Wszystkie wpisy, których autorem jest Rafal_C

Hoffen – waga smart

YouTube: Waga smart Hoffen

Dobra dieta połączona z aktywnością treningową są jednymi ze sposobów na uzyskanie (utrzymanie) właściwej masy ciała. Jak ważne jest to dla zdrowia chyba nikogo nie trzeba przekonywać.
A jak sprawdzić czy jesteśmy na dobrej drodze ku wymarzonym kilogramom? Ano, najlepiej wagą 🙂

Hoffen SE-0992
W zestawie instrukcja po polsku.

Zapraszam na film, prezentujący smart wagę łazienkową firmy Hoffen (model SE-0992).

Test wagi smart (Hoffen)

Podsumowanie – Luty 2021

Tak dobrze żarło i zdechło.
Niestety, idealnie opisuje to moją sytuację treningową w lutym. Tydzień po tygodniu ładnie zwiększałem objętości, biegało mi się całkiem przyjemnie aż do ostatniego tygodnia, kiedy to przy wtorkowym biegu poczułem lewe kolano. Z raz, dwa odezwało się na treningu ale bez tragedii, spokojnie dobiegłem sobie do domu, posiedziałem i czuję … coś niezbyt. Boli mnie, sztywne takie jakieś. Kilka następnych dni, czułem je (zwłaszcza przy rozruchu np. wstając z krzesła, zaczynając iść) więc z bieganiem dałem sobie spokój. Smarowałem oszczędzałem. Szału jednak nie było. Niby nic mi nie napuchło, nic nie boli przy zgięciu, wyproście ale jakby mi kazali pełny przysiad zrobić to bym się chyba ufajdolił 🙂
No i wyprzedzając fakty tak to się coś ciągnie do teraz. W sumie nie wiem czy to coś z kolanem, czy jakieś ścięgna/wiązadła przy nim (?). Problem mam z takim pełnym wyprostem nogi i czuję okolice kolana trochę przy przekrzywieniu nogi w bok.
Ogólnie oba coś mi kolana doskwierają od momentu jak się upasłem wagowo 🙁 Cóż, pretensje można mieć do siebie.
Ratując sytuację zmniejszyłem radykalnie intensywność sportu. W opasce usztywniającej zacząłem spacerki, teraz dopiero delikatnie próbuję coś pobiegać. Zobaczymy, jak nie odpuści to za jakieś dwa, trzy tygodnie to trzeba będzie się pofatygować do lekarza niech obada sprawę.
Oprócz tego wziąłem się za ćwiczenia w domu.

Sam luty siłą rozpędu wyszedł całkiem ładnie, kontuzję widać będzie dopiero teraz w marcu. Wynikowo wyszło mi tak:
Bieganie: 98,4 km
Chodzenie: 33,83 km
Waga: znów kilogram w dół, okolice 93 🙂

Cóż… Inteligentny człowiek wysnuje właściwy wniosek, że chwilowo już po planach startowych. Majowy maraton chociażby i się odbył to beze mnie.
Nawet jak pozbieram się po kontuzji to czasu będzie za mało na sensowne przygotowania. Trzeba zapomnieć i liczyć, że chociaż biegi jesienne jakieś uda się wykonać.
Jedyny plan jaki mam na obecną chwilę to nie zastać się całkiem, utrzymać chociaż resztki aktywności i pracować nad wagą by ciągle szła w dół.
Czy tak będzie? Opiszę za miesiąc.

Podsumowanie – Styczeń 2021

Nie wiem czy tylko mi, ale czas ostatnio leci do przodu jak strzała. Ledwie zaczął się rok 2021 a już mamy za sobą jego pierwszy miesiąc. Starzy ludzie tak chyba mają, że wszystko szybko im ulatuje 🙂

Cóż, skoro tak, to wypadałoby w takim razie „ku pamięci” wpisać jak sobie w nim poczynałem.
Tym razem przygotowałem się lepiej z danymi 🙂 jest więc o czym popisać.
W Stravie jakoś nie znalazłem dalej odpowiedzi na moje dylematy ot, po prostu przeprosiłem się z kartką, ołówkiem i kalkulatorem (= czytaj OpenOffice Calc).

No ale, do rzeczy. W styczniu pokonałem biegiem – 99.86 km, a z kijkami nordic-walking przeszedłem kolejne 34,02 km.

Nie poraża to jakoś szczególnie ale patrząc na wykres nie jest wcale tak źle.

Notuję jak widać, mały ale jednak trend wzrostowy 🙂 co mnie cieszy. Mógłbym pewnie docisnąć sporo więcej ale jako osoba ostrożna (a przy tym ciągle narzekająca na kolana) boję się zbyt wielkich obciążeń treningowych. Lepiej pomału, a systematycznie do przodu.

Wszystkie moje biegi w styczniu to spokojne budowanie bazy. Tempowo sporo ponad 6:00 min/km, ale też duża w tym zasługa pory roku. Zima dosypała śniegiem i szybkie przemieszczanie się mocno utrudnione. I w terenie i po asfaltach na które wróciłem częściowo w tygodniu.
Nie jestem zbyt zadowolony z treningów w mieście, ale okazało się, że w lasach (gdzie biegałem) zaczęli wycinkę drzew i zrobili masakrę! Poszerzyli sobie drogę na dwa ciągniki 🙁 nacięli krzaków, drzew ale, że padał deszcz, śnieg, topniało to – jest bagno. Nie da rady na ten moment tam wejść, myślałem, że się utopię jeden raz jak jednak spróbowałem.
Słabo, muszę chyba opracować jakąś alternatywę albo dalej będę musiał krążyć po Oleśnicy. Nie pasuje mi to niestety, biegam bez żadnych masek a mija się ludzi itp. Głupie ale człowiek zaczyna mieć schizę z tego covida :/
Ciekawostką za to okazał się fakt, że po chodnikach biega się dużo lżej niż w śniegu, błocie itp. Chętniej nawet zwiększyłem dystanse. No niezwykłe 🙂

Z otoczki poza treningowej – dietę stosuję niestety dalej słabą, za to twardo trzymam się nie picia coli. Dało to na koniec miesiąca symboliczny 1 kg w dół, co jednak poczytuję bardziej na karb większego treningu niż realnego zysku z odżywiania. Trochę dołujące bo colę lubię 🙂

Prognozy na przyszłość? Hmmm…. zwyczajowo chciałbym utrzymać wolny wzrost kilometrażu przy jednoczesnym gubieniu masy ciała. Wygląda to na możliwe do zrobienia jednak patrząc na „punkt wyjściowy” czyli moją aktualną formę, daleka droga do wartościowych wyników.
W teorii zapisany jestem na maraton w maju (w Jelczu-Laskowicach, zaległy z 2020) i tu można już na tym etapie powiedzieć, że to się chyba nie uda. Zbyt dużo zaległości by były szanse na jakąś walkę. Człapać go z 5 godzin to też mi się średnio chce i nie wiem czy nie pozostanie spasować. Ale… nie mówię nie 🙂 Te 8-9 lat obiegania mam, może ciało przypomni sobie szybciej jak to jest wracać do formy.
Innych, wcześniejszych zawodów nie planuję mimo, że mignęły mi jakieś ciekawe, górskie biegi (już w lutym). Za szybko to, nie ma się co wygłupiać.

No dobrze, nie przedłużam więc. W 2021 dalej się biega, dalej regularnie a co z tego wyjdzie zobaczymy 🙂

Domowy chleb

Tym razem zahaczę znów o tematy kulinarne 🙂

Chciałbym pokazać Wam, że poprawę jakości swojego jedzenia możemy zacząć od spraw najprostszych a jednocześnie ważnych. Od chleba.

Pewnie jest on podstawą większości posiłków w Polsce.

To co kupujemy w sklepach pełne jest polepszaczy, utrwalaczy i innej chemii. A przecież wystarczy parę podstawowych składników i możemy go stworzyć sami.

No i wcale nie jest to trudne, skoro udało się to mi – facetowi 🙂

Okrąglutki

No to zaczynajmy.
W wersji dla najbardziej leniwych warto zaopatrzyć się w maszynę do wypieku chleba. Automatów jest sporo. Jest między nimi różnica jakościowa. Sam używałem dwóch – jednego, droższego Moulinexa i tańszego Zelmera. Niby robią to samo, ale z Moulinexa wychodził mi ładniej wyrośnięty.
Brak automatu nie jest jednak żadną przeszkodzą. Przepis jest taki sam, a ciasto zabełtamy sami 🙂

Poniżej wersja tradycyjna – własnoręczny wyrób + piekarnik.

SKŁADNIKI:
Mąka – 500 gram (ja używam najtańszą typ 650),
Woda – 350 mililitrów (przegotowana, chłodna. Może być i prosto z kranu jak macie zdrową 🙂 Ja używam niegotowanej z dzbanka filtrującego),
Sól – szczypta jak to mówią kobiety 😉 By facetowi pasowało to będzie pół łyżeczki od herbaty,
Cukier – j.w.
Drożdże (świeże) – 1/8 kostki. Dacie trochę więcej też nic się nie stanie,
Olej – jaki kto ma, z 2 łyżki stołowe + trochę na posmarowanie blachy, rąk.
Dodatki do posypania – co lubicie słonecznik, jakieś nasiona, Dawka wg. uznania.

WYPOSAŻENIE TECHNICZNE:
* Miska na zamieszanie ciasta (może być cokolwiek inne aby składniki się zmieściły i nasza rączka do mieszania),
* Foremka na ciasto. Prostokątna, okrągła. Do wyboru. Jeśli będzie bardzo duża to chlebek wyjdzie plaskaty 🙂
* Automat do chleba / Piekarnik z termo-obiegiem
* Drobnica czyli łyżki, pojemnik na wodę z miarką.

PRODUKCJA
1. W wodzie rozpuszczamy cukier, sól i drożdże (mieszamy łyżką).

2. Do miski wsypujemy mąkę, zalewamy przygotowaną wodą i dodajemy olej.

3. Całość wypada chwilę zamieszać rączką, aż osiągnie konsystencję przypominającą ciasto 🙂 Przy podanych proporcjach wychodzi ono takie troszkę bardziej „mokrawe” i klejące. Nie jest to problem, ręce trochę trudno się czyści, ale damy radę 🙂
Uwaga. Jeżeli ciasto wyjdzie Wam jednak nieakceptowalne w Waszej ocenie to można je ratować. Zbyt suche to należy dolać trochę więcej oleju. Jeśli zbyt mokre, to z wyczuciem dosypujemy mąki.

4. Gotowe ciasto należy odstawić na około 2 godziny w ciepłe i pozbawione przeciągów miejsce. U mnie w około 20 stopniach stoi i rośnie normalnie.

5. Foremkę smarujemy olejem. Można troszeczkę wlać i rozetrzeć chusteczką czy papierem kuchennym.

6. Przekładamy ciasto do foremki. Można olejem posmarować ręce (nie klei się tak) i rozcieramy, ugniatamy je tak by zapełniło naszą formę.

7. Na wierzch sypiemy dodatki. Ja posypałem słonecznikiem.

8. Piekarnik włączamy na termo-obieg, 190 stopni i jak nagrzeje się to pieczemy 45 min. Później można go zgasić i jeszcze chwilę ciasto w nim potrzymać (z 5 min).

9. Gotowe. Jeśli nic nie skiepściliśmy to mamy właśnie przed sobą pierwszy, własny chlebek. Smacznego 🙂

Degustację czas zacząć.

PODSUMOWUJĄC
Wiem, że białe pieczywo nie znajduje się na obecnie liście najbardziej polecanych produktów spożywczych ale ja bym go nie skreślał. Może za kila lat okaże się, że będzie jak z jajkami. Cholesterol, złe, zabójstwo a teraz nagle wróciły do łask 🙂
Zresztą , taki chleb jak Wam pokazałem może być tylko punktem wyjścia. Kto broni poeksperymentować? Użyć mąki razowej, dodać jakieś zdrowe dodatki.

Może nie do końca zdrowo ale co tam 🙂

Grudzień 2020 i Podsumowanie całości roku

No i ten tego… miał ten grudzień trochę lepszy być a wyszło jak zawsze. Wskazówka na liczniku zatrzymała się na 119,5 km. Coś w podobieństwo listopada.

Na swoją obronę podam, że mniej było spacerów w tej liczbie a więcej czystego biegania. Ile dokładnie to jednak nie podam 🙁 Strava coś w tej materii jest dla mnie nieczytelna całkowicie. Nie umiem prosto kliknąć i podzielić sobie ile było biegów, ile spacerów ile roweru.
Pewnie się da ale jakoś nie czuję się na siłach i chęci w tym jeszcze grzebać, douczać 🙂

Sprzętowo robię teraz mały come-back do stajni Garmina więc myślę, że od stycznia wszystkie treningi będą zapisywane w jednym systemie. Może wtedy uda mi się uzyskać interesujące mnie (statystycznie) liczby.

* I tak… Grudniowe bieganie było w sumie takie jak i poprzednie okresy. Nijakie. Regularne (co parę razy już pisałem) ale nierozwojowe. Zmuszam się by pobiegać coś dłużej, jak już z raz, dwa o dyszkę zahaczę to później znów przysiadam.
Hamuje mnie też takie zdrowotne „balansowanie na linie”. Zapuściłem się kilogramowo (i to sporo), zaczęły mnie boleć kolana i nie chcę przegiąć. Boję się, że coś klęknie całkiem jak będę na siłę nabijał kilometry.
Zauważam problem, staram się do niego podejść racjonalnie – zacząłem walkę z dieta więc liczę, że jest dla mnie jeszcze nadzieja.

OK. A co do całego roku 2020 to proponuję cofnąć się do punktu oznaczonego (*) i czytać znów. W sumie cały ten roku był „taki se” 🙂

Ciężko mi nawet teraz policzyć ile ja w nim pobiegałem. Endo już nie działa, w Stravie wszystkiego nie mam (też lenistwo, nie chciało mi się tego kopiować mimo, że dane mam).

Trudno, nie drążmy już. 2021 specjalnie lepszy nie będzie pewnie ale może chociaż to i owo uda się poprawić. Czego i Wam życzę.

Wyciskarka wolnoobrotowa Hoffen SJ-0528

Youtube: Wyciskarka wolnoobrotowa Hoffen

Soki można robić ze wszystkiego 🙂

Po przeanalizowaniu swojej diety (z ostatnich paru miesięcy) ze zgrozą zauważyłem, że ilość coli i słodyczy jakie pochłaniam jest ogromna! Nigdy nie byłem mistrzem zdrowego odżywiania ale przed „zamknięciami” przynajmniej ilość ruchu bilansowała tą słabość. Może nie chudłem ale nie przybierałem drastycznie na wadze. Teraz, kiedy biegam mniej, co oczywiste waga ruszyła w górę doprowadzając mnie do rozpaczy i ogólnego, złego samopoczucia zdrowotnego.

Trudno, trzeba coś zmienić w swoim życiu no to padło na walkę z cukrami i kaloriami. Na początek wybrałem rezygnację z niezdrowych, sklepowych napojów (patrząc na aktualne ceny coli, w sumie słusznie :)).

Hoffen SJ-0528

Jak to mówi się czasem w żartach – wodę piją tylko zwierzęta. By było zdrowo i smacznie uznałem, że sam będę robił sobie soki. Sokowirówki w dzisiejszych czasach to trochę przeżytek (a i traci się sporo wartości odżywczych owoców) no to zapragnąłem zobaczyć co potrafią wyciskarki wolnoobrotowe.

Nie przedłużając już 🙂 jeśli ciekawi jesteście jak radzi sobie tania maszyna z marketu zapraszam na film.

Testuję tanią wyciskarkę Hoffen SJ-0528

Zdjęcia do artykułu pochodzą z internetu. Między innymi ze strony producenta (link poniżej), gdzie znajdziecie też dokładne dane techniczne.

Hoffen – wyciskarka wolnoobrotowa

Sakwy rowerowe – Roswheel

YOUTUBE: Sakwa rowerowa Roswheel

Tym razem będzie nie o bieganiu a o akcesoriach rowerowych. Przydatnych zwłaszcza tym turystom, którym bliska jest idea bikepackingu.

Na nowy sezon jazd trzeba jeszcze poczekać, ale jeśli ktoś myśli o kompletacji sprzętu pod nowe wyprawy to chciałbym przedstawić Wam krótki opis sakwy rowerowej marki Roswheel.
Torba z gatunku tych tańszych ale według mnie sprawuje się całkiem dobrze.

Zapraszam więc na film.

Sakwa rowerowa – Roswheel

Masaż – podręcznik różnych technik…

„Masaż – podręcznik różnych technik masażu do stosowania w domu” pod red. Eilean Bentley. Wyd. Bellona, 2006, 257 stron.

Masaż – podręcznik różnych technik.

Masaż/Automasaż, z pewnością wpisują się w rytuały 🙂 jakie uprawiają świadomi biegacze. Wiadomo, każdemu przydaje się rozluźnienie mięśni po wysiłku czy też „leczniczo-ratujące” zabiegi kiedy coś nas boli, naciągniemy.
Zbawiennych skutków takich działań chyba nie trzeba wskazywać nikomu.
Wydaje mi się, że tak naprawdę każdy człowiek w podstawowym zakresie, intuicyjnie wie jak sobie (czy drugiej osobie) pomóc.
Tym, których jednak te tematy interesują bardziej chciałbym przedstawić dość ciekawą pozycję książkową, która ostatnio wpadła mi w ręce.

Album, ładnie wydany, solidny.

„Masaż – podręcznik…” nie jest wydawnictwem nowym ale dalej spokojnie da się je kupić w internecie. Owszem, w większości pozycje używane ale myślę, że w niczym nie umniejsza to zawartej w niej wiedzy.

No ale zacznijmy od postaw 🙂
Książka wydane jest bardzo starannie, w albumowym stylu. Sztywna okładka, dobry, kredowy papier z pewnością zadowolą estetów.
Walor wizualny z pewnością jest ważny ale oczywiście zawarta w niej wiedza stanowi o prawdziwej wartości pozycji. Tu rzekłbym jest więcej niż dobrze.
Wydawnictwo w uporządkowany sposób prowadzi nas przez różne techniki masażu. A jakiego zapytacie?
Ano takiego proszę:
– masaż holistyczny,
– masaż chiński,
– Shiatsu,
– Reiki,
– masaż intuicyjny,
– masaż aromaterapeutyczny,
– refleksologia,
– masaż głowy,
– automasaż,
– masaż relaksacyjny,
– tantrycki masaż seksualny.

Dodatkowo w książce umieszczono dodatek o akupunktach, kanałach, czakrach czy refleksjologii. Na czytelnych schematach pokazano ich umieszczenie, opisano który punkt za co odpowiada.
Ciekawym dodatkiem jest także tabela, gdzie opisano jaki rodzaj olejku (masaż aromaterapeutyczny) do czego najlepiej pasuje.

Jak to robić? A tak, punkt po punkcie

Nie jestem ekspertem od bardziej wyrafinowanych rodzajów masażu ale wydaje mi się, że wiedzę z książki podano prosto i sensownie.
Po krótkim wstępie czym jest masaż i na czym polegają poszczególne techniki możemy przejść do wybranego rodzaju.
W każdym rozdziale jest podane jak przygotować się do sesji, jakie są podstawowe ruchy, od których partii ciała (i jak) zacząć.
Autorzy ostrzegają też kiedy (kogo) nie wolno masować.
Tam gdzie to ważne, opisana jest również „sfera duchowa” czyli idea przepływu energii, punktów energetycznych, filozofia masażu. Mi to się bardzo podobało, daje to kompletność nie tylko ruchu ale i psychiki.
Oczywiście oprócz tekstu, co ważne mnóstwo tu rysunków, pokazujących jak poprawnie należy wykonywać daną technikę masażu.

Oprócz tekstu, rysunki jak masować

Cóż, nie będę tu nic więcej wymyślał. Ja z książki tej jestem bardzo zadowolony. Dużo rzeczy możemy wykorzystać sami (automasaż) ale jeśli mamy swoją „druga połówkę” to tak naprawdę możemy skorzystać z masażu w sposób kompletny. Polecam.

Zdjęcia, też niczego sobie. Wybrałem te grzeczniejsze 😉

P.S.
* Książka mimo solidnej porcji wiedzy z pewnością nie jest podręcznikiem medycznym dla rehabilitantów, fizjoterapeutów (profesjonalistów),
* Na bezpośrednio postawione pytanie „rwie mnie przy achillesie, jak masować” też raczej nie znajdziecie tu odpowiedzi,
* dla osób pruderyjnych 😉 W książce są rysunki, zdjęcia i techniki powiedzmy umownie – dla dorosłych 🙂 Miejcie to na uwadze zanim kupicie.

Listopad 2020

Dogoniła mnie połowa grudnia ale cóż, wypada napisać jednak i coś o listopadzie 🙂

Miesiąc ten nie przyniósł żadnych specjalnych rewelacji. Biegałem według sprawdzonego systemu 4 treningów w tygodniu. Dystans, wpasowując się w minione trendy również nie porażał. Ot po te 4-5 km, przeplatane dłuższymi biegami w weekend. Dłuższe jednak też takie nijakie, bo po około 7-9 km. 10km chyba ani razu nie przekroczyłem (najbliżej było to 9,4 km) 🙂
Cyfrowo wyszło 127.8 km.

Tutaj muszę dociekliwym wyjaśnić pewną niezgodność. Z opisanych powyżej aktywności ciężko by było prawie 130 km nabiegać. I faktycznie tak nie było. Podana liczba to łącznie biegi i chodzenie.
Przerzuciłem się na Stravę i coś nie do końca umiem jeszcze jakoś sensownie to wydzielić w podsumowaniach 🙁
Widzę, że taki sam błąd zrobiłem w opisie października. Muszę nad tym jakoś pomyśleć.

Moje dokonania szału nie robią, ale patrząc pod kątem postępu – to malutki bo malutki ale jest. 127km to nie 118km (październik).
Nie chcę zapeszyć i snuć planów (wtedy zawsze mi źle idzie) ale widzę, że grudzień coś tam zmierza ku lepszemu. Czy się nie zepsuje na finishu zobaczymy za 16 dni 🙂

Październik 2020

Zakończony pażdziernik to 118,1 km biegów.

Prawie jak na Titaniku, powoli idę na dno… 🙂

Nie mogę się coś ogarnąć biegowo, życiowo. Nie wiem czy to przygnębiająca rzeczywistość pracowo-jesienno-covidowa tak na mnie działa czy jakiś inny, ogólny spadek energii życiowej ale dalej nie znajduję chęci na solidne bieganie.
Włączony jakiś czas temu tryb 5 km trwa i trwa. Biegam (truchtam) owszem, 3 czy 4 razy w tygodniu, ale po te 4 km – 5 km i koniec. Sporadycznie mi się chce przedłużyć. A i to wychodzi z 7 do 9 km max.

Po takim dłuższym biegu czuję się jak początkujący biegacz. Nogi bolą 🙂

Bieganie „kuleje” za to włączyło się jakieś ssanie jadalne, podżeranie niezdrowych rzeczy wieczorami (ciastka, cola, czekolada) i inne atrakcje. Waga poszybowała pod 94 kg. i czuję się już jak wieloryb. Zasapany, zapocony, buta zawiązać to by się siadło najlepiej. Masakra…

Najgorsze, że wytrzymam w rygorze kulinarnym z dzień, dwa i znów sobie popuszczam pasa.

Nie jest dobrze, rzekłbym, że jest źle.

By nie upaść na totalne dno, ratuję się trochę spacerami weekendowymi. Najpierw zabieram na górską wyprawę (bo przy Górach Sowich) syna, a później nordic-walking z żoną. Sporo tego wychodzi, okazuje się, że z dodatkowe 10-15 km na weekend nabiję. Mam nadzieję, że w ostatecznym rozrachunku wyjdzie to na plus i nie pozwoli całkowicie się zapuścić 🙂