Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich 2020 – Super Trail 130
Początek dnia na trasie
Tegoroczne bieganie widzę, zaczyna odradzać się od gór. Biegi uliczne, ciągle w odwrocie, odwołane, przesunięte. A imprezy górskie nieśmiało ale jednak są (czy zaczynają być). Liczę, że to dobry znak, przemyślane działania a nie żądza pieniądza organizatorów 🙂
No ale żarty na bok. Jedną z takich pionierskich, w obecnych czasach, imprezą jest DFBG. Zawody nie zostały odwołane, a organizatorzy dołożyli wszelkich starań by je odbyć. W tym roku nie planowałem startować. Forma żadna i nawet na najkrótszym dystansie pewnie bym spore problemy miał. No ale popatrzyć, czemu nie 🙂 Poderwałem się skoro świt by zdarzyć na wschód słońca i przy okazji zerknąć jak radzi sobie czołówka dystansu Super Trail 130. Na miejsce akcji wybrałem już dość daleki moment trasy (~100 km), okolice Sołtysiej Kopy. Najszybsi wg rozpiski z zeszłych lat mieli tu być około 04 z minutami. W sumie byli bliżej 05:00. Swoje pewnie dołożyła pogoda, było zimno, mokro a na trasie bardzo błotniście. Szacun dla nich, ja w swoich najlepszych czasach i tak bym był dużo bliżej początku trasy o tej godzinie. Marna pogoda trochę popsuła mi koncepcję zdjęciową, no ale coś tam udało się dokonać. Kto ciekawy to zapraszam do galerii.
Pół roku już za nami. Jakby było co, można by poświętować. A. że nie ma…
Biegowo, mój czerwiec nie wyróżniał się w żaden lepszy sposób od maja. Utrzymałem praktycznie takie same numery: Przebiegłem – 94,82 km, Przejechałem rowerem – 137 km, Przeszedłem (z kijkami lub bez) – 24,56 km
Kolorowo aż miło 🙂
We wszechobecnym kulcie sukcesu rzekłbym, że zacnie 🙂 Sportowy miesiąc, w ruchu, formie. Endomondo pęka od kolorów i kółeczek. Regularnie trenowane, no szok i niedowierzanie.
Rzeczywistość jednak w mojej ocenie nie jest tak świetna. Oczywiście nie mogę powiedzieć, że się całkiem obijałem. Coś tam jeździłem i biegałem. Są to jednak na tyle małe aktywności, że zaczęło się to odbijać na mojej wadze. Z przerażeniem zauważyłem ostatnio 92, 5 kg. Kurcze, tyle to ja miałem X lat temu i źle się czułem/wyglądałem. Widać, że słabe nawyki żywieniowe przeważyły spalanie kalorii z aktywności fizycznej. Oj, katastrofa, katastrofa.
Drugą, nie wiem czy nie gorszą wiadomością jest fakt, że zaczyna mnie boleć prawe kolano. Nie wiem z czego, nie kojarzę bym je jakoś przeciążył, uszkodził na biegach. Zginać się zgina, nóżką mogę wychylić w przód, tył ale coś je czuje. Tak samo przy chodzeniu. A tragedia zupełna jakbym chciał machnąć przysiad na szybkości. Bym się chyba nie podniósł po nim. Przy samym końcu ruchu zaczynam czuć jakąś sztywność. Na tyle sporą, że zaczynam unikać takiego ruchu. Awaria, strasznie mnie to martwi bo kolano to organ raczej średnio się regenerujący (a powiedziałbym, że nawet wcale).
Niezbyt wiem co robić w tej sytuacji. Odpuszczać ruchu chyba nie ma sensu, jakoś zbyt mocno się przeforsować raczej też. No nie wiem. Chyba trzeba poobserwować z tydzień, dwa i jak się samo nie naprawi to pozostanie biegać po doktorach.
Cóż, tym mało optymistycznym akcentem kończę raport czerwcowy. Lipiec będzie pewnie podobny, chociaż widzę sens powolnego podnoszenia się „z kolan” (jak to brzmi w mojej sytuacji :)). W każdym razie jakieś biegi (na ten moment) od września do listopada są aktywne w kalendarzu czyli warto by się przygotować.
Bliżej już ku końcowi czerwca no ale… lepiej późno napisać niż wcale 🙂
Maj w moim wykonaniu to typowo rekreacyjne bieganie. Ani solidnych treningów nie było, ani powalających rekordów (liczbowych). Zafiksowałem się jakoś na swojej ulubionej trasie łąkowo-pagórkowo-leśnej no i prawie codziennie te 5 km tam robię.
Z jednej strony fajnie, bo sumiennie biegam prawie 4-5 razy w tygodniu z drugiej mało to rozwojowe, coś sam tak czuję. Wydaje mi się, że formy z tego nie będzie żadnej. Niby jest ta górka, niby chwilę po prostej no i zbieg też jest ale… Mało coś i ciągle to samo :/
Czasem myślę, że kontrolnie bym się mógł wypuścić na te 10 km albo więcej ale jakoś tak przekładam i przekładam 🙂 Poranne bieganie jak wiele razy mówiłem coś mi słabo służy. Człowiek nierozbudzony, nierozruszany.
No nic. W narzekaniu jestem dobry ale może i uda się w sobie zebrać realnie. Tym bardziej, że zaczynam zastanawiać się czy przypadkiem jakiegoś biegu nie zorganizują w drugiej połowie roku na jaki się zapisałem (np. Półmaraton Wałbrzych?). Oj by było 🙂 Pobiec go z bieżącej formy to prawie jak w 2012, na początku mojej biegowej ścieżki 🙂
Podsumowując zaś krótko maj – jakby nie fakt, że sporo się też chodzi i coś tam rowerowo zaczyna działać to powiedziałbym, że miesiąc słabiutki. A tak ujdzie 🙂
Dla spragnionych liczb podaję, że pokonało się:
92,57 km biegiem, 46,81 km chodząc, 131 km rowerem.
Ostatnio pojawia się coraz więcej biegów wirtualnych. Co i rusz wyświetlają mi się na FB powiadomienia o nowej rywalizacji. Czy to komu potrzebne?
Oczywiście 🙂 Zadowoleni są z pewnością producenci medali, koszulek. Jest co do garnka później włożyć 🙂 A już organizatorzy (=pomysłodawcy takiej imprezy) z pewnością dziękują niebiosom za dużą frekwencję na takich wydarzeniach. W sumie niewiele się trzeba narobić a zysk słuszny 🙂
Dziwię się tylko biegaczom, po co im to potrzebne…
Dla mnie jedyną godną uwagi zaletą takiego biegania może być aspekt charytatywny. Zbiórka na jakiś szczytny cel. W przypadku zawodów całkowicie „komercyjnych” nie widzę żadnych zalet takiego biegania. Bo i jakie?
Wynik? Całkowicie niemiarodajny! Jak trzeba, mogę na mapie swoich treningów znaleźć trasę, która prowadzi pod górę i z 15 km, jak trzeba to znajdzie się coś całkiem w dół. I co później mam wskazywać, że w zawodach XX osiągnąłem swój rekord (życiówkę)?
Rywalizacja. Tak, to napędza ludzkość. No ale wirtualnie? Dajcie spokój. Patrząc na powyższy akapit jak porównać się z kimś kto może zasuwał ciągiem w dół a ja mozolnie tuptałem po jakichś wertepach.
No to co pozostaje? Koszulka i medal, którą można się pochwalić znajomym czy też w necie? Hmm…. to już chyba efektu wow nie robi jak kiedyś. Wydaje mi się, że szkoda kasy tylko na to. Piękną i pewnie dużo lepszą koszulkę można sobie po prostu zamówić samemu.
No więc… ja w takich zawodach nie startuję i startować raczej nie będę. A co sądzicie Wy?
Zapraszam na drugą (i ostatnią już) część filmu o ubiorze do biegów. Tym razem przeniesiemy się w wyższe rejony biegacza 🙂 Koszulka, bluza, wiatrówka no i coś na głowę (czapecza, buff, bandana).
Temat wprost nieśmiertelny. Znajdziecie takie artykuły, co roku, na wszelkich portalach biegowych. Długo go omijałem bo uważam, że nie ma prostej odpowiedzi na takie pytanie. Niestety… ludzie są różni, każdemu pasuje co innego. Lata truchtania pozwoliły mi zbudować jednak pewną, podstawową bazę wiedzy o tym co mi pasuje i pomaga więc spróbuję się tym podzielić. Może te ogólne wskazówki będą dobre i dla innych, początkujących biegaczy. Jak to u mnie, raczej dla osób, które nie planują wielkich wydatków.
Odcinek ten skupia się na niedrogiej odzieży przeznaczonej na sezon wiosenno/letni. Omawiamy dolną część biegacza (do poziomu pasa) – buty, skarpetki, bielizna i spodenki. Reszta w kolejnym filmie.
Kto się nie zmienia ten zostaje w tyle 🙂 Mówi się tak czasami więc by nie odstawać za bardzo od peletonu postanowiłem dokonać i ja pewnych zmian witrynowo, wizerunkowych 🙂
Pierwszą zmianą będzie nowy adres strony. No, może nie taki nowy ale końcówka się zmieniła. Z komercyjnością wiele wspólnego nie mam, więc strona teraz bedzie .pl Lepiej to czy gorzej, zobaczymy z czasem 🙂 Trochę za szybko pewnie przeszedłem na ten adres ale tak wyszło. Myślę, że Ci co czytają dadzą radę odszukać stronę w sieci.
Większą nowością będzie fakt, że niektóre materiały (testy, opisy) zrobię w formie filmów na youtube. Czy wyjdzie to ciekawie, zostawiam Waszej ocenie. Czekam jednak na komentarze, uwagi – o treści, o realizacji. Dawajcie znaka 🙂 A dużo da się pewnie poprawić co widzę chociaż po montażu filmów. Z każdym kolejnym odkrywam nowe opcje programu 🙂
Kanał na YouTube można znaleźć pod adresem: RMC-Biega
Acha 🙂 Są tam nie tylko filmy o bieganiu, bo jak widać młode pokolenie ciekawią inne sprawy 🙂
Jak to mówi mądrość ludowa „tanie mięso psy jedzą”. No może nie takie tanie, ale po ponad pół roku dobrego działania mój Amazfit Stratos 3 wymiękł. Nie mam szczęścia do chińszczyzny. Kiedy już myślałem, że ten model spełnia moje wymagania to wziął był się i zepsuł 🙂 Dokładniej to uruchamia się z pół godziny a później nie można go sparować z telefonem. No ale, trudno. To znak, że wynalazkom mówimy chwilowe nie 🙂 Zobaczymy jeszcze co warta jest chińska gwarancja 🙂 O ile jednak wszystko pójdzie ok z reklamowaniem go to chyba podziękuję i sprzedam.
W każdym razie… Awaria zegarka dosięgła mnie w środku zakazów przemieszczania się, kiedy to rezydowałem ponad 100 km od mojego miejsca zamieszkania i nie wybierałem się do pracy (home office funkcjonuje). Sięgnąłem po rozwiązanie w moim zakręconym stylu i … kupiłem sobie Suunto Spartan Wrist Hr 🙂
Spartan
Moim skrytym marzeniem jest Suunto 9 Baro (w edycji copper) i ten Spartan jest takim trochę wstępem ku temu. Ludzie narzekają nieraz na tą firmę ale mój Ambit działa od lat. Spartan też już solidną dawkę sportu dostał i mi pasuje. Czytałem, że epokę problemów wieku dziecięcego ma już za sobą. Oprogramowanie jest stabilne, zrobił się ze Spartana solidny sprzęt.
Z podświetleniem
Fajny jest 🙂 Nie śledziłem, co nowsze Suunto potrafią, ale na oko ten model ma wszystko co mi potrzebne. Długo działa, szybko łapie gps, ekran czytelny (z kolorkami nawet), eksporty idą wszędzie gdzie chcę. Tętno jest, sen jest (jak kto używa), analizy w komórce są (apka).
Wygląda więc, że świat technologiczny trzeba śledzić, bo w cenie niższej niż Made in China mogłem już dawno kupić sprzęt pewny, sprawdzony. I oszczędził bym sobie nerwów z wynalazkami.
„Plecki” z diodkami
P.S. Jak widać zegarek na luksusie, złoto, biel 🙂 Kolory trochę „dziewczyńskie” (bo i od dziewczyny kupiony na allegro) ale ma jeszcze gwarancję do końca roku więc czemu nie. Używa się 🙂
Niewiele ostatnio okazji do buszowania po sklepach. Jak się jest to raczej po to co niezbędne, a nie by zgłębiać asortyment i łazić między półkami. Niemniej, przy okazji zakupów spożywczych wpadły mi ostatnio w rękę 🙂 buty do nordic walking z sieci Aldi. Przecenione, czyli to już ich okres schyłkowy w markecie (pochodzą z akcji z marca 2020). Nordic Walking to nie bieganie ale myślę, że przy tej klasie sprzętu nie ma to żadnego znaczenia, jak produkt ciekawy to grzechem nie skorzystać.
Widok ogólny
Nie będę tu robił jakiejś wymyślnej recenzji. Doszło do mnie po latach :), że w przypadku butów z marketów wielkiego sensu to nie ma. Ich wysyp jest jednorazowy, później już każda seria jest inna. No ale, jakiś czas w sklepie leżą, teraz można też zamawiać w dyskontach online, może kogoś zaciekawią.
Buty wyglądają dość ładnie. Mają sportowy, dość zachowawczy design (bez udziwnień) ale widać, że korzystają z w miarę nowych technologii. Mam to na myśli np. wzmocnienia klejone do siateczki (a nie wszystko szyte). Technologicznie producent chwali się różnymi cudami jak wyściółka Coolmax, wyjmowana wkładka, podeszwa z phylonu z poduszkami żelowymi Spacestep. Buty są stosunkowo masywne. Robią wrażenie sztywnych i taką też podeszwę mają. Ich bieżnik nie zawstydziłby rasowych butów trailowych. Sam nie wiem po co aż takie kolce, ale trzymać się ziemi będą na 100%.
Trailowo…
Ciekawym patentem są samozaciskowe sznurówki. Nie powiem, wygodna sprawa, kiedyś zarezerwowana tylko do dużo droższych modeli.
A w użyciu? W terenie chodzi się dobrze. Buty są wygodne. Idzie się przyjemnie, amortyzują całkiem fajnie. Sztywna podeszwa powoduje, iż nie przeszkadzają jakieś kamienie, nierówności. Sucho wszędzie jak pieprz to nie wiem czy bieżnik coś pomaga, czy tylko jest ozdobny, ale tu gdzie chodziłem (jakieś ścieżki, kamienie, trawa) jest ok. Nie ślizgałem się nigdzie.
Góra i dół w całej okazałości.
Buty polecam. Przez wagę i terenowy charakter myślę, że raczej do chodzenia niż biegania, no i dla cięższej osoby. Niemniej, cena niewielka, można spróbować samemu 🙂
Powoli, różnego rodzaju restrykcje powinny być znoszone, niemniej jeśli ktoś nie chce/nie może powrócić do biegania na zewnątrz, to naturalnym jest przenoszenie ćwiczeń do domu. Idealnie by były to aktywności dające chociaż namiastkę biegania (czy wspomagały mięśnie niezbędne do biegu). Oprócz wszelakich gimnastyk, często przy tej okazji myśli się o zakupie maszyny, która by mogła te nasze trenowanie wspomóc. W poniższym tekście postaram się opowiedzieć o przydatności różnych urządzeń jak i ewentualnych niebezpieczeństwach jakie mogą czekać na biegacza z nich korzystającego.
Uwaga, jako miejsce używania sprzętu traktujemy mieszkanie w bloku, bo całkiem inna sytuacja jest jeśli ktoś mieszka np. we własnym domu, czy ma urządzenie w piwnicy, garażu. Dodatkowo opisuję urządzenia z tańszej półki cenowej/dostępne jako używane bo takie miałem/mam. Cena oczywiście w sposób znaczący wpływa na komfort używania i parametry sprzętu ale trzeba uważać – najczęściej zapał i chęć używania zakupionego ustrojstwa mija po tygodniu i mamy później drogą rzeźbę w domu. Skala punktowa przydatności dla biegacza 0-5pkt. (subiektywna, wg mnie :)).
No to lecimy (w kolejności alfabetycznej).
Bieżnia mechaniczna/elektryczna.
Bieżnia mechaniczna – magnetyczna.
Ustrojstwo wielkie i zajmujące sporo miejsca 🙂 Szczęśliwie da się ją z reguły ustawić w pozycji pionowej (transportowej) i wtedy już tak źle nie jest. No poza faktem, że przed wskoczeniem na nią trzeba ją ustawić i dokręcić parę śrub. Ale ok, to nie jakiś mega kłopot. Ja miałem przez moment bieżnię mechaniczną- magnetyczną (pas napędzamy ruchem naszych stóp) i stwierdzam, że do biegania to się średnio nadawało. Niewygodnie było. Chodzić a i owszem, już lepiej. Fajny bajer jaki miała to możliwość regulacji pochylenia czyli symulacja chodzenia pod górę. Sesja na bieżni jest nudna, idzie skonać stojąc w miejscu 🙂 Jak przy większości opisywanych tu sprzętów spodziewać się należy również, że po kilkunastu minutach na tym w mieszkaniu idzie się ugotować. Pot ze mnie leciał ciurkiem 🙂 Głośność urządzenia przy chodzeniu była akceptowalna. Nie powinno nikomu z sąsiadów przeszkadzać. Przy próbie biegania zaczynało już być głośniej ale myślę, że uniknęlibyśmy pukania w sufit czy kaloryfery 🙂 Piszę o tym bo do biegania polecają wszyscy bieżnie elektryczne ale podobno są one na tyle głośne, że w bloku strach używać. Nie wiem, nie potwierdzam, nie zaprzeczam… Przydatność dla biegacza – 3/5 (mechaniczna).
Orbitrek eliptyczny (mechaniczny-magnetyczny)
Orbitrek mechaniczny
Podobnie jak bieżnia dość spory sprzęt. Tutaj jednak nie ma opcji składać go, musi zając tyle miejsca ile przewidział jego twórca 🙂 Orbitreki mechaniczne są dość głośne, słychać szum oporujących pasków, lekkie stuki rączek itp.. Mieści się to jednak w akceptowalnych granicach, wydaje mi się, że głowy nam nikt nie urwie jak „pobiegamy” na tym w domu w ludzkich godzinach. Te nowsze, magnetyczne są już całkiem ciche i lepiej zainwestować w taki (jak nas stać). We wszelkich opisach urządzenia te podawane są jako najbardziej wszechstronnie działające na mięśnie. Faktycznie stoi się na tym rękami i nogami macha, grzbiet, brzuch pracują. W rzeczywistości najbardziej w kość dostają jednak mięśnie czworogłowe uda. Te po sesjach na orbitreku czułem, innych grup mięśniowych niezbyt. Uważam jednak, że ze względu na typ ruchu to chyba najlepszy sprzęt dla biegacza, który nie może mieć bieżni. Także tu spodziewać się należy, że jest nudno, czas się meeega dłuży, a po kilkunastu minutach ruchu w mieszkaniu idzie się ugotować. Przydatność dla biegacza – 3/5.
Rower stacjonarny – mechaniczny/magnetyczny
Rower magnetyczny
Z omawianych do tej pory urządzeń najbardziej kompaktowy. Przynajmniej te nowsze. Rowery mechaniczne podobnie jak w.w. urządzenia mechaniczne hałasują. Szumią, skrzypią. Te tanie często są mało stabilne, stukają jak za szybko się rozpędzimy 🙂 Zaryzykowałbym jednak stwierdzenie, że i tak rower będzie cichszy niż bieżnia i orbitrek. Sprzęty magnetyczne za to są praktycznie bezgłośne. Nie ma kłopotu jechać i słuchać radia czy TV. Minusem roweru (jako jedynego sprzętu) jest jednak jego średnia przydatność dla biegacza. W formie ogólnej ok, utrzyma nas, ale w dłuższym czasie (tylko na nim) raczej nie liczcie na wsparcie formy biegowej. Nie te mięśnie pracują. Przydatność dla biegacza – 2/5.
Stepper skrętny lub prosty
Stepper
Najmniejszy sprzęt z dostępnych. Symuluje chodzenie po schodach 🙂 co wg. mnie ma sens we wsparciu treningu biegowego (siły biegowej). Uważam jednak, że jest to urządzenie dodatkowe, nie wyobrażam sobie godzinnego lub dłuższego deptania tylko po nim. Steppery mogą być proste (idziemy typowo jak po schodach) lub skrętne (jak nazwa mówi, skręcamy się na nich przy tym). Mogą mieć linki do jednoczesnego ćwiczenia rąk, niektóre (większe) mają długi wspornik którego się trzymamy. To może być ważne, bo ja kiedyś ze skrętnego (mojej małżonki) spadłem i skręciłem sobie nogę 🙂 🙂 Stepper sam w sobie mega głośny nie jest, ale naciskając na nóżki dobijamy je do gumowych odbojników. I to tłucze całkiem nieźle. Polecam podkładać pod niego jakąś matę czy ustawiać na dywanie jak nie chcemy kłopotów z sąsiadami. Przydatność dla biegacza – 2/5.
Konkludując. W bloku, żadne z tych urządzeń idealne dla biegaczy nie jest, ale oczywiście jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma 🙂 Nie zastąpimy nimi naszych ulubionych biegów ale lepiej ćwiczyć cokolwiek niż zapuścić się całkiem.