Archiwa tagu: bieganie

W CO SIĘ UBRAĆ?? WIOSNA/LATO CZ.2

Zapraszam na drugą (i ostatnią już) część filmu o ubiorze do biegów. Tym razem przeniesiemy się w wyższe rejony biegacza 🙂 Koszulka, bluza, wiatrówka no i coś na głowę (czapecza, buff, bandana).

YouTube: W co się ubrać… cz.2

Miłego oglądania 🙂

W co się ubrać by nie zbankrutować a pobiegać. Cz.2

W co się ubrać?? Wiosna/Lato cz.1

YouTube: W co się ubrać…

Temat wprost nieśmiertelny. Znajdziecie takie artykuły, co roku, na wszelkich portalach biegowych. Długo go omijałem bo uważam, że nie ma prostej odpowiedzi na takie pytanie. Niestety… ludzie są różni, każdemu pasuje co innego.
Lata truchtania pozwoliły mi zbudować jednak pewną, podstawową bazę wiedzy o tym co mi pasuje i pomaga więc spróbuję się tym podzielić. Może te ogólne wskazówki będą dobre i dla innych, początkujących biegaczy. Jak to u mnie, raczej dla osób, które nie planują wielkich wydatków.

Odcinek ten skupia się na niedrogiej odzieży przeznaczonej na sezon wiosenno/letni. Omawiamy dolną część biegacza (do poziomu pasa) – buty, skarpetki, bielizna i spodenki. Reszta w kolejnym filmie.

Zapraszam więc na swój pierwszy biegowy film 🙂

W co się ubrać by nie zbankrutować a pobiegać.

Kwiecień 2020 – podsumowanie

Kwiecień już za nami pora więc pochylić się trochę nad tym, minionym już okresem. Zestawienia i tabele czekają 🙂
Żartuję oczywiście, bo nie ma sensu robić nawet tych moim prostych analiz (jak wcześniej). Niewiele się bowiem działo.
Kronikarskim obowiązkiem, coś jednak napisać trzeba.

Biegi: 89,8 km
Chodzenie (nordic walking): 29,04 km
Rower: 29,33 km

Mimo klimatu (wirusowemu) wybitnie niesprzyjającego bieganiu nie odpuściłem całkowicie. Na biegi wychodziłem nawet regularnie.
By nie narażać się na jakieś nieprzyjemności, wynalazłem świetną trasę w okolicy. Prowadzi łąkami, przez odludne tereny więc udało się nie łamać zakazów leśnych, jak i szanse na spotkanie żywego człowieka ograniczone zostały do minimum. Trasa ma około 2.5-3 km (jest solidne podejście jak i spokojny zbieg). Jak chcę więcej to już muszę robić na niej pętelki (z lenistwa po płaskiej części).
Pewnym wyzwaniem była dla mnie godzina aktywności, bo by dodatkowo zapewnić sobie spokój treningowy, na bieganie chodziłem około 07:00.
Pod tym względem należy być zadowolonym. Regularność jest utrzymana, nie ma tak, że jestem na 0% formy.
Minusowo zaś wyglądało moje zacięcie do tych biegów. Chęci jakoś wystarczało mi co dnia na rundkę 5-7 km truchtania. Słabo trochę. Czuję, że to mało, a dodatkowo lenistwo wspomożone solidnymi domowymi obiadkami powoduje, że widzę w lustrze ciągle solidny bęben z przodu 🙂

Oprócz biegów w dalszym ciągu coś tam się ćwiczyło w domu. Im jednak robi się ładniej na dworze + poluzowali możliwości poruszania się (czyli np. można już wyjść na rower) tym gimnastyka zaczyna upadać. No niestety, jakoś brak mi zaparcia do biegów, roweru, chodzenia i jeszcze ćwiczeń. Silna wola to ciężka sprawa 🙂

Tyle w sumie mogę napisać o kwietniu. Nie trenuję wybitnie, ot biegam dla siebie z czystej chęci biegania. Czy to źle? Chyba nie, brak na horyzoncie jakichś zawodów biegowych, nie ma co rozpaczać, że biegam te paręnaście sekund wolniej niż kiedyś. Przyjdzie czas to się chyba jeszcze uda spiąć.

Poniżej takie widoczki mam przy bieganiu. Aż się nie chce wracać do miasta 🙂

Poranek
Konkurencja do biegania.
Wiosna na całego już i tu.

Co robić w domu?

Powoli, różnego rodzaju restrykcje powinny być znoszone, niemniej jeśli ktoś nie chce/nie może powrócić do biegania na zewnątrz, to naturalnym jest przenoszenie ćwiczeń do domu. Idealnie by były to aktywności dające chociaż namiastkę biegania (czy wspomagały mięśnie niezbędne do biegu). Oprócz wszelakich gimnastyk, często przy tej okazji myśli się o zakupie maszyny, która by mogła te nasze trenowanie wspomóc.
W poniższym tekście postaram się opowiedzieć o przydatności różnych urządzeń jak i ewentualnych niebezpieczeństwach jakie mogą czekać na biegacza z nich korzystającego.

Uwaga, jako miejsce używania sprzętu traktujemy mieszkanie w bloku, bo całkiem inna sytuacja jest jeśli ktoś mieszka np. we własnym domu, czy ma urządzenie w piwnicy, garażu.
Dodatkowo opisuję urządzenia z tańszej półki cenowej/dostępne jako używane bo takie miałem/mam. Cena oczywiście w sposób znaczący wpływa na komfort używania i parametry sprzętu ale trzeba uważać – najczęściej zapał i chęć używania zakupionego ustrojstwa mija po tygodniu i mamy później drogą rzeźbę w domu.
Skala punktowa przydatności dla biegacza 0-5pkt. (subiektywna, wg mnie :)).

No to lecimy (w kolejności alfabetycznej).

Bieżnia mechaniczna/elektryczna.

Bieżnia mechaniczna – magnetyczna.

Ustrojstwo wielkie i zajmujące sporo miejsca 🙂 Szczęśliwie da się ją z reguły ustawić w pozycji pionowej (transportowej) i wtedy już tak źle nie jest. No poza faktem, że przed wskoczeniem na nią trzeba ją ustawić i dokręcić parę śrub. Ale ok, to nie jakiś mega kłopot.
Ja miałem przez moment bieżnię mechaniczną- magnetyczną (pas napędzamy ruchem naszych stóp) i stwierdzam, że do biegania to się średnio nadawało. Niewygodnie było. Chodzić a i owszem, już lepiej. Fajny bajer jaki miała to możliwość regulacji pochylenia czyli symulacja chodzenia pod górę.
Sesja na bieżni jest nudna, idzie skonać stojąc w miejscu 🙂
Jak przy większości opisywanych tu sprzętów spodziewać się należy również, że po kilkunastu minutach na tym w mieszkaniu idzie się ugotować. Pot ze mnie leciał ciurkiem 🙂
Głośność urządzenia przy chodzeniu była akceptowalna. Nie powinno nikomu z sąsiadów przeszkadzać. Przy próbie biegania zaczynało już być głośniej ale myślę, że uniknęlibyśmy pukania w sufit czy kaloryfery 🙂
Piszę o tym bo do biegania polecają wszyscy bieżnie elektryczne ale podobno są one na tyle głośne, że w bloku strach używać. Nie wiem, nie potwierdzam, nie zaprzeczam…
Przydatność dla biegacza – 3/5 (mechaniczna).

Orbitrek eliptyczny (mechaniczny-magnetyczny)

Orbitrek mechaniczny

Podobnie jak bieżnia dość spory sprzęt. Tutaj jednak nie ma opcji składać go, musi zając tyle miejsca ile przewidział jego twórca 🙂
Orbitreki mechaniczne są dość głośne, słychać szum oporujących pasków, lekkie stuki rączek itp.. Mieści się to jednak w akceptowalnych granicach, wydaje mi się, że głowy nam nikt nie urwie jak „pobiegamy” na tym w domu w ludzkich godzinach. Te nowsze, magnetyczne są już całkiem ciche i lepiej zainwestować w taki (jak nas stać).
We wszelkich opisach urządzenia te podawane są jako najbardziej wszechstronnie działające na mięśnie. Faktycznie stoi się na tym rękami i nogami macha, grzbiet, brzuch pracują.
W rzeczywistości najbardziej w kość dostają jednak mięśnie czworogłowe uda. Te po sesjach na orbitreku czułem, innych grup mięśniowych niezbyt. Uważam jednak, że ze względu na typ ruchu to chyba najlepszy sprzęt dla biegacza, który nie może mieć bieżni.
Także tu spodziewać się należy, że jest nudno, czas się meeega dłuży, a po kilkunastu minutach ruchu w mieszkaniu idzie się ugotować.
Przydatność dla biegacza – 3/5.

Rower stacjonarny – mechaniczny/magnetyczny

Rower magnetyczny

Z omawianych do tej pory urządzeń najbardziej kompaktowy. Przynajmniej te nowsze.
Rowery mechaniczne podobnie jak w.w. urządzenia mechaniczne hałasują. Szumią, skrzypią. Te tanie często są mało stabilne, stukają jak za szybko się rozpędzimy 🙂 Zaryzykowałbym jednak stwierdzenie, że i tak rower będzie cichszy niż bieżnia i orbitrek. Sprzęty magnetyczne za to są praktycznie bezgłośne. Nie ma kłopotu jechać i słuchać radia czy TV.
Minusem roweru (jako jedynego sprzętu) jest jednak jego średnia przydatność dla biegacza. W formie ogólnej ok, utrzyma nas, ale w dłuższym czasie (tylko na nim) raczej nie liczcie na wsparcie formy biegowej. Nie te mięśnie pracują.
Przydatność dla biegacza – 2/5.

Stepper skrętny lub prosty

Stepper

Najmniejszy sprzęt z dostępnych. Symuluje chodzenie po schodach 🙂 co wg. mnie ma sens we wsparciu treningu biegowego (siły biegowej). Uważam jednak, że jest to urządzenie dodatkowe, nie wyobrażam sobie godzinnego lub dłuższego deptania tylko po nim.
Steppery mogą być proste (idziemy typowo jak po schodach) lub skrętne (jak nazwa mówi, skręcamy się na nich przy tym). Mogą mieć linki do jednoczesnego ćwiczenia rąk, niektóre (większe) mają długi wspornik którego się trzymamy. To może być ważne, bo ja kiedyś ze skrętnego (mojej małżonki) spadłem i skręciłem sobie nogę 🙂 🙂
Stepper sam w sobie mega głośny nie jest, ale naciskając na nóżki dobijamy je do gumowych odbojników. I to tłucze całkiem nieźle. Polecam podkładać pod niego jakąś matę czy ustawiać na dywanie jak nie chcemy kłopotów z sąsiadami.
Przydatność dla biegacza – 2/5.

Konkludując. W bloku, żadne z tych urządzeń idealne dla biegaczy nie jest, ale oczywiście jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma 🙂 Nie zastąpimy nimi naszych ulubionych biegów ale lepiej ćwiczyć cokolwiek niż zapuścić się całkiem.

Czyszczenie butów biegowych – Gel Cleaner

Skoro już pozostało biegowe buty zawiesić na kołku czemu by o nie nie zadbać 🙂 W tym celu udało mi się zakupić środek czyszczący przeznaczony właśnie do butów sportowych. Jest ich sporo na rynku. Różnie nazwane (Sneakers cleaner itp), w różnej postaci (żele, spraye). Pewnie są lepsze i gorsze 🙂 ale celem niniejszego testu nie jest wskazanie produktu najlepszego na rynku, a sprawdzenie czy coś takiego w ogóle działa.

Informacyjnie: Do tej pory jedyne zabiegi czyszczące jakie dokonywałem na swoich, biegowych butach to:
– czyszczenie podeszwy, boków (na wycieraczce czy pod wodą) jeśli zachodziła obawa, że błoto po wyschnięciu urąbie mi pół domu :),
– pranie. To dotyczyło zwłaszcza butów trailowych jeśli były totalnie zabłocone lub przemoknięte.

Gel Cleaner – do wszystkich butów sportowych.

Mój preparat zakupiłem w jednym z sieciowych marketów, za zawrotną sumę kilku złotych (~7-8 PLN, ale z przykrością stwierdzam, że za granicą sprzedawali je taniej, co udało mi się wyczaić widząc jakąś starą reklamę w necie).

Ulotka z informacją o składzie.

Cudowny środek sprzedawany jest w małym opakowaniu (analogicznym jak większość do czyszczenia butów), które u góry ma gąbkę do rozprowadzania preparatu. Z opisu można wyczytać, iż jest to żel do butów sportowych i można go stosować na wszelkie powierzchnie – skóra, płótno, syntetyki, materiały. Producent asekurancko dopisuje jednak by w razie wątpliwości dokonać próby w mało widocznym miejscu.

Opis preparatu.
Zaczynamy 🙂

Nie ma co debatować. Na obiekt testowy wybrałem moje buciki z Decathlonu. Nie były jakoś specjalnie brudne więc nie oczekujcie spektakularnej zmiany, coś jednak myślę będzie widać na zdjęciach. Przetarłem je wstępnie wodą by oczyścić z luźnych, a dużych zabrudzeń no i przystąpiłem do nakładania środka. Żel ma zabarwienie biało nijakie 🙂 więc nie powinien reagować z kolorami. No a co wyszło po czyszczeniu?
Na pierwszy ogień poszły części sztywne (przód, zapiętek). Były czyste więc jedyny efekt to widać, że nabrały trochę połysku (prawie jak lakierki :)).

Lakierki 🙂

Miałem wątpliwości czy siateczkę buta też smarować ale jednak coś tam na nią nałożyłem. Tu wyszło gorzej. Albo dałem za mało preparatu, albo zbyt niesumiennie potarłem bo lekkie zabrudzenie jak było tak pozostało.
Finalnie wziąłem się za boki podeszwy (pianka). Tutaj, jako że to najbrudniejszy element obuwia, najlepiej widać efekt. Nie powiem, wyczyściło się.

Pianki przed czyszczeniem.
Pianka po czyszczeniu.

Jak widać, pielęgnacja butom nie zaszkodziła. Nic się nie odbarwiło, nie przepaliło 🙂 But faktycznie został lekko doczyszczony, ale czy potrzeba było do tego aż specjalnego środka to pozostawiam Waszej ocenie. Ja myślę, że woda z odrobiną mydła zrobiła by to samo.

No i już. Czyściutkie jak nigdy.

Marzec 2020 – Podsumowanie

Parę dni temu zakończył się trzeci i niestety ostatni miesiąc moich przygotowań do majowego maratonu. Ostatni, bo jak można się domyślić z powodu panującej sytuacji maraton odwołano. Można było się tego spodziewać ale jakoś tak do ostatniej chwili człowiek żył w niepewności.
O dziwo organizatorzy wysłali mail, iż płatności zostaną zwrócone, a sama impreza (jak wyczytałem na ich FB) będzie za rok. Pochwalić można orgów za zwrot $$, bo jak wyczytuje w internecie, nie zawsze jest to tak oczywiste. Może to i lepiej, chociaż po zastanowieniu wcale nie jest powiedziane, że miałbym jakiś problem by moja płatność przeszła np. na konto 2021. No ale, sytuacja jest jasna i czytelna, nie ma jakichś pretensji, uwag.
Czy mi szkoda tego maratonu? Tak i nie. Tak, bo jednak pracę w przygotowanie włożyłem. Nie, bo w marcu wystąpiły problemy z przygotowaniami (moimi) co finalnie i tak przekreśliło by wartościowy wynik. Podsumowując:

Statystyki 03/2020

WAGA
Stanęła coś w miejscu. Plus, że mimo coraz mniej możliwości poruszania się (home office i zakaz rządowe), nie wzrasta. Duża w tym zasługa mojej Żony, która sprawuje nade mną troskliwą opiekę w czasie siedzenia w domu (i ogranicza słodkie zachcianki :))

REGULARNOŚĆ i KILOMETRAŻ
Pierwsze trzy tygodnie marca szły jeszcze zgodnie z planem, ale im później tym zaczynało się dziać gorzej. Przed szałem koronawirusa mieliśmy niestety w pracy (w biurze) delikwenta, który łaził chyba z jakimś przeziębieniem, anginą, grypą czy czymś. Leczył się doraźnie jakimiś proszkami ale co bakterii nam sprzedał to nasze. Nie siekło mnie całkowicie, ale zaczynałem czuć zatoki, trochę gardło i inne atrakcje. Dodatkowo nie wiem czy nie zaczęło się coś pylić bo przy mocniejszych biegach zaczynało mnie przytykać i szybciej się męczyłem. Tu (okolice Gór Sowich) jest też ciągle, mroźne, górskie powietrze co też potrafi dokuczyć. Nie ukrywam, przestraszyłem się bo teraz nawet niezbyt jest jak (i gdzie) się leczyć i postanowiłem dać sobie chwilowo z biegami spokój. Lepiej nie rozłożyć się w tych trudnych czasach. W skutek tego ostatnie 2 tyg. marca to w sumie tylko chodzenie nordic-walking z moją małżonką.
Dało to poniższe wyniki:
– bieganie: 119 km,
– nordic-walking: 56,07 km
– spacery (pomierzone :)): 8,84 km
-rower: 6,59 km

Ogólnie, jakby zebrał to w całość miesiąc nie byłby stracony, ale jednak ciężko to nazwać dobrym, maratońskim przygotowaniem.

CO W KWIETNIU?
Coraz liczniejsze ograniczenia i zakazy powodują, że ciężko teraz biegać. Ja o dziwo mam gdzie się ruszyć, bo siedząc przy Górach Sowich wynalazł bym łączki, górki gdzie żywej duszy nie ma, a i szanse na policję, gajowego są niewielkie 🙂 Nie wiem jednak czy jest sens kusić los i czy jednak chwilowo nie ograniczyć się do aktywności domowych. Treningi prowadzę dość sumiennie, rozszerzyłem je dodatkowo o czas na orbitreku (przydał się w końcu na coś, a nie kurzy się latami :)) i rowerze stacjonarnym (zakupiłem sobie, wypróbuję już niedługo). A co z tego wyjdzie, zobaczymy. Prywatnie mam wizję, że będzie długo jeszcze źle i chyba na spokojne bieganie przyjdzie poczekać z miesiąc, dwa. Zobaczymy.

Na zakończenie zaś, trochę ku pokrzepieniu serc, trochę by z łezką w oku powspominać, takie warunki miałem na swoim ostatnim marcowym biegu:

Luty 2020 – Podsumowanie

Drugi miesiąc 2020 roku zakończony. Chcąc podsumować to jakoś krótko stwierdziłbym, że są plusy i minusy minionego okresu. A jakie? To poniżej.

Luty 2020 – podsumowanie kolejnego miesiąca treningowego.

WAGA
Ten punkt to w dalszym ciągu moja porażka. Niestety nic z masy nie urwałem, a nawet rzekłbym, że jeszcze przybrałem 🙁 Jak zacząłem zauważać na skali okolice 93 kg to poczułem się marnie. Źle bardzo, zły jestem na siebie. Tragiczna dieta dalej u mnie funkcjonuje i jak widać ilość treningu nie przeważyła jeszcze szali u wagi w stronę kiedy jednak spalam więcej niż przyjmuję.
Powiedzmy szczerze będą z tego kłopoty. Nie umiem (i nie uważam za zdrowe) jakiegoś turbo odchudzania. Przez pozostałe do maratonu 2 miesiące raczej nie schudnę więcej niż 8 kg (a i to nierealne raczej). Oznacza to, że na starcie stanę z wynikiem sporo powyżej 85-86 czyli umęczę się fest 🙁

REGULARNOŚĆ
Tu wszystko ok. Każdy tydzień to minimum 4 treningi. Zawziąłem się w sobie na tyle, że i deszcz mi nie przeszkadza by wyjść z domu 🙂 A to oznacza w moim przypadku wiele, bo z definicji nie biegałem kiedyś kiedy padało przed rozpoczęciem biegu 🙂

KILOMETRAŻ
Fajnie poszedł mi luty. Z suchych, miesięcznych dat pokonałem 160 km. Jeśli zaś liczyć pełnymi tygodniami (a tak wychodzi na wykresie) to klepnąłem 180,37 km. Założenia moje spełnione zostały w każdym razie w 100%. Dystans zwiększony w bezpieczny sposób. Nic zdrowotnie się nie posypało czyli ok.
Jeśli kogoś ciekawi co biegałem to raczej było to biegi spokojne, jednolitym tempem. Pilnuje tempa by nie biec zbyt szybko (powyżej swoich możliwości). Ewentualne urozmaicenia w moim przypadku to część treningów w wymagającym trailowym terenie (początek miesiąca) a końcówka to przeniesienie się na asfalt. Weekendy to zwyczajowe trasy w okolicy Gór Sowich, czyli sporo siły biegowej (podbiegi) i zbiegi. Jedyne szaleństwa na jakie sobie pozwoliłem to jeden bieg z narastającą prędkością (3 km, każdy szybciej) no i jakieś biegowe zabawy w stylu ostatnie x-set metrów niektórych biegów mocno.
Musi to wystarczyć bo nadwaga i spory deficyt wytrzymałości nie pozwalają jeszcze na nie wiadomo jakie cuda runningowe 🙂

DZIAŁANIA UZUPEŁNIAJĄCE
Również tu mogę dopisać sobie plusika. Utrzymałem ćwiczenia w domu, do biegania dodawałem też sporo spacerów i chodzenia z kijkami. Plan na kolejny miesiąc to delikatne zwiększenie dynamiki rozwoju ćwiczeń (w znaczeniu czasowym jak i dodanie trochę ciężarów) jak i wolne włączanie w plan roweru. Liczę, że pogoda i dłuższy dzień pozwoli już spokojnie kręcić dystanse jednośladem.

CO W MARCU?
Plan na marzec to dystans 200 km. Dojść do tego chcę w sposób zrównoważony, czyli dokładając jeszcze po trochę do każdego treningu, a nie krótko w tygodniu i jakieś dzikie longi w weekend. Oczywiście sumarycznie dłuższe wybiegania muszą się pojawić ale to w jakiś kombinowany sposób. Np. teraz w końcu lutego zrobiłem 6 km spacer nordic walking i bezpośrednio po tym przebiegłem 13,5 km. Fajnie to weszło, zmęczyło. Pewnie coś takiego powtórzę a jeśli będą tylko same biegi to z zakresu 15-17 km.

Styczeń 2020 – Podsumowanie

Pierwszy miesiąc roku 2020 już za nami. Szybko to idzie, powiedziałbym nawet, że stanowczo za szybko 🙂
Jako, że wykonałem mocny krok w stronę sfinalizowania moich biegowych planów – zapisałem się (i opłaciłem) maraton w Jelczu-Laskowicach to wypadałoby skończyć obijanie się i zacząć treningową orkę 🙂
Z tej okazji postanowiłem powrócić do krótkich podsumowań miesięcznych okresów treningowych. Może to być ciekawe dla tych co czytają. Zobaczą co można nabiegać stosując moje pomysły i dlaczego tak samemu nie robić 🙂
No to lecimy.

Styczeń 2020

WAGA
Jak to u mnie poziom startowy projektu niziutki. Po świątecznych obżarstwach waga wskoczyła na niepokojące obszary 91-92 kg. Na ten moment zaczynam powolutku schodzić w dół, ale ciągle są to gramy a nie kilogramy. To źle, czuję zwyżkę wagi, Jednak jak było 85-86 kg biegało się lżej (cóż za nowość :)). No cóż, pochylę się nad swoją dietą a jak wrócę znów do większych dystansów biegowych powinno to się samoistnie poprawić.

REGULARNOŚĆ
Jest ok. Swoją normę 3-4 treningów biegowych trzymam. Praktycznie w całym styczniu robiłem po 4 treningi na tydzień, chyba tylko jeden raz były 3 (a to tylko dlatego, że wstrętnie padało -a jak pada przez rozpoczęciem to nie biegam 🙂 )

KILOMETRAŻ
Oj, nie ma się czym pochwalić. Jakieś uwstecznienie nastąpiło. W środku tygodnia biegałem po 5-7 km/trening, a weekendy to nie więcej niż 12 km/trening. Dawało to przebiegi poniżej 30 km/tydzień. Styczeń zamknąłem więc wynikiem 90,7 km, co jest wartością tragiczną 🙁
Mały plus to fakt, że z każdym kolejnym tygodniem trochę dystansu dokładałem i już pod koniec stycznia weszło prawie 30 km.

DZIAŁANIA UZUPEŁNIAJĄCE
Oprócz biegania sporo było w styczniu chodzenia. W sposób „zorganizowany” czytaj zmierzony nabiłem 35,35 km. Zwłaszcza pierwszy tydzień roku to dużo spacerków. Świeżo byłem wtedy po chorobie i biegać jeszcze sił, chęci nie było.
Co ważniejsze, w końcu … regularnie zacząłem w domu ćwiczyć. 5 treningów/tydzień robię. Jakieś efekty już widzę, ciało obudziło się z uśpienia 🙂 I pompek parę się już machnie lżej niż na początku i brzuch, grzbiet,barki trochę już mocniejsze. Jest więc dobrze. W dni niebiegowe tuptam jeszcze na steperze, symulując sobie wchodzenie po schodach. Siła z tego powinna być.

CO W LUTYM?
Żartów nie ma, trzeba by wydłużać bieganie i zadbać o miskę. Zastanawiam się tylko jak mocno dowalić sobie na treningach. Z 90 km na 200 to by chyba było samobójstwo i wątpię bym wytrzymał. Chyba trzeba celować w jakieś 150 km a dopiero w marcu powitać 2xx. Tylko wiadomo… czasu mało i do maratonu znów super dyspozycji nie będzie.

XIAOMI AMAZFIT STRATOS 3 – część 5

Myślę, że pora powoli zakończyć opisy Stratosa. Poruszyłem w nich w sumie tylko „czubek” spraw, które mogą być ciekawe dla biegacza (użytkownika) ale nie ukrywajmy, przy moim zaawansowaniu testowym wiele więcej ciekawostek nie odkryję. Niuanse, szczególiki to raczej każdy będzie pewnie rozgryzał sam – mi wystarczy to co mam rozpracowane 🙂
Tym razem postanowiłem przyjrzeć się rzeczy, która w sumie znana jest od dawna, czyli obserwacja tętna.
Większość publikacji biegowych jednoznacznie wskazuje, że tętno odczytywane z nadgarstka nie jest tak dokładne jak mierzone pasem z piersi. Rozbieżności są tym większe (na niekorzyść nadgarstka) im bardziej gwałtowne zmiany tętna następują (np. treningi interwałowe itp.).
Moim zamysłem był zobaczyć naocznie 🙂 jak duża ta rozbieżność jest i czy w ogóle tętno z nadgarstka (wskazane przez Stratosa) jest użyteczne.

W teście porównałem 2 zegarki:
Stratos 3 (wiadomo)
SpoQ SQ100 + jego oryginalny pas tętna

Warunki testowe: miniony weekend 🙂 Temperatura około 5-10 st C, wilgotno ale bez deszczu. Test odbywał się w dwóch kolejnych dniach – czyli dwa biegi. Oba raczej spokojne, ale ze względu na teren górski dobijałem do swoich tętn maksymalnych. Pliki wynikowe GPX wrzucone do Endomono (z tym, że ten ze Stratosa ściągnięty ze Stravy) co pewnie swoje do niedokładności dołożyło.

Bieg 1 (SpoQ / Stratos)
Dystans: 9,43 km / 9,24 km
Czas trwania: 56:24 min / 56:34 min
Średnie tempo: 5:59 min/km / 6:07 min/km
Średnie tętno: 167 / 166
Maksymalne tętno: 184 / 182
Przewyższenie w górę 170 m / 130 m
Przewyższenie w dół 191 m / 130 m
Uwagi: Tragiczna coś mi wyszła różnica czasowa obu zegarków. Dziwne, bo starałem się wystartować i zatrzymać jak najszybciej. To z pewnością rzutuje na parametry tempa.
W czasie biegu wskazania obu zegarków (dystans) rozjeżdżały się coraz bardziej wraz z rosnącym kilometrażem. Mało wiarygodnie wyszły coś wskazanie wysokości (Stratos). Tętno za to z obu maszyn (średnie i maksymalne) jest porównywalne.

Wykres obu tętn (nałożonych na siebie) wygląda tak:

Porównanie tętna z obu zegarków – bieg 1

Bieg 2 (SpoQ / Stratos)
Dystans: 9,99 km / 9:93 km
Czas trwania: 57:39 min / 57:45 min
Średnie tempo: 5:46 min/km / 5:49 min/km
Średnie tętno: 163 / 157
Maksymalne tętno: 186 / 181
Przewyższenie w górę 140 m / 110 m
Przewyższenie w dół 110 m / 110 m
Uwagi: Tym razem różnica czasowa lepsza, chociaż dalej daleko od ideału. W czasie biegu wskazania obu zegarków (dystans) wyglądały na identyczne – w znaczeniu, iż przesunięcie metrowe było stałe, nie powiększało się. Mało wiarygodnie wyszły coś wskazanie wysokości (Stratos). Jak na złość tętna niestety rozjechały się zwłaszcza w początku i końcu biegu.

Wykres obu tętn (nałożonych na siebie) wygląda tak:

Porównanie tętna obu zegarków – bieg 2

Co z tego wynika. Hmmm… szczerze to niewiele 🙂
Poważniej jednak. Próbka badawcza była za mała. Brakuje jeszcze paru kolejnych biegów z pomiarem tętna i ich porównaniem. Przy dwóch, niedokładności (są za wielkie).
Gdybym jednak miał opierać się tylko na tym co wyżej to powiedziałbym, że krzywe w miarę pokrywają się – gdy tętno rośnie to w obu zegarkach, gdy maleje to też. Przy dużej dozie „tolerancji wynikowej” daje to amatorowi szansę przyjąć, iż nawet miernikiem nadgarstkowym 🙂 da się zauważyć nasz stan. Będzie to jakaś pomoc dla tych, którzy niezbyt dobrze interpretują sygnały swojego organizmu i potrzebują pomocy maszyny.

Rekordzista – Henryk Szost

Rok 2019 obfitował w ciekawe dzieła literackie, o ogólnie rozumianym bieganiu. Jedną z takich pozycji jest książka, przybliżająca nam osobę najbardziej znanego polskiego maratończyka – Henryka Szosta.

Henryk Szost „Rekordzista”

Książka ta w największym skrócie jest biografią Henryka Szosta. Nie znajdziecie tu opisu treningów, diety ale przybliża nam jego życie i karierę biegową (od najmłodszych lat aż do czasów współczesnych).

Całość podzielona jest na rozdziały (wydarzenia), będące kluczowymi momentami w życiu maratończyka. One są osią książki i chronologicznie przenoszą nas przez kolejne etapy rozwoju Henryka.
Ciekawy zabiegiem są dodane momentami opowieści osób (
znajomych, rodziny, trenerów), które uczestniczyły w opisywanych zdarzeniach, czy po prostu znają biegacza. Ich punkt widzenia jest świetnym uzupełnieniem historii jak i pozwala spojrzeć na akcję z innej perspektywy.
Dodatkowo mamy trochę zdjęć i tabel z zajmowanymi miejscami.

Skoro sam mistrz pożyczył, to wypadałoby pobiec dobrze 🙂

Książkę tą , kupiłem trochę z przypadku. Przy okazji jednego z biegów była okazja odebrać ją osobiście, przy czym autor składał na niej autograf. Wziąłem więc, chwilkę poleżała i w momencie jak zacząłem ją czytać to … pochłonąłem ją momentalnie. Czyta się naprawdę świetnie. Opisy są barwne, nie ma dłużyzn. Mimo (a może właśnie dlatego), że opisuje się tu dużo „normalnego” życia historia wciąga, chce się wiedzieć co było dalej.
Mi personalnie bardzo się podobała i uważam, że warto ją przeczytać. Sporo inspiracji można znaleźć dla siebie 🙂 Polecam.