Pasowałoby zacząć w amerykańskim stylu przedstawiajać szereg sukcesów i wizji jeszcze lepszych prognoz w przyszłości… jako polski pesymista zacznę jednak narzekać 🙂
Statystki 2018
Bieg: 1787km Rower: 662km
Miniony rok niestety nie należał do najbardziej udanych biegowo. Szereg różnych przeciwności do których zaliczyłbym:
lenistwo (swoje)
zdarzenia życiowe (zabierające czas na bieganie)
zdrowie (mam wrażenie, że niedomaga to i owo, trzeba by się zainteresować tym tematem)
motywacja (brak w początku roku)
Spowodowały, że biegałem mało, słabo i bez zapału.
Dla każdego z w.w. podpunktów można by rozpisać długą listę usprawiedliwień i wyjaśnień tylko czy ma to sens. Siebie raczej nie ma co przekonywać, że było świetnie skoro nie było. Było nijako.
Z jednej strony rok ten był lepszy niż 2017. Zwiększyłem trochę kilometraż, żadnej wielkiej kontuzji nie złapałem, jakieś zawody się do mety dociągnęło. Z drugiej jednak wynikowo kręcę się ciągle w tym samym miejscu od 6 lat. Najlepsze co ubiegałem to ledwie ocierało się o stare rekordy życiowe. Nie ma co ściemniać obniża to morale, zniechęca i koło się zamyka.
Taka byle jakość męczyła mnie większość roku. Dopiero pod koniec coś drgęło. Światełkiem w tunelu dla mnie było trochę zmienienie podejścia do trenowania (szybciej, krócej, intensywniej), sporo roweru (co widać w słupkach). Będę kontynuował te wizje w 2019 (ale oczywiście kilometraż też musi się poprawić)
No nic, starczy smucenia. Co w 2019r? Ambitnie 🙂
Początek roku będzie wychodzeniem z zapaści. Po świetach złapało się dużo za dużo kg, więc zajmie trochę powrót do normalności.
Dodatkowo planuję w końcu solidnie schudnąć. Ciężkie to będzie, oj ciężkie ale widzę w tym swoją ostatnią szansę na wartościowe bieganie.
By waga zleciała, chcę w końcu zacząć ćwiczyć ogólnorozwojowo (dodatkowo oprócz biegania). Latka lecą, czuć jaki człowiek jest zastany. Lepszy brzuch, grzbiet, ręce by się przydały. Życiowo i biegowo.
Pod względem startowym zaś, to mam pewien zamysł, który niestety ujawnię dopiero jak wejdzie w fazę realizacji. Szkoda robić szum jak się nie uda ogarnąć, a ryzyko porażki wielkie 🙂 Gdyby jednak nie wyszło to tragedii nie będzie. Chcę skupić się na bieganiu 10-21 km w górach. Lokalne biegi z klimatem, bez tłoku, szaleństwa przy zapisach i kosztach $$$. To mnie kręci ciągle i widzę tu swoją szanse na podtrzymanie pasji biegowej. Czego i Wam życzę w 2019.
W telegraficznym skrócie podam, że biegło się w 3 City Trail we Wrocławiu 🙂 Tym razem pogoda trochę gorsza, lekki śnieg na poboczach a na trasie trochę więcej błota.
Szacując swoje siły na średnie postanowiłem tym razem wystartować z czołówki grupy na 25 min.
Mimo w.w. przeciwności losu (i zwyczajowego kiepskiego przygotowania) osiągnąłem czas 23:53 min co pozwoliło na zajęcie miejsca 253/519.
Cóż więcej rzecz. Gorzej trochę niż ostatnio ale czas ciągle akceptowalny.
Zabierałem się do tej relacji już od jakiegoś czasu ale w sumie to nie wiem czy jest sens. Wskutek idei biegu (słusznej oczywiście) i niestety tego jak wyszedł organizatorom (tu już gorzej) to ciężko go rozpatrywać w kategoriach sportowych.
Niemniej spróbuję opisać jak to było, może w kolejnej edycji uda się bardziej 🙂
Informację o biegu dostałem dość nieoczekiwanie. W firmie, gdzie pracuję, zorganizowano klub biegacza i właśnie Bieg Mikołajów był na liście możliwych do wystartowania. Czemu więc nie 🙂
Strona zawodów ujdzie, w sumie co trzeba znalazłem. Dość późno umieszczono na niej ostatnie szczegóły (co, gdzie, kiedy) ale tragedii nie było, do ogarnięcia 🙂
Bieg Mikołajów organizowany jest w okolicy Stadionu Olimpijskiego. Trasa jest przez to dość kręta, poprowadzona mieszaną nawierzchnią (asfalt, szuter, ubity grunt). Obawiałem się czy zapisana liczba biegaczy nie spowoduje korków ale o dziwo nie. Dało radę, nie było kłopotów z omijaniem, biegnięciem.
Po przybyciu na miejsce startu należało udać się do biura zawodów co wiązało się z ryzykownym spacerem bo.. szło się po kostce granitowej, a dzień wcześniej padało i złapał mróz 🙂 Lodowisko aż miło 🙂
Pakiet startowy skromny. Torba płócienna, czapka mikołaja, batonik, bombka choinkowa i chyba tyle. Czapka niemniej ładna, większość ludzi w niej wystartowało co ciekawie wyglądało na zdjęciach.
Przed właściwym startem były biegi dzieci, rozgrzewka i zwyczajowo można było ruszać.
Jak to u mnie uczucia miałem mieszane. Chciałoby się dobrze ale obawiam się kontuzji. Niewiele biegam znów (mimo, że regularnie) bo po którymś poprzednim treningu w górach czuję lewą stopę (śródstopie, bliżej góry). O ile w czasie biegu nic mi nie przeszkadza to chodząc lub mocniej jakoś obciążając nogę czasem pojawia się jakiś ból, Wyobraźnia podsuwa mi, że może pękła mi któraś kość… ale nie widzę opuchlizny, ani nic, więc liczę, że to tylko jakieś obicie, przeciążenie.
W każdym razie trening biegowe robię lekkie ostatnio i tylko poza asfaltem.
Wystartowałem dość żwawo, starając się trzymać równe tempo. Nawet to szło. Pierwszy km wolniej bo tłok, kolejne już w okolicach 5 min (pierwsza cyfra to 4, tylko końcówki bliżej 55 :)). Zwolniłem oczywiście w drugiej połowie biegu ale nawet nie tak tragicznie, ot pod 5:18-5:30.
Okrążenia wchodziły w miarę komfortowo. Nie było tłoku, dało się sprawnie przemieszczać. Po którymś kółku przy linii mety zaczęto wydawać wodę w butelkach. Nie brałem – zimno, pić się nie chciało. Większy tłok nastąpił po 4 kółku bo dużo osób stało za linią mety. Brało medale i zwyczajowo dzieliło się wrażeniami. Mogło to przeszkadzać tym, co jeszcze musieli biec.
Na tle konkurencji źle się w sumie nie zaprezentowałem. Oczywiście wymiatacze skończyli w trzydzieści kilka min, ale mnóstwo osób truchtało, szło. Wielu zawodników/zawodniczek poprzebieranych, grupki luźno przemieszczające się. Widać nastawienie na dobroczynność, która była ideą tego biegu (za każde okrążenie sponsor płacił jakąś sumę).
Meta. Ja to ten rozmazany 🙂
Finalnie zegarek pokazał mi takie wyniki: czas: 00:59:30, dystans: 11.38, średnie tempo 5:14 min’km.
Gdzie więc tu miejsce na moje narzekanie? Ano w tym, że na stronie podano, iż biegniemy 5 kółek. Po 4 usłyszałem, że niektórzy mówią, iż koniec. Ja (jak sporo innych) pobiegłem 5.
Wychodzi, iż faktycznie wystarczyło 4 okrążenia. Słabo, nie ukrywajmy – wiedząc, że biegniemy o 2 km mniej strategia tempowa byłaby całkiem inna.
Oj… Do tej pory nie widzę też oficjalnych wyników co stawia w sumie organizatora w słabym świetle. Coś boję się, że się ich nie doczekam więc trudno. Co mi wyszło z cyferek podałem i tyle.
Po biegu pobrałem medal, wziąłem wodę, a że głodny nie byłem to poszedłem do auta, gdzie czekała moja małżonka. Można było wracać do domu. I tyle.
Wielkiego nastawienia na wynik, życiówki nie miałem więc to ratuje imprezę przed moją całkowitą krytyką 🙂
Mimo, że osłabł mi trochę zapał do Huaweia (z powodu braku możliwości prostego eksportu aktywności) postanowiłem zegarka nie skreślać całkowicie a dać mu jeszcze szansę. Noszę go codziennie, do sportu zaś używam od czasu do czasu.
Liczę, że z czasem Huawei jednak doda możliwości eksportu danych i wtedy będzie można poszaleć.
Co ciekawego udało mi się zaobserwować po 2 tygodniach używania:
Akumulator faktycznie wytrzymuje sporo. Po 15 dniach używania (4 aktywności z GPS na około 3-4 godziny, wyłączony całodzienny pulsometr, synchronizacja danych raz dziennie) zostało mi około 22 % baterii.
Po tym okresie naładowałem go i teraz patrzę ile wytrzyma z całodniowym monitoringiem tętna 🙂
Widoczność ekranu w nocy. Pewnie to nic odkrywczego ale strasznie podoba mi się fakt, że świetnie widać wszystko co pokazuje kolorowy ekran GT. W „normalnych” zegarkach sportowych nie widać nic i trzeba włączać podświetlanie. W moim Suunto jest ono bardzo mocne i przez to też widoczność szału nie robi (tło zlewa się z cyframi). Mała rzecz a cieszy.
Dokładność GPS. Zrobiłem w końcu dłuższy bieg, starając się dokładnie i szybko startować Huaweia/Suunto. Wyszło tak:
SUUNTO Ambit
Dystans: 9,98 km
Czas: 00:59:45
Średnia tempo: 5:59
Tempo średnie najlepszy km: 5:35.01
Kalorie:
HUAWEI Watch GT
Dystans: 9,80 km
Czas: 00:59:47
Średnia tempo: 6:06
Tempo maksymalne: 5:38
Tempo średnie najlepszy km: 5:38
Kalorie: 919
Porównywałem też wyniki na mojej stałej trasie do rodziców. Z Suunto wychodziło mi ~8.09-8:36 km (dane archiwalne z zeszłych miesięcy), Huawei zanotował 8.04 km.
Wstępnie przyjąć można, iż GT pokazuje trochę mniej niż Suunto. Dla mnie różnice są pomijalne i nie wchodząc w rozważanie, który pokazuje trafniej, zadowala mnie taka dokładność.
Na ten moment dalszych zaawansowanych testów robić nie będę. Do biegów jednak używam Suunto (lub inne zegarki typowo sportowe jakie mam). Dlaczego? Z lenistwa bo nie chce mi się bawić w ściaganie danych z Huaweia czy wpisywanie ich w Endo ręcznie. Huawei jest używany na co dzień. Rezerwowo jak przyjdzie mi chęć na sport a nie będę miał ze sobą nic innego to mierzył będę nim.
TRANSFER DANYCH z SMARTWATCHa
Finalnie chciałem podać skrócony sposób transferu danych z Watch GT do Endomondo (lub na inną platformę treningową). W ogarnięciu pliku tcx pomógł mi kolega Jarek (Keiw z forum bieganie.pl, za co mu bardzo dziękuję)
Instalujemy na smartfonie aplikację Huawei Health (Zdrowie)
Instalujemy na smartfonie aplikację Google Fit
Wiązemy Huawei Health z Google Fit. Jest do tego opcja w HH. Jeśli wszystko poszło ok, to mając dane sportowe w HH po odpaleniu GFit powinny nam pokazywać się i tu. Mi początkowo nie przenosiło danych z komórki na komputer, ale zezwoliłem google na większość zgód na szpiegowanie i analizowanie mnie 😉 i poszło.
Do transferu potrzebujemy komputer na którym logujemy się do swojego konta Google.
Dokładny opis jak ściągnąć dane z GFit do pliku tcx jest na poniższej stronie:
Opis jest tam wprawdzie po angielsku ale są obrazki, myślę, że nikt nie powinien mieć problemu.
Po zastosowaniu się do procedury otrzymamy link do pobrania danych (spakowane archiwum). Gotowe.
6. Poprawki w pliku TCX
Ponieważ sygnalizowałem problem z danymi – dostaje się ciąg 60 sekundowych, osobnych aktywności trzeba je połączyć w całość.
* Najpierw walczyłem z konwerterami online, programami na PC (GPS Babel, TCX Konwerter) ale niestety nie dały one rady.
* Później okazało się, że w Endomondo można łączyć po 3 aktywności w 1 plik. Tym sposobem mozolnie klikając po 3 części da się złączyć je w całość. Opcja dla cierpliwych.
* Najbardziej banalne jest jednak użycie dowolnego edytora (np. WordPad czy Notepad2 i poprawki ręczne. Postępujemy jak poniżej:
Otwieramy plik w jakimś edytorze tekstowym (ja używałem WordPada).
W zaznaczonych pogrubieniem fragmentach ja sobie dołożyłem cyferkę „2” do tego (za chwilę napiszę dlaczego). Po modyfikacji te wpisy na początku i na końcu będą wyglądać tak:
Teraz w menu edytora wybieramy opcję „Zamień …” – często to skrót CTRL+H W pozycji „Szukaj:” wpisujemy </Activity> a w „Zamień na:” nie wpisujemy nic i wybieramy „Zamień wszystko”. To samo powtarzamy dla <Activity Sport=”Running”> w przypadku roweru będzie to <Activity Sport=”Biking”>. Wszystkie wpisy zostaną usunięte, oprócz tych do których dopisaliśmy „2”.
Teraz te dwójki usuwamy i plik taki zapisujemy.
Endomondo zaimportuje bieg/rower… teraz bez podziału. Naprawdę robi się to bardzo szybko, co osobiście potwierdzam 🙂
Na koniec zaś małe zniechęcenie 🙂
Huawei Zdrowie do Google Fit transferuje bardzo mało danych. Na obecną chwilę są to tylko:
– rodzaj ćwiczenia,
– czas trwania treningu,
– liczba kroków,
– przebyty dystans,
– liczba spalonych kalorii,
– dane dotyczące snu
Co to dla nas oznacza? Oznacza to, że mapy, międzyczasów, tętna nie będzie ani w G-Fit ani później w Endo. Więc…. te parę danych to można w sumie wpisać w Endo ręcznie nie bawiąc się w żadne transfery. Wychodzi na to samo albo i szybciej 🙂 🙂
Szkoda ale cóż… Jest przynajmniej metoda transferu, być może przyda się w przyszłości.
Przy początku listopada w sprzedaży pojawił się ciekawie zapowiadający się smartwatch – Huawei Watch GT. Producent w stylowym „opakowaniu” obiecywał solidne parametry, długą pracę na baterii i mocne zorientowanie na funkcje sportowe.
Huawei Watch GT w wersji sport
Taki mix spowodował moje zainteresowanie. Zegarki stricte sportowe mam. Wprawdzie nie najnowsze, ale oferujące wszystko co mi potrzebne na ten moment (i dużo więcej funkcji, z których nie korzystam) . Z tego powodu nie potrzebuję kolejnego mimo, że są teraz dostępne naprawdę mega maszyny. Bardziej szukam właśnie sprzętu tańszego, który można używać na co dzień a w przypadku chęci posportowania się 🙂 można to uczynić bez konieczności zmieniania urządzenia na nadgarstku.
Ponieważ recenzji, opisów GT w sieci jest już mnóstwo w moim artykule postaram się skupić bardziej na odpowiedzi czy ten smartwatch jest już tym czego szukałem. Kwestie techniczne raczej odpuszczę (no może jakiś ogólny zarys będzie :)).
Huawei występuje w dwóch wersjach – sportowej (cały w czerni) i bardziej eleganckiej w stali, ze skórzanym paskiem. Oba wykonane są z solidnych materiałów (stal nierdzewna, ceramiczna osłona szkiełka, które pokryte jest dodatkowo diamentową powłoką zapobiegającą zarysowaniom). Przyznać trzeba prezentują się elegancko.
Dużym plusem zegarka jest fakt, że paski w nim są wymienialne. Dodatkowo odbywa się to w systemie „quick release” czyli da się to zrobić łatwo i szybko. Fajnie, w niektórych czasomierzach uszkodzenie paska powoduje koniec możliwości używania go. Tu zużycie nie będzie problemem. Co więcej, pojawią się pewnie paski w różnym stylu co pozwoli nam dostosować zegarek do naszych upodobań (np. stalowa bransoleta, mesh czy skórzane paski w różnych kolorach).
Tak to wygląda – sportowo lub elegancko.
Smartwatcha dostajemy w gustownym czarnym pudełeczku. Jego zawartość niestety szału nie robi. Poza zegarkiem jest tam tylko stacja ładująca z kablem USB i parę karteczek z gwarancja.
Ładowarka jest magnetyczna – sama przylega do podstawy GT. Nie da się jej założyć źle. To plus. Osobiście nie podoba mi się jej kolor – jest biała. Rozumiem biały elegancki, kontrast do czerni (?) ale do czarnego zegarka to słabo pasuje wizualnie wg mnie.
Dołączone książeczki rozczarowują podwójnie. Nic w sumie w nich nie ma napisane. Żadnej instrukcji. Co lepsze, słabo mi szło wyszukanie jakiejkolwiek w necie. Na oficjalnej stronie producenta nie widzę żadnej do tej pory. Ok…
Cóż, pozostało liczyć, że start i obsługa będzie łatwa i iść na żywioł 🙂
Zegarek podłączyłem do PC by się naładował. Wystartował, wskazał ładowanie i grzecznie czekał 🙂 aż zainstaluję na telefonie aplikację Huawei Zdrowie (używam telefonów z Androidem). Tu plus dla Huaweia, apka instaluje się na sprzęcie innych producentów. Ja używam jej na budżetowym smartfonie myPhone i nie mam żadnych problemów z połączeniem parowaniem itp.
Od razu po instalacji aplikacji i sparowaniu z smartwatchem następuje aktualizacja oprogramowania zegarka. Pierwsza poszła szybko. Druga, która odbyła się za chwilę, to droga przez mękę. Plik jest duży. Wysyłał się i instalował w GT (przez bluetooth bo nie ma innego połączenia z zegarkiem) ponad godzinę 🙁 Naprawdę dla cierpliwych.
Zaktualizowane, można używać. Jak to większości smartwatchy część parametrów można sobie ustawić w zegarku (np. tarcze) ale większość ustawia się w apce i po synchronizacji ładują się do czasomierza. O aplikacji opowiem więcej później bo czas na pierwsze wrażenia.
W użyciu
Zegarek na ręce leży dobrze. Jest przyjemny wizualnie. Silikonowy pasek mięciutki, miły w dotyku i nie uraża. Jakość wykonania całości bardzo dobra.
Ekran GT jest czytelny, wyraźny. Jego obsługa – przewijanie, dotykania działa ok, ja nie zauważyłem jakichś problemów. Menu działa płynnie, nie zacina się.
W pamięci urządzenia jest do wyboru 11 tarcz. Niby ładne ale aż takiego wow nie zrobiłem. Szkoda, że nie ma możliwości jeszcze jakichś sobie ściągnąć z netu.
Przykładowa tarcza i kawałek menu
Samo menu i nawigacja po urządzeniu prosta. Pierwsze naciśnięcie (górnym lub dolnym przyciskiem) i włączamy ekran jeśli jest wygaszony. Drugie naciśnięcie górnego przycisku przenosi nas do menu. Kolejne z kolei powraca z wybranej opcji. Dolny przycisk przenosi użytkownika do wyboru aktywności sportowych. Nim też odpala się wybraną aktywność.
Resztę dokonujemy dotykając lub scroll-ując ekran (oczywiście dotykowy :)).
Po kilku pierwszych dniach mogę powiedzieć iż urządzenie jest dokładne w zliczaniu kroków. Faktycznie liczy je jak się idzie. Siedząc przy komputerze np. i ruszając rękami naliczania nie ma. Na plus.
Bardzo czułe za to było wzbudzanie ekranu przy obróceniu ręki (gest patrzenia na zegarek). Świecił się jak dla mnie za często i szybko to wyłączyłem.
Samo zaświecenie trwa około 4-5 sekund. Wydawało mi się momentami, że jest ono na tyle inteligentne, że przy przypadkowym ruchu ekran zaświecił się i zgasł w czasie krótszym. Niemniej to tylko moje wrażenie, nie poparte żadną analizą.
Huawei chwali się w GT monitorowaniem tętna w czasie rzeczywistym. Działa to, fakt. Uznałem jednak, że nie potrzebuję aż tak się analizować i wyłączyłem tą funkcjonalność w apce. Tu wychodzi pewien minus, bo po zgaszeniu w.w. mimo przejścia na ekran tętna w zegarku nic on nie pokazuje. Pisze tylko by włączyć funkcjonalność w aplikacji. Dla mnie to niedociągnięcie. Wg. mnie jak włączam opcję w zegarku to powinna działać w tej chwili, a po wyjściu z niej przestać.
Tętno pokazuje za to przy odpaleniu aktywności – bieganie, rower itp.
Powiadomienia z telefonu o połączeniach, sms są. Oczywiście by działały trzeba mieć w telefonie włączony ciągle BT. Ja raczej włączam go okazyjnie, oszczędzając baterię w zegarku i phonie więc ciężko się nad tym rozwodzić (mimo, że to w sumie podstawowa funkcja smartwatch-y).
Sport
Skoro na co dzień jest ok no to pora poćwiczyć 🙂 Pierwszy test zrobiłem w porównaniu z Suunto Ambit i do niego będę porównywał rezultaty.
W zegarku jest sporo typów aktywności do wyboru – dokładniej to 11. Część z nich dotyczy sportu na zewnątrz, część aktywności w pomieszczeniach. Sporo jest więc biegania (z podpowiedziami, na bieżni, w terenie, przełajowe), roweru, pływania, wspinaczki, spacerów. Jak nic nam zaś nie pasuje to ostatnie jest „inne” czyli mamy wszystko 🙂
Pierwszy bieg wieczorny. Dzień dość pochmurny ale w korzystnym terenie (w znaczeniu teren otwarty, bez budynków). Suunto łapie satelitę momentalnie (kilka sekund), Huawei niestety myśli i myśli. Aż przez moment myślałem czy wszystko działa ok ale ufff… złapał.
Przy okazji napomknę, że kolejne dwa wyszukiwanie satelit (w inne dni) też trwało długo. Szybciej niż za pierwszym razem ale jednak to czas bliżej minuty niż sekund. Za to czwarte weszło momentalnie. W międzyczasie miałem aktualizację zegarka, może to jej zasługa. Niemniej do sprawdzenia w kolejnych biegach.
Wracając na ziemię 🙂 GPS działa, można startować i biegać.
Biegłem częściowo po łąkach a większości w lesie. Dystans około 5 km. Przez pierwsze 2 Ambit i GT lecą równo. Później Suunto wyszło trochę na prowadzenie, a Huawei zgłaszał kilometry później o kilkanaście metrów.
Podoba mi się info o ” okrążeniu”. Automatycznie co 1 km zegarek wibruje i na chwilę włącza się podświetlenie ekranu. Widać wtedy numer pokonanego kilometra, średnie tempo i czas biegu (od początku). Czy lapować można ręcznie to niestety nie próbowałem jeszcze bo ja w sumie w żadnym czasomierzu tego nie używam 🙂
Po biegu wyszło mi tak:
AMBIT
Dystans: 5,16 km
Czas: 0:32’38.4
Tempo max: 6:17 min/km
Podejście: +13m
Zejście: -15m
GT
Dystans: 5,07 km
Czas: 0:34’09 (skiepściłem coś. Czas inny bo pierwsze włączałem Suunto)
Tempo max: 6:44 min/km (duża różnica ale patrz wyżej, słabo czas złapałem)
Podejście, Zejście: Nie pokazuje w apce ani zegarku. Różnica wysokości jest za to: 34,7m (z Suunto wychodzi 28m).
Nie chciałbym jeszcze wypowiadać sądów o różnicy dystansu (90 metrów). Spróbuję na dłuższym dystansie i wtedy będzie widać jakie są tendencje. Na ten moment, bo biegałem z nim jeszcze parę razy ale już bez porównań z innym zegarkiem, to dane wyglądają akceptowalnie. „Moje” trasy pokazuje w miarę realnie (w znaczeniu, że dystans nie odbiega znacząco od znanych mi wartości). Mi ta dokładność wystarczy.
Po biegu i zatrzymaniu aktywności dostajemy już w zegarku naprawdę dużą porcję danych. Są takie pola: Rodzaj aktywności, data, czas Efekt treningu (wydajność) Ogólne (dystans, czas, kalorie Prędkość (średnie tempo, prędkość średnia i maksymalna) Kroki (kroki, średnia kadencja, średnia długość kroku) Wysokość (wejścia i zejścia łącznie, największa wysokość) Wykres tętna, info o min, max i średnim Strefy tętna i ich czas trwania Wykres kadencji Wykres tętna Wykres wysokości VO2max
Zestaw czytelny i naprawdę bogaty. W żadnym z zegarków jaki mam nie ma aż tylu danych. By je zobaczyć trzeba logować się na platformę powiązaną np. Movescount. Jestem tu więc naprawdę zadowolony 🙂
Acha, jeśli w czasie dnia, aktywności dokonamy jakiegoś niezwykłego osiągnięcia np. pokonamy 10000 kroków, ubiegniemy 5 km itp. to zegarek wibruje i wyświetla zdobytą przez nas odznakę sprawności. Mała rzecz a miła 🙂
Trochę o aplikacji – Zdrowie.
Skrótowo bo opis robi się mega 🙂
Aplikacja w mojej ocenia dobra. Zawiera zestaw wszystkich danych sportowych (w.w.) Widoczność oczywiście lepsza bo większy ekran. Dodatkowo widać mapkę gdzie biegaliśmy. Jest przegląd historii aktywności. Są pola o śnie, tętnie, wadze, krokach. Mamy też sugestie o ilości treningów i podpowiedzi np. czy trzeba ćwiczyć więcej czy wystarczy.
Kilka przykładowych ekranów apki
Z jej poziomu dokonujemy też konfiguracji zegarka. Aktualizujemy go, włączamy/wyłączamy opcje.
Jest tu też opcja udostępnienia treningu np. na FB, no bo jak bez tego się obejść 🙂
Dane z apki da się też wyeksportować do:
– UP by Jawbone
– Google Fit
– MyFitnessPal
Napominam o tym bo finalnie zbliżamy się najczęściej poruszanego minusa zegarka.
Wielki minus 🙂
Mimo pozycjonowanie GT jako smartwatch sportowy nie ma na ten moment opcji wyeksportować treningów w postaci plików *.gpx, *.tcx. Nie da się też bezpośrednio wrzucić ich w żadną aplikację/platformę treningową w stylu np. Endomondo.
Dla mnie to katastrofa bo swoje dane historyczne trzymam własnie w ENDO.
Początkowo strasznie zraziło mnie to do Huaweia. Zrobiłem solidne poszukiwania netu co można zrobić i hurrraaa… da się radzić sobie mocno na okrętkę. Robimy tak:
1. Wiążemy Huawei Zdrowie z Google Fit.
2. Z Google Fit (z poziomu komputera i swojego konta google) można eksportować dane aktywności do pliku *.tcx
3. No i finalnie ten plik można dodać do Endomondo. Ale uwaga. Mi na ten moment wyeksportowany plik wczytuje jako ciąg 60 sekundowych aktywności. Da się je w Endomondo połączyć w całość, niemniej traci się wtedy sporo danych. Nie pokazuje mapy, odcinków. Walczę z tym ciągle jak to dokonać by wgrany plik był „pełniejszy. Jak mi się uda to opiszę dokładniej procedurę transferu.
Naprawdę szkoda, że aż tak trzeba kombinować 🙁
Podsumowanie.
Z zegarka jestem w miarę zadowolony. Solidny, stylowy. W czasie aktywności nie gubi sygnału GPS, dane podaje wiarygodne. Deklarowany czas działania jest raczej realny. Przy umiarkowanym łączeniu z bluetoothem, wyłączonym tętnie, 4 dokonanych aktywnościach używam go już 9 dni i mam dalej około 40% baterii.
Na ten moment najbardziej wkurza mnie zaznaczony wyżej brak eksportu plików z aktywnościami. Jeśli uda się to zrobić prościej albo producent doda taką opcję to będzie to dla mnie sprzęt wystarczający w 100% do używania sportowo-codziennego.
Z pewnym opóźnieniem, bo w pierwszym biegu nie mogłem wystartować, zacząłem tegoroczną rywalizację w cyklu City Trail.
O niuansach biegu raczej nie ma się co rozwodzić. Sprawdzona, ta sama formuła zawodów, co mi pasuje. Walka toczy się na trasie a nie z nowościami jakie wprowadzają organizatorzy 🙂
Mimo zaawansowanej jesieni Wrocław przywitał mnie ładną pogodą (ale mróz był) i zwyczajowo dużą ilością biegaczy.
Chcąc zaprezentować się z dobrej strony na trasie zafundowałem sobie solidną rozgrzewkę, a później ustawiłem się w pierwszych rzędach biegaczy na 22 min.
Przy starcie zapanowało małe zamieszanie bo fale ruszały dość nierówno, parę osób przekroczył linię czujników i nie wiedziało później co robić, czekać czy biec. Organizatorzy jakoś to ogarnęli i poszło.
Pierwsza prosta po starcie
Kilometry weszły mi w następujący sposób:
1 – 4:39
2 – 4:55
3 – 5:07
4 – 5:10
5 – 3:21 (standard na tej trasie, ostatni km niepełny)
Oficjalnie wykręciłem czas 23:08. Zająłem 228 miejsce z 579 sklasyfikowanych.
Teoretycznie jestem z siebie zadowolony. Widać jednak, że na 22 min to gotowy jeszcze w żaden sposób nie jestem. Szybko osłabłem. Spora w tym zasługa dużej masy i chyba nie ma wyjścia, chcę lepiej biegać to w końcu coś z tym muszę zrobić.
Miejmy nadzieję, że do biegu grudniowego już coś w tej materii drgnie 🙂
Szybciutki opis bo ciężko wymyślić koło od nowa (skoro biegam tu już kilka ładnych lat) 🙂
Końcówka roku to kolejny u mnie „standard” – Górski Bieg Niepodległości w Świerkach. Zwyczajowo już (jak to u mnie) do zawodów przystąpiłem targany różnymi wątpliwościami – jak pójdzie, czy będzie dobry wynik czy tez polegnę. Forma/samopoczucie dawały sprzeczne sygnały więc wiedziałem, że lekko nie będzie. Walka jednak być musiała i była.
Tegoroczny bieg w Świerkach w swojej zasadniczej otoczce nie uległ większym zmianą niż poprzednie edycje. To samo miejsce, stała już trasa. Widać jednak, jak z roku na rok rośnie jego renoma co przekłada się na liczbę chętnych do startu. Tym razem organizatorzy spodziewali się ponad 400 biegaczy co mi personalnie słabo się widziało – miałem obawy czy nie będzie dużego ścisku na trasie. Liczbę biegaczy było już widać na parkingu, tyle aut jeszcze nigdy nie stało. Szczęśliwie powiem, że na trasie jednak było ok, dało radę biec w miarę luźno.
Bądźmy jednak szczerzy – trochę pomogłem swojemu „komfortowi” stając na starcie w miarę blisko początku stawki. W skutek tego nie musiałem przepychać się na pierwszym podbiegu z wolniejszymi (uspokajam szybszym nie przeszkadzałem).
Ładna pogoda w bieżącym roku dawała nadzieję na szybki bieg. Na trasie nie było błota, można było popuścić nogę 🙂 nie bojąc się wywrotki.
Rozgrzewkę zrobiłem dość solidną i od razu od startu ruszyłem ostro do przodu.
Chwila po starcie
„Zabijający” nieprzygotowanych 1,5 km podbieg udało mi się zrobić ciągle biegnąc. Tempo 1 km też nie najgorsze bo poniżej 7 min/km (6:57 dokładniej). Od drugiego km przyśpieszyłem i korzystając z wypłaszczenia starałem się jak najwięcej nadrobić (zanim zaczną się kolejne górki). Nawet to szło co widać po międzyczasach:
Pierwszy podbieg. Kawałek drogi wyasfaltowali a kiedyś tego tu nie było 🙂
2 – 5:47
3 – 5:14
4 – 4″57
5 – 4″36
Jeszcze jest siła. Przed 6 km.
Po piątym km zaczął się długi i mocny podbieg. Tu niestety czułem się już wypruty i w końcu trochę podchodziłem. Widać to w cyferkach 🙂
6 – 6:40
7 – 6″45
By nie było tak marnie, 8 km trochę w dół i znów szybciej.
8 – 5:36
Nic co dobre długo nie trwa. Ot takie miłe urozmaicenie przed mega podejściem na Włodzicką Górę. Na górze jak kto miał siłę można było podziwiać świeżo wyremontowaną wieżę widokową. Ładnie ją zrobili 🙂
9 – 8:01
Finish biegu już lekko i przyjemnie – ciągle w dół.
10 – 4:01
Nieźle. Zadowolony jestem w miarę ze swojej dyspozycji (najbardziej boleję, że 6 i 7 km trochę podchodziłem).
Tegoroczna edycja okazała się być dla mnie ostatecznie bardzo dobrą. Poprawiłem czas o około 7 min (od zeszłego roku). Porównując z poprzednimi edycjami wyrównałem czas do najlepszego do tej pory (chyba z 2015 r).
Na mecie pokazałem się po 01:00:21. Zająłem miejsce 187 z 401 startujących. Zacnie 🙂
Ciekawostki i informacje ogólne:
Biuro zawodów, wolontariusze, obsługa jak zwykle na wysokim poziomie. Pełen profesjonalizm 🙂
Tegoroczna edycja z oczywistej racji 100 lecia odzyskania niepodległości zaskutkowała w pakiecie czapeczką i eleganckim medalem na mecie. Według mnie naprawdę ładne, niech żałują Ci co nie mają 🙂
W pakiecie dawano też pojemniczek z różnymi ciastami. Fajny pomysł, nikomu nic nie zabrakło, można było skosztować wszystkich.
Jedną z gorszych rzeczy w życiu jest sytuacja gdy nasze wyobrażenia zderzają się z rzeczywistością. Najczęściej zderzenie te jest bolesne i rozczarowujące.
Cóż, mega szczęśliwcem nie jestem i dla mnie takim zderzeniem był niestety udział w tegorocznej Łemkowynie. A czemu? To poniżej.
Łemkowyna jawiła mi się jako bieg magiczny. Piękne widoki (klipy z tego biegu wymiatają), specyficzny klimat i perfekcyjna organizacja. Nie powiem, zachciało mi się być tego częścią.
Pilnowałem w zeszłym roku zapisów i jak tylko wystartowały to szybko wypełniłem formularz i opłaciłem wpisowe. Problemy nie wystąpiły, dokonało się – będę mógł pobiec 🙂
Przy analizie, który dystans wybrać (a do wyboru było 5 – 150 km, 100, 70, 48, 30) zdecydowały względy praktyczne. W Krośnie mam rodzinę i uznałem, że nie warto komplikować sytuacji startując około 100 km od niego (sam dojazd ode mnie w Podkarpackie to jakieś 450 km, więc wystarczy). Lepiej zacząć blisko czyli w Iwoniczu Zdr, tj. ~ 15 km odległości od Krosna.
Łemko Maraton to 48 km, +1400/-1310 m, 8 godzin limitu czyli wcale nie tak źle. Jest gdzie pobiegać.
Ze strony organizacyjnej wszystko szło dobrze. Na FB czy stronie organizatora wszystko co ważne pisze. Podają trasy, godziny, niezbędne wyposażenie. Nie ma opcji by coś przegapić i za to wielki plus.
Im bliżej zawodów tym większy zgrzyt pojawiał mi się jednak w ocenie mojej dyspozycji. Z jednej strony czułem duży progres w szybkości. Z drugiej mało biegam. Mało i krótko. W paru ultra już biegłem więc zacząłem się obawiać co to oznacza. A oznacza z reguły kłopoty.
Cóż… z reguły mam na to proste stwierdzenie – przyjdzie się zmęczyć na trasie. O rezygnacji z biegu mowy nie było.
Po przybyciu do Biura Zawodów nastąpiło wypełnienie stosownych zgód, odbiór pakietów i co sygnalizowano – weryfikacja wyposażenia obowiązkowego. Poważna sprawa, jeszcze nigdy takiej kontroli nie miałem. Odbieram ją jednak pozytywnie bo zabrać ze sobą na bieg te parę rzeczy nie tragedia, a o ile prościej w razie kłopotów na trasie.
Wszystko ok, zaliczone. Wziąłem torbę z gadżetami i pooglądałem stoiska expo. Zwyczajowo drogo i nic mnie nie porwało. Pakiet startowy hmmm… no szału nie ma. Kubeczek, żel, batonik, coś jadalne w torebce. Z ważnych rzeczy mapa trasy i w sumie tyle (+ parę ulotek). Ja wiem, że organizatorzy ładnie umieją wyjaśnić skąd wysoka cena i nic ciekawego w pakiecie ale kurcze, nie przekonuje mnie to. Mieli np. za sponsora Buffa, to już chociaż po tej chuście mogli dorzucić. A tu nic. Wszystko za to można było sobie ekstra dokupić.
No ale dobra, dla gadżetów się tylko nie biega, da się to jakoś przełknąć.
Dzień później zameldowałem się w Iwoniczu-Zdroju. Na trasie trwała już walka, biegli zawodnicy z 70 km. Chwilkę popatrzyłem i zabrałem się za ostatnie poprawki w sprzęcie (wiązanie bucików, zakładanie stuptutów) i w sobie (rozgrzewka). Coś miałem problem z dobrym zawiązaniem lewego buta. Wydawało mi się, że ciągle jest za mocno. Poprawiałem z 10 razy a i tak czułem mały dyskomfort. Przeczucie mnie nie myliło – na mecie jednak w miejscu podejrzanym obtarcie było 🙂
Wchodząc do stref startowych należało okazać dowód osobisty, odnotowywano na liście kto jest. W sumie nie wiem po co to. Wystarczyłoby patrzyć po numerach i wiadomo kto biegnie a kto nawet nie zaczął (po starcie komputer przecież ma od razu dane z chipów). Można by wysnuć wniosek, że zapobiega to oszustwu, iż pobiegnie za nas ktoś inny i być może to było bliższe prawdy.
Chwila oczekiwania, ostatnie info od organizatorów (postraszyli, iż ktoś zniszczył sporo oznaczeń na trasie i uzupełniali) i lecimy 🙂
Mam tu trochę dylemat co napisać. Wiadomo wszyscy lubią pot, krew i łzy. W sumie były ale … pozwolę sobie ominąć całą dokładną analizę trasy i mojej dyspozycji. Podam za to najważniejsze wg, mnie punkty.
Z tego co rozumiem na Łemkowynie największy fun robi błoto i piękne widoki. Tym razem, z powodu suchego lata i jesieni, tego błota było niewiele. Miejscami owszem, wszędzie jednak dało się je ominąć. Po prawdzie, to co było mi wystarczyło 🙂 Ze 2 razy nogi mi się rozjechały i mało a bym się wyrąbał. Raz podparłem się ręką, drugi dokonałem pół szpagat i jakoś pozbierałem.
Co do widoków. No były ale coś mało (na moim dystansie). Las, łąki z oddali piękne (próbka poniżej) ale w większości biegnie się między drzewami i tu jest „normalnie”.
Widoki na Łemko Maratonie
Za smutny fakt odnotowuję przy tym, że na trasie są fragmenty po asfalcie. Ze trzy dokładniej. Pierwszy w Rymanowie, drugi przy punkcie odżywczym w Puławach Górnych (tu chyba z 3 km tego asfaltu było, dużo…) i finish w Komańczy też leci się asfaltem (jakieś 1,5 km).
Wielkim plusem dla organizatorów jest fakt, że trasa oznaczona naprawdę dobrze. Nigdzie nie miałem chwili zawahania jak biec. Dodatkowo punkty odżywcze tam gdzie miały być. Wyposażone bardzo dobrze, wolontariusze pomocni. Szacun.
Pewnie cieszyłbym się tym wszystkim bardziej gdyby nie fakt, że no właśnie… szybko wymiękłem. Pierwsze 19.5 km (do punktu) zrobiłem świetnie, w około 2 godziny. Po ruszeniu z punktu jednak zaczęły się kłopoty. Na około 23 km złapał mnie skurcz łydki taki, że lądując na tej nodze wyłożyłem się na bok. Musiałem sobie chwilę posiedzieć na szlaku zanim w ogóle dałem radę wstać. Od tego momentu katastrofa. Nie mogłem biec, bo co tylko próbowałem to czułem spięcie łydek. Szedłem, ale za kolejne kilka kilometrów czuję skurcze tyłu ud (przy podejściach w górę). Ki diabeł. W życiu tam mnie nic nie łapało. Modląc się by szlak prowadził w miarę po prostej i w dół (bo tu mi się szło najlepiej) pokonywałem kolejne km.
Zaaplikowałem sobie magnez (miałem tabletki), na drugim punkcie do bukłaka wlałem izo i jakoś mi powoli odpuściło. Ostatnie kilka kilometrów pokonałem marszobiegiem. Kilkaset metrów przed metą to nawet całkiem szybko. Motywowały mnie jakieś dziewczyny prowadzące swoją koleżankę. Tekst, że ona biegnie a ja co tak będę szedł podziałał całkiem ok 🙂
Ostatnie metry przed meta
Na mecie zameldowałem się na pozycji 235 z 370 sklasyfikowanych. Czas 7:04:30’7. Niby z zapasem, niby nie ostatni ale naprawdę słabo. W punkcie w Puławach (połowa trasy) byłem sklasyfikowany na pozycji 131 więc sami możecie ocenić jak to wyszło.
Słaby trening się zemścił. Zły mogę być tylko na siebie, bo druga połowa maratonu było zdecydowanie korzystna. Sporo po prostej i z górki. Dużo można było tu zyskać gdybym biegł a nie szedł.
Szkoda.
Finisherów w Komańczy witał tłum kibiców. Wręczono medal (dzwoneczek z logo biegu) i można było świętować dobiegnięcie.
W ramach regeneracji, do zjedzenia były świetna kasza jaglana (wegetariańska lub z mięsem) i zupa pomidorowa. Bardzo smaczne. Jak ktoś chciał to mógł dokupić ciasto, regionalne piwo. Na zawodników czekały też hala gdzie dało się usiąść i zjeść i co ważne prysznice i przebieralnie. W prysznicu (koedukacyjnym ;)) niestety skończyła się ciepła woda, niemniej i tak umycie się dużo dało.
Jak ktoś chciał i mógł to później były koncert, ognisko. Ja zawinąłem się do domu.
Podsumowując.
Odcinając się zupełnie od wyniku sportowego (bo on powoduje moje spore rozgoryczenie) to powiedziałbym tak:
bieg zorganizowany bardzo dobrze. Trasa, wolontariusze, punkty, jasne regulaminy. Wszystko na wielki + Lubicie porządek i spokój to impreza dla Was.
z drugiej strony bańka kultowości chyba zbyt duża. Nie zrobiłem tego wow… będąc już na nim. Szkoda trochę, widać za dużo sobie wyobrażałem.
Minęły właśnie kolejne 2 miesiące treningów. Solidny kawał czasu, warto więc krótko podsumować krótko swoje dokonania. 08/2018
BIEGANIE: 155 km
ROWER: 156 km
Aktywnosci – 08/2018
09/2018
BIEGANIE: 134 km
ROWER: 205 km
Aktywnosci – 09/2018
Hmmm… ciężko tak naprawdę wysnuć mi konkretne/jednoznaczne wnioski z podanych powyżej numerków. Postaram się jednak wyartykułować chociaż kilka moich przemyśleń na ten temat.
Ostatnie dwa miesiące to naprawdę niezwykła ilość treningów jakie wykonałem. Duża w tym zasługa roweru bo i zdarzały się dni z dwoma lub więcej jazdami. Nie ukrywam są to zawsze jazdy rekreacyjne, w spokojnym tempie, niemniej aktywność jest i finalnie ma ona pozytywny wpływ.
Łącznie biegania i jazdy było dużo (widać na obrazkach) i ośmieliłbym się stwierdzić, że pomogło mi to ruszyć z wagą w dół. Ciągle jeszcze sporo kilo na plus mam ale waga stanęła na około 85. I lekkość już jest 🙂 To (i sygnalizowane w relacjach z biegów wzmocnienie psychiczne) z kolei rzutuje raczej na lepsze tempa biegów. Strasznie mi się to podoba 🙂
Martwi mnie natomiast tendencja biegowa. Jak widać sporo jest tygodni tylko z 3 treningami. W dalszym ciągu brakowało długich wybiegań (maksymalnie biegałem po 15 km). Słabo 🙁 Ponieważ za 2 tygodnie pobiegnę Łemko Maraton 48 czuję, że będzie boleć, o i to mocno 🙁
Cóż. Wydźwięk całościowy jest na plus. Forma ruszyła w górę, rekordy na 10 km trasach się sypią (dobra, poniosło mnie… :)) Zwyczajowo, jak to u mnie, zabrakło kropeczki na i. Czyli finalnie wyjdzie pewnie jak zwykle. Ze poczuciem niedosytu.
Standardowo już w połowie września wybrałem się na XXIV Międzynarodowy Bieg Uliczny w Twardogórze.
Tym razem nastawienie miałem wojownicze 🙂 Wzmocniony ostatnimi, dobrymi rezultatami liczyłem na zacny wynik. No, nie powiem (uprzedzając fakty) założenia udało się spełnić w 100% 🙂
Sam bieg w swojej formie nie zmienił się znacząco od ubiegłego roku. Jedyną nowością był fakt, że tym razem biuro zawodów nie mieściło się w Ratuszu ale pod namiotem przy jego ścianie. W sumie zmiana korzystna, wszystko co związane z biegiem (jedzenie, biuro, miejsce nagradzania) było koło siebie. Prościej trafić.
Czynności około-biegowe poszły sprawnie, popatrzyliśmy z Żoną na biegi poprzedzające (dzieci różnych kategorii, bieg mieszkańców) i pozostało czekać startu.
Trochę obawy budziła u mnie pogoda. Niezwykłe (jak na ten bieg) ale dzień był słoneczny, ciepły. Pojawił się stres czy nie wpłynie to na słabszą moją dyspozycję ale cóż zrobić… walczyć chciałem i tak. Rozgrzewka dokonana i do strefy startowej.
W strefie zająłem miejsce w pierwszej połówce stawki, odliczanie i lecimy 🙂
Początek wiadomo pod górkę, szybko poszło i jeszcze bez zwolnienia. Za kościołem pierwszy punkt nawadniający. Minąłem go i pora było trochę podkręcić tempo. Lekkie wypłaszczenie, kawałeczek znów pod górę i mój ulubiony fragment – z górki. Ładnie, tempa trzymałem poniżej 5 min.
Praktycznie cały bieg (5 okrążeń) tym razem utrzymałem biegnąć poniżej 5 min/km. Najsłabiej na 8 km zwolniłem do 5:02, ale w końcówce wykrzesałem z siebie jeszcze resztkę sił i znów z przodu pojawiło się 4.
Dla ciekawych tak wyglądało to w szczególe:
01 – 4:25 02 – 4:24 Najszybciej
03 – 4:31
04 – 4:47
05 – 4:42
06 – 4:52
07 – 4:46 08 – 5:02 Najwolniej
09 – 4:44
10 – 2:31 (no niestety wyszło około 0.5 km bo taka trasa)
Świetnie. Na mecie (oficjalnie) zameldowałem się z czasem 44:49. Wow, pobiłem swój rekord na tej trasie. Najszybciej, chyba w 2016 roku zrobiłem 47:29 min. Ogólnie można przyjąć, że jest to też mój najszybszy bieg na 10 w mojej karierze. Szkoda trochę, że trasa w Twardogórze nie ma pełnych 10 km, ciężko trochę wyczuć ile by było naprawdę przy atestowanym dystansie.
Ogólnie, Twardogóra to bieg specyficzny. Ten całkiem dobry wynik pozwolił mi tylko na zajęcie 63 miejsce z 90 sklasyfikowanych. W swojej kategorii M40 byłem 16.
Pochwalić należy w tym momencie moją Żonę, która przełamała się trochę i też pobiegła. Około 6 km zrobiła w 34:58, co jak na jej trening jest też rezultatem bardzo dobrym.
Na osłodę wysiłku udało się nam obojgu wylosować różne drobiazgi w loterii, więc zadowoleni mogliśmy wrócić do domu 🙂
Na sam koniec parę uwag o plusach i minusach imprezy jakie zanotowałem:
MINUS
– tylko 1 toj-toj na rynku, trzeba było czekać w kolejce,
– Kasa $$. Pisałem o tym nie raz. Twardogórzanie płacą za miejsca w OPEN i kategoriach. Ściągnęło to jednego czarnoskórego zawodnika i wielki team Ukraińców. W OPEN mężczyzn, pierwsze 6 miejsc należało do nich! W biegach kobiet podobnie. Co lepsze, sporo ich też wygrało również w kategoriach wiekowych. I to np. M 20-30-40. K-40. No przyznam się, że takiej sytuacji nie kojarzę z innych biegów. Cóż, Polacy mogli biegać szybciej, ale jednak ja uważam za mało sprawiedliwe rywalizowanie amatorów, z nie ukrywajmy profesjonalistami. A wiadomo, że Kenijczycy, Ukraińcy z biegów żyją,
PLUS
– organizacja sprawna, wszystko jasne, proste do zlokalizowania,
– mnóstwo dzieci na startach wcześniejszych. Aż im medali i koszulek zabrakło. Nie wiem jak to zrobili ale oby tak dalej! Może w przyszłości część z nich będzie biegać dalej.
Za rok pewnie też tu się wybiorę. Może jak zdrowie pozwoli to będzie bliżej 40 😉