Archiwum kategorii: Relacje z zawodów

Bieg z widokiem na Kolorowe Jeziorka – 09/09/2018

Kontynuując sezon startowy, tydzień po Biegu Pustelnika wybrałem się do Wieściszowic, na 10 km Bieg z widokiem na Kolorowe Jeziorka.

Kolorowe Jeziorka położone są w malowniczym paśmie Rudaw Janowickich i ogólnie bardzo polecam każdemu się tam wybrać. Ponieważ byłem tu już kiedyś turystycznie to liczyłem właśnie na ciekawą trasę a przy tym dobre górskie bieganie. Około 150 zapisanych osób na trasie też brzmi zacnie, przynajmniej nie powinno być wielkiego tłoku 🙂

Start biegu zaplanowany był na godzinę 11:00 więc spokojnie wyruszyliśmy w drogę (w sumie identyczną jak ostatnio) około 09:00.  Bałem się trochę utrudnień w samych Wieściszowicach bo niestety, wszystko mają tam extra ale drogę dojazdową do parkingów przed Jeziorkami tragiczną – wąską i krętą. Przy ruchu aut w dwie strony stoi się tam stoi w korku.
Tym razem tragicznie nie było, widać, że po sezonie. Większość parkingów zamknięta na głucho, dojechaliśmy na sam start (parking nr.2). Fajnie, blisko do biura zawodów jak i na sam bieg. Dla biegaczy były zagwarantowane darmowe miejsca więc radość podwójna 🙂

Po ustawieniu maszyny udałem się po odbiór pakietu. Szybko i bez większych kolejek załatwiłem co trzeba. Numer pobrany, w pakiecie, trochę ulotek, widokówki z gminy, fajny szklany słój z krówkami i ciekawostka dla mnie – jakaś potrawa z kurczaka przeznaczona dla sportowców (Chicks & Sport Extreme). No i zacnie 🙂

Po wizycie w biurze pozostało się przebrać w strój i szykować. Moi kibice po pyknięciu mi pamiątkowej fotki udali się na zwiedzanie a ja wziąłem się za rozgrzewanie.
Rekonesans wskazał, że trasa od razu po starcie wiodła pod górę ale podobnie jak w Pustelniku wypłaszczała się za kilkadziesiąt metrów więc uznałem, że trzeba będzie wytrzymać.

Bieg z widokiem na Kolorowe Jeziorka
Rozgrzewka przed walką 🙂

Chwila oczekiwania na start, przemowy organizatorów i oficjeli (uwaga – nagłośnienie tragiczne. Głośniki skierowane były gdzieś na biuro zawodów a ludzie stali na starcie, niewiele szło zrozumieć 🙁 ) no i można lecieć.

Bieg z widokiem na Kolorowe Jeziorka
Profil trasy

Ustawiłem się stosunkowo blisko przodu, gdyż uznałem, że szkoda energii na przepychanie się. Słuszna strategia, „elita” ruszyła szybciej a ja znalazłem swoje miejsce i przynajmniej nikt mnie nie blokował (liczę, że ja innych też  nie :)).

Małe wtrącenie o trasie:
Trasa biegu w całości jest szeroka, szutrowa, leśne ścieżki. Asfaltu było może z 300 metrów. Technicznie nie jest mocno wymagająca, może tylko z jeden kawałek zbiegowy był na tyle ciężki, że hamowałem. Na reszcie w dół ładnie można było się rozkręcić, a przy tym „odpocząć”.

Pierwsze metry i czuję, że jest źle. Dzień wcześniej w ramach rekreacji zafundowałem sobie 50 km rowerem no i było to czuć. Nogi trochę sztywniejsze, czuję, że tętno mocno leci w górę, oddech jakbym łapał ostatnie tchnienie.
Szczęśliwie dla mnie po początku nastąpiło około 500 metrowe wypłaszczenie gdzie złapałem lepszy rytm 🙂
Rozbieg się przydał bo po 0.5 km zaczęła się góra. Oj, ostra. Chwilę biegłem, później szybki spacer.

Bieg z widokiem na Kolorowe Jeziorka
Pniemy się pod pierwszą górę

Jak widać z profilu od 1.5 do 3km to przyjemniejszy fragment trasy – z górki. Dobrze tu cisnąłem, znów trochę poniżej 4 min/km.
Jest z górki, to wiadomo będzie pod. Ten moment nastąpił trochę po 3 km. Był tu punkt odżywczy, dawano wodę w butelkach. Przydała się, biegłem z nią do końca i sporo zużyłem. Na 8 km był kolejny pkt z wodą w kubeczkach ale z niego nie korzystałem.
Te 3 km podgórkowe 🙂 to mix biegu z podejściami. Tempo spadło no ale nie aż tak źle.
Od około 6 km znów zrobiło się z górki i tu nawet cisnąłem. Tempo 4:20-4:50 pozwoliło mi nie dać się nikomu wyprzedzić (z konkurentów biegnących w moim zakresie oczywiście).
Przy końcu krótki moment w górę ale na szczęście sił tu starczyło by wziąć go w całości biegiem.
No i wreszcie ~ 10,6 km finish 🙂

Na mecie zameldowałem się z dobrym jak na mnie czasem 01:03:16. Dało mi to miejsce 45 na 120 startujących. W kategorii M40 byłem 10 z 22.
Pomiar czasu na mecie dokonywany ręcznie przez organizatora, nie ma chipów jak kogoś to ciekawi.

Nieźle, jestem z siebie zadowolony, mimo, że ciągle nie mam optimum formy. Ten (jak i poprzedni) bieg dały mi jednak siłę psychiczną – zobaczyłem, że jestem w stanie utrzymać tempa sporo większe niż robiłem to do tej pory (często biegłem bowiem zbyt zachowawczo, treningową szybkością).

Wracając do biegu 🙂 Po osiągnięciu mety, przebrałem się, zjadłem dobrą zupę, wypiłem kawę i herbatę. Nie było tu planowanej loterii więc uznałem, że nie czekamy na dekoracje. Omijając ewentualny korek wracających biegaczy ruszyliśmy do domu.

Finalnie. Polecam. Takie biegi lubię. Fajna trasa, dobra organizacja, brak tłoku na trasie. Spróbujcie sami za rok 🙂

III Bieg Pustelnika – 02/09/2018

Początek tego roku to w sumie u mnie biegowa posucha. Wypościłem się fest i jakoś tak wyszło, że teraz rzuciłem się na zawody 🙂

3 Bieg Pustelnika (w miejscowości Pustelnik koło Bolkowa) to w sumie zawody spontaniczne. Przeglądając stronę Rozbieganej Gminy Marciszów (zapisany tu jestem na Bieg z Widokiem na Kolorowe Jeziorka, polecam przy okazji zobaczyć jeziorka, bo bieg to jeszcze nie wiem :)) zauważyłem zaproszenie na BP (Bieg Pustelnika).
Czemu nie. Blisko od mojej miejscówki to sobie pobiegnę. Zapisałem się na DataSporcie.

W sumie o biegu niewiele informacji. Swojej strony nie mają, na FB  nic. Regulaminy umieszczone „przy okazji” na innych portalach, szczęśliwie, że same zapisy na DataSporcie.
Patrząc na liczbę biegaczy zapowiadał się bieg „mega” kameralny. W zapisach wpisało się około dwudziestu kilku osób, na starcie stanęło chyba około 40 (UPDATE – 22 :)). Wow, nie pamiętam takich zawodów!
Początkowo czułem dziwną wiarę w swoje siły. Mało rywali a taki biegacz jak ja to może coś wygram? Hmmm… z czasem realizm zwyciężył. Nie było podziału na kategorie, a przecież pewnie wystartują takie „konie”, że dobrze bym ostatni nie był. Nie powiem stresik się pojawił, ale co tam. Będzie co ma być 🙂

Podróż do Pustelnika upłynęła dobrze. Nawigacja mnie nie zawiodła, chociaż muszę chyba przejrzeć jej ustawienia bo ciągnie mnie ostatnio drogą najszybszą, czyli w sumie dłuższą. W niedzielę po takich „dziurach” to można sobie pojechać i lokalnymi ścieżkami. Coś się zawsze ładnego zobaczy (tak abstrahując od biegania).
W samej wiosce ładnie zaznaczono trasę strzałkami, dało się więc dotrzeć na miejsce biura zawodów.
Auta są, biegacze jacyś też czyli wszystko ok.

Podeszliśmy do biura zawodów (namiocik na poboczu). Opłaciłem start, wypisałem oświadczenia i podreptaliśmy z Żoną do auta bym mógł się przebrać.
Pewien dylemat miałem z garderobą bo było pochmurno i wskoczyłem w długi rękaw (lekki bo lekki ale jednak). Po chwili rozgrzewki jednak już się zapociłem i szybko zmieniałem bluzę na koszulkę bez rękawów.

3 Bieg Pustelnika
Przed startem, jeszcze na długo 🙂

Czas pozostały do startu przeznaczyłem na solidną rozgrzewkę i rekonesans trasy. Początek bowiem od razu prowadził pod górę i myślałem jak zacząć by się nie spalić. Okazało się, że to tylko kilkadziesiąt (może z 200) metrów i będzie w dół. No cóż 🙂 to spróbujemy ostro 🙂

Prowadzący króciutko opowiedział o trasie, podumali nad małą ilością biegaczy i zaprosili wszystkich na start.

Odliczanie i poszli 🙂 Pierwsi biegacze ruszyli naprawdę mocno. Grupa kilku  osób ruszyła z kopyta i szybko wyszło, że z nimi nie mam szans. Utrzymałem się jednak w drugiej fali, kolejnych paru osób.

Pierwszy kilometr zrobiłem w 4 minuty więc nie ukrywajmy dużo za mocno jak na mnie, nawet nie licząc, że sporo było z górki. Profil trasy poniżej.

Profil trasy 3 Biegu Pustelnika
Profil trasy 3 Biegu Pustelnika

Z mojej grupki do przodu wyszło jeszcze z 2-3 biegaczy a ja przez większość trasy toczyłem walkę z dziewczyną, która zbiegała dużo lepiej niż ja, za to pod górki ją dochodziłem. Momentami przechodziła do marszu i tu ją brałem, ale za chwilę jak się wypłaszczało to na prowadzenie wychodziła ona. Dobra była, szacun! bo w końcu mi znikła i widziałem ją dopiero pod koniec (na ostatniej górce). Bez szans jednak bym ją już doszedł.

Okazało się już jakoś pod 4 km (tu był jedyny punkt odżywczy na trasie – nawadniający dokładniej), że biegnę sam.

Niezbyt to lubię ale cóź. Trasa była opisana dobrze. Na drzewach były tasiemki, co trochę strzałki kierunkowe (na zakrętach). W jednym miejscu był też człowiek, który pokazywał gdzie skręcić.

Jakoś na szczycie Krąglaka (najwyższy pkt. trasy, ~5 km) posłyszałem, że ktoś mnie dochodzi. Faktycznie w zasięgu pojawił się biegacz (najstarszy uczestnik biegu, lokalny zresztą). Szkoda mi było oddać pozycję więc z górki rzuciłem się w dół naprawdę ostro 🙂 Okazało się to skuteczne, zniknął. Ładnie leciałem od 5 do 8 km (w sumie tempo około 5 min/km, najszybciej weszło. 4:31, min/km. najwolniej 5:20).

3 Bieg Pustelnika
Ostatnie metry przed metą

Tak dotarłem do końcowego podejścia (ponad 9 km). Mój konkurent mignął mi znów z tyłu, ale jednak na górkę wdrapałem się szybciej niż on i z góry już dowiozłem „zwycięstwo” do mety.

Wow, w ferworze walki okazało się, że zgubiłem numer startowy. Nawet nie wiem gdzie 🙁 Niestety numery nie miały dziurek i trzeba było zrobić je samemu (chcąc zawiesić go na pasku biegowym). Chyba za duże wydłubaliśmy z małżonką (to tak dyplomatycznie bo ona dłubała sama ;)).

Szczęśliwie nie robiono z tego tragedii i zapisano mnie na listę finisherów. Przy okazji – pomiar czasu tradycyjnie stoperem, nie było elektroniki, chipów.

Po biegu dostałem medal i torbę z gadżetami (lokalne informatory o atrakcjach, mapa gór w regionie, batonik). Fajne, wygląda, że sporo tu ciekawych rzeczy do zobaczenia i pewnie jakaś wycieczka będzie.

Nie mam niestety oficjalnych wyników, nie zamieszono jeszcze albo nie umiem znaleźć, ale z informacji wynikało, że byłem około 12-14 (UPDATE – 12. czas oficjalny 55:40). No nieźle, zadowolony jestem bo to  wsumie połowa biegaczy.
Z mojego Suunto wyszły takie dane:

Dystans: 9.89 km
Czas: 00:55:41
Średnie tempo:  5:38 min/km
Międzyczasy:
01 – 4:15
02 – 5:57
03- 6:14
04 – 5:40
05 – 7:47
06 – 5:35
07 – 4:31
08 – 4:44
09 – 5:20
10 – 5:38

Po biegu szybko się przebrałem i pozostało oczekiwać na dekoracje, losowanie nagród (bo było). Oczekiwanie umilił występ lokalnego klubu tanecznego i degustacja. Dla biegaczy (i rodzin bo jedzenia było dużo) było leczo, bułeczki, drożdżowe ciasto ze śliwkami,  ciasteczka, czekoladowe cukierki. Do picia wręczono wodę. Wszystko dobre.

3 Bieg Pustelnika
W oczekiwaniu na dekoracje zwycięzców

Wręczano też dyplomy dla biegaczy (za ukończenie biegu). Hmmm.. wydaje mi się, ze mieli dostać je wszyscy ale chyba nie. Ja nie dostałem, wydaje mi się, że parę osób też. Nie wiem dlaczego, minus dla organizatora.
Dekoracje zwycięzców poszły szybko, losowanie też (nagrody ciekawe takie – iglaki, gadżety biegowe, słoiczki miodu :)). No niestety nic nie wygrałem. Szkoda.

Podsumowując.
Na PLUS. Bieg ciekawy, kameralny. Dobrze opisany dojazd, biuro zawodów działało jak trzeba.  Wymagająca trasa (bardzo dobrze oznaczona). Po biegu występy, losowanie nagród i pyszne lokalne jedzenie.
Na MINUS. Prowadzący niewiele mówił ciekawostek (o trasie, biegu). Niejasne wręczanie dyplomów. Mało wiadomo o biegu – brak strony, FB, reklam.

FINALNIE – Polecam.

Na koniec jeszcze mała dygresja. Organizatorzy trochę martwili się ilością biegaczy. Rozumiem, że pewnie lepiej dla nich (gminy, sponsorów) byłoby gdyby przyjechało ich więcej. Do tego jednak potrzeba w sumie jednego – lepszej reklamy. Obawiam się również, czy jak tych biegaczy przyjedzie dużo czy oni z tą organizacją to ogarną. Jednak więcej ludzi = więcej pracy, wyzwań itp.

Cóż. Chcecie zobaczyć sami to przyjeżdżajcie. Bieg za rok będzie – 02/09/2019.

Zawody, zawody

Ponieważ już się trochę kajałem za swoje lenistwo w poprzednim poście pozwolę sobie zasygnalizować o 2 biegach jakie dokonałem, a opuścić dokładny ich opis.
Oba biegi z gatunku moich cyklicznych, w sumie jak kto ciekawy to w opisach z lat poprzednich znajdzie wszystko co trzeba.

9 Regatta Bieg na Wielką Sowę
Czas: 01:08:25
Miejsce Total: 397
Miejsce M40: 68
Bieg wyszedł mi akceptowalnie. Czas zanotowałem bardzo zbliżony do ubiegłorocznego. Niestety, zmieniono trochę trasę (dystans finalny raczej podobny, chodzi o przebieg) i ciężko stwierdzić na 100% czy to było dobrze czy źle 🙂
Zadowolony jestem jednak bardzo ze strategii – zacząłem wolniej i w zawodach miałem siły na końcówkę. Oprócz 2 fragmentów gdzie bieg nie ma wielkich sensu (na moim poziomie), resztę trasy pokonałem biegnąc.

BWS 2018 – meta

XIX Toyota Półmaraton Wałbrzych
Czas: 02:05:37
Miejsce Total: 1211
Miejsce M40: 369
Porażka. W tym roku panowały ciężkie warunki na trasie, było bardzo gorąco. Swoje to na pewno dołożyło (pamiętam 2016 Maraton Wrocław) ale czy tylko to było powodem nie zmieszczenia się w 2 godzinach to nie wiem…
Na zmienionej trasie biegło mi się o dziwo całkiem dobrze. Wystartowałem z balonami na 1:45. Odeszły mi (to wiadomo, tak szybko nie biegam) ale myślałem, że daję radę. Pierwsza połowa pod kontrolą, ciągle biegiem i poniżej godziny. Do 15 km szło ok, a później na patelni drogowej 🙂 mnie odcięło. Zacząłem podchodzić, podbiegać i już do końca nie dałem rady. Za chwile zobaczyłem mijające mnie baloniki z 2:00. Próbowałem ich gonić ale nie było sił.
Niestety, myślałem, że temat 2 godzin w ulicznym Półmaratonie mam już ogarnięty, a tu widać, że nie. Zdarzają się wpadki 🙁
Międzyczasy miałem takie:

Pomiar
Check Point
Czas
Time
Msc open
Open
Msc katw
In age
Prędkość (km/h)
Speed
Tempo (min/km)
4.5 km 00:24:34 1278 389 10.99 5:28
10 km 00:56:14 1185 366 10.67 5:37
10.5 km 00:59:27 1183 365 10.6 5:40
15 km 01:25:05 1106 340 10.58 5:40
20.5 km 02:02:24 1211 370 10.05 5:58
FINISH 02:05:37 1211 369 10.08 5:57

Jak widać ostatnie 5 km położyło sprawę.

3 Razy Śnieżka – Ultramaraton Górski 24/06/2018

3 razy Sniezka

3xŚnieżka miała być moim pierwszym poważniejszym wyzwaniem w tym roku. Zbierałem się do niej, trenowałem (albo i nie) a im bliżej startu to czułem, iż wyszło zwyczajowo 🙂 Nie przygotowałem się tak jak trzeba więc stresik, czy dam radę, oczywiście był.

Ale po kolei –  najpierw parę informacji porządkowych (i mam nadzieję wartych zapamiętania ciekawostek) dla tych, którzy może w przyszłości też zechcą wystartować 🙂

Śnieżka okazuje się być biegiem „kultowym” co oznacza, że zapisy trwają krótko i trzeba ich mocno pilnować. Szczęśliwie udało mi się nie zaspać i wpisać/opłacić w terminie 🙂 Plusem tego była na pewno niższa opłata startowa, bo z czasem stawka oczywiście rośnie.

Do wyboru są 3 dystanse – 1x dla początkujących (17 km, długi limit czasu 10 godzin), 2x (36 km, 7 godzin) i dla prawdziwych ultrasów 3x (55 km, 10 godzin).
W tym roku dodatkowo impreza miała ranking Mistrzostw Świata WMRA co spowodowało u mnie pewną, o dziwo, dobrą pomyłkę 🙂
Jako miłośnik wyzwań pierwotnie planowałem start na dystansie 3x. No bo jak, nie dam rady czy co? 🙂 Wizja uczestnictwa w owych Mistrzostwach (rozgrywanych na dystansie 2x) „kazała” mi jednak wpisać się właśnie na 2x. Ale fuks! W mistrzostwach oczywiście wystartować nie mogłem bo to osobny bieg dla zawodowców, ale przynajmniej wytrzymałem trudy trasy. A trzy rundki powiem szczerze to raczej by mnie zniszczyło 🙂

Powracając do tematu 🙂
Bieg ma swoją stronę, momentami ciężką do ogarnięcia ale przy odrobienie cierpliwości da się tam wyszukać co trzeba (regulamin, listy startowe itp. itd). Jest oczywiście strona na FB więc fani netu będą online z tym co ważne.

Pierwotnie (logistycznie – ciuchy, wyposażenie) nie szykowałem się w sposób zbyt wyszukany. Chciałem biec na krótko 🙂 Szczęśliwie dla mnie, w dyskusji na forum bieganie.pl padła informacja, że na Śnieżce będzie zła pogoda… Naprawdę ważna rzecz. Mamy lato, myślałem, że będzie tam z 20 stopni a okazało się, że będzie padać, temperatura oscylująca około 0 stopni (odczuwalna zaś -17!). Sprawdźcie to sobie dobrze bo może się okazać, że natura będzie waszym wrogiem.

Po tych rewelacjach przeorganizowałem całkowicie strój startowy. Wziąłem skarpetki i opaski kompresyjne Kalenji, krótkie spodenki Kalenji, a na górę koszulkę z długim rękawem Nike Combat + wiatrówkę Aldi. Do kompletu założyłem czapeczkę Vikinga, buffa na szyję + rękawiczki z Lidla do plecaczka. Trafiłem bez pudła wszystko się przydało. Buty wybrałem z mniej agresywnym bieżnikiem – Adidas Raven. Trasa wiedzie w dużej mierze po sporych kamieniach więc lepiej postawić na trzymanie „całej” podeszwy niż kolce wgryzające się w błoto.
Punkty odżywcze na biegu są co około 9 km więc nie warto brać wielkiego zapasu wody, jedzenia. Ja leciałem z Aonijie + 2 bukłaki po 270 ml wody. Miałem też 1 żel i żelka energetycznego. Było zimno i pić się nie chciało ale myślę, że i w upałach bym wytrzymał z tym zestawem.
Punkty wyposażone są bardzo dobrze. Jedzenia, picia w opór. Woda, izo, cola + arbuzy, banany, czekolada, ciasteczka, żelki. Tym bardziej więc nie ma sensu dźwigać bufetu ze sobą.

Droga do Karpacza upłynęła mi spokojnie i zgodnie ze wskazaniami GPS. Dawno już tu nie byłem i niemile zaskoczyła mnie pazerność miejscowych. Większość (wszystkie?) parkingów płatna. I  to jak za zboże… Na miejskim bilet dzienny 20 zł, a prywatne to i po 8 zł za godzinę. Słabo (ale to oczywiście nic wspólnego z imprezą nie ma).

Biuro zawodów udało nam się zlokalizować bez problemów. Szybko i sprawnie pobrałem co należy.

Pakiet bardzo fajny. Ładna koszulka, rękawki, opaska na rękę, żel, torba na wszystko i sporo drobnicy ulotkowej.

Ponieważ ciuchy biegowe miałem w aucie to wróciłem się przebierać tam. Dla zwolenników cywilizacji w ośrodku sportowym są dostępne szatnie, natryski i ubikacje. Do kibelków jak wszędzie kolejki 🙂

Oczekiwanie na start minęło szybko i przyjemnie. Prezentowano ekipy zawodowców, można było zobaczyć ich start o 9:00 a później już szykować się na 9:20.

Odliczanie, strzał startera i ruszamy.

1x
Początek spokojnie i lekko bo z górki przez miasto. Po około kilometrze zaczyna się skręt na czarny szlak i już pod górę. Tutaj dużo osób przeszło do spaceru. Szkoda, bo trasa wąska i ciężko wyprzedzać przy takiej ilości ludzi (łącznie biegło około 900 osób). Wolniutko biegłem przez około kolejne 3 kilometry, by później już jak wszyscy przejść do marszu. Praktycznie do szczytu (no może z 1 km mniej) dreptało się wąskim szlakiem. Na około 6 kilometrze chwilowe wypłaszczenie – przeszedłem w bieg. Tutaj czuło się już takie zimno i wiatr, że dziękowałem sobie za zabranie buffa i rękawiczek. Założyłem buffa na szyję i głowę (uszy), a rękawiczki wiadomo – na ręce 🙂 Dodatkowo zaczęło padać i z przerwami padało już do końca biegu. Więcej w górach, w Karpaczu było cieplej i bez deszczu
Bieganie nie trwało długo. Po około kilometrze znów dreptanie spacerkiem. Kamienie, dużo „schodów” oj daje w kość.

3xSniezka
Podejście na pierwszym „okrążeniu” Początek, około 4-5 km.

Końcówka tego odcinka prowadziła na szczyt Drogą Jubileuszową (DJ). Oj tu było jeszcze zimniej. A jak wiało, wow!
Na szczycie Śnieżki należało podać swój numer do zapisania i Drogą Jubileuszową można było biec w dół. Ostrożnie biegłem bo na kamieniach było bardzo ślisko. Polecam bieg lewą krawędzią drogi – tu kamienie są chyba równiejsze 🙂
Przy Domu Śląskim zlokalizowano pkt. żywnościowy i korzystając z wszelkich dobrodziejstw napchałem się czym się dało.
Kolejny fragment DJ był całkiem przyjemny bo lżej z górki i równiej.
Wszystko co dobre się szybko kończy. Około 9 km, po ostrym zakręcie w prawo kamienie zmieniły konsystencję 🙂 na nierówne i wystające. W połączeniu z mokrością po deszczu, tempo moje i innych biegaczy spadło drastycznie. Wolniutko, ostrożnie w dół. Po kamieniach zaczął się szerszy odcinek szutrowy. Też nie lepszy bo czuło się już fest mięśnie nóg a szuter nie sprawiał wrażenia stabilnego.
Lepsza nawierzchnia bo miejskie asfalty to okolice dolnego wyciągu na Kopę 🙂 Dało się tu lekko przyśpieszyć (jak ktoś miał siły). Miejscami, uprzedzam, było ostro z górki więc dalej męka dla mięśni czworogłowych nóg.
Koniec pierwszego kółka polegał na dobiegnięciu do miejsca startu, skorzystania z bufetu i nawróceniu się przez Karpacz tą samą drogę tylko pod górkę.

2x
Niestety szło się tu, co będę kłamał 🙂 Po osiągnięciu Rozdroża Łomnickiego wybierało się tym razem szlak czerwony i dalej napierało w górę. Tym razem droga była szersza i równiejsza. Mimo, że podbiegałem tylko momentami, a resztę szedłem, to udawało się utrzymywać znośne tempo – poniżej 10 min/km. Ominąłem nawet parę osób mimo, że miałem postój na wytrzepanie kamieni z buta. Zadowolony byłem z tego bo myślałem, że może tak prawie do końca będzie. O ja naiwny! Przy 25-26 km zaczęło się (Kocioł Łomnicki jak myślę). Wąski kamienny, „schodkowy” szlak w górę aż do Domu Śląskiego. Biegacze człapali z mozołem w górę. Ja pilnowałem się, by co parę schodów zmieniać nogę z której ciągnąłem w górę, bo mięśnie zaczynały mnie ostro palić. Nie było ani warunków by kogoś wyminąć ani sił. Przynajmniej u mnie, ale nie widziałem by ktoś w ogóle wymijał innych.
Na punkcie wlałem w siebie trochę coli, wciągnąłem banana, żelki i ruszyłem na czarny szlak (zakosy) na Śnieżkę.
Jak myślałem, że wcześniej było piekło to nie 🙂 Było tutaj. Zaczął mnie łapać skurcz w prawej nodze i czułem, że wymiękam. Jak się dawało to używałem lewej i ciągnąłem ciężar ciała korzystając z łańcuchów. Jakby nie one to było by jeszcze gorzej 🙁 Zimno, wiatr robiły swoje, ten odcinek to prawdziwy hardcore.
Finalnie jestem. Szczyt. Zapisali mnie i ruszyłe w dół. Zbieg z drugiego odcinka prowadził tą samą drogą więc mogę powiedzieć tylko tyle, że szło mi podobnie jak na pierwszym, ale już trochę wolniej. Nie szarżowałem bo czułem coraz większe skurcze nóg (łydek) i bałem się by mnie nie złapało. Raz czy dwa musiałem stanąć by je lekko rozmasować ale udało się wytrzymać i dobiec do mety.

Nieźle jak na mnie. Trasę 2x zrobiłem w 5:51:03 zajmując 191 miejsce z 253 sklasyfikowanych. W kategorii M40 – 52.

Po biegu skorzystałem z bufetu, później udałem się na ciepły posiłek (sporo dań do wyboru było. I zwykłe i wegetariańskie). Chwilę odpocząłem no i można było powracać z rodzinką do domu.

Finalnie.
Ogólnie – Bieg zorganizowany naprawdę bardzo dobrze. Trasa oznaczona jak trzeba, wszystko co wymagane było. Oby więcej zawodów z taką organizacją.
Czepiając się czegokolwiek 🙂 sporo ludzi i nie jest to kameralna impreza. Ciasno na szlakach, utrudnia to rywalizację jak nie zajmiecie pozycji z przodu.
Profil trasy nie sprzyja też bieganiu (na pewno na moim poziomie) co trochę może zniechęcać. W sumie czego się jednak można było spodziewać wiedząc, że 18 km będzie pod górkę 🙂

Sportowo – cudów nie było. Na moje przygotowanie jestem zadowolony z osiągniętego rezultatu. Ostatni nie byłem, a co ważne sporo do limitu mi zostało. Po formie widzę jednak, ze sporo do zrobienia. Masa, masa, masa w dół i może będzie lepiej.  Trzeba też więcej po górach cisnąć, by nogi miały więcej ostrych zbiegów i podbiegów. Może wtedy nie będą tak mnie męczyć skurcze.

Polecam każdemu zmierzyć się z tym wyzwaniem.

5 Jubileuszowy Bieg Szerszenia (Oleśnica 23-06-2018)

5 Bieg Szerszenia

W miniony weekend zafundowałem sobie solidną porcję biegania. Nieszczęśliwie trochę złożyło się, że w tym samym czasie wypadły mi 2 zawody, w których koniecznie chciałem wystartować.
Pierwsze z nich to w.w. Bieg Szerszenia. Drugie, niecały dzień później to solidne górskie ściganie – 2 x  Śnieżka.
Na moim poziomie nie ma niestety opcji zrobić dwóch takich biegów na 100% więc po realnej ocenia szans i trudności zadecydowałem, że Szerszenia pobiegnę na zaliczenie a więcej z siebie dam w górach (=więcej będę miał sił).

W nocnym biegu Szerszenia biorę udział już 5 raz, więc jak łatwo policzyć biegłem we wszystkich edycjach od samego początku. Ciekawostką związaną z nim jest fakt, że co roku organizatorzy wprowadzają jakieś zmiany. Najczęściej dotyczą one trasy (chyba co roku prowadzi inaczej), a dodatkowo ulepszenia dotykają też otoczki około biegowej.

W tym roku zmiany były naprawdę duże. Trasa zmieniła się mocno – dodano spory fragment prowadzący przez Oleśnicę, całkowicie gdzie indziej była też baza i meta biegu. Tym razem nie w Atolu  a na oleśnickim zamku.

Z jednej strony „ulepszenia” wyścigu nie pozwalają się nim szybko znudzić. Z drugiej ciężko tu o jakąkolwiek powtarzalność więc nie jest to bieg, który warto wybrać w celu określenia/porównania swojej aktualnej formy.
Ciężko mi jednoznacznie zadecydować co lepsze – ze swojej strony wolałbym chyba ustalić stałą formułę i szlifować ją do perfekcji.

Na ten moment (wyprzedzając fakty) organizatorzy mają co robić za rok bo w bieżącym nie wszystko zagrało bdb. Systematyzując zaś dane:

Otoczka biegowa
Informacja o biegu i zapisach zwyczajowo pojawiła się na stronie organizatora. Zapisy przez Data Sport więc bez kłopotów.

Biuro zawodów zlokalizowane na Oleśnickim Stadionie działało od 18:00 do 20:30 (w dzień biegu). Uznałem, że lepiej uniknąć kolejek i być wcześnie.  Na plus zaliczam, że faktycznie działało i sprawnie wydano pakiet.
Nowością był fakt, że można było podać ilość osób towarzyszących na biesiadzie czyli i one mogły coś zjeść za darmo.

Pakiet solidny. W środku ładny, duży ręcznik, odblaskowa opaska, ulotki, napój izo, kukurydziany chlebek. Sporo różności, przyjemnie tyle dostać w czasach gdy inni dają coraz mniej (niekoniecznie obniżając cenę).

Przed biegiem
Sporo ludzi rozgrzewało się, rozmawiało. Przybyliśmy na start (Stadion) około 20:25. Naszemu małemu zachciało się do ubikacji więc była okazja sprawdzić czy w ogóle jest. Jest 🙂 chociaż ludzi sporo już stało w kolejce.

Organizatorzy robili dla biegaczy rozgrzewkę. Nie uczestniczyłem w niej ale na minus muszę powiedzieć, że praktycznie nic nie było słychać co mówili więc zainteresowanym pozostało patrzyć i naśladować ruchy.

Start – na trasie
Strategię jak pisałem miałem taką, by się nie zjechać zbyt mocno więc uznałem, że pobiegnę tempem treningowym (około 5:30-6:00). Zrobiłem lekką rozgrzewkę i ustawiłem się w końcówce stawki.
Start i wszyscy ruszyli.
Nie było nawet tak źle. Sporo osób okazało się ode mnie wolniejszych więc biegłem i pilnowałem tempa. Od czasu do czasu kogoś dochodziłem. Nie chcę tu się wywyższać (bo słaby ze mnie biegacz) ale przyjemnie było wyprzedzać i czuć, że oddech mam spokojny i daję radę. Daje to pewnego kopa motywacyjnego i w sumie wcale nie gorzej niż biec w czołówce.
Co trochę w moim zasięgu pojawiała się kolejna osoba, którą brałem na cel, wyprzedzałem i biegłem dalej.
Pierwsze 5 km udało mi się realizować zgodnie z planem. Kilometry wchodziły po około 5:30.
Lekkość i wyprzedzanie spodobała mi się na tyle, że w okolicy 5-6 kilometra trochę przyśpieszyłem. Miało to też swój cel, bo trasa odbiła z terenów wodonośnych w Oleśnicę. Kolejna grupka biegaczy była sporo z przodu i zrobiło się koło mnie pusto. Zestresowało mnie to troszkę. Myślę, jeszcze zgubię trasę, lepiej jak ich dogonię. Pościg trwał około 2-3 km (po 5:15-5:11) i zakończył się sukcesem.  Doszedłem ich i powróciłem do początkowego biegu – po 5:30.
W końcówce biegu nastąpił niestety fatalny błąd organizatora. Mimo, że wcześniej trasa była oznaczona dobrze (wstążeczki, światełka), na skrzyżowaniach stali policjanci czy wolontariusze to w parku, przy zamku dobiegliśmy grupą do skrzyżowania alejek na 3 strony, przy którym nikt nie stał, ani nie było widać drogowskazów. Ciemno już było co dodatkowo utrudniało wybranie kierunku. Wydawało mi się wcześniej, że ludzie biegli w prawo (bo ich było wcześniej na trasie tam widać) ale biegacze przede mną pobiegli prosto. Cóż, pewny swego nie byłem to pobiegłem za nimi.
Dobiegliśmy do skrzyżowania z asfaltem i faktycznie inni biegli trochę inaczej.

Słabo. Ciężko powiedzieć kto pobiegł źle. Z GPS wyszło mi 9.61 km więc pozostaje domniemywać, że jednak my. Doła miałem bo gdyby w tym parku był czytnik czasu to już po zawodach,
Ostatnia część biegu to fajny (ale trudny bo pod górkę) finish na zamek. Dobiegłem do mety – oficjalnie 51:19, miejsce 131/267. W M40 -47.

Meta – po biegu
Na dziedzińcu biegu wręczono mi medal. Gdzieś była woda ale nie wpadła mi w oczy.  Widząc za to, już tworzącą się kolejkę szybko stanąłem do grilla. Długo to trwało, ludzie wpuszczali swoich znajomych. Żona mówiła mi, że kibice 🙂 w sumie wyjedli pierwszą turę grilla więc trzeba było czekać dodatkowo aż coś się usmaży. Nie było też np. wody do kawy, herbaty, mieli ją dopiero dolewać i grzać. Trudno, nie narzekam. Widziałem ilu ludzi stało za mną to ja i tak szybko obskoczyłem jadło.
A jedzenie dobre, kalorie dało się nabić szybciutko 🙂

Cóż. Jako, że skoro świt mieliśmy ruszać do Karpacza to odpuściłem czekanie na ewentualne losowania i wróciliśmy do domu.

Podsumowanie.
Biuro, start, pierwsza część zawodów jak najbardziej ok. Później jednak karygodny błąd z oznaczeniem trasy mocno obniżył wrażenia. Szkoda, trasa ciekawa, dość szybka. Za rok orgowie powinni lepiej ją zabezpieczyć i wtedy powinno być już dobrze.  Mimo wszystko – w 2019 ja pewnie wystartują jak co roku 🙂

Półmaraton Szlakiem Riese 2018/06/03

Polmaraton Szlakiem Riese

Dużo ostatnio narzekałem, że mało robię długich wybiegań to przywaliłem z grubej rury. Zapisałem się na ostatni moment na górski półmaraton – Półmaraton Szlakiem Riese 🙂
Organizuje go ekipa odpowiedzialna na Waligóra Run Cross (a i trasa prowadzi z tego co wyczytałem po części biegu ultra) więc należało spodziewać się fajnych zawodów. Nie sposób nie docenić też moich ulubionych górek (Góry Sowie i okolice :)) Finalnie zaś blisko miałem na start to jak tu nie pobiec 🙂

Założeń i taktyki na bieg specjalnie nie układałem. Liczyłem na czas około 2 godzin, wiadomo bez odpuszczania ale i nie na 110% normy. Ciężko zresztą coś planować skoro trasy nie znałem a i swoich możliwości też (to chyba moje pierwsze czy drugie 2x w tym roku).

Zawody mają swój „kącik” na stronie Waligóra Run Cross – link przekierowujący do zapisów, gdzieś tam w historii opisy treningów na jego trasie. Zapisy ok, jest regulamin, lista startowa, opis ale jednak można by wydarzenie to bardziej wyodrębnić bo słabo to czytelne (chociaż jakąś dedykowaną podstronę mu zrobić). Więcej można wynaleźć na wydarzeniu na FB, niemniej fanów nowych technologii całość nie porwie 🙂

Na plus należy uznać aktualizowanie list startowych. Moją wpłatę organizatorzy dostali pewnie w Boże Ciało (albo dzień po) ale już 01/06 miałem potwierdzenie zgłoszenia.

Bieg nie powiem kameralny (limit 150 osób) więc w biurze zawodów (czynne w niedzielę przed biegiem) tłoku nie było. Pobrałem numer, koszulkę + parę ulotek i można było czekać na start.

Po fali upałów, dzień przed biegiem wychłodziło się i padało. Sam dzień zawodów pod chmurką, słońce wyglądało nieśmiało i ciężko było wyczuć co czeka na trasie.

Uznałem, że należy spodziewać się raczej ciepła niż opadów więc przygotowałem zestaw startowy z gatunku najlżejszych – spodenki i koszulka bez rękawów. Bałem się upałów więc zabrałem ze sobą kamizelkę Aonijie + 2 bukłaki 250ml. Trafiłem z tym bdb ale tragedii nie byłoby i bez ekwipunku. Dało się wytrzymać i bez wody – punkty odżywcze organizatorzy przygotowali na około 9 i 16 km. Podawano na nich wodę, izotonik, banany, rodzynki i arbuzy. Wystarczająco, na żadnym niczego nie brakowało.

Rozgrzewkę dokonałem na około 25 min przed startem. Trochę statycznych rozciągnięć i truchciki  pod/z górki

W strefie startowej zwyczajowo wybrałem połowę stawki. Nie było sensu pchać się na przód, z kolei końcówka budzi moje obawy, iż trzeba będzie się mozolnie przepychać.

Po starcie grupa ruszyła całkiem sprawnie. Lekkie spiętrzenie ludzi w bramie startowej, ale już za chwilkę każdy znalazł swoje miejsce i kłopotu nie było.

Profil Polmaratonu
Profil trasy

Przepraszam fanów dokładnych opisów ale chyba byłem w takim szoku swoją dyspozycją, że nie mogę teraz odtworzyć wszystkich fragmentów trasy! Nie chcę tu zamieszać detali co po czym ale myślę, że jakoś nakreślę warunki na trasie 🙂

Początek biegu to wspinaczka pod górę przez około 2-2,5 km. Moje obszary ciągnęły trochę za szybko (jak na mnie) ale uznałem, że spróbuję wytrzymać. Wiem, głupia to taktyka ale tak już mam. Wolę początek biec mocno. A końcówkę albo wytrzymam albo niestety zwolnię. Dodatkowo podbiegów trochę na treningach miałem więc trzeba spróbować.
O dziwo udało się. Podczepiłem się pod grupkę lecącą równo i leciałem. Tył półmaratonu został gdzieś za nami.
Po trudnym początku szybko przyszedł oddech – spokojny ~3 km zbieg. Współtowarzysze podkręcili tempo ale szkoda było ich zostawić 🙂 Dysząc jak lokomotywa trzymałem się grupy.
W końcówce tego zbiegu był ostry techniczny fragment w dół. Oj tu mięśnie dostały w kość. Ten fragment (jak i następny w górę) to w sumie jedno z niewielu przewężeń na trasie. Ciężko tu o jakieś możliwości wyprzedzenia więc pozostało trzymać swoje miejsce w stawce.
Było w dół to trzeba odpokutować i w górę. Wąską ścieżką zaczęło się krótkie lecz mozolne podejście w górę. Jego zwieńczenie to fajny tunel między bunkrami, po którym znów nastąpił szybszy odcinek w dół.
Na około 9-10 km był pierwszy punkt odżywczy (okolice Osówki). Wziąłem banana i kubek wody. Ponieważ w bidonach miałem jeszcze sporo wody nie marnowałem czasu na dolewanie i ruszyłem w dalszą drogę.
Leciutka górka i znów przyjemny zbieg w stronę Włodarza (około 16 km, na końcu zbiegu drugi pkt odżywczy). Ten fragment trasy niestety pokazywał co czeka za moment. Była na jego końcu nawrotka i tak jak fajnie biegło się w dół to należało niefajnie wrócić pod górę 🙂
Wzmocniony izotonikiem + arbuzem mozolnie zacząłem bieg w górę. Tu już czułem trudy trasy i niestety w paru miejscach podchodziłem.
Końcówka podejścia to kolejny (szczęśliwie krótki) hardcore w górę i można finish-ować. No dobra poniosło mnie 🙂 w sumie zbieg trwa jakieś 4 km.
Oj, w pewnym momencie mięśnie paliły mnie masakrycznie i musiałem trochę zwolnić. Szkoda, wyprzedził mnie jeden zawodnik, ale słysząc gdzieś w oddali kolejnego sprężyłem się i swojej pozycji już nie oddałem.

Na sam koniec jeszcze krótkie info o nawierzchni trasy. Poza zasygnalizowanymi dwoma zwężeniami (do ścieżki z wystającymi korzeniami) w większości szeroka i ubita. Nawierzchnia szutrowa, kamienna i ziemna. Fragmentów z kamieniami sporo ale nie są mocno wystające to wielkiej tragedii nie ma. W tym roku całość była sucha i ubita więc da się lecieć szybko (jak ktoś umie i daje radę :))

Metę osiągnąłem w oficjalnym czasie  2:10:15 zajmując 74 miejsce.

Meta Półmaratonu Szlakiem Riese
Meta Półmaratonu

Nieźle, jestem zadowolony z tego pierwszego dłuższego biegu. Bałem się, że szybciej spuchnę a tu w sumie ładny, ciągły bieg. Wynik też nie zgorszy jak na dystans (mój zegarek wskazał około 22,9 km).

Po minięciu mety wydawano wodę i medale. Po chwili oddechu udałem się do pobliskiej jadłodajni gdzie wydawano posiłki. Makaron z mięsem lub warzywami. Stąd też podjęła mnie moja Żona i można było wracać do domu 🙂

Bieg Firmowy – Wrocław 2018

Bieg, do którego miałem negatywne nastawienie, a który przyniósł mi osobisty rekord. A było to tak.

W tym roku, w pracy pojawiła się u mnie nowość – zaproszenie na Bieg Firmowy. Wow, szaleństwo. Skoro można czemu nie, postanowiłem się zapisać.
Sporo z tym było perypetii – najpierw powiedzieli mi, że jednak nie ma obsady sztafety, gdy kazałem się wykreślić udało się chętnych uskładać (za jakiś czas, a nie że od razu :)). No nic, powiedziałem, że w takim razie pobiegnę by ta pozostała 4 problemów nie miała.
Moja grupa okazała się być „składkowa”. Osoby z różnych działów, różnej narodowości (2 Ukraińców), nie znające się. Żeby było lepiej koordynatorka całości wkręciła mnie w detale niezbędne by pobiec (podpisy, koszulki itp). Strasznie mnie to stresowało (bo ja nieśmiały jestem :)), a musiałem się nałazić szukając kto w ogóle i gdzie pracuje. Żeby było lepiej nie wszyscy zgłoszeni powiedzieli, że pobiegną. Ekstra… no nic, odpuśćmy już narzekanie, organizacja w mojej firmie nic ma nic wspólnego z Biegiem Firmowym.
Po przebojach udało się zebrać team w całość i można było biec.

Dużym zaskoczeniem była dla mnie liczba osób chcących wystartować. Rany ale narodu w okolicy Stadionu Olimpijskiego! Auto zostawiłem w jednej z dalszych uliczek i poszedłem szukać narodu z mojego przedsiębiorstwa. Uff, są 🙂
Wymieniliśmy trochę uwag, kto po kim startuje, gdzie się szukać w strefie zmian i można było oczekiwać na start. Ja biegłem drugi. Planowałem w sumie pobiec luźniej, tak koło 25 min (bo i po prawdzie obawiałem się, że dużo szybciej nie wycisnę) ale wszyscy prezentowali bojowy nastrój to myślę wstyd odpuszczać. Trudno polecę ile fabryka dała. Jak mnie odetnie to i tak dolecę w miarę zgodnie z planem 🙂

Stresik czy wypatrzę swoją poprzedniczkę był ale się udało. Przejąłem pałeczkę i cisnę.
Trasa biegu bardzo mi przypasowała. Było w miarę szeroko. Mimo dużej liczby biegaczy nie było tłoku. Nawierzchnia miejscami zmienna (asfalt, szutry, ziemia) ale płasko i twardo. Były ostre nawroty (to lekki minus dla fanów prędkości, mi jednak nie przeszkadzało). Dużym plusem był fakt, iż spora cześć biegu odbywała się w cieniu. Sobota była gorąca, gdyby biegło się w pełnym słońcu mogłoby to wyglądać dużo gorzej.

Pierwszy kilometr zrobiłem w 4:22 czyli stanowczo za szybko. W drugim troszkę zwolniłem ale pilnowałem się by nie zejść powyżej 5:00 (4:40). Trzeci podobnie, wszedł siłą rozpędu – 4:52. Widzę, że siły ciągle są więc nie odpuszczam, Czwarty km – 4:48 i piąty staram się coś przyśpieszyć na finishu. Przyspieszyłem – 4:04 🙂
Patrzę na mecie na Ambita – oho, pokazuje coś koło 22-23 min. Jak się nie rozjechało to będzie dobrze. I było – oficjalnie 22:24 🙂
Ciężko przyjąć, że ten czas jest idealnym odzwierciedleniem moich możliwości na 5 km bo dystans z zegarka pokazał 4,86 km. Na
City Trailu też notowałem krótszą trasę więc widać postęp, w stosunku do zimy. No nie spodziewałem się powiem szczerze, ale cieszy to bardzo.

Reszta ekipy z mojego teamu okazała się być całkiem ładnie obiegana. Dwie dziewczyny zanotowały czasy coś koło 24-25 min, kolega z Ukrainy – 18 😉 Najwolniejszy z naszej grupy zrobił trasę w 31 min, co też jest dobrym wynikiem wiedząc, że pierwszy raz dystans 5 km złamał tydzień przed BF. Zacnie. Na 3 drużyny z mojego przedsiębiorstwa byliśmy najlepsi. Czas całości – 2:03:49. Wisienką na torcie był również fakt, iż okazałem się najszybszym Polakiem wsród naszej firmowej, grupy, a ze wszystkich miałem drugi czas (no do tych 18 min to mi jeszcze brakuje :)).

Cóż. Tu można by skończyć. Niezły, sportowo bieg i dał mi dużego kopa motywacyjnego. Mam nadzieję, że to zaprocentuje.

Krótko o organizacji biegu (krótko bo nie uczestniczyłem np. w odbiorze pakietów i ciężko mi opisać detale). Bieg w mojej ocenie zorganizowany dobrze. Trasa oznaczona. Speaker podawał info co i gdzie. Toalety bez wielkich kolejek były, po biegu medal i woda wydawane sprawnie. Polecam wszystkim, którzy oprócz biegania lubią zabawę i pomaganie (bo szczytny, charytatywny cel tych zawodów był najważniejszy).

City Trail Wrocław (edycja 2017/18) – podsumowanie

City Trail 17/18

W miniony weekend zakończyła się kolejna edycja City Trail (mówimy oczywiście o biegu we Wrocławiu). Mimo całej mnogości różnych biegów, mało jest jednak dalej imprez w okresie zimowym. Przyciąga to ludzi, co dobitnie widać po tłoku na parkingu i trasie. Ale to dobrze, lepiej biegać niż się obijać 🙂 Szacunek dla organizatorów, że od tylu lat udaje im się organizować i rozwijać! to wielkie, cykliczne przedsięwzięcie.
To już kolejny mój sezon z tym biegiem (4 tak dokładniej). Z jednej strony dobrze go znam – wiem co będzie przed, w trakcie, po biegu. Z drugiej strony każdy sezon, przynosi małe ale istotne zmiany (nie można powiedzieć więc, że jest nudno).
Co najważniejsze ciągle jednak cieszy mnie fakt, że mogę tu być i mierzyć się z dystansem, czasem (a może najbardziej z własnymi słabościami). Przez to wszystko myślę, że to jeszcze nie koniec mojej walki z tym biegiem i pewnie nie raz będę opisywał jak mi poszło.

Tegoroczna edycja stała u mnie pod znakiem pewnego odrodzenia. Pierwsze biegi jeszcze w kryzysie. Bez dobrego obiegania, z za dużą wagą.  Wzrost formy (poparty sumiennym treningiem)  przyszedł jednak  i im później tym było lepiej. Widać to dobrze po czasach:
1 – 00:24:57
2 – 00:25:09
3 – 00:24:49
4 – 00:25:14
5 – 00:24:04
6 – 00:23:43

Nie da się ukryć, że poprawa wyników przyszła zbyt późno by coś nawojować (= by być z siebie w pełni zadowolonym) ale jednak tendencja jest ciągle wzrostowa i o to chodzi. Uczciwie trzeba również powiedzieć, że tegoroczna edycja była ciężka pod względem warunków. Poza ostatnim biegiem, wszystkie kolejne w dużym błocie. I to takim przez duże „D”. Sporo na to trzeba było zmarnować energii i pewnie po te kilka sekund by z każdego urwał. No ale było, minęło. Nie ma co płakać.
Finalnie zająłem miejsce 192 z 307 (mężczyźni). W kategorii M40 byłem 48 z 90. Tak ogólnie w połowie stawki 🙂

Przeglądałem sobie archiwalne wyniki i widzę, że co sezon notuję postęp. Wynika więc, że w kolejnym powinno mi pójść znów lepiej 🙂
Dla porównania było tak (klasyfikacja mężczyzn):

Edycja 2016-17
1 – DNS
2 – 00:23:15
3 – 00:23:25
4 – DNS
5 – 00:25:03
6 – 00:25:04
Generalnie – 177 z 285

Edycja 2014-15
1 – 00:27:41
2 – 00:24:48
3 – DNS
4 – 00:25:34
5 – 00:26:09
6 – 00:24:45
Generalnie – 172 z 211

Edycja 2012-13
1 – 00:27:03
2 – 00:26:25
3 – 00:28:42
4 – 00:27:10
5 – 00:26:15
Generalnie – 75 z 81

TRENING (TYDZIEŃ 09/2018)

Trening Biegowy

9 tydzień to niestety trochę mniej pokonanych kilometrów. Trochę w tym zasługi zawodów (sobota to City Trail), a trochę winy mojej (bieg niedzielny). Nabiegałem łącznie 37,64 km i zrealizowałem 4 biegi.
Sytuacja ciągle jest pod kontrolą, ale lampka ostrzegawcza się włączyła i w bieżącym tygodniu spróbuję nic nie zawalić.
Szczegółowo moje osiągnięcia przedstawiały się zaś tak:

Data: 27/02/2018
Dystans: 10,19 km
Czas: 01:03:32
Średnie tempo: 6:14 min/km

Średnie tętno: –
Maksymalne tętno: –
Sprzęt: Suunto Ambit. Buty – EB Brutting Diamond Star

Pierwszy trening po weekendzie to zwyczajowy bieg po Oleśnicy. Jak zwykle odwaliłem na drugim kółku jakąś manianę i dystans skróciłem. Słabo. Zauważam, że w bieganiu przeszkadza mi robota 🙂  bo przychodząc zrąbany po niej do domu, małe chęci mam na cokolwiek. No niestety, opcja rzucenia jej nie wchodzi w grę i trzeba się mobilizować do treningów jakoś inaczej 🙂

Data: 01/03/2018
Dystans: 10,53 km
Czas: 01:02:33
Średnie tempo: 5:56 min/km

Średnie tętno: –
Maksymalne tętno: –
Sprzęt: Suunto Ambit. Buty – Adidas Galactic Elite M

Tym razem wykrętów nie było i pyknąłem całe 2 kółka. Zacnie, chociaż coś kilometraż mi słaby wyszedł. Dziwne, powinno być bliżej 11 km a tu ledwie 10.5 w Endomondo. Myślałem, że coś sprzęt szwankuje, bo jak przyglądałem się zapisanemu gpx-owi, to po kilometrze z kawałkiem mam jakiś pik prędkości przez moment. Podobna anomalia występuje jednak w paru innych więc to raczej nie to.  Tym bardziej, że Movescount w tym biegu pokazuje mi już 11 km. Widać jakieś przekłamanie na łączach. Trudno.

Data: 03/03/2018 – City Trail (bieg 6)
Dystans: 4,39 km
Czas: 00:21:07
Średnie tempo: 4:49 min/km

Średnie tętno: –
Maksymalne tętno: –
Sprzęt: Suunto Ambit. Buty – Kalenji Kapteren Crossover Fw13

Zaś coś słabo wymierzył mi Suunto, bo City Trail to zawsze na nim było około 4,7 km. Oficjalnie czas 23:43, miejsce 202/442. Ponieważ to ostatni bieg są już wyniki całościowe. Mały (większy) komentarz dokonam jutro 🙂 Tu napomknę tylko, iż był to jedyny chyba bieg w tej edycji gdy nie trzeba było walczyć z błotem. Trzymał spory mróz (też pewnie przeszkadzał) ale przynajmniej biegło się lżej. Pozwoliło mi to wykręcić mój tegoroczny rekord tej trasy i zejść nie tylko poniżej 25 a nawet 24 min. Fajnie 🙂

Fotka z 6 biegu City Trail
Fotka z 6 biegu City Trail
Fotka z 6 biegu City Trail - grupa na czas 25-28 min
Fotka z 6 biegu City Trail – grupa na czas 25-28 min

Data: 03/03/2018
Dystans: 4,55 km
Czas: 00:27:48
Średnie tempo: 6:07 min/km

Średnie tętno: –
Maksymalne tętno: –
Sprzęt: Suunto Ambit. Buty – Kalenji Kapteren Crossover Fw13

Po CT umówiłem się z Żoną iż w ramach dobicia paru kilometrów więcej pobiegnę sobie z Osobowic aż na osiedle Różanka (miejsce mojej młodości :)) i tam ona mnie odbierze spod Lidla.
Tym razem już spokojny truchcik, bez szaleństw. Oglądałem widoki. Rany ile to lat minęło gdy ostatni raz biegłem/jechałem rowerem tymi wałami. Kiedyś to prawie dzikie rejony 🙂 a teraz czyściutko, wał wyrównany, poszerzony. Tu coś brakuje, tu coś dobudowali. Biegaczy mnóstwo w obu kierunkach latało (kiedyś nie do pomyślenia). Przyjemnie z jednej strony powspominać, z drugiej smutno trochę – widać w sobie upływ czasu i miejsca, które się zna ale już tak całkiem nasze nie są. No nic, życie.
Ciekawostką, na której też mi zależało, była chęć zobaczyć ile to kilometrów biegałem tymi wałami w czasach studiów. Uwaga, uwaga – około 4 km (2 w jedną i 2 z powrotem). Wow, a czuło się wtedy, że to taki dystans 🙂

Data: 04/03/2018
Dystans: 7,98 km
Czas: 00:48:20
Średnie tempo: 6:03 min/km

Średnie tętno: –
Maksymalne tętno: –
Sprzęt: GPS NAV Master 2.  Buty – EB Brutting Diamond Star

Niedziela miała być momentem dłuższego wybiegania. Niestety, zgubiło mnie łakomstwo. Spędziliśmy miły czas u moich rodziców a tam wiadomo – obiadek, ciasto, kawa … w pewnym zapętleniu 🙂 Przegiąłem. Po pierwszym dużym kole jakie zrobiłem (te 7,98 km) poczułem, iż natura mnie wzywa i co bym nie zrobił nie doniosę przez 2 okrążenie. Zły na siebie wróciłem do domu. Pewnie można by iść z powrotem ale dałem już spokój. Nauczka na przyszłość, nie żreć tyle.

Finalnie, jako że luty się skończył w międzyczasie. Mimo pewnych przeszkód realizacja planu idzie zgodnie z założeniami. Ubiegłem 188 km, co stanowi największy w tym roku dystans. Duże nadzieje pokładam w marcu bo jednak to miesiąc dłuższy. No, zobaczymy 🙂

TRENING (TYDZIEŃ 05/2018)

Trening Biegowy

Tydzień 5 również mogę uznać za udany. Kolejny raz udało mi się utrzymać regularne bieganie – odbyłem 4 treningi. Również zakładany kilometraż mieścił się w tym co zakładałem (43,89 km).
Wisienką na torcie zaś okazał się sobotni bieg City Trail, w którym uzyskałem swój najlepszy czas w bieżącej serii. To dobry znak, iż forma powoli rusza do przodu.
Szczegółowa rozpiska biegów wygląda zaś tak:

Data: 30/01/2018
Dystans: 12,49 km
Czas: 01:14:58
Średnie tempo: 6:00 min/km

Średnie tętno: –
Maksymalne tętno: –
Sprzęt: Suunto Ambit. Buty – EB Brutting Diamond Star

Bez sensacji. Zwyczajowe już 2 kółka po Oleśnicy. Dodałem (w każdym kółku) rundkę wokół stawu i wystarczyło to na 12 km.

Data: 01/02/2018
Dystans: 11,06 km
Czas: 01:06:38
Średnie tempo: 6:01 min/km

Średnie tętno: –
Maksymalne tętno: –
Sprzęt: Suunto Ambit. Buty – Adidas Galactic Elite M

W sumie jak wtorek. Słabszą miałem jednak dyspozycję i odpuściłem okrążanie stawów. Wyszło więc standardowe jedenaście km z kawałkiem.

Data: 03/02/2018 City Trail (bieg 5)
Dystans: 5,00 km
Czas: 00:24:04
Średnie tempo: -:- min/km

Średnie tętno: –
Maksymalne tętno: –
Sprzęt: Suunto Ambit. Buty – Kalenji Kapteren Crossover Fw13

Po bardzo błotnistych edycjach City Trail z poprzednich miesięcy, luty w końcu okazał się łaskawszy dla biegaczy. Może nie było jeszcze idealnie, ale z pewnością rywalizowało się dużo lżej niż ostatnio. W tych warunkach nawet leżące na około 2 km drzewo nie było sporą przeszkodą. Dobra pogoda jak i możliwość uzupełnienia brakujących biegów spowodowała, że na starcie stanęło ponad 500 biegaczy.
Założenia na ten bieg miałem podobne jak poprzednio. Wybrałem strefę startową 25-28 min. i planowałem złamać 25 min. Widoki na to były realne, w końcu biegam bowiem regularnie. Start z pierwszego szeregu i lecimy 🙂 Pierwszy kilometr sporo za szybko, później starałem się już biec wolniej ale równiej. Widać jednak braki formy bo końcówka to już spore zwolnienie (dokładne międzyczasy podam później gdyż na ten moment coś nie mogę wczytać pliku z zegarka). Mimo to cel został uzyskany. Metę osiągnąłem po 00:24:04 i zająłem miejsce 252 z 528 startujących.  Zacnie, to mój najlepszy czas w aktualnej edycji i liczę, że dalsza zwyżka formy będzie postępować 🙂

Data: 04/02/2018
Dystans: 14,64 km
Czas: 01:27:02
Średnie tempo: 5:57 min/km

Średnie tętno: –
Maksymalne tętno: –
Sprzęt: A-Rival SpoQ SQ100. Buty – EB Brutting Diamond Star

Jako, że sobota to bieg krótki i szybki, w niedzielę należało nabić trochę więcej kilometrów.
Aura nie zachęcała – zimne powietrze i lekki opad śniegu, no ale cóż zrobić. Trzeba to trzeba 🙂
Niedzielny trening to bardziej wycieczka biegowa. Pokręciłem się po trasach jakich jeszcze nie próbowałem. Tu skręciłem, tu pobiegłem. Wszystko spokojnie i bez pośpiechu. No nawet 🙂 trochę ponad 14 km czyli liczby się zgadzają.