów organizowanych w rejonie) świadczą liczne nagrody zdobywane corocznie oraz liczna frekwencja startujących, więc z czystym sumieniem mogę go polecić innym zawodnikom.

IV Bieg Pustelnika – 01/09/2019

Pamiętając miła atmosferę zeszłorocznych zawodów postanowiłem również w 2019 zapisać się na kolejny Bieg Pustelnika.

Relacja z ubiegłorocznych zawodów zawarta jest tutaj:

Bieg Pustelnika 2018

Jako, że w aspekcie całościowym bieg wygląda podobnie nie będę tu powtarzał opisu całej otoczki – zapisów, dojazdu,trasy itp. Skupie się na interesujących szczegółach no i samej walce na trasie 🙂

  • Podobnie jak w zeszłym roku, Bieg Pustelnika był biegiem kameralnym. Na starcie/mecie stanęło 23 osoby.
  • Po opłaceniu startowego czekała mnie miła niespodzianka bo organizatorzy wręczyli mi zaległy dyplom. Słowo pisane ma jednak moc 😉 Szacunek za to, że komuś się chciało o nim pamiętać i przygotować go.
Dyplom w całej okazałości.
  • Warunki pogodowe tym razem były gorsze. Gorsze dla mnie – w znaczeniu, że już od rana mega grzało słońce i było po prostu upalnie. Nie oceniłem właściwie zagrożenia i zrobiłem tu jeden z kilku błędów, który boję się, że finalnie mocno odbił się na mojej formie (dokładniejsza analiza pomyłek na dole relacji).
  • Wyśmienitą sprawą w pakiecie startowym było drzewko, które można było sobie zasadzić. Swoje zasadziłem i w sumie czuję się spełniony. Zbudować dom, mieć syna i zasadzić drzewo 🙂
  • Organizatorzy powinni popracować nad numerami startowymi. W zeszłym roku go zgubiłem tu udało mi się wyłapać moment, że wisiał już na jednym paseczku. Ostatni kilometr niosłem go w ręku bo bałem się, że odpadnie sam. Mógłbym przypuszczać, że mam pecha ale Małżonka mówiła, że ktoś też miał swój w opłakanym stanie. Chyba powinny być wydrukowane na jakimś innym, wytrzymalszym materiale.
Oczekiwanie…

Po rozgrzewce, niedługim oczekiwaniu na start pozostało ruszyć. Znając profil trasy wystartowałem „z kopyta” wiedząc, iż tylko na początku, korzystając ze zbiegu będzie można coś ugrać. Później zacznie się góra i nastąpi oczywiste spowolnienie.

Chwila przed startem. Już wszyscy skupieni i gotowi.

Tutaj mała dygresja. Bieżący sezon nie jest moim najlepszym. Widać to po wynikach, gdzie startując regularnie na tych samych biegach notuję gorsze czasy. Z tego powodu mimo uczciwej i trudnej w mojej ocenie walki cyferki niestety wychodzą gorsze. Tak było i tym razem.

Pierwszy zbieg odczuciowo wykonałem naprawdę mocno. Kolejne kilometry też starałem się cisnąć na 100% swoich możliwości. Tym razem nie podchodziłem, ale aż do najwyższego szczytu biegu biegłem 🙂

Z tego etapu byłem nawet zadowolony. Znalazłem swoje miejsce w stawce i biegłem praktycznie sam, bez wiszących mi na plecach przeciwnikach.

Problemy zaczęły się po osiągnięciu szczytu Krąglaka. Puściłem się szybko w dół i nagle czuję sensacje żołądkowe. Odczucia miałem, że wyjdzie albo dołem albo górą 🙂 i mimo szczerych chęci by utrzymać tempo 4.40 nie byłem w stanie. Musiałem zwolnić na około 5.10. Próbowałem po chwili znów podkręcić ale nic z tego. Czuję, że jest źle. Znów musiałem zwolnić. Doszło mnie tu chyba dwóch zawodników i wyprzedziło. Po chwili dalszej beznadziejnej walki wyprzedziło mnie kolejnych dwóch, w tym najstarszy uczestnik biegu Pan Zygmunt Witkowski, z którym to rok temu toczyłem zaciętą walkę (wtedy zakończoną moją wygraną 🙂 ).

No niestety. Ostatnia górka przed metą i spacer. Chyba trochę mi pomógł bo żołądek uspokoił się. Ostatnie metry w dół już leciałem, ale co straciłem to moje. Szczęście, że nikt już więcej nie zdążył mnie dojść 🙂

Meta w tym roku to miejsce 16/23 z czasem 1.00.36. Słabo. Rok temu było 00:55:41.

I gotowe 🙂 Na mecie.

Cóż, po dekoracji zwycięzców nastąpił najprzyjemniejszy moment biegów czyli … losowanie nagród. Tym razem los mi sprzyjał wygrałem kolejną roślinę – ładnego iglaka, który też znalazł miejsce na ogrodzie moich rodziców.

Bieg Pustelnika to naprawdę fajne zawody. Dobrze zorganizowane. Widać pasję i chęci organizatorów a nie wszechobecny pęd na kasę, liczby, rekordy. Kolejny raz polecam wszystkim przyjechać tu i zmierzyć się z wymagającą, 10 km trasą.

No to na koniec o tym jak pomóc sobie w osiągnięciu słabego wyniku. (mimo dużego słońca i generalnie słabszego sezonu).

  1. Dzień wcześniej miałem naprawdę bardzo intensywny. Stawiałem murek przy altance. Co nanosiłem się cegieł, namieszałem zaprawy (też w pełnym słońcu) to moje. Schodząc z łóżka w niedzielę rano czułem większość mięśni. Z samego tego nie mogło być już dobrze.
  2. Błędem krytycznym było nawadnianie i odżywianie. Nie wziąłem zapasu wody a tylko wlałem w domu 2 x 250 ml do bidonów. Ponieważ uszkodzone miałem jedno ze swoich aut to pojechaliśmy z Żoną moim wiekowym Mercedesem. Fajnie oczywiście, stylowo ale nie ma on klimy i po godzinnej jeździe byłem kompletnie mokry i odwodniony. Pić się chce a nie ma co (chociaż pewnie w tym momencie wlewać w siebie dużo wody też już by dużo nie pomogło). W pakiecie startowym był napój witaminowy, który niezwłocznie wypiłem. Trochę poratowała mnie wodą Żona ale to wszystko mało. Co gorsze uznałem, że warto by wrzucić w siebie jakieś cukry. Miałem (też z pakietu) wafelek w białej czekoladzie. Chyba słabo się przyjął patrząc na to co czekało mnie na trasie.

Cóż, nie ma co płakać. Wiem na co uważać w przyszłości. Miejmy nadzieję, że za rok uda się zrehabilitować.

Flexistav Bieg Ultra Granią Tatr – 17/08/2019

Zacznę od końca. Niestety 🙁 Bieg (a może góry?) nie bez powodu nazywany jednym z trudniejszych w Polsce pokonał mnie. Pierwszy raz nie udało mi się osiągnąć mety.
Nie poległem w sposób spektakularny zmieciony jakąś kontuzją, całkowitą słabością ale dogonił mnie limit czasowy i przed drugim punktem czasowym zmuszony byłem zakończyć. Oddać numer, chip i wracać do domu. Ciężkie uczucie, ciągle czuję żal i niezadowolenie. Z jednej strony spodziewałem się problemów, wiedziałem o swoich słabościach, z drugiej liczyłem jednak na jakiś łut szczęścia, zwycięstwo „upartości” nad słabością. Cóż, na takim biegu szczęścia być nie może, trzeba być przygotowanym na 100% by myśleć o sukcesie.

Zaczynając zaś od samego początku 🙂

By dostać się na BUGT trzeba zaplanować to trochę szerzej.
Jest to bieg, który obywa się co 2 lata i jako jeden z warunków koniecznych ma wymóg zdobycia 12 pkt ITRA, w trzech maksymalnie biegach. Na stronie organizatora znajdziecie listę biegów, które to umożliwiają, ale uznawane są również zawody spoza listy (o ile oczywiście są wycenione w ITRA).
Nie jest to tak proste jak przyjrzycie się ilości pkt. za dany bieg więc zadanie raczej dla osób ostrzej wkręconych w biegi ultra. Skoro biegi „kwalifikacyjne” są trudne i wymagające lepiej zaplanować ich robienie na dłuższy czas. Ot, choćby po to by była jakaś regeneracja między nimi. Dodatkowo (co przysporzyło mi trochę stresu swego czasu) jest boom na znane zawody więc zapisywać na nie trzeba się wcześnie. Na niektóre nawet z rok 🙂 Jak odłożycie wszystko na ostatni moment okaże się, że nie ma w czym wystartować = wszędzie brak miejsc.
Druga sprawa, związana z dużym zainteresowaniem Granią, to losowanie zapisanych osób. Niestety, startuje tylko 350 (50 miejsc dla organizatora) więc trzeba mieć również sporo szczęścia by się załapać.
Finalnie, jeśli uda nam się spełnić powyższe warunki pozostaje szybko zapłacić, trenować dalej no i kompletować wyposażenie wymagane 🙂

Sam bieg i jego bliższa otoczka wyglądały zaś tak:

Do Zakopanego przybyłem 2 dni wcześniej by zapewnić sobie chociaż trochę aklimatyzacji i odpoczynku po długiej drodze. Przydaje się to, bo słynne korki na Zakopiance nie są mitem a realnym faktem. Zakopane w środku sezonu też nabite ludźmi, wszędzie pełno, drogo czyli witamy w górach 🙂

Warto, organizując sobie start w BUGT, dobrze zaplanować również kwaterę. Przed samym biegiem trzeba odebrać pakiet, a później stawić się na obowiązkowej odprawie. Również start jest poza miastem, dojeżdża się do niego autobusem w środku nocy. Ciężko po prostu może być zgrać to logistycznie stacjonując daleko od „miejsca akcji”.
Ja wybrałem lokum blisko najważniejszych miejsc i wszędzie mogłem dostać się piechotą (chociaż i tak miasto zrobiło mi psikusa remontując ulicę, przez co z planowanego 1 km do przejścia zrobiło się z 3 🙂 🙂 )

Odprawa przed biegiem.

OK. Przed biegiem należy stawić się dwa razy w biurze zawodów. Po pierwsze by dokonać rejestracji. Przygotujcie się, że musicie okazać dowód osobisty, potwierdzenia zawarcia dwudniowego ubezpieczenia na rejon Słowacji. Wtedy dopiero można odebrać pakiet startowy.
Sam pakiet ok. Jest tam trochę przydatnych rzeczy. A to opaska na głowę, buff, softlask i inne różności. Nie jest źle patrząc w kategorii ceny wpisowego i porównując to do innych podobnych zawodów.
Druga, wieczorna wizyta w biurze to obowiązkowa odprawa. Zdradzę sekret, że obecności nie sprawdzają ale.. warto być. Organizatorzy opisują po trochu zasady panujące w Tatrzańskim Parku Narodowym jak i trasę, punkty żywieniowe. Co najważniejsze mówią (w nawiązaniu do planowanej pogody) czy trzeba zabrać coś z wyposażenia dodatkowego i jak wygląda sprawdzenie wyposażenie przed wejściem do strefy startowej. Nie mając tej wiedzy można się mocno zawieść przy ewentualnej kontroli 🙂

Zawody zaczynają się o 04:00. Od 2:30 autobusy organizatora zaczynają wozić ludzi na miejsce startu. Sam wybrałem się na jeden z pierwszych i dość szybko dotarłem do Siwej Polany (Dolina Chochołowska). Tutaj przygotowałem co należy do okazania, bo by wejść do strefy startowej trzeba pokazać część wyposażenia wymaganego.Ogólnie na biegu trzeba mieć sporo rzeczy (a to rękawiczki, kurtka, bandaże, plecak i bukłaki wodą itd.) niemniej wszystkie należy powiedzieć uczciwie przydatne i warto je mieć i bez wymagalności.

Profil trasy

Trasa, o długości około 71 km (+5000/-4950) podzielona jest na 4 etapy, z 3 punktami odżywczymi. Na dwóch punktach jest bufet, napoje, na ostatnim tylko picie. Ten na którym byłem świetnie wyposażony w jedzenie i picie. Wolontariusze bardzo pomocni.
Na zawodach obowiązują limity czasowe na osiągnięcie strefy odżywczej i niestety są one przestrzegane 🙂 Limity są wyśrubowane tak jak i cały czas przeznaczony na zawody. Widać, że chcąc je spełnić niestety trzeba biec 🙂

Wschód słońca na trasie – by Piotr Dymus. Ja walczyłem tak zaciekle, że żadnego zdjęcia nie zrobiłem. Teraz żałuję bo widoki przednie 🙂

Przechodząc do tego co lubimy najbardziej – krew, pot i łzy 🙂

Około 03:40 pokazuję wymagane wyposażenie i wchodzę do strefy startowej. Ostatnie poprawki, rzeczy w plecaku, statyczna rozgrzewka i …wybija czwarta rano. Lecimy. Jest jeszcze ciemno, chociaż księżyc w pełni i tak sporo ułatwia sprawę. Pierwsze 7-8 kilometrów to dość prosty odcinek. Asfalt, leciutko pod górę. Biegnę wolno nie chcąc spalić się już tutaj. O dziwo moje marne tempo pozwala trzymać się większości grupy, a nawet wyprzedzać. Niektóre osoby przechodzą do chwilowych marszów już tu. To chyba przegięcie, ja wolno ale biegnę.
Jakoś podczas tego odcinka czuję, że warto by siknąć 😉 Wydaje mi się to słuszne bo wizja późniejszego wypróżniania się gdzieś na wąskim szlaku, między turystami jest mało zachęcająca. Wiele nie tracę, podobny pomysł ma sporo innych ludzi.
Przy 8 kilometrze wszyscy rzucili się do wyciągania kijków (od tego km można używać) więc i ja uznałem, że spróbuję biec z nimi. Chwila stresu, ludzie sprawnie startują a ja nie mogę jednego złożyć. Nie udaje mi się to do końca więc wbijam go dość chamsko i lecę. A raczej zaczynam iść pod górę. Tu zaczyna się właściwa trudność biegu – góry… Przewyższenia dużo większe niż to co znałem do tej pory. Idzie się, idzie mozolnie pod górę. W większości po skałach, stopniach ułożonych z kamieni.
Zaczynam doceniać fakt, że kijki mam. Dużo mi pomagają, sporo ciągnę w górę rekami. Kijki przydają się również w dół. Zapewniają dodatkowe podparcie. Mimo tego na pierwszym etapie wyłożyłem się chyba z dwa razy. Szczęśliwie niegroźnie, poczuł to mój tyłek, lekko zgiąłem też jeden z kijków.

Idziemy sobie. Foto by Ultra Lovers. Mnie na nim nie ma 🙁 Fotografowie zaczynają mnie denerwować, zaś nie załapałem się na żadne zdjęcie.

Masakra… Te tatrzańskie szczyty nie mają końca. Wydaje się, że już widać wierzchołek, a za nim wyłania się kolejny kawałek pod górę. Co gorsze zbiegi w mojej ocenie są bardzo trudne. Również po nierównych, kamiennych stopniach. Nawierzchnia krzywa, kruche kamienie nie zachęcają do rozpędzenia się. Zaczynam w większości z nielicznych górek schodzić a nie zbiegać. Słabo, czas leci coraz szybciej, zaczynam widzieć, że nie będę miał praktycznie żadnego zapasu czasowego na pierwszym punkcie.
Osoby, które biegną koło mnie zaczynają snuć wizję, że nikt kto nie zmieścił się z jakimś solidnym zapasem czasowym szans na osiągnięcie kolejnego punktu już nie ma. No nie pomaga to :/
Pod koniec pierwszego etapu zaczynam mieć kryzys formy. Mięśnie nóg spięte, zaczynam się obawiać czy nie będę miał znów skurczy jak na Łemkowynie. Staram się temu przeciwdziałać i oprócz żeli, wody, wziąłem sporo tabletek z elektrolitami. Regularnie brane pomagają, nie złapało mnie. Niemniej głowa coś się buntuje i końcówka etapu to już naprawdę więcej chodzenia niż biegu. Słabo. Na punkt wpadam z zapasem ledwo 20 minut. Szybko piję kolę, zjadam kawałem ciastka (słabo mi wchodzi, za suche), arbuza. Wolontariusze tankują moje softflaski wodą i wychodzę ze strefy.
W międzyczasie zrobiło się ciepło (rano za to było zimno – przydały się te rękawiczki i kurtka). Postanawiam jeszcze zdjąć bluzkę z długim rękawem i założyć krótką koszulkę, która mam. To dobra decyzja, nie grzeję się już tak jak wcześniej. Kilku zawodników, robi podobny przepak jak ja ale rusza szybciej.
Kończę się przebierać, na punkt wbiega dziewczyna. Okazuje się, że już dla niej za późno. Time out. O kurcze, źle trzeba ruszać.

Początek drugiego etapu to mozolny spacerek lasem i łąkami. Niestety na tyle w górę, że o bieganiu nie mam co marzyć. Słabe mam tempo, mija mnie idąca turystka a jak niezbyt mam chęć i siłę ją gonić. Zaczyna się kryzys czy to ma sens. Zrobiłem około 4 km i ciągle pod górę. Gorąco, pusto, krzaczory jakieś. Myślę czy warto w ogóle iść dalej jeśli i tak nie zmieszczę się w limicie. Do drugiego punktu przecież z kolejne 20 km a czasu mało. Siadam na napotkanej ławeczce, wyjmuję mapę i analizuję. Może lepiej wrócić na punkt? Przynajmniej będzie z góry i bliżej do domu. Mija mnie 2 biegaczy pytają czy lecę. Odpowiadam, że myślę czy jest sens. Chwilę jeszcze posiedziałem gdy dobiegł chłopak (nie startujący w biegu) i mówi, że w sumie leci w końcówce zbierając/motywując takich nieszczęśników. Chwilę dyskutujemy, mówi by się nie poddawać bo wcale nie tak daleko i lecieć. Ok, przekonał mnie ruszam.
Oficjalny support jest na biegu zabroniony więc lecimy tak trochę obok. On z przodu, coś czasem opowie o biegu, czasem odleci sobie dalej. Ja mozolnie drę z tyłu. Obecność drugiej osoby jednak sporo daje. Sił nie ma ale człowiek się stara dorównać.
Kolega mówi, że jest stąd, startował już chyba z 3 razy w biegu ale mety też nie osiągnął. A to jakaś kontuzja, a to słabość w głowie (jak u mnie). Tym sposobem (motywacyjnym) bieg w końcu zaczyna iść. Mijam kolejne punkty trasy – w znaczeniu szczyty, rozwidlenia dróg. Przy okazji trasa opisana, oznaczona perfekcyjnie. Są chorągiewki, a co ważniejsze wszędzie tak gdzie należy skręcić jest człowiek, który pilnuje by nie pobłądzić. Tak można biegać, zero stresu że zabłądzę.
Dobiegam na kolejny szczyt – pytam ile do punktu. 8 km brzmi odpowiedź, a godzina do limitu. Adrenalinka robi swoje. O ile do tej pory raczej szedłem to tu zaczynam ostrzej drzeć do przodu, z gór o dziwo zbiegam korzystając z kijków! Tempo ładnie rośnie, przemieszczam się do przodu. Niestety to już odcinek nawiedzony przez turystów. Owszem w większości ładnie przepuszczają, pozdrawiają i kibicują ale jednak spore zwolnienie jest. Trzeba czasem poczekać na swoje miejsce na szlaku.

Finalnie limit dogonił mnie chwilę przed Kasprowym Wierchem. Chyba jestem ostatni w tym miejscu, po mnie raczej już nikogo nie ma – idą ludzie zamykający trasę, zbierający chorągiewki. Oddaję chip, numer i podchodzę na szczyt. Jest po biegu 🙁 41 kilometrów z 71 pokonane.

Szkoda. Patrząc na mapkę zrobiłem sporą część trasy. Gdybym mobilizację z końcówki miał od początku to mogłoby to wyglądać inaczej. Czy starczyłoby jednak czasu-sił na 71 km nie wiem. Boję się, że nie. Braki w przygotowaniu były jednak widoczne.
Z drugiej strony gdyby limity były luźniejsze (jak na wielu innych biegach) to pewnie metę spokojnie bym osiągnął.

Na szczycie Kasprowego mam dylemat co z sobą zrobić. Nie jestem na punkcie odżywczym iść do niego to jeszcze kawałek (a czy coś dadzą jak nie mam numeru?). Sędziowie podpowiadają, że można tu zejść szlakiem w dół albo zjechać wyciągiem.
Do wyciągu chmara narodu i okazuje się, że aż tyle pieniędzy nie mam więc napiłem się zakupionej wody i zaczynam schodzić w stronę cywilizacji – Kuźnic. Masakra. Ciągle w dół po tych kamiennych schodach. Wolno, trzeba uważać bo ślisko (moje buty coś jednak na kamieniach nie robią szału). 50 min w dół zielonym szlakiem, rozwidlenie do Kuźnic kolejne 1:40.
Zmuliło mnie co to za Kuźnice (bo to w miarę blisko od mojej kwatery) boję się kupić sobie coś do pica (a mijam jakieś schronisko) by mi nie zabrakło pieniędzy na ewentualnego busa. Idę i mam coraz bardziej dość. Szczęśliwie spotykam na trasie 2 osoby, które sędziowały. Wnioskuję to z ich rozmowy i pytam czy nie mają cokolwiek do picia. Szczęśliwie miały i trochę wody mi dały W ich towarzystwie dochodzę w okolice mety (bo własnie w Kuźnicach była ona zlokalizowana). Tu przypominam sobie, że w sumie to jakieś 20 min od mojego lokum więc idę dalej. Finalnie zanim wróciłem do domu to zrobiłem jeszcze kolejne 10 km.

Cóż wiele do dodania nie ma. Byłem, bieg widziałem i uczestniczyłem w nim. Czy chciałbym wrócić i go pokonać? Pewnie. Czy to jednak zrobię to nie wiem. Trzeba by znów robić punkty kwalifikacyjne. Zobaczymy, w tym roku odpocznę już od ultra, co będzie dalej zobaczymy.

Od strony sprzętowej napisze może coś więcej w kolejnej relacji by było wiadomo co warto mieć a co nie (no i jak się sprawdził mój sprzęt). Zdrowotnie w sumie ok. Nawet nóg mocno nie zniszczyłem. W znaczeniu stóp, bo może z 2 bąble miałem no i 1 paznokieć straciłem. Ale to bardziej przez swoją głupotę, w Zakopanem łaziłem w niezbyt wygodnych butach i już tu go naruszyłem.

Enervit 10 Bieg na Wielką Sowę – 11/08/2019

Jak to zwykle u mnie, w sierpniu należało wystartować w Biegu na Wielką Sowę.
Tym razem zawody postanowiłem potraktować rozważnie, treningowo, jako, że tydzień później miałem Bieg Ultra Granią Tatr, na którym mi bardzo zależało.
Nie znaczy to oczywiście, że chciałem emerycko truchtać 🙂 ale nie było mowy o żadnych szaleństwach. Już raz, biegnąc 5 km na Ślężę zafundowałem sobie rezygnację z Biegu Rzeźnika. Tym razem tak być nie miało, żadna kontuzja w grę nie wchodziła 🙂

Jubileuszowy Bieg na Wielką Sowę szykowany i reklamowany był w tym roku z wielką pompą. Organizatorzy liczyli na rekordową frekwencję, dawano wypasione pakiety. Jednym słowem – full wypas 🙂 i grzechem by było nie spróbować.

W tym roku w biegu nastąpiły pewne zmiany. Pakiety i start zlokalizowano nie tak jak zawsze na terenie Restauracji Harenda, ale kilkaset metrów wyżej na terenie boiska sportowego. Zmieniła się również sama trasa. Pewne fragmenty są stałe (większość) ale doszło trochę nowych kawałków i tym razem długość biegu zbliżyła się do prawie 10 km (9,8 dokładniej).

By uniknąć startowego zamieszania pakiet odebrałem dzień wcześniej. Poszło szybko, sprawnie bo i ludzi prawie wcale 🙂 Zawartość torby faktycznie zacna. Koszulka, skarpetki, sosy, napoje i jeszcze parę innych ciekawych rzeczy. Nie powiem serce kolekcjonera raduje się 🙂

Sam czas przed biegowy zoptymalizowałem tak, że na start przywiozła mnie moja Żona i później miała mnie odebrać z okolic mety (po zejściu już z Wielkiej Sowy).
Było to słuszne posunięcie bo ludzi mnóstwo, ciężko by było zaparkować autem. W dzień biegu było (zwyczajowo) upalnie to i słabo by się czekało też długo na start. A tak zostało mi jakieś 30 min, to chwilkę postałem, zrobiłem rozgrzewkę i można było lecieć.

Strefa startowa.

Pierwsze metry to obiegnięcie boiska i skręt w prawo na drogę. Tu było małe przyblokowanie ludzi, jednak około 900 biegaczy to sporo. Początek biegu tym razem prowadził w dół Ludwikowic, w stronę Harendy. Wiele osób leciało tu spokojnie, ja jako, że znam ten odcinek wyśmienicie (zawsze na nim trenuję :)) trochę przyspieszyłem. Później jest już w sumie ciągle pod górę więc należało zyskać tyle czasu ile się dało. Przy Harendzie skręciliśmy w prawo na szutrowo-polne drogi (ten kawałek trasy chyba identyczny/bardzo podobny jak rok temu) i biegliśmy nimi aż do powrotu na asfalt powyżej kościoła w Sokolcu. Zaczął się zwyczajowy marsz 🙂 pod górę aż do Sowiogórskiej Karczmy, gdzie po przekroczeniu drogi znów szło się (jeszcze wolniej bo dużo stromiej) do Schroniska Orzeł. Ten odcinek to prawdziwy killer dla nieszczęśników startujących na Sowę 🙂
Dopiero od Schroniska trochę się wypłaszczyło, wyrównało, chwilkę nawet jest w dół. Przy Schronisku Sowa, skręt w prawo i zakosami biegło się na szczyt Wielkiej Sowy. Ten odcinek jest dość przyjemny. Trochę po płaskim, później pod górkę ale na tyle spokojniej, że da się biec a nie trzeba iść. Więcej też tu drzew, nie ma takiej patelni jak na początkowych kilometrach.
Finalnie pojawia się meta i można odpocząć. Tym razem metę osiągnąłem po czasie 1:10:53 co uważam za dobry wynik w świetle faktów, że było więcej kilometrów i biegłem spokojniej (zwłaszcza na zbiegach nie szalałem). Dało to miejsce 409 na 817 sklasyfikowanych. W kategorii M40 – 73.

Okolice mety.

Cóż, pozostało wypić izotonik, zjeść banana i arbuza i można było schodzić w dół.
Żonka odebrała mnie tak skąd miała czyli bieg zaliczony 🙂 Odpuściłem posiłek bo blisko mam do domu, ale w sumie trochę żałuję. Kto wie może coś by się udało wygrać w losowaniu nagród. Zwłaszcza zagraniczna wycieczka wydawała mi się interesująca 🙂

Tyle. Bieg jak zwykle dobrze zorganizowany, nie widziałem jakichś problemów, niedociągnięć. Trochę dużo ludzi startowało, co widać było zwłaszcza na początku trasy. Organizatorzy ciągle mają zakusy na więcej, oby kiedyś nie skończyło się to spadkiem atrakcyjności jak będzie za ciasno na szlaku.

City Trail Wrocław 2018/19 – Podsumowanie Zawodów

Tak wyglądały tegoroczne medale.

Aktualny (2018-2019) cykl City Trail we Wrocławiu oficjalnie można uznać za zakończony.
26 marca 2019 odbyła się uroczysta gala podsumowująca wydarzenie. Opisano w liczbach to co udało się dokonać ekipie organizującej jak i biegaczom, rozdano nagrody.
O samej uroczystości wiele pisał nie będę bo była udana 🙂 Czas na niej minął mi szybko, dłużyzn nie było czyli wszystko ok. Krótko za to podsumuję moje dokonania w tegorocznej edycji biegu.

W bieżącym sezonie wystartowałem w 5 biegach z łącznej liczby 6. Zanotowałem w nich takie wyniki:
Bieg 1. Czas: x Miejsce generalnie: x (nie startowałem)
Bieg 2. Czas: 23:08 Miejsce generalnie: 229/581
Bieg 3. Czas: 23:53 Miejsce generalnie: 253/519
Bieg 4. Czas: 24:02 Miejsce generalnie: 248/486
Bieg 5. Czas: 23:28 Miejsce generalnie: 255/493
Bieg 6. Czas: 27:20 Miejsce generalnie: 259/374

Poza kompletnie nieudanym biegiem nr.6 w reszcie zawodów prezentowałem dość wyrównany (chociaż oczywiście nie najlepszy) poziom. Po szybkim porównaniu z biegami z poprzednich edycji widzę, że czasy miałem podobne do biegów w 2016/2017 i lepsze trochę niż w 2017/2018. Biegałem jednak równiej i w bieżącej edycji zanotowałem swój najlepszy wynik – 23:08 Porównując do edycji jeszcze starszych poprawa czasowa jest spora bo wtedy większość rezultatów oscylowała w zakresie 25-27 min. Niby nieźle, zdaję sobie sprawę jednak, iż stać byłoby mnie na dużo więcej gdyby poparte było to solidnym treningiem.
W każdym razie bieżąca dyspozycja pozwoliła mi na osiągnięcie rezultatu finalnego:
Miejsce 196 z 301 klasyfikowanych. W kategorii M40 – 41 z 79

Kategoria M40

Jako ciekawostkę podam zajęte przeze mnie miejsca we wszystkich cyklach.
Wyliczyłem też % miejsca jaki to dało mi w całości biegaczy (100% to najgorzej)

Miejsce 196/301 2018/2019 (65% stawki)
Miejsce 192/307 2017/2018 (63% stawki)
Miejsce 177/285 2016/2017 (62%stawki)
Miejsce -/- 2015/2016 (nie startowałem)
Miejsce 172/211 2014/2015 (81% stawki)
Miejsce -/- 2013/2014 (nie startowałem)
Miejsce 75/81 2012/2013 (93% stawki)

Odrzucając stare, słabe wyniki widać, że lokuje się w drugiej połowie stawki przy czym dużą ciekawostką jest fakt, że poszedł do góry ogólny poziom biegu. Musicie mi uwierzyć na słowo ale patrzyłem na swoje czasy i o ile w 2018/2019 miałem je lepsze niż w 2 poprzednich latach to widać, że i tak % poleciałem w dół.

Cóż. Ogólnie należy cieszyć się, że udało się zaliczyć sezon. Mogło być lepiej (jak zwykle :)) niemniej jak na przygotowanie to wstydu nie ma.

Zawody biegowe z ostatnich 2 miesięcy

Pod tym nijakim tytułem chciałbym zamieścić króciutkie relacje z ostatnich 3 zawodów w jakich biegałem. Dawno to było i nie sądzę by pełny opis miał jakiś wielki sens w tym momencie.
Ot, wpis bardziej dla mnie bym pamiętał w kolejnych latach jak mi szło.
Uważni czytelnicy z pewnością wyczają, że w większości tych biegów startuję cyklicznie więc ciężko też oczekiwać jakichś mega rewelacji organizacyjnych (kto ciekawy to poczyta relacje z ubiegłych roczników).

13/08 – 8 Bieg na Wielką Sowę
Wielka Sowa była ostatnim moim biegiem w którym wystartowałem jeszcze w miarę przygotowany.  Owszem, ze sporym niedosytem (co do formy) ale jeszcze przed finalną katastrofą.
Trasę znam więc tym razem zacząłem dużo spokojniej. Nie chciałem spacerować już po pierwszym kilometrze. Oczywiście podejścia były ale taktycznie nie skiepściłem 🙂 W końcówce dystansu miałem jeszcze siły by biec.
Oficjalnie: 01:06:06. Miejsce 383.

Regatta 8 Bieg na Wielką Sowę
Regatta 8 Bieg na Wielką Sowę

10/09 – 35 PKO Wrocław Maraton
Już na starcie nie miałem złudzeń. To nie może się udać. Pewnie człowiek ma nadzieję – a może… no ale realnie się nie da. No nie ma szans.
We Wrocławiu wiedziałem, że jestem dużo za ciężki, od dawna nie biegałem długich wybiegań a i ogólny kilometraż słabiutki. Dodatkowo osłabienie po operacji i było wiadomo, że będzie spacer. Był. Po 25 kilometrze wyszły braki przygotowanie i nogi odmówiły posługi. Zwyczajowo szedłem, podbiegałem i tak do mety. Tragicznie wyszło:
04:42:33. Miejsce OPEN 3776.
Przez czas moich treningów maratonu nie pobiegłem jeszcze dobrze (ok, jeden Orlen miałem prawie ok), we Wrocławiu zaś nie błysnąłem nigdy. Podjąłem więc postanowienie, że kolejny start na tym dystansie będzie dopiero wtedy gdy będę pewien, że przełamię 4 godziny (marzy mi się kiedyś mniej niż 3). Obie opcje chyba będą nieprędko 🙂

35 PKO Wrocław Maraton
35 PKO Wrocław Maraton

17/09 – XXIII Bieg Uliczny w Twardogórze.
Jedno z moich ulubionych 10 km. Zawsze w miarę leciałem, szczęście miałem też do losowań 🙂 W 2017 nie mogło mnie na starcie zabraknąć.
Po maratonie byłem wypompowany tak, że nie udało się już nic potrenować. Poleciałem więc spontanicznie wierząc, że 10 jakoś wymęczę. Pewnie gorzej niż rok temu ale może nie tragicznie. Wiara i logika mówiły mi, że po około 05:00 może wytrzymam.
Pierwsze 3 km zrobiłem nawet trochę lepiej (bliżej 5 ale 4 z przodu :)). Później spadło do około 05:15.
Finalnie: 50:48. Miejsce 54. Na osłodę znowu udało mi się wylosować drobiazg po biegu 🙂

XXIII Międzynarodowy Bieg Uliczny w Twardogórze
XXIII Międzynarodowy Bieg Uliczny Twardogóra