Archiwum kategorii: Relacje z zawodów

Bieg Mikołajów Wrocław 02/12/2018

Zabierałem się do tej relacji już od jakiegoś czasu ale w sumie to nie wiem czy jest sens. Wskutek idei biegu (słusznej oczywiście) i niestety tego jak   wyszedł organizatorom (tu już gorzej) to ciężko go rozpatrywać w kategoriach sportowych.

Niemniej spróbuję opisać jak to było, może w kolejnej edycji uda się bardziej 🙂

Informację o biegu dostałem dość nieoczekiwanie. W firmie, gdzie pracuję, zorganizowano  klub biegacza i  właśnie Bieg Mikołajów był na liście możliwych do wystartowania. Czemu więc nie 🙂

Strona zawodów ujdzie, w sumie co  trzeba znalazłem. Dość późno umieszczono na niej ostatnie szczegóły (co, gdzie, kiedy) ale tragedii nie było, do ogarnięcia 🙂

Bieg Mikołajów organizowany jest w okolicy Stadionu Olimpijskiego. Trasa jest przez to dość kręta, poprowadzona mieszaną nawierzchnią (asfalt, szuter,  ubity grunt). Obawiałem się czy zapisana liczba biegaczy nie spowoduje korków ale o dziwo nie. Dało radę,  nie było kłopotów z omijaniem, biegnięciem.

Po przybyciu na miejsce startu należało udać się do biura zawodów co wiązało się z ryzykownym spacerem bo.. szło się po kostce granitowej, a dzień wcześniej padało i złapał mróz 🙂 Lodowisko aż miło 🙂

Pakiet startowy skromny. Torba płócienna, czapka mikołaja, batonik, bombka choinkowa  i chyba tyle. Czapka niemniej ładna, większość ludzi w niej wystartowało co ciekawie wyglądało na zdjęciach.

Przed właściwym startem były biegi dzieci, rozgrzewka i zwyczajowo można było ruszać.

Jak to u mnie uczucia miałem mieszane. Chciałoby się dobrze ale obawiam się kontuzji. Niewiele biegam znów (mimo, że regularnie) bo po którymś poprzednim treningu w górach czuję lewą stopę (śródstopie, bliżej góry). O ile w czasie biegu nic mi nie przeszkadza to chodząc lub mocniej jakoś obciążając nogę czasem pojawia się jakiś ból, Wyobraźnia podsuwa mi, że może pękła mi któraś kość… ale nie widzę opuchlizny, ani nic, więc liczę, że to tylko jakieś obicie, przeciążenie.
W każdym razie trening biegowe robię lekkie ostatnio i tylko poza asfaltem.

Wystartowałem dość żwawo, starając się trzymać równe tempo. Nawet to szło. Pierwszy km wolniej bo tłok, kolejne już w okolicach 5 min (pierwsza cyfra to 4, tylko końcówki bliżej 55 :)). Zwolniłem oczywiście w drugiej połowie biegu ale nawet nie tak tragicznie, ot pod 5:18-5:30.
Okrążenia wchodziły w miarę komfortowo. Nie było tłoku, dało się sprawnie przemieszczać. Po którymś kółku przy linii mety zaczęto wydawać wodę w butelkach. Nie brałem – zimno, pić się nie chciało. Większy tłok nastąpił po 4 kółku bo dużo osób stało za linią mety. Brało medale i zwyczajowo dzieliło się wrażeniami. Mogło to przeszkadzać tym, co jeszcze musieli biec.

Na tle konkurencji źle się w sumie nie zaprezentowałem. Oczywiście wymiatacze skończyli w trzydzieści kilka min, ale mnóstwo osób truchtało, szło. Wielu zawodników/zawodniczek poprzebieranych, grupki luźno przemieszczające się. Widać nastawienie na dobroczynność, która była ideą tego biegu (za każde okrążenie sponsor płacił jakąś sumę).

Meta. Ja to ten rozmazany 🙂

Finalnie zegarek pokazał mi takie wyniki: czas: 00:59:30, dystans: 11.38, średnie tempo 5:14 min’km.

Gdzie więc tu miejsce na moje narzekanie? Ano w tym, że na stronie podano, iż biegniemy 5 kółek. Po 4 usłyszałem, że niektórzy mówią, iż koniec. Ja (jak sporo innych) pobiegłem 5.
Wychodzi, iż faktycznie wystarczyło 4 okrążenia. Słabo, nie ukrywajmy – wiedząc, że biegniemy o 2 km mniej strategia tempowa  byłaby całkiem inna.
Oj… Do tej pory nie widzę też oficjalnych wyników co stawia w sumie organizatora w słabym świetle. Coś boję się, że się ich nie doczekam więc trudno. Co mi wyszło z cyferek podałem i tyle.

Po biegu pobrałem medal, wziąłem wodę, a że głodny nie byłem to poszedłem do auta, gdzie czekała moja małżonka. Można było wracać do domu. I tyle.

Wielkiego nastawienia na wynik, życiówki nie miałem więc to ratuje imprezę przed moją całkowitą krytyką 🙂

City Trail Wrocław 2018 czas zacząć :)

Z pewnym opóźnieniem, bo w pierwszym biegu nie mogłem wystartować, zacząłem tegoroczną rywalizację w cyklu City Trail.

O niuansach biegu raczej nie ma się co rozwodzić. Sprawdzona, ta sama formuła zawodów, co mi pasuje. Walka toczy się na trasie a nie z nowościami jakie wprowadzają organizatorzy 🙂

Mimo zaawansowanej jesieni Wrocław przywitał mnie ładną pogodą (ale mróz był) i zwyczajowo dużą ilością biegaczy.
Chcąc zaprezentować się z dobrej strony na trasie zafundowałem sobie solidną rozgrzewkę, a później ustawiłem się w pierwszych rzędach biegaczy na 22 min.
Przy starcie zapanowało małe zamieszanie bo fale ruszały dość nierówno, parę osób przekroczył linię czujników i nie wiedziało później co robić, czekać czy biec. Organizatorzy jakoś to ogarnęli i poszło.

Pierwsza prosta po starcie

Kilometry weszły mi w następujący sposób:
1 – 4:39
2 – 4:55
3 – 5:07
4 – 5:10
5 – 3:21 (standard na tej trasie, ostatni km niepełny)

Oficjalnie wykręciłem czas 23:08. Zająłem 228 miejsce z 579 sklasyfikowanych.

Teoretycznie jestem z siebie zadowolony. Widać jednak, że na 22 min to gotowy jeszcze w żaden sposób nie jestem. Szybko osłabłem. Spora w tym zasługa dużej masy i chyba nie ma wyjścia, chcę lepiej biegać to w końcu coś z tym muszę zrobić.
Miejmy nadzieję, że do biegu grudniowego już coś w tej materii drgnie 🙂

7 Górski Bieg Niepodległości – Świerki 11/11/2018

Szybciutki opis bo ciężko wymyślić koło od nowa (skoro biegam tu już kilka ładnych lat) 🙂

Końcówka roku to kolejny u mnie „standard” – Górski Bieg Niepodległości w Świerkach. Zwyczajowo już (jak to u mnie) do zawodów przystąpiłem targany różnymi wątpliwościami – jak pójdzie, czy będzie dobry wynik czy tez polegnę. Forma/samopoczucie dawały sprzeczne sygnały więc wiedziałem, że lekko nie będzie. Walka jednak być musiała i była.

Tegoroczny bieg w Świerkach w swojej zasadniczej otoczce nie uległ większym zmianą niż poprzednie edycje. To samo miejsce, stała już trasa. Widać jednak, jak z roku na rok rośnie jego renoma co przekłada się na liczbę chętnych do startu. Tym razem organizatorzy spodziewali się ponad 400 biegaczy co mi personalnie słabo się widziało – miałem obawy czy nie będzie dużego ścisku na trasie.  Liczbę biegaczy było już widać na parkingu, tyle aut jeszcze nigdy nie stało. Szczęśliwie powiem, że na trasie jednak było ok, dało radę biec w miarę luźno.
Bądźmy jednak szczerzy – trochę pomogłem swojemu „komfortowi” stając na starcie w miarę blisko początku stawki. W skutek tego nie musiałem przepychać się na pierwszym podbiegu z wolniejszymi (uspokajam szybszym nie przeszkadzałem).

Ładna pogoda w bieżącym roku dawała nadzieję na szybki bieg. Na trasie nie było błota, można było popuścić nogę 🙂 nie bojąc się wywrotki.
Rozgrzewkę zrobiłem dość solidną i od razu od startu ruszyłem ostro do przodu.

Chwila po starcie

„Zabijający” nieprzygotowanych 1,5 km podbieg udało mi się zrobić ciągle biegnąc. Tempo 1 km też nie najgorsze bo poniżej 7 min/km (6:57 dokładniej). Od drugiego km przyśpieszyłem i korzystając z wypłaszczenia starałem się jak najwięcej nadrobić (zanim zaczną się kolejne górki). Nawet to szło co widać po międzyczasach:

Pierwszy podbieg. Kawałek drogi wyasfaltowali a kiedyś tego tu nie było 🙂

2 – 5:47
3 – 5:14
4 – 4″57
5 – 4″36

Jeszcze jest siła. Przed 6 km.

Po piątym km zaczął się długi i mocny podbieg. Tu niestety czułem się już wypruty i w końcu trochę podchodziłem. Widać to w cyferkach 🙂
6 – 6:40
7 – 6″45
By nie było tak marnie, 8 km trochę w dół  i znów szybciej.
8 – 5:36
Nic co dobre długo nie trwa. Ot takie miłe urozmaicenie przed mega podejściem na Włodzicką Górę. Na górze jak kto miał siłę można było podziwiać świeżo wyremontowaną wieżę widokową. Ładnie ją zrobili 🙂
9 – 8:01
Finish biegu już lekko i przyjemnie – ciągle w dół.
10 – 4:01

Nieźle. Zadowolony jestem w miarę ze swojej dyspozycji (najbardziej boleję, że 6 i 7 km trochę podchodziłem).
Tegoroczna edycja okazała się być dla mnie ostatecznie bardzo dobrą. Poprawiłem czas o około 7 min (od zeszłego roku). Porównując z poprzednimi edycjami wyrównałem czas do najlepszego do tej pory (chyba z 2015 r).
Na mecie pokazałem się po 01:00:21. Zająłem miejsce 187 z 401 startujących. Zacnie 🙂

Ciekawostki i informacje ogólne:
Biuro zawodów, wolontariusze, obsługa jak zwykle na wysokim poziomie. Pełen profesjonalizm 🙂
Tegoroczna edycja z oczywistej racji 100 lecia odzyskania niepodległości zaskutkowała w pakiecie czapeczką i eleganckim medalem na mecie. Według mnie naprawdę ładne, niech żałują Ci co nie mają 🙂
W pakiecie dawano też pojemniczek z różnymi ciastami. Fajny pomysł, nikomu nic nie zabrakło, można było skosztować wszystkich.

Polecam bieg wszystkim 🙂

Łemko Ultra Maraton – 13/10/2018

Jedną z gorszych rzeczy w życiu jest sytuacja gdy nasze wyobrażenia zderzają się z rzeczywistością. Najczęściej zderzenie te jest bolesne i rozczarowujące.
Cóż, mega szczęśliwcem nie jestem i dla mnie takim zderzeniem był niestety udział w tegorocznej Łemkowynie.  A czemu? To poniżej.

Łemkowyna jawiła mi się jako bieg magiczny. Piękne widoki (klipy z tego biegu wymiatają), specyficzny klimat i perfekcyjna organizacja. Nie powiem, zachciało mi się być tego częścią.
Pilnowałem w zeszłym roku zapisów i jak tylko wystartowały to szybko wypełniłem formularz i opłaciłem wpisowe. Problemy nie wystąpiły, dokonało się – będę mógł pobiec 🙂
Przy analizie, który dystans wybrać (a do wyboru było 5 – 150 km, 100, 70, 48, 30) zdecydowały względy praktyczne. W Krośnie mam rodzinę i uznałem, że nie warto komplikować sytuacji startując  około 100 km od niego (sam dojazd ode mnie w Podkarpackie to jakieś 450 km, więc wystarczy). Lepiej zacząć blisko czyli w Iwoniczu  Zdr, tj. ~ 15 km odległości od  Krosna.

Łemko Maraton to 48 km, +1400/-1310 m, 8 godzin limitu czyli wcale nie tak źle. Jest gdzie pobiegać.

Ze strony organizacyjnej wszystko szło dobrze. Na FB czy stronie organizatora wszystko co ważne pisze. Podają trasy, godziny, niezbędne wyposażenie. Nie ma opcji by coś przegapić i za to wielki plus.

Im bliżej zawodów tym większy zgrzyt pojawiał mi się jednak w ocenie mojej dyspozycji. Z jednej strony czułem duży progres w szybkości. Z drugiej mało biegam. Mało i krótko. W paru ultra już biegłem więc zacząłem się obawiać co to oznacza. A oznacza z reguły kłopoty.

Cóż… z reguły mam na to proste stwierdzenie – przyjdzie się zmęczyć na trasie. O rezygnacji z biegu mowy nie było.

Po przybyciu do Biura Zawodów nastąpiło wypełnienie stosownych zgód, odbiór pakietów i co sygnalizowano – weryfikacja wyposażenia obowiązkowego. Poważna sprawa, jeszcze nigdy takiej kontroli nie miałem. Odbieram ją jednak pozytywnie bo zabrać ze sobą na bieg te parę rzeczy nie tragedia, a o ile prościej w razie kłopotów na trasie.

Wszystko ok, zaliczone. Wziąłem torbę z gadżetami i pooglądałem stoiska expo. Zwyczajowo drogo i nic mnie nie porwało. Pakiet startowy hmmm… no szału nie ma. Kubeczek, żel, batonik, coś jadalne w torebce. Z ważnych rzeczy mapa trasy i w sumie tyle (+ parę ulotek). Ja wiem, że organizatorzy ładnie umieją wyjaśnić skąd wysoka cena i nic ciekawego w pakiecie ale kurcze, nie przekonuje mnie to. Mieli np. za sponsora Buffa, to już chociaż po tej chuście mogli dorzucić. A tu nic. Wszystko za to można było sobie ekstra dokupić.
No ale dobra, dla gadżetów się tylko nie biega, da się to jakoś przełknąć.

Dzień później zameldowałem się w Iwoniczu-Zdroju. Na trasie trwała już walka, biegli zawodnicy z 70 km. Chwilkę popatrzyłem i zabrałem się za ostatnie poprawki w sprzęcie (wiązanie bucików, zakładanie stuptutów) i w sobie (rozgrzewka). Coś miałem problem z dobrym zawiązaniem lewego buta. Wydawało mi się, że ciągle jest za mocno. Poprawiałem z 10 razy a i tak czułem mały dyskomfort. Przeczucie mnie nie myliło – na mecie jednak w miejscu podejrzanym obtarcie było 🙂

Wchodząc do stref startowych należało okazać dowód osobisty, odnotowywano na liście kto jest. W sumie nie wiem po co to. Wystarczyłoby  patrzyć po numerach i wiadomo kto biegnie a kto nawet nie zaczął (po starcie komputer przecież ma od razu dane z chipów). Można by wysnuć wniosek, że zapobiega to oszustwu, iż pobiegnie za nas ktoś inny i być może to było bliższe prawdy.

Chwila oczekiwania, ostatnie info od organizatorów (postraszyli, iż ktoś zniszczył sporo oznaczeń na trasie i uzupełniali) i lecimy 🙂

Mam tu trochę dylemat co napisać. Wiadomo wszyscy lubią pot, krew i łzy. W sumie były ale … pozwolę sobie ominąć całą dokładną analizę trasy i mojej dyspozycji. Podam za to najważniejsze wg, mnie punkty.

Z tego co rozumiem na Łemkowynie największy fun robi błoto i piękne widoki. Tym razem, z powodu suchego lata i jesieni, tego błota było niewiele. Miejscami owszem, wszędzie jednak dało się je  ominąć. Po prawdzie, to co było mi wystarczyło 🙂 Ze 2 razy nogi mi się rozjechały i mało a bym się wyrąbał. Raz podparłem się ręką, drugi dokonałem pół szpagat i jakoś pozbierałem.

Co do widoków. No były ale coś mało (na moim dystansie). Las, łąki z oddali piękne (próbka poniżej) ale w większości biegnie się między drzewami i tu jest „normalnie”.

Widoki na Łemko Maratonie
Widoki na Łemko Maratonie

Za smutny fakt odnotowuję przy tym, że na trasie są fragmenty po asfalcie. Ze trzy dokładniej. Pierwszy w Rymanowie, drugi przy punkcie odżywczym w Puławach Górnych (tu chyba z 3 km tego asfaltu było, dużo…) i finish w Komańczy też leci się asfaltem (jakieś 1,5 km).

Wielkim plusem dla organizatorów jest fakt, że trasa oznaczona naprawdę dobrze. Nigdzie nie miałem chwili zawahania jak biec. Dodatkowo punkty odżywcze tam gdzie miały być. Wyposażone bardzo dobrze, wolontariusze pomocni. Szacun.

Pewnie cieszyłbym się tym wszystkim bardziej gdyby nie fakt, że no właśnie… szybko wymiękłem. Pierwsze 19.5 km (do punktu) zrobiłem świetnie, w około 2 godziny. Po ruszeniu z punktu jednak zaczęły się kłopoty. Na około 23 km złapał mnie skurcz łydki taki, że lądując na tej nodze wyłożyłem się na bok. Musiałem sobie chwilę posiedzieć na szlaku zanim w ogóle dałem radę wstać. Od tego momentu katastrofa. Nie mogłem biec, bo co tylko próbowałem to czułem spięcie łydek. Szedłem, ale za kolejne kilka kilometrów czuję skurcze tyłu ud (przy podejściach w górę). Ki diabeł. W życiu tam mnie nic nie łapało. Modląc się by szlak prowadził w miarę po prostej i w dół (bo tu mi się szło najlepiej) pokonywałem kolejne km.
Zaaplikowałem sobie magnez (miałem tabletki), na drugim punkcie do bukłaka wlałem izo i jakoś mi powoli odpuściło. Ostatnie kilka kilometrów pokonałem marszobiegiem. Kilkaset metrów przed metą to nawet całkiem szybko. Motywowały mnie jakieś dziewczyny prowadzące swoją koleżankę. Tekst, że ona biegnie a ja co tak będę szedł podziałał całkiem ok 🙂

Lemko Maraton 48
Ostatnie metry przed meta

Na mecie zameldowałem się na pozycji  235 z 370 sklasyfikowanych. Czas 7:04:30’7. Niby z zapasem, niby nie ostatni ale naprawdę słabo. W punkcie w Puławach (połowa trasy) byłem sklasyfikowany na pozycji 131 więc sami możecie ocenić jak to wyszło.
Słaby trening się zemścił. Zły mogę być tylko na siebie, bo druga połowa maratonu było zdecydowanie korzystna. Sporo po prostej i z górki. Dużo można było tu zyskać gdybym biegł a nie szedł.

Szkoda.

Finisherów w Komańczy witał tłum kibiców. Wręczono medal (dzwoneczek z logo biegu) i można było świętować dobiegnięcie.
W ramach regeneracji, do zjedzenia były świetna kasza jaglana (wegetariańska lub z mięsem) i zupa pomidorowa. Bardzo smaczne. Jak ktoś chciał to mógł dokupić ciasto, regionalne piwo. Na zawodników czekały też hala gdzie dało się usiąść i zjeść i co ważne prysznice i przebieralnie. W prysznicu (koedukacyjnym ;)) niestety skończyła się ciepła woda, niemniej i tak umycie się dużo dało.
Jak ktoś chciał i mógł to później były koncert, ognisko. Ja zawinąłem się do domu.

Podsumowując.
Odcinając się zupełnie od wyniku sportowego (bo on powoduje moje spore rozgoryczenie) to powiedziałbym tak:

  • bieg zorganizowany bardzo dobrze. Trasa, wolontariusze, punkty, jasne regulaminy. Wszystko na wielki + Lubicie porządek i spokój to impreza dla Was.
  • z drugiej strony bańka kultowości chyba zbyt duża.  Nie zrobiłem tego wow… będąc już na nim. Szkoda trochę, widać za dużo sobie wyobrażałem.

XXIV Międzynarodowy Bieg Uliczny – 16/09/2018

Standardowo już w połowie września wybrałem się na XXIV Międzynarodowy Bieg Uliczny w Twardogórze.
Tym razem nastawienie miałem wojownicze 🙂 Wzmocniony ostatnimi, dobrymi rezultatami liczyłem na zacny wynik. No, nie powiem (uprzedzając fakty) założenia udało się spełnić w 100% 🙂

Sam bieg w swojej formie nie zmienił się znacząco od ubiegłego roku. Jedyną nowością był fakt, że tym razem biuro zawodów nie mieściło się w Ratuszu ale pod namiotem przy jego ścianie. W sumie zmiana korzystna, wszystko co związane z biegiem (jedzenie, biuro, miejsce nagradzania) było koło siebie. Prościej trafić.

Czynności około-biegowe poszły sprawnie, popatrzyliśmy z Żoną na biegi poprzedzające (dzieci różnych kategorii, bieg mieszkańców) i pozostało czekać startu.

Trochę obawy budziła u mnie pogoda. Niezwykłe (jak na ten bieg) ale dzień był słoneczny, ciepły.  Pojawił się stres czy nie wpłynie to na słabszą moją dyspozycję ale cóż zrobić… walczyć chciałem i tak. Rozgrzewka dokonana  i do strefy startowej.

W strefie zająłem miejsce w pierwszej połówce stawki, odliczanie i lecimy 🙂

Początek wiadomo pod górkę, szybko poszło i jeszcze bez zwolnienia. Za kościołem pierwszy punkt nawadniający. Minąłem go i pora było trochę podkręcić tempo. Lekkie wypłaszczenie, kawałeczek znów pod górę i mój ulubiony fragment – z górki. Ładnie, tempa trzymałem poniżej 5 min.

Praktycznie cały bieg (5 okrążeń) tym razem utrzymałem biegnąć poniżej 5 min/km. Najsłabiej na 8 km zwolniłem do 5:02, ale w końcówce wykrzesałem z siebie jeszcze resztkę sił i znów z przodu pojawiło się 4.
Dla ciekawych tak wyglądało to w szczególe:

01 – 4:25
02 – 4:24 Najszybciej
03 – 4:31
04 – 4:47
05 – 4:42
06 – 4:52
07 – 4:46
08 – 5:02 Najwolniej
09 – 4:44
10 – 2:31 (no niestety wyszło około 0.5 km bo taka trasa)

Świetnie. Na mecie (oficjalnie) zameldowałem się z czasem 44:49. Wow, pobiłem swój rekord na tej trasie. Najszybciej, chyba w 2016 roku zrobiłem 47:29 min. Ogólnie można przyjąć, że jest to też mój najszybszy bieg na 10 w mojej karierze. Szkoda trochę, że trasa w Twardogórze nie ma pełnych 10 km, ciężko trochę wyczuć ile by było naprawdę przy atestowanym dystansie.

Ogólnie, Twardogóra to bieg specyficzny. Ten całkiem dobry wynik pozwolił mi tylko na zajęcie 63 miejsce z 90 sklasyfikowanych. W swojej kategorii M40 byłem 16.

Pochwalić należy w tym momencie moją Żonę, która przełamała się trochę i też pobiegła. Około 6 km zrobiła w 34:58, co jak na jej trening jest też rezultatem bardzo dobrym.

Na osłodę wysiłku udało się nam obojgu wylosować różne drobiazgi w loterii, więc zadowoleni mogliśmy wrócić do domu 🙂

Na sam koniec parę uwag o plusach i minusach imprezy jakie zanotowałem:

MINUS
– tylko 1 toj-toj na rynku, trzeba było czekać w kolejce,
– Kasa $$. Pisałem o tym nie raz. Twardogórzanie płacą za miejsca w OPEN i kategoriach. Ściągnęło to jednego czarnoskórego zawodnika i wielki team Ukraińców. W OPEN mężczyzn, pierwsze 6 miejsc należało do nich! W biegach kobiet podobnie. Co lepsze, sporo ich też wygrało również w kategoriach wiekowych. I to np. M 20-30-40. K-40.  No przyznam się, że takiej sytuacji nie kojarzę z innych biegów. Cóż, Polacy mogli biegać szybciej, ale jednak ja uważam za mało sprawiedliwe rywalizowanie amatorów, z nie ukrywajmy profesjonalistami. A wiadomo, że Kenijczycy, Ukraińcy z biegów żyją,

PLUS
– organizacja sprawna, wszystko jasne, proste do zlokalizowania,
– mnóstwo dzieci na startach wcześniejszych. Aż im medali i koszulek zabrakło. Nie wiem jak to zrobili ale oby tak dalej! Może w przyszłości część z nich będzie biegać dalej.

Za rok pewnie też tu się wybiorę. Może jak zdrowie pozwoli to będzie bliżej 40 😉

Bieg z widokiem na Kolorowe Jeziorka – 09/09/2018

Kontynuując sezon startowy, tydzień po Biegu Pustelnika wybrałem się do Wieściszowic, na 10 km Bieg z widokiem na Kolorowe Jeziorka.

Kolorowe Jeziorka położone są w malowniczym paśmie Rudaw Janowickich i ogólnie bardzo polecam każdemu się tam wybrać. Ponieważ byłem tu już kiedyś turystycznie to liczyłem właśnie na ciekawą trasę a przy tym dobre górskie bieganie. Około 150 zapisanych osób na trasie też brzmi zacnie, przynajmniej nie powinno być wielkiego tłoku 🙂

Start biegu zaplanowany był na godzinę 11:00 więc spokojnie wyruszyliśmy w drogę (w sumie identyczną jak ostatnio) około 09:00.  Bałem się trochę utrudnień w samych Wieściszowicach bo niestety, wszystko mają tam extra ale drogę dojazdową do parkingów przed Jeziorkami tragiczną – wąską i krętą. Przy ruchu aut w dwie strony stoi się tam stoi w korku.
Tym razem tragicznie nie było, widać, że po sezonie. Większość parkingów zamknięta na głucho, dojechaliśmy na sam start (parking nr.2). Fajnie, blisko do biura zawodów jak i na sam bieg. Dla biegaczy były zagwarantowane darmowe miejsca więc radość podwójna 🙂

Po ustawieniu maszyny udałem się po odbiór pakietu. Szybko i bez większych kolejek załatwiłem co trzeba. Numer pobrany, w pakiecie, trochę ulotek, widokówki z gminy, fajny szklany słój z krówkami i ciekawostka dla mnie – jakaś potrawa z kurczaka przeznaczona dla sportowców (Chicks & Sport Extreme). No i zacnie 🙂

Po wizycie w biurze pozostało się przebrać w strój i szykować. Moi kibice po pyknięciu mi pamiątkowej fotki udali się na zwiedzanie a ja wziąłem się za rozgrzewanie.
Rekonesans wskazał, że trasa od razu po starcie wiodła pod górę ale podobnie jak w Pustelniku wypłaszczała się za kilkadziesiąt metrów więc uznałem, że trzeba będzie wytrzymać.

Bieg z widokiem na Kolorowe Jeziorka
Rozgrzewka przed walką 🙂

Chwila oczekiwania na start, przemowy organizatorów i oficjeli (uwaga – nagłośnienie tragiczne. Głośniki skierowane były gdzieś na biuro zawodów a ludzie stali na starcie, niewiele szło zrozumieć 🙁 ) no i można lecieć.

Bieg z widokiem na Kolorowe Jeziorka
Profil trasy

Ustawiłem się stosunkowo blisko przodu, gdyż uznałem, że szkoda energii na przepychanie się. Słuszna strategia, „elita” ruszyła szybciej a ja znalazłem swoje miejsce i przynajmniej nikt mnie nie blokował (liczę, że ja innych też  nie :)).

Małe wtrącenie o trasie:
Trasa biegu w całości jest szeroka, szutrowa, leśne ścieżki. Asfaltu było może z 300 metrów. Technicznie nie jest mocno wymagająca, może tylko z jeden kawałek zbiegowy był na tyle ciężki, że hamowałem. Na reszcie w dół ładnie można było się rozkręcić, a przy tym „odpocząć”.

Pierwsze metry i czuję, że jest źle. Dzień wcześniej w ramach rekreacji zafundowałem sobie 50 km rowerem no i było to czuć. Nogi trochę sztywniejsze, czuję, że tętno mocno leci w górę, oddech jakbym łapał ostatnie tchnienie.
Szczęśliwie dla mnie po początku nastąpiło około 500 metrowe wypłaszczenie gdzie złapałem lepszy rytm 🙂
Rozbieg się przydał bo po 0.5 km zaczęła się góra. Oj, ostra. Chwilę biegłem, później szybki spacer.

Bieg z widokiem na Kolorowe Jeziorka
Pniemy się pod pierwszą górę

Jak widać z profilu od 1.5 do 3km to przyjemniejszy fragment trasy – z górki. Dobrze tu cisnąłem, znów trochę poniżej 4 min/km.
Jest z górki, to wiadomo będzie pod. Ten moment nastąpił trochę po 3 km. Był tu punkt odżywczy, dawano wodę w butelkach. Przydała się, biegłem z nią do końca i sporo zużyłem. Na 8 km był kolejny pkt z wodą w kubeczkach ale z niego nie korzystałem.
Te 3 km podgórkowe 🙂 to mix biegu z podejściami. Tempo spadło no ale nie aż tak źle.
Od około 6 km znów zrobiło się z górki i tu nawet cisnąłem. Tempo 4:20-4:50 pozwoliło mi nie dać się nikomu wyprzedzić (z konkurentów biegnących w moim zakresie oczywiście).
Przy końcu krótki moment w górę ale na szczęście sił tu starczyło by wziąć go w całości biegiem.
No i wreszcie ~ 10,6 km finish 🙂

Na mecie zameldowałem się z dobrym jak na mnie czasem 01:03:16. Dało mi to miejsce 45 na 120 startujących. W kategorii M40 byłem 10 z 22.
Pomiar czasu na mecie dokonywany ręcznie przez organizatora, nie ma chipów jak kogoś to ciekawi.

Nieźle, jestem z siebie zadowolony, mimo, że ciągle nie mam optimum formy. Ten (jak i poprzedni) bieg dały mi jednak siłę psychiczną – zobaczyłem, że jestem w stanie utrzymać tempa sporo większe niż robiłem to do tej pory (często biegłem bowiem zbyt zachowawczo, treningową szybkością).

Wracając do biegu 🙂 Po osiągnięciu mety, przebrałem się, zjadłem dobrą zupę, wypiłem kawę i herbatę. Nie było tu planowanej loterii więc uznałem, że nie czekamy na dekoracje. Omijając ewentualny korek wracających biegaczy ruszyliśmy do domu.

Finalnie. Polecam. Takie biegi lubię. Fajna trasa, dobra organizacja, brak tłoku na trasie. Spróbujcie sami za rok 🙂

III Bieg Pustelnika – 02/09/2018

Początek tego roku to w sumie u mnie biegowa posucha. Wypościłem się fest i jakoś tak wyszło, że teraz rzuciłem się na zawody 🙂

3 Bieg Pustelnika (w miejscowości Pustelnik koło Bolkowa) to w sumie zawody spontaniczne. Przeglądając stronę Rozbieganej Gminy Marciszów (zapisany tu jestem na Bieg z Widokiem na Kolorowe Jeziorka, polecam przy okazji zobaczyć jeziorka, bo bieg to jeszcze nie wiem :)) zauważyłem zaproszenie na BP (Bieg Pustelnika).
Czemu nie. Blisko od mojej miejscówki to sobie pobiegnę. Zapisałem się na DataSporcie.

W sumie o biegu niewiele informacji. Swojej strony nie mają, na FB  nic. Regulaminy umieszczone „przy okazji” na innych portalach, szczęśliwie, że same zapisy na DataSporcie.
Patrząc na liczbę biegaczy zapowiadał się bieg „mega” kameralny. W zapisach wpisało się około dwudziestu kilku osób, na starcie stanęło chyba około 40 (UPDATE – 22 :)). Wow, nie pamiętam takich zawodów!
Początkowo czułem dziwną wiarę w swoje siły. Mało rywali a taki biegacz jak ja to może coś wygram? Hmmm… z czasem realizm zwyciężył. Nie było podziału na kategorie, a przecież pewnie wystartują takie „konie”, że dobrze bym ostatni nie był. Nie powiem stresik się pojawił, ale co tam. Będzie co ma być 🙂

Podróż do Pustelnika upłynęła dobrze. Nawigacja mnie nie zawiodła, chociaż muszę chyba przejrzeć jej ustawienia bo ciągnie mnie ostatnio drogą najszybszą, czyli w sumie dłuższą. W niedzielę po takich „dziurach” to można sobie pojechać i lokalnymi ścieżkami. Coś się zawsze ładnego zobaczy (tak abstrahując od biegania).
W samej wiosce ładnie zaznaczono trasę strzałkami, dało się więc dotrzeć na miejsce biura zawodów.
Auta są, biegacze jacyś też czyli wszystko ok.

Podeszliśmy do biura zawodów (namiocik na poboczu). Opłaciłem start, wypisałem oświadczenia i podreptaliśmy z Żoną do auta bym mógł się przebrać.
Pewien dylemat miałem z garderobą bo było pochmurno i wskoczyłem w długi rękaw (lekki bo lekki ale jednak). Po chwili rozgrzewki jednak już się zapociłem i szybko zmieniałem bluzę na koszulkę bez rękawów.

3 Bieg Pustelnika
Przed startem, jeszcze na długo 🙂

Czas pozostały do startu przeznaczyłem na solidną rozgrzewkę i rekonesans trasy. Początek bowiem od razu prowadził pod górę i myślałem jak zacząć by się nie spalić. Okazało się, że to tylko kilkadziesiąt (może z 200) metrów i będzie w dół. No cóż 🙂 to spróbujemy ostro 🙂

Prowadzący króciutko opowiedział o trasie, podumali nad małą ilością biegaczy i zaprosili wszystkich na start.

Odliczanie i poszli 🙂 Pierwsi biegacze ruszyli naprawdę mocno. Grupa kilku  osób ruszyła z kopyta i szybko wyszło, że z nimi nie mam szans. Utrzymałem się jednak w drugiej fali, kolejnych paru osób.

Pierwszy kilometr zrobiłem w 4 minuty więc nie ukrywajmy dużo za mocno jak na mnie, nawet nie licząc, że sporo było z górki. Profil trasy poniżej.

Profil trasy 3 Biegu Pustelnika
Profil trasy 3 Biegu Pustelnika

Z mojej grupki do przodu wyszło jeszcze z 2-3 biegaczy a ja przez większość trasy toczyłem walkę z dziewczyną, która zbiegała dużo lepiej niż ja, za to pod górki ją dochodziłem. Momentami przechodziła do marszu i tu ją brałem, ale za chwilę jak się wypłaszczało to na prowadzenie wychodziła ona. Dobra była, szacun! bo w końcu mi znikła i widziałem ją dopiero pod koniec (na ostatniej górce). Bez szans jednak bym ją już doszedł.

Okazało się już jakoś pod 4 km (tu był jedyny punkt odżywczy na trasie – nawadniający dokładniej), że biegnę sam.

Niezbyt to lubię ale cóź. Trasa była opisana dobrze. Na drzewach były tasiemki, co trochę strzałki kierunkowe (na zakrętach). W jednym miejscu był też człowiek, który pokazywał gdzie skręcić.

Jakoś na szczycie Krąglaka (najwyższy pkt. trasy, ~5 km) posłyszałem, że ktoś mnie dochodzi. Faktycznie w zasięgu pojawił się biegacz (najstarszy uczestnik biegu, lokalny zresztą). Szkoda mi było oddać pozycję więc z górki rzuciłem się w dół naprawdę ostro 🙂 Okazało się to skuteczne, zniknął. Ładnie leciałem od 5 do 8 km (w sumie tempo około 5 min/km, najszybciej weszło. 4:31, min/km. najwolniej 5:20).

3 Bieg Pustelnika
Ostatnie metry przed metą

Tak dotarłem do końcowego podejścia (ponad 9 km). Mój konkurent mignął mi znów z tyłu, ale jednak na górkę wdrapałem się szybciej niż on i z góry już dowiozłem „zwycięstwo” do mety.

Wow, w ferworze walki okazało się, że zgubiłem numer startowy. Nawet nie wiem gdzie 🙁 Niestety numery nie miały dziurek i trzeba było zrobić je samemu (chcąc zawiesić go na pasku biegowym). Chyba za duże wydłubaliśmy z małżonką (to tak dyplomatycznie bo ona dłubała sama ;)).

Szczęśliwie nie robiono z tego tragedii i zapisano mnie na listę finisherów. Przy okazji – pomiar czasu tradycyjnie stoperem, nie było elektroniki, chipów.

Po biegu dostałem medal i torbę z gadżetami (lokalne informatory o atrakcjach, mapa gór w regionie, batonik). Fajne, wygląda, że sporo tu ciekawych rzeczy do zobaczenia i pewnie jakaś wycieczka będzie.

Nie mam niestety oficjalnych wyników, nie zamieszono jeszcze albo nie umiem znaleźć, ale z informacji wynikało, że byłem około 12-14 (UPDATE – 12. czas oficjalny 55:40). No nieźle, zadowolony jestem bo to  wsumie połowa biegaczy.
Z mojego Suunto wyszły takie dane:

Dystans: 9.89 km
Czas: 00:55:41
Średnie tempo:  5:38 min/km
Międzyczasy:
01 – 4:15
02 – 5:57
03- 6:14
04 – 5:40
05 – 7:47
06 – 5:35
07 – 4:31
08 – 4:44
09 – 5:20
10 – 5:38

Po biegu szybko się przebrałem i pozostało oczekiwać na dekoracje, losowanie nagród (bo było). Oczekiwanie umilił występ lokalnego klubu tanecznego i degustacja. Dla biegaczy (i rodzin bo jedzenia było dużo) było leczo, bułeczki, drożdżowe ciasto ze śliwkami,  ciasteczka, czekoladowe cukierki. Do picia wręczono wodę. Wszystko dobre.

3 Bieg Pustelnika
W oczekiwaniu na dekoracje zwycięzców

Wręczano też dyplomy dla biegaczy (za ukończenie biegu). Hmmm.. wydaje mi się, ze mieli dostać je wszyscy ale chyba nie. Ja nie dostałem, wydaje mi się, że parę osób też. Nie wiem dlaczego, minus dla organizatora.
Dekoracje zwycięzców poszły szybko, losowanie też (nagrody ciekawe takie – iglaki, gadżety biegowe, słoiczki miodu :)). No niestety nic nie wygrałem. Szkoda.

Podsumowując.
Na PLUS. Bieg ciekawy, kameralny. Dobrze opisany dojazd, biuro zawodów działało jak trzeba.  Wymagająca trasa (bardzo dobrze oznaczona). Po biegu występy, losowanie nagród i pyszne lokalne jedzenie.
Na MINUS. Prowadzący niewiele mówił ciekawostek (o trasie, biegu). Niejasne wręczanie dyplomów. Mało wiadomo o biegu – brak strony, FB, reklam.

FINALNIE – Polecam.

Na koniec jeszcze mała dygresja. Organizatorzy trochę martwili się ilością biegaczy. Rozumiem, że pewnie lepiej dla nich (gminy, sponsorów) byłoby gdyby przyjechało ich więcej. Do tego jednak potrzeba w sumie jednego – lepszej reklamy. Obawiam się również, czy jak tych biegaczy przyjedzie dużo czy oni z tą organizacją to ogarną. Jednak więcej ludzi = więcej pracy, wyzwań itp.

Cóż. Chcecie zobaczyć sami to przyjeżdżajcie. Bieg za rok będzie – 02/09/2019.

Zawody, zawody

Ponieważ już się trochę kajałem za swoje lenistwo w poprzednim poście pozwolę sobie zasygnalizować o 2 biegach jakie dokonałem, a opuścić dokładny ich opis.
Oba biegi z gatunku moich cyklicznych, w sumie jak kto ciekawy to w opisach z lat poprzednich znajdzie wszystko co trzeba.

9 Regatta Bieg na Wielką Sowę
Czas: 01:08:25
Miejsce Total: 397
Miejsce M40: 68
Bieg wyszedł mi akceptowalnie. Czas zanotowałem bardzo zbliżony do ubiegłorocznego. Niestety, zmieniono trochę trasę (dystans finalny raczej podobny, chodzi o przebieg) i ciężko stwierdzić na 100% czy to było dobrze czy źle 🙂
Zadowolony jestem jednak bardzo ze strategii – zacząłem wolniej i w zawodach miałem siły na końcówkę. Oprócz 2 fragmentów gdzie bieg nie ma wielkich sensu (na moim poziomie), resztę trasy pokonałem biegnąc.

BWS 2018 – meta

XIX Toyota Półmaraton Wałbrzych
Czas: 02:05:37
Miejsce Total: 1211
Miejsce M40: 369
Porażka. W tym roku panowały ciężkie warunki na trasie, było bardzo gorąco. Swoje to na pewno dołożyło (pamiętam 2016 Maraton Wrocław) ale czy tylko to było powodem nie zmieszczenia się w 2 godzinach to nie wiem…
Na zmienionej trasie biegło mi się o dziwo całkiem dobrze. Wystartowałem z balonami na 1:45. Odeszły mi (to wiadomo, tak szybko nie biegam) ale myślałem, że daję radę. Pierwsza połowa pod kontrolą, ciągle biegiem i poniżej godziny. Do 15 km szło ok, a później na patelni drogowej 🙂 mnie odcięło. Zacząłem podchodzić, podbiegać i już do końca nie dałem rady. Za chwile zobaczyłem mijające mnie baloniki z 2:00. Próbowałem ich gonić ale nie było sił.
Niestety, myślałem, że temat 2 godzin w ulicznym Półmaratonie mam już ogarnięty, a tu widać, że nie. Zdarzają się wpadki 🙁
Międzyczasy miałem takie:

Pomiar
Check Point
Czas
Time
Msc open
Open
Msc katw
In age
Prędkość (km/h)
Speed
Tempo (min/km)
4.5 km 00:24:34 1278 389 10.99 5:28
10 km 00:56:14 1185 366 10.67 5:37
10.5 km 00:59:27 1183 365 10.6 5:40
15 km 01:25:05 1106 340 10.58 5:40
20.5 km 02:02:24 1211 370 10.05 5:58
FINISH 02:05:37 1211 369 10.08 5:57

Jak widać ostatnie 5 km położyło sprawę.

3 Razy Śnieżka – Ultramaraton Górski 24/06/2018

3 razy Sniezka

3xŚnieżka miała być moim pierwszym poważniejszym wyzwaniem w tym roku. Zbierałem się do niej, trenowałem (albo i nie) a im bliżej startu to czułem, iż wyszło zwyczajowo 🙂 Nie przygotowałem się tak jak trzeba więc stresik, czy dam radę, oczywiście był.

Ale po kolei –  najpierw parę informacji porządkowych (i mam nadzieję wartych zapamiętania ciekawostek) dla tych, którzy może w przyszłości też zechcą wystartować 🙂

Śnieżka okazuje się być biegiem „kultowym” co oznacza, że zapisy trwają krótko i trzeba ich mocno pilnować. Szczęśliwie udało mi się nie zaspać i wpisać/opłacić w terminie 🙂 Plusem tego była na pewno niższa opłata startowa, bo z czasem stawka oczywiście rośnie.

Do wyboru są 3 dystanse – 1x dla początkujących (17 km, długi limit czasu 10 godzin), 2x (36 km, 7 godzin) i dla prawdziwych ultrasów 3x (55 km, 10 godzin).
W tym roku dodatkowo impreza miała ranking Mistrzostw Świata WMRA co spowodowało u mnie pewną, o dziwo, dobrą pomyłkę 🙂
Jako miłośnik wyzwań pierwotnie planowałem start na dystansie 3x. No bo jak, nie dam rady czy co? 🙂 Wizja uczestnictwa w owych Mistrzostwach (rozgrywanych na dystansie 2x) „kazała” mi jednak wpisać się właśnie na 2x. Ale fuks! W mistrzostwach oczywiście wystartować nie mogłem bo to osobny bieg dla zawodowców, ale przynajmniej wytrzymałem trudy trasy. A trzy rundki powiem szczerze to raczej by mnie zniszczyło 🙂

Powracając do tematu 🙂
Bieg ma swoją stronę, momentami ciężką do ogarnięcia ale przy odrobienie cierpliwości da się tam wyszukać co trzeba (regulamin, listy startowe itp. itd). Jest oczywiście strona na FB więc fani netu będą online z tym co ważne.

Pierwotnie (logistycznie – ciuchy, wyposażenie) nie szykowałem się w sposób zbyt wyszukany. Chciałem biec na krótko 🙂 Szczęśliwie dla mnie, w dyskusji na forum bieganie.pl padła informacja, że na Śnieżce będzie zła pogoda… Naprawdę ważna rzecz. Mamy lato, myślałem, że będzie tam z 20 stopni a okazało się, że będzie padać, temperatura oscylująca około 0 stopni (odczuwalna zaś -17!). Sprawdźcie to sobie dobrze bo może się okazać, że natura będzie waszym wrogiem.

Po tych rewelacjach przeorganizowałem całkowicie strój startowy. Wziąłem skarpetki i opaski kompresyjne Kalenji, krótkie spodenki Kalenji, a na górę koszulkę z długim rękawem Nike Combat + wiatrówkę Aldi. Do kompletu założyłem czapeczkę Vikinga, buffa na szyję + rękawiczki z Lidla do plecaczka. Trafiłem bez pudła wszystko się przydało. Buty wybrałem z mniej agresywnym bieżnikiem – Adidas Raven. Trasa wiedzie w dużej mierze po sporych kamieniach więc lepiej postawić na trzymanie „całej” podeszwy niż kolce wgryzające się w błoto.
Punkty odżywcze na biegu są co około 9 km więc nie warto brać wielkiego zapasu wody, jedzenia. Ja leciałem z Aonijie + 2 bukłaki po 270 ml wody. Miałem też 1 żel i żelka energetycznego. Było zimno i pić się nie chciało ale myślę, że i w upałach bym wytrzymał z tym zestawem.
Punkty wyposażone są bardzo dobrze. Jedzenia, picia w opór. Woda, izo, cola + arbuzy, banany, czekolada, ciasteczka, żelki. Tym bardziej więc nie ma sensu dźwigać bufetu ze sobą.

Droga do Karpacza upłynęła mi spokojnie i zgodnie ze wskazaniami GPS. Dawno już tu nie byłem i niemile zaskoczyła mnie pazerność miejscowych. Większość (wszystkie?) parkingów płatna. I  to jak za zboże… Na miejskim bilet dzienny 20 zł, a prywatne to i po 8 zł za godzinę. Słabo (ale to oczywiście nic wspólnego z imprezą nie ma).

Biuro zawodów udało nam się zlokalizować bez problemów. Szybko i sprawnie pobrałem co należy.

Pakiet bardzo fajny. Ładna koszulka, rękawki, opaska na rękę, żel, torba na wszystko i sporo drobnicy ulotkowej.

Ponieważ ciuchy biegowe miałem w aucie to wróciłem się przebierać tam. Dla zwolenników cywilizacji w ośrodku sportowym są dostępne szatnie, natryski i ubikacje. Do kibelków jak wszędzie kolejki 🙂

Oczekiwanie na start minęło szybko i przyjemnie. Prezentowano ekipy zawodowców, można było zobaczyć ich start o 9:00 a później już szykować się na 9:20.

Odliczanie, strzał startera i ruszamy.

1x
Początek spokojnie i lekko bo z górki przez miasto. Po około kilometrze zaczyna się skręt na czarny szlak i już pod górę. Tutaj dużo osób przeszło do spaceru. Szkoda, bo trasa wąska i ciężko wyprzedzać przy takiej ilości ludzi (łącznie biegło około 900 osób). Wolniutko biegłem przez około kolejne 3 kilometry, by później już jak wszyscy przejść do marszu. Praktycznie do szczytu (no może z 1 km mniej) dreptało się wąskim szlakiem. Na około 6 kilometrze chwilowe wypłaszczenie – przeszedłem w bieg. Tutaj czuło się już takie zimno i wiatr, że dziękowałem sobie za zabranie buffa i rękawiczek. Założyłem buffa na szyję i głowę (uszy), a rękawiczki wiadomo – na ręce 🙂 Dodatkowo zaczęło padać i z przerwami padało już do końca biegu. Więcej w górach, w Karpaczu było cieplej i bez deszczu
Bieganie nie trwało długo. Po około kilometrze znów dreptanie spacerkiem. Kamienie, dużo „schodów” oj daje w kość.

3xSniezka
Podejście na pierwszym „okrążeniu” Początek, około 4-5 km.

Końcówka tego odcinka prowadziła na szczyt Drogą Jubileuszową (DJ). Oj tu było jeszcze zimniej. A jak wiało, wow!
Na szczycie Śnieżki należało podać swój numer do zapisania i Drogą Jubileuszową można było biec w dół. Ostrożnie biegłem bo na kamieniach było bardzo ślisko. Polecam bieg lewą krawędzią drogi – tu kamienie są chyba równiejsze 🙂
Przy Domu Śląskim zlokalizowano pkt. żywnościowy i korzystając z wszelkich dobrodziejstw napchałem się czym się dało.
Kolejny fragment DJ był całkiem przyjemny bo lżej z górki i równiej.
Wszystko co dobre się szybko kończy. Około 9 km, po ostrym zakręcie w prawo kamienie zmieniły konsystencję 🙂 na nierówne i wystające. W połączeniu z mokrością po deszczu, tempo moje i innych biegaczy spadło drastycznie. Wolniutko, ostrożnie w dół. Po kamieniach zaczął się szerszy odcinek szutrowy. Też nie lepszy bo czuło się już fest mięśnie nóg a szuter nie sprawiał wrażenia stabilnego.
Lepsza nawierzchnia bo miejskie asfalty to okolice dolnego wyciągu na Kopę 🙂 Dało się tu lekko przyśpieszyć (jak ktoś miał siły). Miejscami, uprzedzam, było ostro z górki więc dalej męka dla mięśni czworogłowych nóg.
Koniec pierwszego kółka polegał na dobiegnięciu do miejsca startu, skorzystania z bufetu i nawróceniu się przez Karpacz tą samą drogę tylko pod górkę.

2x
Niestety szło się tu, co będę kłamał 🙂 Po osiągnięciu Rozdroża Łomnickiego wybierało się tym razem szlak czerwony i dalej napierało w górę. Tym razem droga była szersza i równiejsza. Mimo, że podbiegałem tylko momentami, a resztę szedłem, to udawało się utrzymywać znośne tempo – poniżej 10 min/km. Ominąłem nawet parę osób mimo, że miałem postój na wytrzepanie kamieni z buta. Zadowolony byłem z tego bo myślałem, że może tak prawie do końca będzie. O ja naiwny! Przy 25-26 km zaczęło się (Kocioł Łomnicki jak myślę). Wąski kamienny, „schodkowy” szlak w górę aż do Domu Śląskiego. Biegacze człapali z mozołem w górę. Ja pilnowałem się, by co parę schodów zmieniać nogę z której ciągnąłem w górę, bo mięśnie zaczynały mnie ostro palić. Nie było ani warunków by kogoś wyminąć ani sił. Przynajmniej u mnie, ale nie widziałem by ktoś w ogóle wymijał innych.
Na punkcie wlałem w siebie trochę coli, wciągnąłem banana, żelki i ruszyłem na czarny szlak (zakosy) na Śnieżkę.
Jak myślałem, że wcześniej było piekło to nie 🙂 Było tutaj. Zaczął mnie łapać skurcz w prawej nodze i czułem, że wymiękam. Jak się dawało to używałem lewej i ciągnąłem ciężar ciała korzystając z łańcuchów. Jakby nie one to było by jeszcze gorzej 🙁 Zimno, wiatr robiły swoje, ten odcinek to prawdziwy hardcore.
Finalnie jestem. Szczyt. Zapisali mnie i ruszyłe w dół. Zbieg z drugiego odcinka prowadził tą samą drogą więc mogę powiedzieć tylko tyle, że szło mi podobnie jak na pierwszym, ale już trochę wolniej. Nie szarżowałem bo czułem coraz większe skurcze nóg (łydek) i bałem się by mnie nie złapało. Raz czy dwa musiałem stanąć by je lekko rozmasować ale udało się wytrzymać i dobiec do mety.

Nieźle jak na mnie. Trasę 2x zrobiłem w 5:51:03 zajmując 191 miejsce z 253 sklasyfikowanych. W kategorii M40 – 52.

Po biegu skorzystałem z bufetu, później udałem się na ciepły posiłek (sporo dań do wyboru było. I zwykłe i wegetariańskie). Chwilę odpocząłem no i można było powracać z rodzinką do domu.

Finalnie.
Ogólnie – Bieg zorganizowany naprawdę bardzo dobrze. Trasa oznaczona jak trzeba, wszystko co wymagane było. Oby więcej zawodów z taką organizacją.
Czepiając się czegokolwiek 🙂 sporo ludzi i nie jest to kameralna impreza. Ciasno na szlakach, utrudnia to rywalizację jak nie zajmiecie pozycji z przodu.
Profil trasy nie sprzyja też bieganiu (na pewno na moim poziomie) co trochę może zniechęcać. W sumie czego się jednak można było spodziewać wiedząc, że 18 km będzie pod górkę 🙂

Sportowo – cudów nie było. Na moje przygotowanie jestem zadowolony z osiągniętego rezultatu. Ostatni nie byłem, a co ważne sporo do limitu mi zostało. Po formie widzę jednak, ze sporo do zrobienia. Masa, masa, masa w dół i może będzie lepiej.  Trzeba też więcej po górach cisnąć, by nogi miały więcej ostrych zbiegów i podbiegów. Może wtedy nie będą tak mnie męczyć skurcze.

Polecam każdemu zmierzyć się z tym wyzwaniem.

5 Jubileuszowy Bieg Szerszenia (Oleśnica 23-06-2018)

5 Bieg Szerszenia

W miniony weekend zafundowałem sobie solidną porcję biegania. Nieszczęśliwie trochę złożyło się, że w tym samym czasie wypadły mi 2 zawody, w których koniecznie chciałem wystartować.
Pierwsze z nich to w.w. Bieg Szerszenia. Drugie, niecały dzień później to solidne górskie ściganie – 2 x  Śnieżka.
Na moim poziomie nie ma niestety opcji zrobić dwóch takich biegów na 100% więc po realnej ocenia szans i trudności zadecydowałem, że Szerszenia pobiegnę na zaliczenie a więcej z siebie dam w górach (=więcej będę miał sił).

W nocnym biegu Szerszenia biorę udział już 5 raz, więc jak łatwo policzyć biegłem we wszystkich edycjach od samego początku. Ciekawostką związaną z nim jest fakt, że co roku organizatorzy wprowadzają jakieś zmiany. Najczęściej dotyczą one trasy (chyba co roku prowadzi inaczej), a dodatkowo ulepszenia dotykają też otoczki około biegowej.

W tym roku zmiany były naprawdę duże. Trasa zmieniła się mocno – dodano spory fragment prowadzący przez Oleśnicę, całkowicie gdzie indziej była też baza i meta biegu. Tym razem nie w Atolu  a na oleśnickim zamku.

Z jednej strony „ulepszenia” wyścigu nie pozwalają się nim szybko znudzić. Z drugiej ciężko tu o jakąkolwiek powtarzalność więc nie jest to bieg, który warto wybrać w celu określenia/porównania swojej aktualnej formy.
Ciężko mi jednoznacznie zadecydować co lepsze – ze swojej strony wolałbym chyba ustalić stałą formułę i szlifować ją do perfekcji.

Na ten moment (wyprzedzając fakty) organizatorzy mają co robić za rok bo w bieżącym nie wszystko zagrało bdb. Systematyzując zaś dane:

Otoczka biegowa
Informacja o biegu i zapisach zwyczajowo pojawiła się na stronie organizatora. Zapisy przez Data Sport więc bez kłopotów.

Biuro zawodów zlokalizowane na Oleśnickim Stadionie działało od 18:00 do 20:30 (w dzień biegu). Uznałem, że lepiej uniknąć kolejek i być wcześnie.  Na plus zaliczam, że faktycznie działało i sprawnie wydano pakiet.
Nowością był fakt, że można było podać ilość osób towarzyszących na biesiadzie czyli i one mogły coś zjeść za darmo.

Pakiet solidny. W środku ładny, duży ręcznik, odblaskowa opaska, ulotki, napój izo, kukurydziany chlebek. Sporo różności, przyjemnie tyle dostać w czasach gdy inni dają coraz mniej (niekoniecznie obniżając cenę).

Przed biegiem
Sporo ludzi rozgrzewało się, rozmawiało. Przybyliśmy na start (Stadion) około 20:25. Naszemu małemu zachciało się do ubikacji więc była okazja sprawdzić czy w ogóle jest. Jest 🙂 chociaż ludzi sporo już stało w kolejce.

Organizatorzy robili dla biegaczy rozgrzewkę. Nie uczestniczyłem w niej ale na minus muszę powiedzieć, że praktycznie nic nie było słychać co mówili więc zainteresowanym pozostało patrzyć i naśladować ruchy.

Start – na trasie
Strategię jak pisałem miałem taką, by się nie zjechać zbyt mocno więc uznałem, że pobiegnę tempem treningowym (około 5:30-6:00). Zrobiłem lekką rozgrzewkę i ustawiłem się w końcówce stawki.
Start i wszyscy ruszyli.
Nie było nawet tak źle. Sporo osób okazało się ode mnie wolniejszych więc biegłem i pilnowałem tempa. Od czasu do czasu kogoś dochodziłem. Nie chcę tu się wywyższać (bo słaby ze mnie biegacz) ale przyjemnie było wyprzedzać i czuć, że oddech mam spokojny i daję radę. Daje to pewnego kopa motywacyjnego i w sumie wcale nie gorzej niż biec w czołówce.
Co trochę w moim zasięgu pojawiała się kolejna osoba, którą brałem na cel, wyprzedzałem i biegłem dalej.
Pierwsze 5 km udało mi się realizować zgodnie z planem. Kilometry wchodziły po około 5:30.
Lekkość i wyprzedzanie spodobała mi się na tyle, że w okolicy 5-6 kilometra trochę przyśpieszyłem. Miało to też swój cel, bo trasa odbiła z terenów wodonośnych w Oleśnicę. Kolejna grupka biegaczy była sporo z przodu i zrobiło się koło mnie pusto. Zestresowało mnie to troszkę. Myślę, jeszcze zgubię trasę, lepiej jak ich dogonię. Pościg trwał około 2-3 km (po 5:15-5:11) i zakończył się sukcesem.  Doszedłem ich i powróciłem do początkowego biegu – po 5:30.
W końcówce biegu nastąpił niestety fatalny błąd organizatora. Mimo, że wcześniej trasa była oznaczona dobrze (wstążeczki, światełka), na skrzyżowaniach stali policjanci czy wolontariusze to w parku, przy zamku dobiegliśmy grupą do skrzyżowania alejek na 3 strony, przy którym nikt nie stał, ani nie było widać drogowskazów. Ciemno już było co dodatkowo utrudniało wybranie kierunku. Wydawało mi się wcześniej, że ludzie biegli w prawo (bo ich było wcześniej na trasie tam widać) ale biegacze przede mną pobiegli prosto. Cóż, pewny swego nie byłem to pobiegłem za nimi.
Dobiegliśmy do skrzyżowania z asfaltem i faktycznie inni biegli trochę inaczej.

Słabo. Ciężko powiedzieć kto pobiegł źle. Z GPS wyszło mi 9.61 km więc pozostaje domniemywać, że jednak my. Doła miałem bo gdyby w tym parku był czytnik czasu to już po zawodach,
Ostatnia część biegu to fajny (ale trudny bo pod górkę) finish na zamek. Dobiegłem do mety – oficjalnie 51:19, miejsce 131/267. W M40 -47.

Meta – po biegu
Na dziedzińcu biegu wręczono mi medal. Gdzieś była woda ale nie wpadła mi w oczy.  Widząc za to, już tworzącą się kolejkę szybko stanąłem do grilla. Długo to trwało, ludzie wpuszczali swoich znajomych. Żona mówiła mi, że kibice 🙂 w sumie wyjedli pierwszą turę grilla więc trzeba było czekać dodatkowo aż coś się usmaży. Nie było też np. wody do kawy, herbaty, mieli ją dopiero dolewać i grzać. Trudno, nie narzekam. Widziałem ilu ludzi stało za mną to ja i tak szybko obskoczyłem jadło.
A jedzenie dobre, kalorie dało się nabić szybciutko 🙂

Cóż. Jako, że skoro świt mieliśmy ruszać do Karpacza to odpuściłem czekanie na ewentualne losowania i wróciliśmy do domu.

Podsumowanie.
Biuro, start, pierwsza część zawodów jak najbardziej ok. Później jednak karygodny błąd z oznaczeniem trasy mocno obniżył wrażenia. Szkoda, trasa ciekawa, dość szybka. Za rok orgowie powinni lepiej ją zabezpieczyć i wtedy powinno być już dobrze.  Mimo wszystko – w 2019 ja pewnie wystartują jak co roku 🙂