Archiwa tagu: relacja

34 PKO Wrocław Maraton (11/09/2016) – Relacja

34 PKO Wrocław Maraton

34 PKO Wrocław Maraton (11/09/2016) – Relacja

Wrocławski maraton w mojej biegowej historii raczej nie zapisał się do tej pory jako bieg życia. Wynik zawsze osiągałem w nim słaby, warunki na trasie były ciężkie (a to padał deszcz, a to spora wilgoć i ciepło). No szału nie było. Czuję, iż edycję 2016 odpuściłbym, ale jak to u gadżeciarzy skusiła mnie wizja patery jaką dostanę gdy pokonam 2 x Wrocław Półmaraton + 2 z Wrocław Maraton.
Dodatkowo w tym roku, po w miarę dobrym okresie treningowym, miałem nieśmiałe zakusy na pierwsze złamanie 4 godzin. Ostatnie treningi w Oleśnicy (w podobnych temperaturach), dawały mi wprawdzie sygnał, że chyba to się nie uda, ale życie zweryfikowało moje możliwości jeszcze dobitniej. A było to tak 🙂

Część dotyczącą zapisów, opłat trochę skracam bo podobne wszystko jak przy Nocnym Półmaratonie.

Zapisy na maraton wystartowały dość wcześnie. Rejestracja przez DataSport, strona maratonu i facebook prowadzone dobrze (częste aktualizacje, sporo informacji). Zwyczajowo opłaciłem bieg w pierwszym terminie, bo po co przepłacać.

Podobnie jak przy poprzednich edycjach odbiór pakietów ruszył w piątek i sobotę więc dla spokoju ducha podjechaliśmy z rodzinką dzień przed biegiem. Ludzi sporo ale dało się zaparkować w okolicy i kolejek „do kas” 😉 nie było. Wolontariusze sprawnie sprawdzili tożsamość, wydali co trzeba i można było pooglądać stoiska expo. Zwyczajowo podobało mi się wszystko oprócz cen, więc nie kupiłem sobie nic 🙂 No może dłużej debatowałem nad książką Skarżyńskiego o treningu maratońskim, gdyż był na stoisku z nią sam autor i kusiła mnie wizja, że może mi ją podpisze. Finalnie jednak dałem spokój i można było wracać do domu.

Pakiet startowy znośny – numer, agrafki, chrupki, piwo bezalkoholowe, jakieś ulotki no i koszulka 4F. Wygląda na solidną ale mogła by być bardziej żywa kolorystycznie (w znaczeniu posiadania jakiejś fajnej grafiki a nie tylko napisów).

Niedzielny poranek to wiadomo wyjazd na miejsce zawodów. Organizatorzy, oznaczyli miasto całkiem dobrze. Tablice gdzie są parkingi znajdowały się już od rogatek miasta, na samej trasie też było sporo banerów, informacji. Szybko trochę za to chcieli zablokować drogę, bo o 07:40 już przegrodzono trasę, którą miałem chęć dojechać na miejsce parkingowe. Szczęśliwie, pas do skrętu w lewo był wolny i wszyscy kierowcy jechali z niego prosto (wiem, nie popieram łamania przepisów ale kogoś poniosło blokować główną drogę o takiej godzinie – tym bardziej, że na tym kawałku ulicy maratończycy mogli się pojawić najwcześniej około 10:00 – 11:00).

Cóż zaparkowałem gdzie chciałem i poszliśmy z Żoną na start (ona biegła w biegu rodzinnym 2 km). Ludzie już się kręcili po okolicy, rozgrzewali. Ze spraw przyziemnych na plus zaliczam sporą ilość toalet, nie stało się w mega kolejkach (no chyba, że ktoś 10-20 min przed biegiem wpadł na pomysł by skorzystać).
Trochę pospacerowaliśmy, spotkałem wujka (też biega mimo 60-ki na karku, szacun), dokonało się parę zdjęć i zacząłem rozgrzewkę. Gdy już byłem gotów, pozostało stanąć w strefie startowej i czekać.

34 PKO Wrocław Maraton
34 PKO Wrocław Maraton – widok na start

Odliczanie i kolejne strefy ruszyły. Ludzi na maratonie było mniej niż na połówce i tym razem oczekiwanie na bieg nie było tak długie. Chwilka spaceru no i bieg.

Od razu po starcie czuło się, że pogoda niestety da wycisk. Piękne słońce zwiastowało upały i tak było. Temperatura rosła momentalnie. W mieście wiadomo, betonowa dżungla to i stopni jeszcze więcej. W którymś momencie, na trasie, widziałem termometry, które pokazywały 30 stopni w powietrzu i 40 przy asfalcie (niektórzy w necie dali foty na których jest 50 🙁 ) Hardcore.

Punkty odżywcze na trasie były zorganizowane co około 2,5 km. Na wszystkich wlewałem w siebie co się dało (woda, izotonik). Cukry uzupełniałem bananami i kostkami cukru. Korzystałem też z wody do odświeżania obficie lejąc po sobie i mocząc czapkę. Gdyby nie to, pewnie przyszłoby polec od razu. Obsługa punktów była bdb, nic nie brakowało na nich (no może z wyjątkiem żeli bo dla mojej grupy tempowej już ich na stołach nie było).

Biegnąc starałem się trzymać założonych temp – bieg po około 05:25-05:40 min/km. Do 18 km udawało mi się to całkiem dobrze ale później nastąpiła katastrofa. Momentalnie, jakby ktoś mnie nożem podciął – 19 km = 06:37, 20 km = 06:22 a  po połówce jeszcze gorzej. Nie dałem rady biec i zacząłem iść (czasy po około 07:30-09:00). Niestety nie udało mi się ogarnąć już do końca i praktycznie całość szedłem, z momentami podbiegów.
Masakra. W pewnym momencie miałem takiego doła, że zacząłem pierwszy raz w karierze myśleć, że po co mi to i może zejść z trasy. Taa… problem tylko taki, że nie miałem telefonu, pieniędzy, miasto stało w korku to po co. I tak bym musiał dojść na metę. Szedłem więc dalej.  Od 37 km trasa prowadziła troszkę w cieniu i tu nieznacznie przyśpieszyłem (bliżej 07:30, ale oczywiście i tak więcej szedłem).

34 PKO Wrocław Maraton
34 PKO Wrocław Maraton – druga połowa dystansu

Po tej tragicznej walce na mecie zameldowałem się w czasie – 04:54:56. Miejsce Open – 3133, w kategorii M40 – 899.

Porażka na całego. Najbardziej z tego wszystkiego to mi było Żony szkoda, że musiała przy mecie czekać tyle czasu.

Koniec biegu to wręczenie medalu. Później biegacze przesuwali się powoli do przodu zbierając pamiątki 🙂 Chłodzący ręcznik, folię NRC, banany, wodę, izotoniki by finalnie dojść do strefy bufetowej gdzie serwowano makarony i herbatę. Dobre, ale niestety nie miałem w ogóle apetytu. Przed oczami za to miałem loda Frugo i zimną colę 🙂
Trochę zawiodłem się, bo niezbyt dało się wrócić tą samą trasą. Miałem chęć na jeszcze jeden izotonik ale barierki i porządkowi zniechęcali do spaceru pod prąd. No szkoda.
Sporo ludzi odpoczywało w cieniu na trawie, ja jednak miałem Wrocławia dość i szybko zawinęliśmy się do auta jadąc do domu.

Finalnie. Od strony organizacyjnej impreza na pewno udana. Nie widziałem żadnych znaczących pomyłek, niedociągnięć. Na ten moment mogę stwierdzić, że w przyszłym roku pewnie jeszcze wystartuję bo skoro mam już te 2 medale, to na paterę uskładam kolejne, ale później z maratonem Wrocławskim dam sobie spokój. Jednak co roku ciągle coś mi nie pasowało na nim (z przyczyn niezależnych od organizatorów) to po co się męczyć.

DFBG 2016 – Super Trail 130 km (relacja)

Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich 2016

Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich 2016 – Super Trail 130 km

W ramach Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich odbyły się zawody, które były celem moich treningów w 2016r. – Bieg Super Trail na dystansie 130 km (21-22/07/2016).

Zapisu na bieg dokonałem dawno temu (jeszcze w końcówce zeszłego roku) bo oczywiście wtedy było taniej. Czas leciał, trenowało się, szczęśliwie ominęły mnie kontuzje no i w końcu przyszedł wyczekany moment startu.
Przed tak długim biegiem warto trochę więcej czasu niż zwykle poświęcić logistyce (dojazdy, noclegi, ekwipunek itp.) ale, że to też spory materiał do opisania, to tu ją pominę, a postaram się listę co brałem/użyłem podać w kolejnych relacjach.

Start zawodów zaplanowany był 21/07 w Lądku Zdroju (o godz 18:00). By zdarzyć odebrać pakiety startowe, zdać depozyty na miejsce rywalizacji przybyliśmy z rodzinką odpowiednio wcześniej. W biurze zawodów wszystko poszło sprawnie. Nie było kolejek, tłoku. Szybko wydano co trzeba i można było pozostały do startu czas przeznaczyć na zwiedzenie Lądka, zerknięcie co wystawiają stoiska dla biegaczy i ogólny relaks.
Przed samym startem biegaczy czekała niespodzianka jaką była naprawdę mocna ulewa. Prognozy meteo pokazywały, że będzie upalnie a tu nieoczekiwane załamanie pogody. Szczęśliwie deszcz przestał padać na około godzinę przed biegiem, bo z dwojga złego to wolałem upały niż deszcze na trasie.

Chwilka przed startem :)
Prezentacja zawodnika przed startem 🙂

Ostatnie chwile na pożegnania z kibicami i można było ruszać na trasę. Ustawiłem się w okolicy końcówki peletonu bo nie planowałem super tempa i nie chciałem przeszkadzać szybszym. Odliczanie od dziesięciu i start.

DFBG 2016
Widok na miejsce startu

Etap1 – Lądek Zdrój (Park Zdrojowy) – Przełęcz Gierałtowska (dystans 10 km)

Start biegu już od pierwszych metrów prowadził pod górkę. Najpierw schody w okolicy amfiteatru, a później wspinaczka ulicami Lądka. Po pokonaniu kilkuset metrów (raczej dla kibiców :)) biegacze z moich okolic czasowych karnie przeszli do marszu i tak pokonaliśmy większość etapu. Trasa była wąska, kręta, możliwości by tu kogoś wyprzedzać były sporadyczne. Po około 1:34 udało się osiągnąć pierwszy z punktów żywieniowych.

Etap2 – Przełęcz Gierałtowska – Przełęcz Płoszczyna (dystans 22 km).
Na punkcie szybko uzupełniłem zapas wody i izotoniku (niezbyt dobry, średnio mi podchodził smakowo, ale żadnych złych sensacji nie powodował) i można było ruszać dalej. Tutaj stawka zawodników trochę się już rozciągnęła i od czasu do czasu wolniejsze osoby można było wyminąć.

Trasa tego etapu była wymagająca z dwóch powodów (nie licząc wspinaczek na góry gdyż to jakby standard w biegach górskich :))

  • mimo że biegło się po ubitej ścieżce ziemnej była ona gęsto zryta wystającymi korzeniami drzew, czyli łatwo o podknięcie,

  • dodatkowo szlak był tak wąski i wgłębiony, że każda próba postawienia nogi bliżej krawędzi (lub poza nim) kończyła się niebezpiecznym podcięciem nogi lub stopowaniem jej w miejscu.

W połowie tego odcinka zaczęło już robić się ciemno więc na chwilę przystanąłem by założyć czołówkę i rękawki chroniące przed chłodem.
Mimo światła warunki biegowe nie były sprzyjające (z wyżej wymienionych powodów) więc z zapadnięciem całkowitych ciemności zdecydowałem, że nie będę biegł ale kolejne kilometry pokonywał szybkim marszem. Szkoda mi było nóg by załatwić się już na początku walki.

Kolejny punkt odżywczy osiągnąłem w 5:55:42 (licząc od startu).

Etap3 – Przełęcz Płoszczyna – Międzygórze GOPR (dystans 15 km).

Na punkcie znów tankowanie wody i coli, z której ochoczo skorzystałem zamiast izotonika. Wciągnąłem też trochę arbuza (nieźle wchodził) i biegnę dalej.
Ten etap to wspinaczka pod najwyższy szczyt trasy – Śnieżnik jak i samotne zmaganie się z nocą w górach. Praktycznie cały ten i kolejny etap biegłem sam. Szybsi odskoczyli w przód, parę osób, które dogoniłem ruszały się dużo wolniej niż ja więc nie było sensu na nich czekać.
Podejście pod Śnieżnik naprawdę strome. Technika marszu z rękami na udach jednak działała u mnie nieźle i pod górę piąłem się naprawdę szybko (zdziwiony trochę jestem ale do samego końca biegu marsze pod strome góry szły mi wyśmienicie – doganiałem tam tych, którzy uciekali mi na zbiegach i prostych).
Trasa na szczyt góry miała jeszcze to utrudnienie, że było na niej mega błoto. Parę razy mało nie utopiłem całego buta w niewidocznych pułapkach.
Zejście w dół wcale nie okazało się łatwiejsze. Skończyło się błoto ale zaczęły duże, luźne kamienie które wcale nie pomagały w przyśpieszeniu. Dopiero w końcówce tego etapu droga poszerzyła się, przeszła w szuter i mogłem biec.
Ten etap niestety był w mojej ocenie najsłabiej oznakowany, na zejściu ze Śnieżnika ciężko było wypatrzyć znaki organizatorów i parę razu miałem stresik czy idę dobrze.

Kolejny biwak osiągnąłem po 08:53 godz. od startu

Etap4 – Międzygórze GOPR – Długopole Zdrój – pijalnia wody (dystans 17 km).

Wbieg do Międzygórza poprawił trasę bo przez miejscowość biegło się asfaltem. Okazało się to jednak dla mnie zdradliwe bo zbyt się rozpędziłem, przegapiłem skręt w prawo i niestety nadrobiłem około 2 km zanim wróciłem na właściwy szlak. Straciłem na tym sporo bo o ile w Międzygórzu wyprzedziłem ze 2 osoby to później musiałem je gonić aż pod koniec odcinka. Do Długopola wbiegało się już ze wschodem słońca Tutaj w końcówce leśnej ścieżki stracha biegaczom napędziły dziki 🙂 Szczęśliwie jednak udało się je odpędzić okrzykami i nie było konfrontacji.
Końcowe kilometry tego etapu to chwila wytchnienia. Biegło się łąkami i polami. Po prostej czyli był bieg a nie tylko maszerowanie.

Punkt odżywczy to u mnie 12:18 (od startu)

Widoki z DFBG 2016
Wschód słońca nad górami

Etap5 – Długopole Zdrój – Schronisko Jagodna (dystans 17 km).

Lżejszy odcinek, droga już szersza w większości prowadziła po polach, asfaltach i szutrach. Zaczęło jednak grzać słońce i to ono na otwartych terenach wyciskało z zawodników wszystkie siły. W połowie trasy dogonił mnie chłopak z Warszawy i do kolejnego punktu odżywczego przemieszczaliśmy się razem. Towarzystwo miła rzecz, da się pokonwersować ale nie sprzyja to jednak koncentracji i tu nastąpiła druga moja pomyłka trasy. Szczęśliwie tym razem straciliśmy mniej, może z 400 metrów. By odrobić stratę na prostych i z górek biegliśmy.

Po tym etapie punkt odżywczy osiągnąłem w 15:39 (od startu)

Etap6 – Schronisko Jagodna – Masarykowa Chata – schronisko (dystans 19 km).

Zbiegi w poprzednim odcinku polepszyły czas ale niestety mocno mnie zmęczyły i mój towarzysz ruszył sam, a ja uznałem, że mimo drogi w dół chwilę pomaszeruję na rozruszanie nóg. Dogoniłem go jednak znów na trasie bo jak pisałem marsz miałem całkiem niezły i na wspięciach nadrabiałem. Także w tym odcinku była lżejsza droga (więcej szerokich szlaków, asfaltów po Czeskiej stronie). Nawet to szło mimo upału i długiego czasu na trasie. Trochę zdołowało mnie tylko podejście pod punkt odżywczy bo raz, że było wg GPS z 500 metrów dalej niż oficjalny dystans odcinka, to dwa, że pod duża górę. No niestety. Sam punkt też nie zachwycał bo nie mieli już na nim coli a czekałem na nią jak na zbawienie 🙂
Na „mecie” tego odcinka zameldowałem się po 19:33 godzinach.

Etap7 – Masarykowa Chata – Jamrozowa Polana- ośrodek sportu (dystans 12 km).

Oprócz początkowego najkrótszy, ale wcale nie najłatwiejszy odcinek do pokonania. Czułem już wcześniej dyskomfort z powodu obtarcia nogi (oj lewą stopę to po biegu mam w kiepskim stanie) i nie mogłem już się rozpędzić nawet w marszu. Jeszcze po prostym jakoś to szło ale na zejściach po kamieniach pęcherze skutecznie utrudniały mi walkę i poruszałem się słabym tempem. Na ten odcinek było przewidziane przez organizatora 2 godziny, ja pokonałem go w około 2:20 (mimo, że GPS do punktu odżywczego wskazał mi o 1 km mniej). Koniec tej drogi to 22:12 (od startu)

Etap8 – Jamrozowa Polana- Kudowa Zdrój – Park Zdrojowy (dystans 18 km).

Ostatni odcinek walki. Spodziewałem się już lżejszej drogi ale na tej trasie była ostra mordownia 🙂 Po minięciu Dusznik Zdroju w dużym upale przyszło się piąć pod takie góry, że hej 🙁 Ze dwa razy było bardziej pionowo niż w podejściu pod Śnieżnik. Im bliżej byłem Kudowy tym bardziej bolała mnie stopa co dodatkowo mnie zwalniało. Najgorsze zaś przyszło pod koniec gdy doszło do mnie, że ten odcinek chyba jest dłuższy niż podawany przez organizatora. 18 km przeszło, tablice szlaków pokazują jeszcze z godzinę do Kudowy, trochę wpadłem w panikę, że nie zdarzę. Jak na dobitkę w jednym miejscu trasa prowadziła przez jakieś pastwiska i … nagle wyrosła przede mną zamknięta na łańcuch brama. Musiałem ją pokonać górą, co wcale łatwe nie jest po 25 godzinach na nogach.
W końcu jednak pokazała się Kudowa. Zacząłem próbować podbiegać w dół by chociaż trochę nadrobić i tak udało mi się dogonić podobnego nieszczęśnika jak ja. On wprawdzie zapisany był na 240 km ale mówił, że już nie da rady i rezygnuje. Chwilę dreptaliśmy razem, w Kudowie zauważyłem moją rodzinę i oni pokierowali mnie na ostatnich metrach. Siły na finish się odnalazły – na metę wbiegłem po 25:49:18 od startu.

Meta DFBG 2016
Już blisko do mety – uliczki Kudowy

Czas oczywiście niezbyt rewelacyjny ale dla mnie sukcesem jest zmieszczenie się w limicie i pokonanie tak długiej trasy na własnych nogach. Sukces 🙂

Troszkę rozczarowało samo zakończenie biegu. Dano mi medal, rzeczy jakie zostawiłem na przepaku ale to chyba wszystko. Do picia, jedzenia było to co na trasie, organizatorzy już szykowali się do wystartowania kolejnych biegaczy na 110 km. Cóż, chwilę posiedziałem i wraz z rodziną poszliśmy do auta wracać do domu.

Kończąc powiem, że mimo wszystko zawody ciekawe, wymagające. Organizatorzy świetnie wywiązali się z oznaczenia trasy (ich tabliczki, świecące taśmy dobrze wskazywały kierunek), wolontariusze na punktach byli pomocni i warto chociaż raz spróbować biegu ultra.

Fizycznie – mimo tak gigantycznego wysiłku jest o dziwo ok, mięśni praktycznie nie czuję, mógłbym iść biegać. Niestety dorobiłem się wielkich bąbli na stopach co biegi uniemożliwia. Zwłaszcza lewa noga mega oberwała – oprócz pęcherzy z najmniejszego palca straciłem paznokieć + pod spodem pękł  starł się świeży bąbel i widać świeże mięsko 🙁

15 Maraton Jelcz Laskowice – 01/05/2016

Logo maratonu JL

15 Maraton Jelcz Laskowice – 01/05/2016 (11 Memoriał Barbary Szlachetki)

Idea wystartowania w drugim maratonie, w przeciągu 7 dni, narodziła mi się dość przypadkowo i z perspektywy czasu zbyt rozsądna nie była. Czułem to sam ale motywowałem swoją chęć na dwa sposoby. Pierwszy, bardziej poważny to odbycie długiego biegu w stanie lekkiego zmęczenia (trening przed ultramaratonem), a powód bardziej żartobliwy to chęć wygrania pralki (która byłą jedną z nagród w tym biegu). Dodatkowo bieg wydawał mi się ciekawy z racji tego, że to zawody o dość długiej tradycji, a i w miejscowości bliskiej mi zawodowo.
W każdym razie zapisałem się sporo wcześniej, opłaciłem i plan był dobiec do mety nie (dużo) gorzej niż w Warszawie.

Zwyczajowo już (jak na obecne czasy) większość informacji o biegu zamieszczana była na jego oficjalnej stronie:

http://www.maraton-jelcz-laskowice.pl/

Wydaje mi się, że podano je w sposób dostatecznie jasny, ja bowiem nie miałem problemów by się zapisać, zapłacić czy odnaleźć już na miejscu.
By nie tracić czasu w niedzielę, po odbiór pakietów udałem się z moją małżonką dzień wcześniej – w sobotę. Mieliśmy ze sobą dodatkowo upoważnienia na odbiór pakietów dla kolejnych, dwóch zawodników (taki mały rodzinny najazd na Jelcz – w maratonie biegliśmy ja i Michał, moja żona wraz z kolejnym siostrzeńcem na 10 km. Dodatkowo na 10 km startował również mój wujek wiec było nas jak mrówek :)).
Pakiety wzięliśmy bez problemów, upoważnienia jakoś przesadnie dokładnie kontrolowane nie były.

Cena za start w Jelczu Laskowicach nie była wygórowana. Dość długo startowe kosztowało 40 zł, a pakiet dawano całkiem fajny. Koszulka, ręczniczek, izotonik i baton. Wszystko dobrej jakości  – ja jestem zadowolony.

Po wszystkich tych atrakcjach, pozostało więc oczekiwać na start.

Spory dylemat miałem co do stroju biegowego bo z jednej strony prognozy zapowiadały temperatury do 10 stopni, z drugiej pogoda w sobotę zwiastowała raczej słońce. Po namyśle wybrałem opcję na krótko co okazało się bardzo dobrym wyborem. Było wietrznie ale gorąco. Słońce na asfaltowej trasie grzało solidnie i w innym ubiorze było by po prostu za gorąco.
W maratonie pobiegłem więc w butach i spodenkach tych samych co w Warszawie. Koszulkę wziąłem Kalenji (w klubowych barwach USKS Ludwikowice Kł.) Jedyną niezapowiedzianą zmianą (na ostatni moment) okazały się skarpetki. Moje białe kompresyjne skarpety z Lidla okazały się bowiem … podrzeć. Nie zwróciłem na to uwagi bo ostatnim biegu ale gdy uprane wyjąłem z półki to miały solidne dziury na stopach 🙁 Szkoda, spróbuję je pociąć i zrobić z nich same opaski kompresyjne na  łydkę, a tymczasem założyłem podobne ale czarne (też z Lidla ale z jakiegoś późniejszego wypustu).

Do Jelcza dotarliśmy sporo za szybko (bo prawie godzinę przed biegiem). Spokojnie zaparkowaliśmy przy Ośrodku Sportu i Rekreacji, poczekaliśmy na resztę rodzinki no i udaliśmy się w okolice startu.

Biegacze zbierali się powoli, speaker umilał czas opowieściami by przyszło w końcu robić rozgrzewkę i ustawiać się na linii.

Przed startem w maratonie J-L

Razem odbywał się start biegów na 10 km, półmaratonu i maratonu. Nie pchałem się zbytnio do przodu ale w sumie i tak stanąłem sporo przed balonikami na 04:00.

Chwila oczekiwania i start.

Planu na ten bieg raczej nie miałem. Uznałem, że zastosuję strategię z Orlenu czyli cisnąć a później się zobaczy.
Bliskość zawodników na 10 i 21 km powodowała, że cisnąłem chyba nawet za szybko. Kilometry wchodziły po około 05:20 (do 20 km). Od 20 do około 30 km po około 05:30-06:00. Po 30 km zaczął mi się mega kryzys. Zwolniłem znacząco a od punktu odżywczego na około 33 km zaliczyłem zgon formy. Praktycznie w każdym kilometrze szedłem (czasy 07:00-08:00 min/km). Spowodowało to, że do mety dotarłem w 04:20:21. W klasyfikacji generalnej zająłem 136 miejsce.

Na trasie J-LZawiedziony byłem tym wynikiem ale po analizie uznaję, że wcale nie poszło tak źle. Trasa biegu była bardziej wymagająca. Na każdym z 4 kółek były 2 wiadukty (czyli podbiegi). Dodatkowo biegło się w większości po odkrytym terenie a wiało dość mocno. Zwłaszcza od 3 kółka, gdy na trasie zrobiło się już pusto czuło się stopowanie przez wiatr. Swoje na pewno dołożyła też pogoda – jak pisałem wcześniej grzało słońce.
Jako ciekawostkę powiem, że Michała (sporo lepszy ode mnie) miałem w zasięgu wzroku.  Na nawrocie na tzw. torze prób odległość między nami wynosiła około 1 km. Mówił już po biegu, że napędziłem mu sporego strachu gdy na ostatnim kółku mnie zobaczył 🙂 Niestety jemu udało się wtedy przyśpieszyć a ja zwalniałem. No szkoda, szkoda. On dobiegł w około 4 godziny, mi zabrakło tej pary na ostatnie 5 km 🙂

Finish w maratonie

Po biegu wręczono medale, wodę. Można było zjeść ciastko, banana i udać się na ciepły posiłek do szkolnej stołówki. Dawali makaron z mięsem ale słabo mi wchodził bo na trasie sporo piłem i czułem się pełny.
Skoro już o piciu. Punkty odżywcze na trasie były 4 (jak dobrze liczę) i były na nich woda, izotoniki a z rzeczy jadalnych banany i czekolada. Małym zgrzytem okazał się punkt nr. 4 na którym to w pewnym momencie zabrakło kubków. Szczęśliwie kolejny był za około 2 km i dobiegłem. Później już kubeczki mieli.

Ponieważ do momentu dekoracji i losowań nagród było jeszcze sporo czasu udałem się na miejską pływalnię by w spokoju się odświeżyć i przebrać. Darmowy wstęp był w pakiecie, co było fajnym bonusem. Nie wziąłem niestety kąpielówek więc był tylko prysznic a basenowanie odpuściłem.

Bieg ogólnie można powiedzieć, że udany pod względem sportowym. Żona ma dobiegła w swoim tempie do mety. Piotrek wycisnął około 53 min (trochę mniej). Wujek niecałe 58. Michał zaś swoim niezbyt powalającym wynikiem 🙂 wygrał kategorię wiekową, za co jednak należą mu się brawa 🙂

W losowaniu szczęścia niestety nie miał nikt z naszej grupki pozostało więc zebrać się i jechać do domu.

Podsumowując, imprezę w Jelczu uznaję za udaną. Lokalne biegi wcale nie są gorsze niż duże maratony i warto pobiegać też „u siebie”.

Bieg Niepodległości Ludwikowice Kł. – 11/11/2015

Bieg Niepodleglosci

4 Bieg Niepodległości Ludwikowice Kł. – 11/11/2015

W sumie ostatnie planowane przeze mnie zawody w tym roku. Do tej pory startowałem we wszystkich ~10 km edycjach tego biegu (nie byłem tylko na edycji 1-szej, która rozgrywana była na krótkim około 1 km dystansie).
Bieg organizowany przy współudziale naszego klubu biegowego i na pewno z liczną obsadą biegaczy USKS-u Ludwikowice Kł. W tym roku zorganizowano go na nowej trasie, co z jednej strony wniosło powiem świeżości, z drugiej jednak uniemożliwiło porównanie postępów od zeszłego roku.

No cóż. Bieg lokalny, dużo znajomych na trasie, opłata dla mieszkańców gminy jak i klubowiczów symboliczna, nie wypadało zatem nie startować 🙂

Zapisy jak i większość podobnych poprzez portal Data Sport, informacje o trasie, programie biegu umieszczano na jego stronie jak i na FB. Wszystko opisane raczej przejrzyście.

Na miejsce biegu podjechaliśmy około 1 godziny wcześniej. Wolontariusze kierowali na parkingi. Odbiór pakietów odbywał się w świetlicy wiejskiej blisko od parkingu. Szło sprawnie i szybko dostałem numer. Tutaj też można było napić się ciepłej kawy, herbaty i czekać na start jeśli komuś dokuczał chłód na zewnątrz.
Pogoda za rewelacyjna nie była bo mgliście i chłodno. Szczęśliwie jednak nie padało (deszcz był dopiero po biegu).

Ponieważ planowałem biec ostro, zrobiłem solidną rozgrzewkę no i po wysłuchaniu hymnu i krótkich przemów wójta można było startować.

Bieg Niepodleglosci

Trasa od razu dała w kość. Około 1,5-2 km ostro pod górkę. Później lekkie wypłaszczenie terenu by przy 6-7 km znów się powspinać. Później było już łatwiej bo praktycznie do mety z górki.

Bieg Niepodleglosci - start

Cisnąłem ostro, cały czas biegnąc pod górkę. Trzymałem się nawet na dość dobrej pozycji. Na płaskim odcinku wyszło jednak zmęczenie. Tutaj znaleźli się szybsi ode mnie. Przy drugiej wspinaczce niestety było już podłażenie. Całkiem nieźle radziłem sobie za to na ostatnich zbiegach. Udało mi się wyprzedzić, ze dwóch, trzech biegaczy (w mojej ocenie biegli trochę zbyt asekuracyjnie, no chyba, że w ogóle już nie mieli sił).

Na mecie zameldowałem się na 87 miejscu (20 w M40) z czasem 01:00:10. Jak na bieganie po górkach nieźle.

Bieg Niepodleglosci - meta

Wójtowa wręczała wszystkim biegaczom medal, można było napić się izotoniku i udać na posiłek regeneracyjny. Serwowano makaron z mięsem, domowe ciasta. Smaczne 🙂

Koniec imprezy to dekoracja zwycięzców poszczególnych kategorii i losowanie nagród.
Tym razem mi się udało – wylosowałem darmowy start w Półmaratonie Sowiogórskim 2016, więc trzeba będzie się przyłoźyć do przygotowań 🙂

Bieg Niepodleglosci - dekoracja

Jako ciekawostkę podam, że sam zasponsorowałem również 3 nagrody związane z moim artystycznym hobby 🙂

http://www.pstryk-pstryk.com/

Cóż. Bieg lokalny niemniej przygotowany solidnie i z sercem. Każdemu kto nie biegał w tych okolicach polecam spróbować 🙂

Część zdjęć i nawiązań w artykule pochodzą ze stron:

http://bn.wielkasowa.net/

RST Półmaraton Świdnicki – 07/11/2015

RST Polmaraton Swidnica

 

RST Półmaraton Świdnicki – 07/11/2015

Biegi ciągle na topie, coraz więcej miast chce mieć swoją, poważna imprezę. Do reszty stawki postanowiła dołączyć Świdnica organizując pierwszy półmaraton.

Ponieważ do Świdnicy mam stosunkowo niedaleko, nowe ciekawi no to zapadła decyzja by wystartować. Urok nowego zaciekawił chyba nie tylko  mnie 🙂 bo limit 1000 miejsca dość szybko się wyczerpał (zwiększono go do 1200 ale i to zostało finalnie wykorzystane).

Zapisy na bieg odbyły się standardowo przez portal Data Sport. Półmaraton ma swoją stronę ale coś słabo nad nią popracowano – do tej pory są na niej puste, niedokończone podstrony. Najważniejsze informacje na szczęście były podane, więc problemów ani z trafieniem na miejsce ani z płatnością nie zanotowałem.

Do Świdnicy przyjechaliśmy jakoś 1-1,5 godziny przed startem. Udało nam się odnaleźć okolice odbioru zestawów, wolontariusze powiedzieli gdzie zaparkować więc udaliśmy się po pakiet. Wydanie numeru i pakietu przebiegło sprawnie (mimo, że ludzi już było sporo). Zawartość reklamówki niestety rozczarowuje. Oprócz numeru startowego, dawano chrupki kukurydziane, jakieś papierzyska reklamowe i skarpetki biegowe. Co gorsze nie było już praktycznie żadnego wyboru numeracji i mi trafiło się 45-47 (a noszę 44). Siostrzeniec Żony z kolei musiał wziąć mniejsze. Pomysł ze skarpetkami fajny (koszulki mi raczej niepotrzebne) ale jednak jak za cenę startowego to trochę mało (a opłata w najmniejszej opcji kosztowała jak pamiętam 50 zł).

Skoro już wszystko dostaliśmy, spacerkiem ruszyliśmy do Rynku, bo tam miał być start. Wolontariusz zapytany gdzie iść o dziwo 😉 wiedział no to poszło bez problemów.

RST Polmaraton Swidnica

W Rynku sporo ludzi, dokonaliśmy rozgrzewki, chwila przemów oficjeli i start.

Strategii wielkiej na ten bieg nie miałem. Nie ukrywam, że liczyłem na powtórkę Półmaratonu Legnickiego czyli złamanie 2 godzin. Od startu ruszyłem ostro i później starałem się jak najdłużej wytrzymać spore tempo. Niestety…

Trasa biegu wiodła w swojej pierwszej części przez miasto by po około 5 km skierować  biegaczy w okoliczne wioski i łukiem powrócić znów do Świdnicy (w rejon ośrodka sportowego – tam gdzie dawano pakiety).
Okazała się ona mocno wymagająca. Sporo zakrętów w mieście,  mokre kostki i śliskie asfalty z jesiennymi liśćmi nie pozwalały szarżować. Dodatkowo w mieście i poza nim było kilka podbiegów.  W połączeniu ze słabą pogodą (padało cały czas i wiał momentami spory wiatr) mocno przystawiało biegaczy.

Na trasie biegu byli kibice i oni dobrze zagrzewali do biegu. Pomysłowo opisano również jedną wioskę, przez którą biegła trasa. Na kartonowych tablicach różne przydatne czy śmieszne informacje. Chwalili się również biegowymi osiągnięciami swoich mieszkańców (a mieli rzeczywiście czym, szacun :))

Świdniczanie trochę przyoszczędzili za to na punktach nawadniających. Na trasie jak pamiętam były tylko 3 (z czego pierwszy po około 7 km). Dawano na nich wodę, izotonik i z tego co mówiono cukier ale ja go jakoś nie zauważyłem pochłonięty walką 🙂

No właśnie walką. Ciężkie warunki spowodowały, iż po około 10 km byłem wypompowany i zaczęły się nerwy by nie stracić zbyt dużo. Wyprzedzili mnie biegacze biegnący na 1:50 więc ze wszystkich sił walczyłem by nie wzięli mnie Ci co biegli na 2:00. Po 15 km podchodziłem po około 30 sekund na kilometr.
Wydawało mi się,  że dam radę (głowę bym dał, że 2:00 mnie nie wyprzedzało) ale czas był nieubłagany. Oficjalnie 2:00:27, pozycja 786 (na 1097).
Szkoda 🙁

RST Polmaraton Swidnica

Po biegu dawano medale, wodę. Można było na szybko zjeść banana, wypić herbatę. Posiłki (makaron z kurczakiem lub jarski) wydawano około 200 m. od linii mety (za basenem).
Zakończenie imprezy, dekoracje i losowanie nagród było z kolei w hali oddalonej o kolejne kilkadziesiąt metrów od mety. Jednym słowem, sporo chodzenia 🙂

W losowaniu szczęścia nie miał nikt z naszej grupy ale wyczekaliśmy do końca i można było wracać. Przy okazji uwaga do organizatorów albo nagłośnienie na hali (albo prowadzący) było tragiczne i naprawdę trzeba było się mocno wsłuchiwać co w ogóle mówią.

Ciężko mi podsumować ten bieg. Sportowo średnio jestem z siebie zadowolony. Organizacyjnie w sumie było ok, ale pewne sprawy trzeba by w kolejnej edycji poprawić.

Część zdjęć i nawiązań w artykule pochodzą ze stron:

http://wyniki.datasport.pl/results1632/

http://polmaraton.swidnica.pl/

Cała Oleśnica Biega – Finał Grand Prix 2015 – 24/10/2015

Cala Olesnica Biega

Cała Oleśnica Biega – Finał Grand Prix 2015

24/10/2015 odbyła się impreza będąca podsumowaniem cyklu 4 Oleśnickich biegów, które złożyły się na oficjalne Grand Prix 2015.
Do klasyfikacji generalnej trzeba było wystartować (i ukończyć) 3 z nich. Ta sztuka mi się udała i wiedziałem już wcześniej jakie miejsce mam w zestawieniu oraz, że dostanę pamiątkową koszulkę 🙂

Bieg finałowy był po prostu okazją do uroczystego podsumowania cyklu no i zmierzenia się z Oleśnickimi ścieżkami.
Mężczyźni rywalizowali na dystansie 7 km, kobiety i zawodnicy nordic-walking 3,8 km.
Trasa biegu to tereny wodociągów miejskich i okoliczne pola – nawierzchnia więc zróżnicowana (trochę asfaltu, szutru jak i polne ścieżki).

Data biegu, zapisy, opłaty podano internetowo przez Endomondo (Oleśniczanie mają swoją rywalizację) i później e-mailowo. Wszystko w mojej ocenie było jasne i nie było problemów organizacyjnych (chociaż fakt, że w Oleśnicy mieszkam pewnie znacznie całość ułatwia :))

Po przybyciu na miejsce, szybko podpisałem papiery, pobrałem numer startowy no i można było się rozgrzewać.
Ponieważ dystans krótki, Oleśnicka ekipa biega szybko to poświęciłem temu więcej wysiłku niż zwykle, tak by już od razu móc lecieć na pełnej mocy 🙂

Chwilkę przed startem przeszliśmy jakieś 200 m na miejsce właściwego rozpoczęcia, ostatnie informacje od organizatorów, przemowa Burmistrza i start.

Cała Oleśnica Biega

Tak jak przypuszczałem zawodnicy wystartowali z zabójczą prędkością 🙂 Mnóstwo osób znalazło się przede mną i nie pozostało nic innego jak starać się ich gonić (pierwszy kilometr zrobiłem według wskazań mojego gps w 4:17 min/km)
Tempo dla kilkunastu osób dość szybko okazało się za duże, udało mi się je wyprzedzić. Sam uległem później na trasie tylko 1 osobie z czego jestem bardzo zadowolony.

Cała Oleśnica Biega

Do tej pory jeszcze tak szybko nie biegałem. Moje zwyczajowe tempo to bliżej 6:00 min/km a tu według pomiaru organizatorów zrobiłem średnio 04:33 min/km.

Cała Oleśnica Biega

 

Cała Oleśnica Biega

Dało to mi 26 miejsce z 60 startujących mężczyzn i czas 31:51 min. Świetnie 🙂

Cała Oleśnica Biega

 

Cała Oleśnica Biega

Po biegu można było skorzystać z dobrze zaopatrzonego bufetu (woda, kawa, herbata, jabłka, ciasteczka, chrupki, grochówka). Głodny nikt raczej nie był.

W międzyczasie oczekiwania na dekoracje zwycięzców odbyły się biegi dla dzieci.

Finalnie nagrodzono zwycięzców tej imprezy jak i uczestników Grand Prix. Miejsc punktowanych w klasyfikacji generalnej nie zająłem ale jestem i tak zadowolony. Szczęście dopisało mi za to w losowaniu nagród – trafiłem karnet na siłownię.

Cała Oleśnica Biega

Podsumowując. Fajna inicjatywa, bieg dobrze zorganizowany. Polecam i liczę, że za rok też uda się wystartować.

Czasy z mojego zegarka:

Data: 24/10/2015
Dystans: 6,77 km
Czas: 00:31:46
Średnie tempo: 4:41 min/km
Średnie tętno: –
Sprzęt: SpoQ SQ100. Buty – Puma Kevler Runner

Część zdjęć i nawiązań w artykule pochodzą ze stron:

https://www.facebook.com/olesnicabiega

http://nolesnica.pl/artykul/cala-olesnica-pobiegla/29269

http://mojaolesnica.pl/15658,cala-olesnica-pobiegla.php

http://olesnica24.com/Galeria,index,1096,Cala-Olesnica-biegala

http://olesnickisport.pl/najnowsze-wiadomosci/inne/wielki-final-grand-prix-cala-olesnica-biega-za-nami/43489/

Legnica Półmarton – XXVIII Bieg Lwa Legnickiego – 04/10/2015

Polmaraton Legnica 2015

Legnica Półmarton – XXVIII Bieg Lwa Legnickiego – 04/10/2015

Czyli kolejny z biegów na który zdecydowałem się w tym roku.

Ponieważ odbiór pakietów w niedzielę miał trwać do godz. 10:00 i baliśmy się kolejek to w ten dzień czekała nas wczesna pobudka i dość długa jazda autem.
Sytuacja drogowa rozwinęła się jednak aż za pomyślnie 🙂 Na miejsce biegu dotarliśmy sporo za wcześnie. Po załatwieniu wszystkich spraw było prawie 1,5 godziny czekania. No nic, lepiej w tą stronę niż się spóźnić 🙂 Ale pisząc po kolei.

Po dotarciu w pobliże Stadionu Lekkoatletycznego udaliśmy się na poszukiwanie biura zawodów. Wprawdzie na stronie Półmaratonu było napisane gdzie je wydają jednak w miejsce te nie prowadziły żadne znaczki i trochę na początku nie wiedzieliśmy gdzie iść. Spacer za tłumem pozwolił jednak dotrzeć na stadion a stamtąd po dopytaniu biegaczy udało się trafić do biur. Nie to żebym narzekał ale te parę strzałek kierunkowych można było postawić.
Obsługa biurowa błyskawiczna bo też i ludzi jeszcze za wiele nie było. Nietypowo trochę w jednym pomieszczeniu wydawano numery, a w drugim „dodatki” czyli reklamówkę z napojem i pamiątkowym ręczniczkiem. Wow, to niespodzianka bo spodziewałem się koszulki.
Z ręczniczka jestem zadowolony bardziej bo koszulek mam już od metra a i tak w nich nie chodzę.
Ciekawą sprawą były także rozstawione przy wejściu kawa i herbata. Każdy biegacz mógł się napić czegoś ciepłego z czego po dłuższej jeździe autem skwapliwie skorzystaliśmy.
Jako, że człowieka cieszą małe rzeczy 🙂 na ogromny plus dla organizatorów zaliczam zaplecze sanitarne. Były otwarte toalety w pomieszczeniach stadionu, duże kontenery na samym stadionie jak i toi toi-e. W końcu cywilizowane warunki i brak kolejek.

Po pobraniu pakietów udaliśmy się na mały spacer po Legnicy (w poszukiwaniu bananów na które miał ochotę siostrzeniec Żony). Później przebranie w ciuchy biegowe no i można było iść w stronę startu,

Pogoda była ładna, ciepło i słonecznie więc trochę w piknikowej atmosferze czekaliśmy na start. Ponieważ miał on odbyć się na stadionie lekkoatletycznym to miałem okazję pierwszy raz w życiu pobiegać po profesjonalnej bieżni. Ciekawe uczucie, inaczej to sobie wyobrażałem.
Przed startem zaproszono biegaczy do rozgrzewki, która prowadziły dziewczyny z klubu Zumby (o ile coś nie pokręciłem).  O ile popatrzyć jak tańczą było przyjemnie to powtórzyć ich ruchów się już nie dało 🙂 i tłum raczej ruszał się systemem każdy po swojemu albo biegał wkoło po stadionie. Po chwili próbowania naśladownictwa daliśmy spokój i my też poszliśmy zrobić rundkę bieżnią.

Trasa biegu była dla mnie sporym zaskoczeniem. 3 kółka wokół stadionu prowadziły w całości w otaczającym go parku i przy nabrzeżu rzeki. Nawierzchnia raczej mieszana. Biegło się po szutrze, ubitej ziemi ale i odcinki asfaltowo- kostkowe były (no i oczywiście pętla po stadionie). Profil raczej płaski, odcinki zbiegów/podbiegów były praktycznie mało zauważalne (chociaż ja je na 3 kółku w nogach już czułem).
Ponieważ było bardzo sucho tłum ludzi wznosił sporo kurzu więc trochę słabo się oddychało biegnąc z narodem. Na trasie były za to punkty nawadniające, grały zespoły. Drzewa pośród parkowych alejek dawały cień więc nie było mega patelni jaka pewnie czekałaby na asfalcie. Przyjemnie.

Wyczekana chwila startu nadeszła i poszło…

Polmaraton Legnica 2015

Ruszyłem z tłumem i z przykrością stwierdzam, że strategia to moja słaba strona. Stałem  w pierwszej połowie stawki i moi współtowarzysze narzucili tempo na 05:00 min/km. Pierwszy km to wogóle przebiegłem chyba w 4:50. Fajnie tylko to sporo za szybko jak dla mnie. Utrzymałem takie tempo przez około 10 km i później uznałem, że się zajadę. Powoli zacząłem zwalniać, chociaż i tak ciągle było sporo za szybko ~5:20, 5:30.

Zbyt gwałtowny start, wspomagany upałem spowodował, że około 18-19 km byłem już bez sił i ostatnie 2 kilometry to trochę podchodziłem. Po spacerku przez wejściem na stadion zmotywowałem się do biegu i na ostatnich metrach udało mi się nawet ze 2 osoby wyprzedzić.

Polmaraton Legnica 2015

Szaleńczy początek pozwolił mi jednak na złamanie 2 godzin, czyli pobicie swojego życiowego rekordu!

Oficjalnie wykręciłem 358 miejsce (na około 600 startujących) z czasem 1:59:05. W swojej kategorii M40 byłem 82.

Polmaraton Legnica 2015

Po biegu wręczano ładny, pamiątkowy medal, można było napić się wody, kawy, soku i zjeść makaron. Wielu sprawdzało czy na sztucznej trawie leży/siedzi się dobrze więc i my trochę się poobijaliśmy.

Ostatni punkt programu to dekoracje zwycięzców, które przebiegły sprawnie. Po nich nastąpiła loteria nagród no ale niestety szczęście znów się do mnie nie uśmiechnęło. I można było wracać do domu.

Bieg uważam za udany pod względem sportowym. Organizacyjnie było dobrze a nietypowe fragmenty (inny pakiet startowy, trasa) pozwolą go zapamiętać na dłużej. Kto w Legnicy nie był temu polecam wycieczkę w przyszłym roku.

Czasy z mojego zegarka:

Data: 04/10/2015
Dystans: 21,32 km
Czas: 01:58:34
Średnie tempo: 5:34 min/km
Średnie tętno: –
Sprzęt: SpoQ SQ100. Buty – Crivit (2015)

Część zdjęć i nawiązań w artykule pochodzą ze stron:

http://www.polmaraton.legnica.pl/

http://wyniki.datasport.pl/results1620/index.php

2 Półmaraton Sowiogórski 2015 – 27/09/2015

SUPERBIEG – 2 Półmaraton Sowiogórski 2015 (27/09/2015)

Logo strony Super Bieg

Biegi górskie mają w sobie to coś. Zmienna ale ciężka trasa, piękne widoki. Nie ma co ukrywać, że ciągnie mnie do takich klimatów i tym bardziej cieszyłem się, że przyjdzie wystartować w biegu w „moich” treningowych stronach. A że bieg ten miałem za darmo (wygrałem startowe w zeszłym roku) to radość tym większa 🙂

Ostatnie dni przed biegiem spędziłem na wybieraniu stroju i butów startowych. Specyfika biegów górskich (nawet jeśli tak niedługich jak ten) nie ma co ukrywać zmusza do pewnego przeorganizowania ekwipunku.

Najważniejsze co postanowiłem zabrać to swój plecak na wodę – Quechua MT5 (Decathlon). Na wszystkich biegach tracę dość dużo wody, a tu były tylko 2 punkty nawadniające więc taki plecak to podstawa. Troszkę wprawdzie zaryzykowałem bo napełniłem go wodą mineralną z dodatkiem magnezu (nie sprawdzałem takiego napoju wcześniej) ale na szczęście obyło się bez sensacji żołądkowych.
Trasa tego półmaratonu nie jest przesadnie trudna technicznie i pierwotnie myślałem czy nie przebiec go w Crivitach (2015) – pasują mi na dłuższych treningach to i tu nie powinno być kłopotu. Finalnie jednak zmieniłem buty na Kalenji Kapteren Crossover Fw13 + kompresyjne skarpetki z Lidla (obie rzeczy opisywałem w starszych testach). Tym razem połączenie to sprawdziło się bardzo dobrze. Nic mnie nie obtarło, dobrze trzymałem się też na kamienistej trasie.
Reszta ekwipunku bez szaleństw – Aldi’kowe legginsy, klubowa koszulka z krótkim rękawem, w razie chłodu wiatrówka z Aldi no i jeszcze jednak moja nowość Decathlonowe majtki Kalenji 🙂

Muszę powiedzieć, że całość stroju była dobrana dobrze. Na trasie nie przegrzałem się, nic mnie nie obtarło więc wyszło ok 🙂

Co do samych zawodów to odbiór pakietu startowego zaplanowaliśmy na dzień wcześniej. Biuro zawodów mieści się bowiem już za największą górką (na trasie na Wielką Sowę) i takie bieganie góra-dół przed samymi zawodami raczej by szkodziło niż pomagało w siłach na sam wyścig.

Odbiór pakietu, poszedł sprawnie. Zamieniliśmy z siostrzeńcem żony parę słów ze znajomym z klubu (zajmowali się również organizacją biegu) no i można było wracać do domu.

Niedzielny poranek to przybycie na miejsce zawodów. Start o 11:00 więc by uniknąć korków, stresów przyjechaliśmy na 10:00. Wspinaczka pod Schronisko i można było czekać na rozpoczęcie. Tu muszę powiedzieć, że bardzo przydała mi się moja kurteczka wiatrowa bo zimno było jak … 🙂

Cóż, rozgrzewka, chwila oczekiwania i lecimy.

Zdjęcie z 2 Półmaraton Sowiogórski

Trasa była taka sama jak w zeszłym roku więc mniej więcej spodziewałem się co kiedy i gdzie.
Po początkowym, krótkim odcinku pod górę zaczyna się około 3-4 km zbieg, który przechodzi w hardcorową wspinaczkę (około 2 km). Dopiero za chwilę trasa się lekko wypłaszcza i mimo, że pod górkę to wbieg na Wielką Sowę (około połowa dystansu) jest dość spokojny.
Druga połowa 21 km to początkowe zbieganie, które z czasem „faluje” i lekko pod górę leci się gdzieś do 18 km. Ostatni 1-2 km to szybki zbieg i ostateczna rzeźnia 400 m pod górę na którym zawodnicy mojej klasy przypominają żywe trupy 😉

Początek biegu to dość szybkie tempo jak na mnie – poniżej 5:00 min/km. Niestety pierwsza wspinaczka kończy się marszem (jak i większość konkurentów). Póżniej ładny bieg aż na Sowę i początkowe zbieganie. Od 2 punktu żywieniowego niestety czułem się już wypompowany i okolice 14-15, 17-18 km to przeplatanka biegu z marszem. Ostrą walkę toczyłem z podobnym mi zawodnikiem z tym, że biego-marsz stosowaliśmy naprzemiennie. Kiedy ja biegłem on szedł, a za chwilę zamiana 🙂
W końcu jednak zebrałem się do „szalonego” zbiegu i udało mi się mu urwać. Dodatkowo zmotywowali mnie inni biegacze gdy w którymś momencie miałem już dość rzucone przez jednego „z górki się nie idzie” podziałało magicznie i ostatni zbieg (1 km) zrobiłem w około 5:33 min/km.

Ściana płaczu to niestety marsz by dopiero pod samą metą ruszyć do ciężkiego truchtu.

Zdjęcie z 2 Półmaraton Sowiogórski

Finalnie metę osiągnąłem w czasie 2:22:26 czyli o około 7 minut lepiej niż rok temu. Tym wynikiem zapewniłem sobie 26 miejsce w M40 i 163 w Open. Jest dobrze.

Na mecie na biegaczy czekało wręczenie medali i dość dobrze wyposażone stanowisko odżywcze (woda, izotonik, owoce, ciasteczka). Później ciepły makaron i można było przyglądać się wręczeniu nagród.

Zdjęcie z 2 Półmaraton Sowiogórski

W losowaniu tym razem szczęścia nie miałem ale muszę pochwalić się, że reprezentacja naszego klubu – USKS Ludwikowice Kłodzkie zajęła 2 miejsce drużynowe. Niestety ja jeszcze w tym roku punktów dla grupy nie zdobyłem, może w przyszłym będzie lepiej. Reprezentację mieliśmy jednak liczną – biegło nas 6 osób.

Zdjęcie z 2 Półmaraton Sowiogórski

Czasy z mojego zegarka:

Data: 27/09/2015
Dystans: 21,07 km
Czas: 02:22:31
Średnie tempo: 6:46 min/km
Średnie tętno: –
Sprzęt: SpoQ SQ100. Buty – Kalenji Kapteren Crossover Fw13 +

Część zdjęć i nawiązań w artykule pochodzą ze stron:

http://superbieg.pl/index.php?page=strona-glowna-2

http://wyniki.datasport.pl/results1599/

https://www.facebook.com/media/set/?set=a.905187352862367.1073741850.488559691191804&type=3

XXI Międzynarodowy Bieg Uliczny w Twardogórze – 20/09/2015

XXI Międzynarodowy Bieg Uliczny w Twardogórze – 20/09/2015

XXI Bieg Twardogóra

Nietypowo bo z krótkim, jednodniowym odstępem przyszło mi wystartować w Twardogórze. Po prawdzie to ten bieg miałem zaplanowany, a Oleśnica wpadła niespodziewanie, no ale jednak zawody, dzień po dniu to duże wyzwanie jak na moje możliwości.  Obawiałem się czy nie szybko nie spuchnę i czas będzie słabiutki. Szczęśliwie poszło bardzo dobrze o czym poniżej.

Bieg w Twardogórze w swojej początkowej formie był bardzo podobny do biegu Oleśnickiego. Zapisy przez portal DataSport, bardzo mało informacji w sieci (znów brakowało mi info, od której pakiety, gdzie miejsce startu).

Ponieważ w mieście tym nigdy nie byłem wyjechaliśmy z Żoną dość wcześnie no i przyjechaliśmy za szybko 🙂 Po załatwieniu wszystkich formalności z odbiorem pakietów mieliśmy ponad godzinę czasu do zawodów (dobrze, że biuro zawodów było w Ratuszu, można było się schować bo dzień był zimny i mocno wiało).

Sprawy formalne – wydawanie pakietów, numerów szło sprawnie trzeba Twardogórzan pochwalić. Do biura też łatwo było trafić. Trasa była dobrze oznaczona, policja i wolontariusze obstawiali skrzyżowania, punkty nawadniające. Spiker przekazywał przez mikrofon informacje o miejscu, czasie startu. Plus.

Sam pakiet to numer startowy (zwrotny, niestety z 3 agrafkami tylko co mnie mocno wkurzało bo się majtał :)) i koszulka (koszulka za to ładna, wygląda mi na wygodną).

Zawody zaczęły się planowo. Biegacze ruszyli ostro pod górkę (niestety początek to wspinaczka :)) ale potem było już lepiej. Większość trasy prowadziła lekkimi zbiegami, podbiegi owszem były ale nie dawały strasznie w kość. Pasował mi taki profil trasy i nawet trzymałem dobre tempo.

Bieg_Twardogora

Warunki pogodowe w Twardogórze były lepsze do biegania niż dzień wcześniej bo przez większość biegu było chłodno, pochmurno. Słońce pojawiło się tylko na chwilę, napędzając mi stracha bo biegłem w długim rękawie i bałem się, że się przegrzeję. Za chwilę jednak znikło i było dalej chłodno.

Finalnie na mecie zameldowałem się w czasie 48:41 zajmując 78 pozycję na 94 startujących mężczyzn.
Z czasu jestem bardzo zadowolony (chyba nigdy jeszcze 10 km tak szybko nie ubiegłem), widzę jednak, że w około Oleśnickich biegach startuje mocna ekipa bo w sumie to już ogon stawki 🙂

Moja piękniejsza połówka też pobiegła bardzo dobrze bo 5 km pokonała w 28:22. Brawa dla niej!

Po biegu wręczono medal, była woda do popicia, jedzenie (grochówka).

Ceremonia wręczenia pucharów i rozlosowania nagród odbyła się naprawdę sprawnie. Nagród przy okazji było mnóstwo, udało mi się wylosować kubeczek (a moja Żona wygrała torbę). Widać, że miasto, nieduże, niebogate ale jak się chce o można 🙂 Brawa dla organizatorów, polecam ten bieg.

Czasy z mojego zegarka:

Data: 20/09/2015
Dystans: 9,75 km
Czas: 00:48:32
Średnie tempo: 4:59 min/km
Średnie tętno: –
Sprzęt: SpoQ SQ100. Buty – Puma Kevler Runner

Część zdjęć i nawiązań w artykule pochodzą ze stron:

http://wyniki.datasport.pl/results1590/

XVI Toyota Półmaraton Wałbrzych

 

logo

XVI Toyota Półmaraton Wałbrzych

Data: 23/08/2015
Dystans: 21,86 km
Czas: 02:06:18
Średnie tempo: 5:47 min/km
Średnie tętno: –
Sprzęt: SpoQ SQ100. Buty – Crivit (2015)

Jeden z tegorocznych biegów na którym mi szczególnie zależało. Od tego Półmaratonu 2012 roku zaczęło się moje prawdziwe bieganie i co roku lubię zobaczyć jak mi idzie. Do tej pory widać było spory postęp, w tym roku niestety poszło nieszczególnie. Coś ostatnie biegi słabo mi idą ale miejmy nadzieję,  że to „wypadki” przy pracy i forma jeszcze się odnajdzie.

Jak to w Wałbrzychu bywa, pakiety startowe można odbierać już dzień wcześniej i z tej opcji skorzystaliśmy. Skorzystaliśmy bo biegliśmy w 3 osoby – ja, moja Żona i siostrzeniec Żony. Były jeszcze oczywiście inne osoby z klubu ale one wybrały się na bieg osobno.

Odbiór pakietów poszedł sprawnie, kolejek nie było, wszystko przygotowane. Pozostało jeszcze wypisać kupon loteryjny (wizja wygrania Toyoty rozpala wyobraźnię :)) i w sumie można wracać.
Z przykrością stwierdzam jednak, że tegoroczny pakiet był dość ubogi. Poza koszulką i pasta do zębów to w sumie nic w nim nie było. Ot jakieś ulotki. Słabo trochę.
Przy okazji koszulek fajną (chociaż nie do końca skuteczną) sprawą była możliwość wymiany ich rozmiaru. Okazało się bowiem, że tegoroczne były dla olbrzymów. Mi udało się z tego skorzystać – zamiast XL wziąłem L. Niestety siostrzeniec i Żona mieli pecha. Mniejszych koszulek już nie było. Ups 🙁

Dzień później po lekkim śniadanku pozostało zebrać swoje rzeczy i jechać na bieg.
Niemiłe zaskoczenie spotkało nas przy dojeździe do centum sportowego. Z reguły dojeżdzaliśmy, parkowaliśmy przy stadionie a tu wszystkie drogi pozamykane. Straż miejska twardo obstawała, że skręcić nie można i musieliśmy się sporo cofnąć. Wydaje mi się, iż czasu było jeszcze sporo – 10:00 i mogli przepuszczać.
Dodatkowe metry do przejścia można uznać za lepszą rozgrzewkę no ale jednak osoby całkiem spoza region pewnie były nieźle wkurzone krążąc i nie mogąc znaleźć drogi.

Po przyjściu w okolice rynku odnaleźliśmy miejsce startu  i zaczęliśmy się rozgrzewać, czekać na sygnał GPS. Wałbrzych okazał się coś w tym roku wyjątkowo słabym miejscem dla satelit bo oba zegarki (mój i Żony) wogóle nie chciały się odnaleźć. Dopiero po starcie, w rynku statelity się odnalazły (stresik jednak był :)).
Przed startem w strefach panowało spore zamieszanie. Pierwotnie informacje głosiły, że osoby biegnące na 7 km startują 5 min po półmaratończykach. Niektórzy biegacze mówili jednak, że start wspólny. Spiker oczywiscie mówił o wszystkim a tak ważną informację raczył podać dopiero przed samym startem. Minusik dla organizatorów.

polmaraton_wb15_01

Sam start przebiegł planowo. Ruszyłem ze strefy 2 godziny i przez 2 okrążenia trzymałem się peacemakera. Później niestety dopadł mnie kryzys i zacząłem podchodzić.
Jakoś 4 km przed metą zobaczyłem, ze nie ma szans na złamanie 2 godzin i mimo, że starałem się nadganiać metę osiągnąłem po 2:06:40 (czas organizatorów) zajmując 1122 miejsce (M40-135).

Słabiutko. Ponad 6 minut gorzej niż rok temu.  Wprawdzie startowałem po całej nocy na weselu (były tańce, niezdrowe jedzenie :)) ale to słabe wytłumaczenie. Coś nogi nie zapodawały.
Troszkę pewnie bieg utrudniała pogoda ale w tym roku aż takich upałów nie było by można powiedzieć, że to kluczowe utrudnienie.

polmaraton_wb15_02

Okres po biegu oceniam pozytywnie. Medal dali, wodę dali. Miejsca wydawania posiłków (ciasto, makraron, kawa, herbata) były czytelnie opisane i nie szło się zgubić. Na biegaczy czekały też punkty masażu, leżaki i krzesełka na rynku.

Gwoli ścisłości również punkty żywieniowe na trasie były zorganizowane dobrze. Wody, izotonika, bananów nigdzie nie zabrakło.

Po dość długim oczekiwaniu (ceremonię przerwały mocne opady deszczu) zaczęły się dekoracje i losowanie nagród. Tutaj mnie i pewnie wielu innych zawiodła pula nagród. Było ich słownie – pięć.
Jak na prawie 2 tysiące startujących lipnie. Nie oczekuję tu nie wiadomo czego ale nawet małe biegi potrafią sobie zorganizować jakieś gadżety od władz to nie sądzę by Wałbrzych nie mógł (darmowe wpisowe na przyszłoroczny bieg, jakieś kubeczki, pendrive-y itp). Grosze to kosztuje a ludzie by się cieszyli.

Cóż, szczęścia w losowaniu auta nie mieliśmy to pozostało wracać do domu. Może za rok będzie lepiej.

Podsumowując – wyszło słabiej niż poprzednich latach. Określiłbym to „poprawnie ale na odwałkę”. Nie wiem czy miasto nie miało pomysłu na bieg czy co. Zachwycali się frekwencją (rekord ilości uczestników padł), reklama była dobra (i przed biegiem i po mówiono o nim np, w radiu) a te minusy jakie widziałem jakoś tak psuły ogólny odbiór imprezy.
No zobaczymy jak będzie w 2016. Miejmy nadzieję, iź po zbudowaniu pewnej renomy organizatorzy nie zaczynają odcinać kuponów od sławy i przycinać to tu, to tam koszty chcąc na biegu zarobić/nie napracować się.