Nie mogę się coś ogarnąć biegowo, życiowo. Nie wiem czy to przygnębiająca rzeczywistość pracowo-jesienno-covidowa tak na mnie działa czy jakiś inny, ogólny spadek energii życiowej ale dalej nie znajduję chęci na solidne bieganie. Włączony jakiś czas temu tryb 5 km trwa i trwa. Biegam (truchtam) owszem, 3 czy 4 razy w tygodniu, ale po te 4 km – 5 km i koniec. Sporadycznie mi się chce przedłużyć. A i to wychodzi z 7 do 9 km max.
Po takim dłuższym biegu czuję się jak początkujący biegacz. Nogi bolą 🙂
Bieganie „kuleje” za to włączyło się jakieś ssanie jadalne, podżeranie niezdrowych rzeczy wieczorami (ciastka, cola, czekolada) i inne atrakcje. Waga poszybowała pod 94 kg. i czuję się już jak wieloryb. Zasapany, zapocony, buta zawiązać to by się siadło najlepiej. Masakra…
Najgorsze, że wytrzymam w rygorze kulinarnym z dzień, dwa i znów sobie popuszczam pasa.
Nie jest dobrze, rzekłbym, że jest źle.
By nie upaść na totalne dno, ratuję się trochę spacerami weekendowymi. Najpierw zabieram na górską wyprawę (bo przy Górach Sowich) syna, a później nordic-walking z żoną. Sporo tego wychodzi, okazuje się, że z dodatkowe 10-15 km na weekend nabiję. Mam nadzieję, że w ostatecznym rozrachunku wyjdzie to na plus i nie pozwoli całkowicie się zapuścić 🙂
Żeby nie wprowadzać ponurego nastroju nie będę smucił już jak to słabo pobiegałem we wrześniu. No słabo, co zrobić 🙂
Bieganie: 61.06 km Rower: 251 km Chodzenie: 15.80 km
Wrzesień wpisuje się trochę w kanon poprzednich miesięcy. Krótkie odcinki biegowe, sporo roweru. Całość nie wyglądałaby tak źle, ale tak naprawdę to biegowe miałem pierwsze 2 tygodnie. Później bieganie w sumie już nie było. Trzeci tydzień to mój wyjazd rowerowy. Po nim, wiadomo zrobiłem kilka dni odpoczynku ( i tylko 1 bieg). Czwarty tydzień trafiła mnie jakaś infekcja (bo raczej nie covid :)). Katar, zatoki, osłabienie ogólne. We wtorek jeszcze trening był a później siedziałem w domu 5 dni i wracałem do siebie. Piąty, niedawno zakończony tydzień to taki okres resetu. Biegać, rowerem jeździć bym mógł ale mi się nie chciało. Potrzebowałem jakoś się wyluzować, wrócić do siebie fizycznie i psychicznie.
Myślę, że wracam powoli na lepsze tory i teraz już pójdzie lepiej.
Aż mi się nie chce pisać tego podsumowania 🙁 Wpadłem w pułapkę lenistwa. Coś mi w głowie się przestawiło i o ile idę biegać chętnie to po jakieś … 5 km truchtania. No, w porywach do 7 km dociągnę. Porażka, ale nie mogę się zmusić i koniec. Ani wizja spadku formy i rosnącego brzuszka, ani 10 km zawody (już w tą niedzielę) nie spowodowały bym się jakoś zmobilizował. Czas był, był… i już go nie ma 🙂 Pogodziłem się, że na pierwszych moich zawodach w tym roku będę męczył się by w ogóle dobiec a nie coś czasowo zawalczyć. Ta 10-ka to może i nie problem (wiadomo wymęczę jakoś) ale w listopadzie chciałem przebiec 21 km po Górach Sowich. Tak… jak się nie ogarnę to dopiero będzie ciekawe przeżycie.
No nic, narzekanie to moja specjalność więc lepiej zakończmy w tym momencie 🙂
Liczbowe wyniki wyszły następujące: Bieganie: 42,92 km Rower: 190,52 km Chodzenie: 18,89 km
Tyle o sierpniowym bieganiu 🙂 Zmieńmy temat…
Sporo ostatnio jeździłem rowerem. Moja Żonka, co już chyba wspominałem dużo lepiej się w tym odnajduje a i mi sprawia to przyjemność. Małe wtrącenie 🙂 Rower nie jest jakimś moim nowym objawieniem (jak to niektórzy nie chcąc/nie mogąc biegać nagle przerzucają się na jednoślad). Dawno, dawno temu średnio szkolnym dziecięciem będąc jeszcze, solidnie byłem zakręcony na jazdy. W czasie wakacji u dziadków (Podkarpackie województwo) wsiadaliśmy z kuzynostwem na rower i codziennie jeździliśmy gdzie nas oczy poniosą. Nie ma nic przyjemniejszego niż taka jazda w nieznane. Odkrywanie nowych tras, miejsc. Robiło się to 10km, to 50km. I to na maszynie marki Ukraina 🙂 Ciekawe kto by dzisiaj się porwał na takie coś. Ech, wspomnienia są zawsze najlepsze… i przyjemnie teraz znów obudzić dawną pasję 🙂 No ale wracając do rzeczywistości. Nic nie dzieje się oczywiście bezinteresownie 🙂 mieliśmy z Żonką, w głowie parę fajnych projektów związanych właśnie z dwoma kółkami. Pierwszy, którym miało być objechanie polskiego wybrzeża Bałtyku nie wypalił z powodu koronawirusa. Zamknięte hotele, restauracje (w czerwcu mieliśmy jechać i ok otworzyli, ale tak do końca nie było wiadomo co z tym będzie). Zamysł nie upadł, został przełożony na przyszły rok. Chcieliśmy też przekręcić rundkę wokół Tatr. Strach jednak jechać (Słowacja) bo może kwarantannę wymyślą. To też będzie w 2021 🙂 Finalnie wymyśliliśmy jeszcze coś innego. Wydaje mi się, że też fajnego więc… chyba dołożę do swoich biegowych historii i coś o rowerach. Uprzedzam, nie zmieniam targetu bloga (dalej bieganie is the best), nie będę się zbytnio wymądrzał o sprzęcie ale może kogoś to zainteresuje. W końcu wplatanie roweru w biegowe treningi to teraz całkiem modny trend. No dobra, długo wyszło to stop 🙂 Co wymyśliliśmy z Żoną poczytacie już niedługo. A jak biegało się 10 km bez formy też będzie 🙂
Bieganie: 58.03 km Chodzenie: 20.31 km Rower: 432 km
Z pewnością miesiąc specyficzny. Pod względem biegowym tragiczny. Całościowo jednak nie wyszło to tak źle, widzę pewne plusy, które w mojej ocenie przeważają negatywne aspekty. Jak powiedziałem, biegowo dokonałem … nic. Dystans jaki pokonałem podchodzi pod wartości rekordowo niskie. Malutko, oj malutko. Wszystkie biegi w dalszym ciągu tak do około 5 km, w swoim spokojnym, jednolitym tempie. Nie jest to rozwojowe. Szczęśliwie dla mnie, lepiej robi się jednak z moim kolanem. Lepiej się już zgina, jeszcze jakaś sztywność w skrajnym punkcie czuję ale to i tak niebo a ziemia do tego co było wcześniej. No i przy chodzeniu, bieganiu jest ok, nie przeszkadza nic. Niedobory biegowe pokryłem w lipcu rowerem. Dystans godny 🙂 a i same wycieczki rowerowe więcej niż przyjemne. Sporo było tu górskich wypraw (Góry Sowie i okolice), koniec miesiąca zaś to powrót w Oleśnickie niziny. Siadłem wtedy na starutką kolażówkę i okazuje się, że da się na niej całkiem szybko i przyjemnie jeździć. Ogólnie jakoś, rower mi ewidentnie dobrze wchodził. Szybko wróciłem do dobrej,turystycznej formy. Fajnie 🙂 Dodatkowym plusem dwóch kółek okazało się być zrzucenie 2 kg wagi. Z dołującego mnie 92,5 spadłem na około 90,3-90,6. To naprawdę dobry news dla mnie.
Nie lubię składać obietnic przed sobą, bo wiele razy mi coś nie wychodziło, ale mam wrażenie, że punkt wyjścia jest ok. Trzeba teraz spróbować szarpnąć bieganie. Jak nie teraz bowiem, to kiedy sam już nie wiem 🙂 We wrześniu powinienem mieć 10 km bieg w Twardogórze. Zmieniona (ale pewnie i tak szybka) trasa zachęca by pokazać się z dobrej strony. Czy będę w stanie? Zobaczymy ale jak wyżej, koniecznie muszę zacząć biegać solidniej bo inaczej będzie wstyd, że hej!
Pół roku już za nami. Jakby było co, można by poświętować. A. że nie ma…
Biegowo, mój czerwiec nie wyróżniał się w żaden lepszy sposób od maja. Utrzymałem praktycznie takie same numery: Przebiegłem – 94,82 km, Przejechałem rowerem – 137 km, Przeszedłem (z kijkami lub bez) – 24,56 km
Kolorowo aż miło 🙂
We wszechobecnym kulcie sukcesu rzekłbym, że zacnie 🙂 Sportowy miesiąc, w ruchu, formie. Endomondo pęka od kolorów i kółeczek. Regularnie trenowane, no szok i niedowierzanie.
Rzeczywistość jednak w mojej ocenie nie jest tak świetna. Oczywiście nie mogę powiedzieć, że się całkiem obijałem. Coś tam jeździłem i biegałem. Są to jednak na tyle małe aktywności, że zaczęło się to odbijać na mojej wadze. Z przerażeniem zauważyłem ostatnio 92, 5 kg. Kurcze, tyle to ja miałem X lat temu i źle się czułem/wyglądałem. Widać, że słabe nawyki żywieniowe przeważyły spalanie kalorii z aktywności fizycznej. Oj, katastrofa, katastrofa.
Drugą, nie wiem czy nie gorszą wiadomością jest fakt, że zaczyna mnie boleć prawe kolano. Nie wiem z czego, nie kojarzę bym je jakoś przeciążył, uszkodził na biegach. Zginać się zgina, nóżką mogę wychylić w przód, tył ale coś je czuje. Tak samo przy chodzeniu. A tragedia zupełna jakbym chciał machnąć przysiad na szybkości. Bym się chyba nie podniósł po nim. Przy samym końcu ruchu zaczynam czuć jakąś sztywność. Na tyle sporą, że zaczynam unikać takiego ruchu. Awaria, strasznie mnie to martwi bo kolano to organ raczej średnio się regenerujący (a powiedziałbym, że nawet wcale).
Niezbyt wiem co robić w tej sytuacji. Odpuszczać ruchu chyba nie ma sensu, jakoś zbyt mocno się przeforsować raczej też. No nie wiem. Chyba trzeba poobserwować z tydzień, dwa i jak się samo nie naprawi to pozostanie biegać po doktorach.
Cóż, tym mało optymistycznym akcentem kończę raport czerwcowy. Lipiec będzie pewnie podobny, chociaż widzę sens powolnego podnoszenia się „z kolan” (jak to brzmi w mojej sytuacji :)). W każdym razie jakieś biegi (na ten moment) od września do listopada są aktywne w kalendarzu czyli warto by się przygotować.
Bliżej już ku końcowi czerwca no ale… lepiej późno napisać niż wcale 🙂
Maj w moim wykonaniu to typowo rekreacyjne bieganie. Ani solidnych treningów nie było, ani powalających rekordów (liczbowych). Zafiksowałem się jakoś na swojej ulubionej trasie łąkowo-pagórkowo-leśnej no i prawie codziennie te 5 km tam robię.
Z jednej strony fajnie, bo sumiennie biegam prawie 4-5 razy w tygodniu z drugiej mało to rozwojowe, coś sam tak czuję. Wydaje mi się, że formy z tego nie będzie żadnej. Niby jest ta górka, niby chwilę po prostej no i zbieg też jest ale… Mało coś i ciągle to samo :/
Czasem myślę, że kontrolnie bym się mógł wypuścić na te 10 km albo więcej ale jakoś tak przekładam i przekładam 🙂 Poranne bieganie jak wiele razy mówiłem coś mi słabo służy. Człowiek nierozbudzony, nierozruszany.
No nic. W narzekaniu jestem dobry ale może i uda się w sobie zebrać realnie. Tym bardziej, że zaczynam zastanawiać się czy przypadkiem jakiegoś biegu nie zorganizują w drugiej połowie roku na jaki się zapisałem (np. Półmaraton Wałbrzych?). Oj by było 🙂 Pobiec go z bieżącej formy to prawie jak w 2012, na początku mojej biegowej ścieżki 🙂
Podsumowując zaś krótko maj – jakby nie fakt, że sporo się też chodzi i coś tam rowerowo zaczyna działać to powiedziałbym, że miesiąc słabiutki. A tak ujdzie 🙂
Dla spragnionych liczb podaję, że pokonało się:
92,57 km biegiem, 46,81 km chodząc, 131 km rowerem.
Parę dni temu zakończył się trzeci i niestety ostatni miesiąc moich przygotowań do majowego maratonu. Ostatni, bo jak można się domyślić z powodu panującej sytuacji maraton odwołano. Można było się tego spodziewać ale jakoś tak do ostatniej chwili człowiek żył w niepewności. O dziwo organizatorzy wysłali mail, iż płatności zostaną zwrócone, a sama impreza (jak wyczytałem na ich FB) będzie za rok. Pochwalić można orgów za zwrot $$, bo jak wyczytuje w internecie, nie zawsze jest to tak oczywiste. Może to i lepiej, chociaż po zastanowieniu wcale nie jest powiedziane, że miałbym jakiś problem by moja płatność przeszła np. na konto 2021. No ale, sytuacja jest jasna i czytelna, nie ma jakichś pretensji, uwag. Czy mi szkoda tego maratonu? Tak i nie. Tak, bo jednak pracę w przygotowanie włożyłem. Nie, bo w marcu wystąpiły problemy z przygotowaniami (moimi) co finalnie i tak przekreśliło by wartościowy wynik. Podsumowując:
Statystyki 03/2020
WAGA Stanęła coś w miejscu. Plus, że mimo coraz mniej możliwości poruszania się (home office i zakaz rządowe), nie wzrasta. Duża w tym zasługa mojej Żony, która sprawuje nade mną troskliwą opiekę w czasie siedzenia w domu (i ogranicza słodkie zachcianki :))
REGULARNOŚĆ i KILOMETRAŻ Pierwsze trzy tygodnie marca szły jeszcze zgodnie z planem, ale im później tym zaczynało się dziać gorzej. Przed szałem koronawirusa mieliśmy niestety w pracy (w biurze) delikwenta, który łaził chyba z jakimś przeziębieniem, anginą, grypą czy czymś. Leczył się doraźnie jakimiś proszkami ale co bakterii nam sprzedał to nasze. Nie siekło mnie całkowicie, ale zaczynałem czuć zatoki, trochę gardło i inne atrakcje. Dodatkowo nie wiem czy nie zaczęło się coś pylić bo przy mocniejszych biegach zaczynało mnie przytykać i szybciej się męczyłem. Tu (okolice Gór Sowich) jest też ciągle, mroźne, górskie powietrze co też potrafi dokuczyć. Nie ukrywam, przestraszyłem się bo teraz nawet niezbyt jest jak (i gdzie) się leczyć i postanowiłem dać sobie chwilowo z biegami spokój. Lepiej nie rozłożyć się w tych trudnych czasach. W skutek tego ostatnie 2 tyg. marca to w sumie tylko chodzenie nordic-walking z moją małżonką. Dało to poniższe wyniki: – bieganie: 119 km, – nordic-walking: 56,07 km – spacery (pomierzone :)): 8,84 km -rower: 6,59 km
Ogólnie, jakby zebrał to w całość miesiąc nie byłby stracony, ale jednak ciężko to nazwać dobrym, maratońskim przygotowaniem.
CO W KWIETNIU? Coraz liczniejsze ograniczenia i zakazy powodują, że ciężko teraz biegać. Ja o dziwo mam gdzie się ruszyć, bo siedząc przy Górach Sowich wynalazł bym łączki, górki gdzie żywej duszy nie ma, a i szanse na policję, gajowego są niewielkie 🙂 Nie wiem jednak czy jest sens kusić los i czy jednak chwilowo nie ograniczyć się do aktywności domowych. Treningi prowadzę dość sumiennie, rozszerzyłem je dodatkowo o czas na orbitreku (przydał się w końcu na coś, a nie kurzy się latami :)) i rowerze stacjonarnym (zakupiłem sobie, wypróbuję już niedługo). A co z tego wyjdzie, zobaczymy. Prywatnie mam wizję, że będzie długo jeszcze źle i chyba na spokojne bieganie przyjdzie poczekać z miesiąc, dwa. Zobaczymy.
Na zakończenie zaś, trochę ku pokrzepieniu serc, trochę by z łezką w oku powspominać, takie warunki miałem na swoim ostatnim marcowym biegu:
Drugi miesiąc 2020 roku zakończony. Chcąc podsumować to jakoś krótko stwierdziłbym, że są plusy i minusy minionego okresu. A jakie? To poniżej.
Luty 2020 – podsumowanie kolejnego miesiąca treningowego.
WAGA Ten punkt to w dalszym ciągu moja porażka. Niestety nic z masy nie urwałem, a nawet rzekłbym, że jeszcze przybrałem 🙁 Jak zacząłem zauważać na skali okolice 93 kg to poczułem się marnie. Źle bardzo, zły jestem na siebie. Tragiczna dieta dalej u mnie funkcjonuje i jak widać ilość treningu nie przeważyła jeszcze szali u wagi w stronę kiedy jednak spalam więcej niż przyjmuję. Powiedzmy szczerze będą z tego kłopoty. Nie umiem (i nie uważam za zdrowe) jakiegoś turbo odchudzania. Przez pozostałe do maratonu 2 miesiące raczej nie schudnę więcej niż 8 kg (a i to nierealne raczej). Oznacza to, że na starcie stanę z wynikiem sporo powyżej 85-86 czyli umęczę się fest 🙁
REGULARNOŚĆ Tu wszystko ok. Każdy tydzień to minimum 4 treningi. Zawziąłem się w sobie na tyle, że i deszcz mi nie przeszkadza by wyjść z domu 🙂 A to oznacza w moim przypadku wiele, bo z definicji nie biegałem kiedyś kiedy padało przed rozpoczęciem biegu 🙂
KILOMETRAŻ Fajnie poszedł mi luty. Z suchych, miesięcznych dat pokonałem 160 km. Jeśli zaś liczyć pełnymi tygodniami (a tak wychodzi na wykresie) to klepnąłem 180,37 km. Założenia moje spełnione zostały w każdym razie w 100%. Dystans zwiększony w bezpieczny sposób. Nic zdrowotnie się nie posypało czyli ok. Jeśli kogoś ciekawi co biegałem to raczej było to biegi spokojne, jednolitym tempem. Pilnuje tempa by nie biec zbyt szybko (powyżej swoich możliwości). Ewentualne urozmaicenia w moim przypadku to część treningów w wymagającym trailowym terenie (początek miesiąca) a końcówka to przeniesienie się na asfalt. Weekendy to zwyczajowe trasy w okolicy Gór Sowich, czyli sporo siły biegowej (podbiegi) i zbiegi. Jedyne szaleństwa na jakie sobie pozwoliłem to jeden bieg z narastającą prędkością (3 km, każdy szybciej) no i jakieś biegowe zabawy w stylu ostatnie x-set metrów niektórych biegów mocno. Musi to wystarczyć bo nadwaga i spory deficyt wytrzymałości nie pozwalają jeszcze na nie wiadomo jakie cuda runningowe 🙂
DZIAŁANIA UZUPEŁNIAJĄCE Również tu mogę dopisać sobie plusika. Utrzymałem ćwiczenia w domu, do biegania dodawałem też sporo spacerów i chodzenia z kijkami. Plan na kolejny miesiąc to delikatne zwiększenie dynamiki rozwoju ćwiczeń (w znaczeniu czasowym jak i dodanie trochę ciężarów) jak i wolne włączanie w plan roweru. Liczę, że pogoda i dłuższy dzień pozwoli już spokojnie kręcić dystanse jednośladem.
CO W MARCU? Plan na marzec to dystans 200 km. Dojść do tego chcę w sposób zrównoważony, czyli dokładając jeszcze po trochę do każdego treningu, a nie krótko w tygodniu i jakieś dzikie longi w weekend. Oczywiście sumarycznie dłuższe wybiegania muszą się pojawić ale to w jakiś kombinowany sposób. Np. teraz w końcu lutego zrobiłem 6 km spacer nordic walking i bezpośrednio po tym przebiegłem 13,5 km. Fajnie to weszło, zmęczyło. Pewnie coś takiego powtórzę a jeśli będą tylko same biegi to z zakresu 15-17 km.
Nie no, tak źle to nie jest. Nowy rok zaczął się sporo wcześniej i o dziwo fakt ten odnotowałem 🙂 Ułożyłem sobie (w głowie) również plany startowe na 2020 bo wiadomo, jak to biegać a planów nie mieć 🙂 Będzie to ciekawy rok. Imprezowo – może nie, bo kalendarz biegowy układam dość typowo . Będą w nim praktycznie wszystkie moje stałe punkty programu, ale chcę powrócić do paru imprez, które biegłem sporo lat temu. Ot, taki powrót do przeszłości. Ciekawy rok ma być przede wszystkim z powodu próby połączenia „wody z ogniem” czyli pogodzenia mojego trenowania z zawodami, do których w.w. trening raczej średnio nadaje. Czemu tak uważam to napiszę niżej. W każdym razie uważam, że może to być interesujące połączenie. Trudne, nie wróżące sukcesu, ale kto wie co przyniesie los 🙂
W skrócie założenia roczno-treningowe są zaś takie:
Zawody: 1. Maraton w Jelczu-Laskowicach – maj (o ile będzie :)), 2. Nocny Bieg Szerszenia – czerwiec, 3. Półmaraton Wałbrzych – sierpień, 4. Bieg Pustelnika, Bieg w Twardogórze – wrzesień, 5. Bieg Niepodległości Świerki i Półmaraton Górski Orzeł w Sokolcu – listopad 6. Jak będzie chęć i zapał to pobiegnę City Trail we Wrocławiu w końcówce roku. To już tak dla przyjemności 🙂
Trening: Zbyt szerokie mam tu przemyślenia by rozpisywać się dokładniej. W telegraficznym skrócie, trening będzie zorientowany na maraton. Chcę go poprowadzić nietypowo, bo o ile maraton ma być płaski to biegać chcę głównie „terenowo i górsko”. W sumie tak jak do tej pory – sporo terenu pod Oleśnicą a weekendy to Góry Sowie. Dodatkowo sporo będzie w tym roku roweru no i tych nieszczęsnych ćwiczeń ogólnorozwojowych 🙂
A czemu to ma służyć i dlaczego tak?
Przez lata swojego biegania udało mi się dość dobrze poznać swoje możliwości. Wiem, jakie są moje mocne i słabe strony. Moją największą słabość upatruję w braku diety (a co za tym idzie tragicznej wadze) i „olewaniu” wszystkiego tego co może pomóc w lepszym i łatwiejszym osiąganiu celów biegowych. Mam tu na myśli np. zerową ilość ćwiczeń ogólnorozwojowych, „głupie” trenowanie (np. brak długich wybiegań tak gdzie są one potrzebne). Te rzeczy powodują, że nie jestem zadowolony ze swoich postępów i wiem, że mam ogromne rezerwy, do których nawet nie sięgam. Z drugiej strony najmocniejszą moją cechą jest systematyczność i upartość w dążeniu do celu (kiedy ten cel mam jasno określony).
Wiedząc powyższe wybrałem na swój główny cel w pierwszej połówce roku – maraton. Ma to być maraton w Jelczu-Laskowicach. Z reguły odbywa się on na początku maja. No chyba, że go w tym roku nie zrobią jak pisałem wyżej 🙂 🙂 Maraton (dla mnie) uważam za bardzo rozwojowy. Jako osoba cięższa i starsza raczej nie mam szans na szybki progres skupiając się teraz tylko na krótkich dystansach. Prędzej skończyło by to się jakąś kontuzją. Przygotowania do maratonu zaś ładnie „oddają” i pozwalają stopniowo poprawiać się na wszystkich dystansach. Trening teoretycznie może być lżejszy bo bazował będę na sile i zwiększeniu kilometrażu. Przy takim bieganiu (wiem z poprzednich lat), w którymś momencie rusza mi ładnie w dół masa. Jeśli ogarnę w końcu i dietę efekty mogą być piorunujące.
Powiem uczciwie, że na maratonie nie spodziewam się sukcesu. To chyba jednak za szybko (tylko ~3 miesiące z teraźniejszej, słabej formy) by osiągnąć spektakularny czas. „Terenowe” bieganie jest też pewną niewiadomą w przełożeniu na asfalt. Finalnie, w maju jest też ryzyko, że będzie gorąco. W świetle tego – gdyby złamał 4 godziny byłbym bardzo zadowolony. Chodzi jednak bardziej o wdrożenie się do reżimu treningowego, rozkręcenie maszyny 🙂 Na lepsze efekty liczę w drugiej połowie roku kiedy to więcej mam 10 km i 21 km.
A jak będzie to zobaczymy 🙂 Ostatnio niewiele piszę o swoim bieganiu/trenowaniu, ten projekt będzie świetną okazją by na bieżąco, trochę więcej popatrzyć czy mogę jeszcze dobrze biegać.
Moje bieganie prowadzi po sinusoidzie. A może po okręgu? A najlepiej po sinusoidowanym okręgu 🙂
Statystyka 2019. Kilometraż tygodniowy, tygodniowa ilość treningów biegowych i waga
Wspinam się mozolnie na kolejną górkę, widać szczyt, już na nim jestem by za chwilę zacząć opadać w dół. Droga w dół dobija, zniechęca ale uparty jestem więc dalej prę w przód. Kolejna górka, kolejny krok w przód…. Finalnie zaś ląduję w punkcie wyjścia. Jak zawsze w dole by mozolnie zacząć kolejną drogę. Każdy kolejny szczyt jest jednak trudniejszy, coraz słabiej drze się do przodu…
Taki był ten rok. Wiem dlaczego (a może i nie?) ale niewiele robię by to zmienić. Tyle lat te same błędy, tyle razy niefartowne sytuacje… Ciężko mieć do kogoś pretensje skoro sam tak decyduję.
Pobiegałem już co chciałem, byłem na zawodach, na których być chciałem. Dalsza turystyka mnie nie kręci – jechanie w inny kraj by pobiec to nie dla mnie. I kasy szkoda (nie ma) i czasu. W głuchą noc przemierzać górskie ścieżki to już też nie. Cóż to da, skoro meta daleko, a limit czasu ku końcowi zmierza. Szybszy niż wiatr nie będę 🙂 Lata lecą, kilogramy stoją. Od lat biegam źle. Trenuję? Nie, biegam tylko, lecz ciągle nie tak jak należy. Strach mi towarzyszy na starcie, że znów zabrakło czasu, kilometrów, za gorąco, za zimno. I znów nie tak będzie na mecie…
Cóż widać tak musi być. Chciałbym, by 2020 był jakimś przełomem ale chyba nie stanie się nic niezwykłego. Stoję na starcie a widzę już metę. Niestety bez zadowolenia z pokonanego wyścigu. Oby chociaż w ten kolejny, 8 już rok tej wytrwałości nie zabrakło by mozolnie piąć się pod górę…