Archiwum kategorii: Relacje z zawodów

II Bieg Sylwestrowy (Jelcz Laskowice, 31-12-2016)

II Bieg Sylwestrowy

II Bieg Sylwestrowy (Jelcz Laskowice, 31-12-2016)

Zawody, to zawody 🙂 Niby pobiegać można i na treningach ale chęć sprawdzenia się ciągle kusi. Mimo, że nie planowałem biegać żadnych zawodów (poza City Trail-em) to jednak złamałem się i zapisałem na 2 Sylwestrowy Bieg w Jelczu Laskowicach.
Poza walorami sportowymi, Jelcz skusił mnie również lokalizacją  (bo blisko) i ceną (bo taniej niż w Trzebnicy). Podobnie uznało chyba wielu biegaczy, bo w Jelczu finalnie wystartowało około 650 zawodników. Część na 10 km, część na 5 km, byli też zawodnicy nordic-walking (5 km).
W szczegółach tak korzystny bieg wyglądał zaś tak 🙂

Zapisałem na tą 10-kę się w okolicy świat korzystając z formularzy podanych na stronie organizatora (dokładniej to na stronie firmy mierzącej czas w tym biegu).  Wielkiej trudności tu nie było, chociaż przyzwyczajenie do Data Sportu swoje robi i wszystko co inne budzi pewne obawy. Poszło jednak sprawnie, opłaciłem wpisowe no i można było szykować formę.

Na same zawody przyjechałem z rodzinką około 1,10 godziny przed startem. Był to w sumie dobry czas. Spokojnie zaparkowaliśmy w miarę blisko od ośrodka sportu (gdzie było biuro zawodów). Chwilę później aut było już sporo i byłoby więcej kłopotu.
Pakiety wydawano sprawnie. Organizatorzy posegregowali zawodników alfabetycznie i nawet to poszło. Mimo dużej liczy biegaczy wielkiego tłoku nie było.

Sam pakiet szału nie robi. Numer, izotonik, jakiś energy boost (do rozpuszczania w wodzie) i kalendarz na 2017 r. Niby nie mało ale jakoś mnie to nie porwało 🙂

Jako, że wszystko poszło sprawnie to zostało nam sporo czasu do startu. Ponieważ w sylwestra był spory mrozik, to pokręciliśmy się z Żoną po sklepach. Raczej by się zagrzać niż coś kupić 🙂 Ludzi zresztą wszędzie tłum jak przy końcu świata.

2 Bieg Sylwestrowy
Prezentacja dla fotoreporterów 🙂

Kiedy zrobiło się około 10:40 zacząłem rozgrzewkę. Trochę stacjonarnych rozciągnięć, trochę biegu i pozostało czekać na start. Jeśli ktoś chciał to DJ + organizatorzy zachęcali do wspólnego rozgrzewania się.  Ja takie atrakcje jednak omijam by nic sobie nie nadwyrężyć wymyślnymi wygibasami 🙂

Co do założeń taktycznych na sam bieg to nie oczekiwałem po nim zbyt wiele. Że nie wykręcę życiówki to byłem pewny. Bardziej bałem się by nie wypaść jakoś tragicznie. Z tego powodu uznałem za satysfakcjonujący czas około 50 min. Jak to u mnie bywa plany skorygowały się same na trasie (niewiele bo niewiele ale jednak).

Po starcie wyszło, że pierwszy kilometr wpadł w około 04:42. Kolejne robiłem również poniżej 05:00 (jakoś po 04:53). Dopiero od 7 kilometra zacząłem odczuwać słabszą formę i zwolniłem do 05:00-05:05.

2 Bieg Sylwestrowy
Na trasie. To białe to nie pielucha 🙂 a numer startowy

Trasa biegu nie była specjalnie wymagająca. W większości po płaskim, lekkie sfałdowania terenu nie wpływały na tempo.  Trochę mogła przeszkadzać nawierzchnia. Biegło się bowiem po kostce chodnikowej, asfalcie i ziemi. Ziemia miejscami była zmarznięta i nierówna, ale i miejscami było błoto (tam gdzie lepiej świeciło słońce). Zwalniało się trochę na gruncie, asfalty lepiej wchodziły 🙂
Całość dystansu poprowadzono bokami (chodniki, pola) i nie przeszkadzało to kierowcą czy mieszkańcom.
Ogólnie to atmosfera była dobra. Kibice kibicowali, jeżdżące auta trąbiły zagrzewając do walki. Fajnie.
Po pierwszym okrążeniu (bo biegło się 2) był punkt nawadniający. Niezbyt wielki, nie wszystkim udało się skorzystać ale ja miałem szczęście i trochę wody złapałem.

Zawody miały myślę tylko 1 minus. Organizatorzy słabo troszkę wymierzyli trasę, bo pełnych 10 km to ona nie miała. Wg mojego GPS (i patrząc na głosy innych) brakowało jakichś 400 m. Z tego powodu na mecie zanotowałem czas 46:55 i zająłem 175 miejsce (z 416 sklasyfikowanych). 48 w M40.
Wygląda fajnie. Gdy jednak przyjrzeć się międzyczasom  to realnie na pełne 10 było by te 49 min co już tak fajne nie jest.
No cóż. Do nikogo pretensji mieć nie można, sam się zapuściłem.

Na mecie wręczono ładny medal, można było się napić ciepłej herbaty i zjeść kukurydziane chrupki + fasolkę po bretońsku. Ja lubię to wciągnąłem 🙂

Cóż. Dla mnie był to koniec biegu. Część osób biorących udział w licytacjach na pewno została, my pozbieraliśmy się do domu.

Organizacyjnie bieg udany. Przyjemnie było poruszać się na koniec roku i pozostaje mieć nadzieję, że jeszcze kiedyś uda się powalczyć o lepsza lokatę.

TRENING (TYDZIEŃ 50/2016)

Trening Biegowy

 

Na lenistwo nic się nie poradzi. Koniec roku wybitnie mi nie służy.  Ciągle wypada coś pilnego i biegam mało. W tygodniu 50 zrobiłem 3 treningi (dokładniej to 2 i jedne zawody) i pokonałem 24,04 km. Masakra jak mało 🙁
Niezbyt jest się czym pochwalić no ale trudno, dla porządku wpiszę co i jak.

Data: 13/12/2016

Dystans: 11,05 km
Czas: 01:05:08
Średnie tempo: 5:54 min/km

Średnie tętno: –
Maksymalne tętno: –
Sprzęt: Suunto Ambit. Buty – Nike LunarSwift +4

Tym razem 2 „najdłuższe” kółka po Oleśnicy.  Dość dobrze poszły.

Data: 15/12/2016

Dystans: 08,12 km
Czas: 00:43:25
Średnie tempo: 5:21 min/km

Średnie tętno: –
Maksymalne tętno: –
Sprzęt: Suunto Ambit. Buty – Nike LunarSwift +4

Rodzice mieli do mnie jakiś biznes 🙂 no to sobie do nich pobiegłem. Ponieważ trasa liczy mniej kilometrów niż planowałem to przynajmniej podkręciłem tempo. Nawet, nawet.

Data: 17/12/2016 – City Trail Wrocław 3 bieg

Dystans: 04,88 km
Czas: 00:23:30
Średnie tempo: 4:49 min/km

Średnie tętno: –
Maksymalne tętno: –
Sprzęt: Suunto Ambit. Buty – Nike LunarSwift +4

Tym razem Wrocław powitał mnie sporym mrozem. Czekając na bieg aż mnie trzęsło. Dobrze, że dało się trochę posiedzieć w samochodzie a nie cały czas być na dworze 🙂

Z jednej strony pogoda na bieganie nie najgorsza, bo przynajmniej trasa twarda, ale jednak już po fakcie powiem, że aż tak dobrze nie było. Podłoże było zbyt zmrożone, a ponieważ jest nierówne to biegło się tak „mało stabilnie”.

Około 30 min przed biegiem wyszedłem z fury i zacząłem rozgrzewkę. Rozciągnięcia, trucht, parę przyśpieszeń. Nie ma co ukrywać teraz o to dbam obawiając się kontuzji 🙂

Co do samego biegu to nie ukrywam, że miałem sporo obaw. Z jednej strony na plus liczyłem fakt, że byłem w miarę „świeży”, z drugiej ostatnie słabe i krótkie treningi nie gwarantowały polepszenia rezultatu.
Cóż, na poprawę nie liczyłem, plan był taki by przynajmniej nie pobiec gorzej. Ustawiłem się więc w strefie 22-25 min i oczekiwałem na start.

Tym razem pierwszy kilometr poszedł bardziej gładko. Nie musiałem strasznie szarpać by omijać zawalidrogi i zrobiłem go w 04:30. Później poszło już wolniej:
2 – 04:45
3 – 04:55
4 – 04:55
5 – 04:25
Od drugiem kilometra siły zaczęły mnie opuszczać i leciałem coraz wolniej. Wydawało mi się nawet, że w iście żółwim tempie 🙂 ale tak źle nie było patrząc na cyfry.
Na mecie zameldowałem się w jako 201 zawodnik  z czasem 23:25. 10 sekund gorzej niż ostatnio ale ciągle jeszcze akceptowalnie. Ufff…

Cóż. Bieg przeszedł do historii, pora się spiąć i w styczniu może w końcu coś poprawić. O ile warunki pogodowe nie spłatają figla i nie będzie ciężej na trasie.

B160nR – Piekło Czantorii 19/11/2016

Beskidzka 160 na raty

Beskidzka 160 na raty (edycja jesienna) – Piekło Czantorii

Czyli o tym jak jak wybieranie najkrótszej drogi może zostać ukarane 🙂

19/11/2016 odbyła się jesienna edycja biegu – Beskidzka 160 na raty. W skład tego wydarzenia wchodziły 3 dystanse: 21 km, 42 km i ultra 63.
Na ostatnie swoje długie zawody w tym roku wybrałem maraton bowiem gwarantował on 1 pkt do UTMB. 1 pkt czyli właśnie tyle ile brakuje mi do Biegu Ultra Granią Tatr.

Zapisy na bieg działały już w najlepsze kiedy wpisałem się na listę i dokonałem opłaty. W sumie to były już nawet w swojej schyłkowej fazie, bo opłaciłem już po ostatnim podanym na stronie organizatora terminie. Nie byłem pewien ile $ powinienem przelać, ale na zadane pytanie organizatorzy odpisali szybko za co dla nich duży plus.

Większość informacji o biegu była na jego stronie:
http://www.beskidzka160naraty.pl/
lub też na FB więc raczej nikt nie powinien mieć jakichś trudności. Finalne detale pojawiły się dość krótko przed biegiem (np. godziny odpraw technicznych itp.) ale czas ten był i tak akceptowalny i nie stwarzał żadnych problemów.

Tym razem logistyka biegowa poszła mi szybko. Zabrałem wszystko to co na ostatnie zawody (UltraKotlina).  Odchudziłem nawet trochę plecak bo zrezygnowałem z powerbanka i dodatkowych ciuchów. Prognozy zapowiadały znośną pogodę, nie było więc sensu ciągnąc ze sobą nie wiadomo co.

Ponieważ do Ustronia mam trochę daleko to rodzinnie wyruszyliśmy dzień wcześniej. Droga dobra, zakwaterowanie też. Rozczarowuje w sumie tylko sam Ustroń Polana (nic tu nie ma do zobaczenia oprócz gór :)) ale nie zwiedzanie było przecież celem wyprawy.

Po spacerku (około 1,8 km na miejsce biura zawodów). sprawnie i szybko wydano mi numer, chip i gadżety.  No może  nawet za szybko 🙂 bo nie dali mi numeru i dopiero po chwili wydający sobie o nim przypomniał. W sumie uratowało mnie to, że grzebałem po torbie patrząc co ciekawego dali. Gdybym wyszedł od razu, pewnie odebrałbym go przed samym biegiem 🙂

Pakiet startowy trochę słaby (dla fanów takich rzeczy). Torba materiałowa, kubeczek, karta rabatowa i parę ulotek. W sumie wszystko co było podane na stronie orga ale za startową kasę mogli jednak jeszcze na coś się szarpnąć.
Chyba zaczyna się okres zarabiania na biegach bo co na jakiś pojadę to wydaje się sporo, a szału gadżetowego nie ma. Życie…

Po atrakcjach tych, pozostało powrócić na kwaterę i szykować do biegu.
Start był o 05:00. 04:15 to odprawa techniczna więc wstałem około 03:00 by spokojnie zjeść i dojść z buta na start.
Kiedy już przemaszerowałem połowę drogi, zgarnęli mnie życzliwi ludzie jadący na ten sam bieg autem. Podyskutowaliśmy chwilkę no i można było już słuchać szczegółów odprawy. Co, gdzie, jaka trasa, Konkretnie i jasno, kolejny plus.

Piekło Czantorii - Odprawa
Odprawa przed biegiem

04:45 ostatnie wyjście w krzaczki :), rozgrzewka i tłum wariatów ruszył na start by zgodnie z harmonogramem wyruszyć na spotkanie z piekłem 🙂
Czemu piekłem? bo bieg reklamowany jest jako jeden z trudniejszych w Polsce. Przy dystansie ultra suma przewyższeń to około +5000m, maraton +3500 i półmaraton +2000.

Oprócz dystansu prawdziwą trudnością jest profil trasy. Nie ma tu lekkich i przyjemnych odcinków, cały czas pniemy się do góry albo zbiegamy w dół. Organizatorzy w piekielny sposób zadbali o rozrywkę wytyczając górską trasę po kilku stokach czy wyciągach narciarskich. Żeby było ciekawiej nachylenia każdego z odcinków oscyluje w okolicy 30 stopni. Prawdziwą wisienką na torcie jest zaś ostatnie podejście na metę (prowadzące pod wyciągiem narciarskim) gdzie na odcinku 1,4 km mamy 36 stopniowe nachylenie w górę. Mi pokonanie tego odcinka zajęło jakieś 51 min.

Oprócz górek swoje dołożyła też pogoda. Po niedawnych opadach deszczu i śniegu na trasie pozostało mnóstwo błota które w połączeniu z luźnymi kamieniami, liśćmi skutecznie spowalniało wspinanie się i zbieganie w dół. Ci co byli tu we wcześniejszych latach mówili, że bywało jeszcze gorzej ale dla mnie i to wystarczyło w zupełności.

Piekło Czantorii
Trzeba cisnąć…

Nie będę tu opisywał po kolei wszystkich wspinaczek i zbiegów ale zaręczam, że można było się zmęczyć. Strome górki nie pozwalały na bieg. Przeważnie się szło. Większość błotnistych zbiegów też nie zachęcała do rozpędzenia się. Tuptałem wolno jak słoń, głęboko cisnąć pięty moich Kanadii w błocko, tak by złapały chociaż trochę przyczepności. Szczęśliwie łapały ale i tak nie czułem chęci by przyśpieszyć.
Huśtawka góra/dół szybko wycisnęła ze mnie siły a prawdziwe atrakcje miały się dopiero zacząć. Po punkcie odżywczym (około 12 km) przyszło mozolnie piąć się pod kolejny stok. Jakieś 25 min na km szału nie robi. Kolejny killer to „ostatnia” górka przed końcem okrążenia. Może nie tak długa ale solidnie dawała w kość (znów ponad 23 min/km). Po niej pozostało jeszcze zbiec stromym zboczem nartostrady do punktu żywieniowego.

Piekło Czantorii
Idziemy sobie…

Pierwsze okrążenia wraz z postojem na pkt zajęło mi około 04:11. W drugim bufecie miałem psychiczny kryzys bo wydawało mi się, że nie ma opcji bym zdarzył na metę w limicie (tu moja pomyłka bo wydawało mi się, że jest 9 godzin a było 10). Rozważałem nawet czy nie zakończyć tutaj ale szczęśliwie mimo, że nie mam fest szybkości, odwagi by przełamywać limity (w znaczeniu np, biegu aż do kresu sił, szybko słucham organizmu, że pora maszerować) to mam jednak upór.  A ten kazał ruszyć dalej.

Jeśli pierwsze kółko ostro dało w kość to drugie dobiło na maksa. Przy wejściach co jakiś czas musiałem stawać by uspokoić tętno. Dodatkowo pod górki łapały mnie skurcze mięśni i parę razy musiałem je masować . Musiało być grubo bo do tej pory nigdy tego nie miałem. Zbiegi paliły kolejne grupy mięśni ale ciągle parłem do przodu.

W 3 pkt odżywczym uświadomili mnie, że limit to 10 godzin więc wyszło mi, że szanse są.

Przed finalną „prostą” (1,4 km podejście pod wyciąg) pojawiłem się z zapasem około 50 min do limitu. Ruszyłem i tutaj rzeczywiście było już piekło w najczystszej postaci. Podejścia już nawet nie po 100 m i chwila na złapanie oddechu. Błoto ściągające nóżki w dół. Najprzyjemniejsze rozczarowanie zaś przeżyłem kiedy wyciągnąwszy się stalową linką (dla ułatwienia była na końcu  ścieżki) zobaczyłem c.d. – łączkę nartostrady. O kurde… Co powiedziałem i pomyślałem o ludziach, którzy zrobili ten bieg to moje 🙂

Piekło Czantorii
Ostatnia prosta, yyy znaczy górka

Przed samą metą pojawił się jeden z organizatorów dopingując mnie by się nie poddawać bo już prawie koniec czasu. Sił starczyło mi by iść, a nie stawać (chociaż czułem coraz mocniejsze skurcze mięśni).

Zwycięstwo! Po naprawdę ciężkiej walce ze swoimi słabościami i limitem czasowym rzutem na taśmę udało mi się osiągnąć metę w czasie 10:01:16. Na trasie maratonu byłem ostatnim sklasyfikowanym zawodnikiem (43), niemniej dotarcie na metę i tak uważam za swój spory sukces. W tak trudnym biegu jeszcze nie miałem okazji jeszcze uczestniczyć.

Celebracji żadnej na górze nie było. Organizatorzy zbierali sprzęt, ja szybko pobrałem przydziałowe piwo i poleciałem na kurs wyciągiem w dół. Szczęśliwie się na niego załapałem bo wyłączali go około 15:30 i chwila dłużej a bym dreptał w dół z buta.

W dolnej stacji wyciągu, czekała na mnie rodzinka. Zjadłem trochę makaronu z warzywami, szybkie przebranie i pozostało wracać do domu.

Podsumowując. Nazwa biegu dobrze oddaje to co czeka biegaczy na trasie i zdobycie tego 1 pkt UTMB odczytuję jako sporo trudniejsze niż np. 130 km Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich. Jak napisałem na początku – nie zawsze warto planować po najmniejszej linii oporu, bo może wyjść trochę inaczej.

City Trail 2016 (Wrocław) – Bieg 02/06 (12/11/2016)

Logo City Trail 2016

Tegoroczna edycja to już mój trzeci City Trail. Żeby nie było za nudno, tradycyjnie wystartowałem odpuściwszy biegi z zeszłego roku (wychodzi więc start mniej więcej co dwa lata).

Dylemat mam tu trochę czy opisywać ten bieg od strony organizacyjnej. Dla mnie nie jest on żadną nowością, wydaje mi się, że większość biegaczy też o nim słyszała. Skupmy się więc na stronie sportowej 🙂

Ponieważ pierwszy bieg cyklu kolidował mi z innymi zawodami, listopadowe 5 km miało być tegorocznym debiutem na tym dystansie. Z jednej strony miałem spore obawy czy 10 km Bieg Niepodległości (dzień wcześniej) nie osłabi mojej dyspozycji, z drugiej czułem, że tym razem czasy będą dużo lepsze niż w poprzednim cyklu.
Z optymistycznej matematyki wyszło mi, że może wyjdzie 20 min? 🙂

Na miejsce biegów przybyliśmy z rodzinką dość wcześnie bo zapisałem synka na biegi dzieci (najmłodsza kategoria). Mały bąk zadowolony, wcześniej trenował do tego biegu sumiennie biegając z mamą po ulicy koło domu.
Że sił mu nie zabraknie to byłem pewien bałem się bardziej, że się może w tłoku dzieci przewróci, może będzie ostatni i strzeli focha nie chcąc biec dalej 🙂 Z tego powodu opowiadaliśmy mu, że biec będziemy wolniutko, miejsce nie jest ważne a zobaczy jak to jest i najwyżej w kolejnych biegach poleci szybciej.
Na szczęście nic negatywnego miejsca nie miało.  Spokojnie sobie truchtał by w końcówce przyśpieszyć. Podczas biegu dopytywał się zdziwiony czy może wyprzedzać 🙂

Po tym wyczynie, jako że było zimno, rodzinnie udaliśmy się posiedzieć w aucie, a przed biegiem głównym sam poszedłem na start.
Wiadomo solidna rozgrzewka, a po niej ustawiłem się na strefie 22 min.
Start i lecimy 🙂
Organizatorzy cieszyli się, że we Wrocławiu pobiją kolejny rekord frekwencji (pobili, było 491 osób na mecie). Niestety statystyki może i fajne ale to już za dużo jak na początek tego biegu. Mocno trzeba było uważać na parkowej alei by na kogoś nie wpaść. Biegacze momentami blokowali, biegli wolniej i trzeba było szarpać tempo by wyprzedzić. Po około 1 km się przerzedziło,  wolniejsi zostali z tyłu a szybsi odskoczyli. Tu już biegło się w miarę komfortowo.

City Trail 2016 Wrocław
Cóż za lot nad ziemią 🙂

Po tym dystansie wyszło mi, że z tymi 20 minutami coś mnie poniosło i w życiu tak szybko teraz nie pobiegnę 🙂 Błąd w obliczeniach wziął się z tego, iż wydawało mi się, że w Twardogórze biegłem po ~04:35 na km (a to 10 km) no to tu mogę biec po 04:00. Taaa, tylko tam biegłem nie po 04:35 a bliżej 04:55. Różnica kolosalna.
Patrząc na międzyczasy we Wrocławiu robiłem po około 04:39. Mogło by być lepiej niemniej i tak zadowolony jestem. Pokrywa się to z moimi wynikami na innych dystansach więc ok. Na mecie zameldowałem się po 23:15 i zająłem 169 miejsce.

Fajny bieg. Planuję utrzymać podobne wyniki i na kolejnych (a może uda się lepiej?). Zobaczymy. Może wtedy w generalce wpadnie jakieś lepsze miejsce. Nie na podium ale przynajmniej bliżej numerów dwucyfrowych 🙂

5 Górski Bieg Niepodległości – 11/11/2016

5 Górski Bieg Niepodległości

5 Górski Bieg Niepodległości – 11/11/2016

Kolejny z biegów, które lubię i staram się w nich zawsze wystartować.  Nie będę pewnie bardzo obiektywny ( bo częściowo organizują go osoby z naszego klubu + wpisowe mam darmowe) ale jednak uważam, że przygotowany jest dobrze.  Mimo, że zawody te odbywają się w małej miejscowości to naprawdę nie ma się czego wstydzić, a dodatkowe walory biegowe (trasa wymagająca i malownicza) dodają mu uroku. Podsumować można by go już tu, że warto wystartować, no ale coś tam o biegu jeszcze skrobnę 🙂

Przechodząc więc do spraw przyziemniejszych 🙂 Logistykę około-biegową opisywałem przy okazji poprzednich edycji:

Bieg Niepodległości Ludwikowice Kł. 2015

Nie ma więc sensu tu się jakoś specjalnie powtarzać. Znaczących ulepszeń nie zauważyłem, szczęśliwie ewidentnych minusów też. Rejestracja, przybycie, odbiór pakietu poszły sprawnie no i można było szykować się do biegu.

Prognozy na ten dzień były pozytywne. Pogoda spłatała jednak biegaczom psikusa i spadł dzień wcześniej śnieg. W połączeniu z rozmiękłymi drogami dało to wymagające podłoże. Ci co nie wzięli terenowych butów musieli być chyba niezadowoleni.

Po załatwieniu niezbędnych formalności, pozostały do startu czas poświęciłem na luźne dyskusje ze znajomymi. Biegło nas kilkanaście osób z klubu, 2 z mojej rodziny więc na nudę nie dało się narzekać. Poprzekomarzaliśmy się kto kogo odstawi, a kto nie da rady.
Ciekawostką jest fakt, że w tłumie biegaczy sporo zauważyłem tych samych, lokalnych zawodników. Biegając w tych rejonach, sporo osób kojarzę już wizualnie widać więc, że ekipa startująca wszędzie w większości jest ta sama 🙂 No ale nowe osoby też oczywiście były, czyli ciągle biegi znajdują kolejnych wielbicieli 🙂

Ostatnie 20 min. przed startem to rozgrzewka. Trochę w miejscu, trochę truchtu. Od ostatnich kłopotów z nogami przywiązuję teraz do tego większą wagę . Widać jak to człowiek uczy się po szkodzie 🙂

Zwyczajowo przed samym startem hymn, przemówienie Wójtowej i poszło. Wystartowali.

5 Gorski Bieg Niepodleglosci
Moment startu

Nauczony zeszłym rokiem pamiętałem tym razem o strategii. Ponieważ pierwszy kawałek (około 1,5 km) to wspinaczka pod górę ruszyłem więc ostrożnie i wolno.  Tempo około 07:27 pierwszy km, później 06:02 na drugim. Pilnowałem by nie rwać i się nie zajechać już tutaj.

5 Gorski Bieg Niepodleglosci
Pierwszy podbieg

Gdy się wypłaszczyło przyśpieszyłem. Kilometry 3-5 weszły w 5:19, 5:16 i 4:50. Dobrze to szło, dawałem radę.

Po tym, 3 kilometrowym oddechu, znów zaczęło się podejście. Około 2 km dość sporej górki na której początkowo biegłem, ale w końcu uznałem, że nie ma sensu się mordować. Przeszedłem do marszu. Mój bieg wcale szybszy tu by nie był a sił jednak poszłoby dużo więcej. Wspinaczka dokonała się w 06:21 i 06:53.

Jak to w życiu bywa po górce nastąpił zbieg (bardziej to wypłaszczenie ale ok). Szybciutki kilometr w 05:29 by rozpocząć najtrudniejszy moment trasy. Wspinaczkę na Górę Włodzicką (757 m n.p.m.).

5 Gorski Bieg Niepodleglosci
Na szczycie Gory Wlodzickiej

Tutaj już żartów nie było. Solidne ~1 km podejście zrobiłem w 08:29). Za szczytem niestety nie było najlepiej. Bardzo stromy zbieg przez kilkaset metrów nie pozwolił się od razu rozpędzić. Mimo trailowych Adidasów czułem się na nim mocno niepewnie i truchtałem wolniuteńko. Gdy zrobiło się bardziej płasko ruszyłem „z kopyta” robiąc kolejny km w 04:26. Pędziłem ładnie, dodatkowo motywowany tym,  że czułem na plecach oddech 🙂 kolejnego biegacza. Niestety końcówka biegu mimo, że z górki prowadziła po takim błocie, że hej. Spękałem trochę i zwolniłem. Osoba za mną wykorzystała to i wyprzedziła mnie. W sumie jednak nie żałuję, bo za chwilę w błocku/koleinach wygięło mi nogę tak,  że przez moment myślałem, że znów skręciłem kostkę. W pełnym pędzie pewnie byłoby już po zawodach, tu poczułem trochę bólu, ale dawałem rade biec dalej. Coś sobie nadwyrężyłem to fakt,  bo czułem to miejsce w późniejszych dniach (ale nic nie napuchło i biegać chodzić mogę. Uff.).

 Całość biegu skończyłem w około 01:02:04 wg wskazań mojego Suunto. Nie da się tego bezpośrednio porównać z poprzednimi edycjami bo co rok trasa jest inna ale w mojej ocenie zacnie

Po biegu zasłużony medal :), ciepły posiłek i dopchanie się ciastem, herbatą. Ciasta wyszły świetne, smakowały mi. Ponieważ losowania nagród miały być dla osób spoza powiatu to już na koniec nie czekałem, ale wraz z resztą rodziny udaliśmy się do domu.

5 Gorski Bieg Niepodleglosci
A na mecie czekaly takie specjaly 🙂

Szybko podsumowując całość. Bieg dla mnie ok. Pod względem sportowym jak i organizacyjnym.

– Największy minus jaki widzę to brak profesjonalnego pomiaru czasu. Na mecie zapisywano biegaczy ręcznie. Podobno przybiegali wszyscy tak,  że dało się to ogarnąć, ale maniacy cyfr raczej z tego zadowoleni nie będą.

+ Zwolenników ostrej rywalizacji z pewnością ucieszył fakt, że w tym roku bieg ściągnął naprawdę sporo utalentowanych biegaczy, gdyż jak dobrze zrozumiałem był jednym z tych, na których punkty mogą zdobyć zawodnicy Ligi Biegów Górskich Dare 2B. Najlepsi wyniki wykręcili niezłe, chciałbym kiedyś móc tak „latać”.

+ Większa niż w poprzednim roku liczba biegaczy była jeszcze do ogarnięcia przez organizatorów, na trasie też przesadnego ścisku nie było. To plus bo w niektórych zawodach ludzi jest po prostu za dużo. Niemniej w przyszłym roku będzie limitacja miejsc (do 200 jak słyszałem). Może to i dobrze. Dzień później biegłem we Wrocławiu w CT, gdzie na trasie było raczej już ciasnawo.

UltraKotlina 70 – 15/10/2016

Logo UltraKotlina

UltraKotlina 70 – 1/2 Najdłuższego Ultramaratonu w Sudetach Zachodnich

Po DFBG bieganie ultradystansów trochę mi przeszło. Trenowało się, uczestniczyło w krótszych zawodach i tak leciał czas. W którymś momencie w końcu zacząłem dokładniej analizować co zrobić by wystartować w wymarzonym Biegu Ultra Granią Tatr 2017 i doszło do mnie, że uzbieranie wymaganych punktów wcale tak łatwe nie będzie. Nie będzie bo… okres biegowy się kończy, zawodów coraz mniej, a te, które mi pasowały już mają zamknięte listy startowe.  Na drugi koniec Polski jechać nie planowałem, w Europę uderzać raczej też. Oj 🙁
Poddawać się jednak nie wolno. Po głębszej analizie dostępnych zawodów udało mi się wyselekcjonować jednak takie, w których punkty da się uskładać jeszcze w tym roku. Jednym z tych biegów była UltraKotlina 70.

Bieg będący (do momentu startu i osiągnięcia mety) dla mnie zagadką, której się obawiałem. Niewiele znalazłem z niego relacji, opisów. Łamałem głowę gdzie jest haczyk. Dystans wprawdzie „nieduży” ale długi limit czasowy, punkty kontrolne na których trzeba odznaczać swoją obecność. Czyżby były mega wzniesienia? Konieczność wytrawnego nawigowania? Im dłużej nad tym myślałem to wiedziałem mniej 🙂 No ale, zapłaciło się to biec trzeba.

UltraKotlina 70 wraz z pełnym dystansem UltraKotlina 130 wywodzą się od długoletniego już wydarzenia pod nazwą Przejście Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej. Wszystkie te imprezy mają swoją stronę:

http://www.przejsciekotliny.org/

W serwisie są wszystkie najważniejsze informacje o wydarzeniu. -regulamin, płatności, wyniki poprzednich edycji. Organizatorzy zamieścili też najważniejsze komunikaty techniczne, mapę trasy jak i ślad GPS. Da się z tego wszystko co ważne wyczytać i raczej nikt nie powinien mieć problemów z zapisami czy odnalezieniem startu, informacji co zabrać itp.

Zwyczajowo więc gdy już udało mi się zapisać, opłacić pozostało pakować sprzęt i wybierać się na start 🙂

Przy okazji wybór sprzęt na ultra w chłodniejsze dni też mnie męczył dość długo ale finalnie coś tam z szafy wydarłem. Postaram się napisać w kolejnej relacji czy wybrałem dobrze czy nie.

UltraKotlina 70
Przed startem w Janowicach Wielkich

Na miejsce startu (Janowice Wielkie) dojechaliśmy z moja rodziną jakieś 2 godziny przed godziną 0 (czyli 14:00). Ładny, chociaż mały kompleks sportowy, namiot organizatorów obok no to zaatakowałem obsługę by wziąć pakiet. Pani dwa razy pogoniła mnie do auta bym okazał wyposażanie obowiązkowe 🙂 więc jak widać nie jest to martwy przepis. Wszystko miałem więc ok, odebrałem co trzeba no i wziąłem się za analizę mapy dostarczonej przez organizatora. Nie wyglądała ona źle. Szlaki były oznaczone, tam gdzie ich miało nie być to organizator wprowadził ułatwienie i rozwiesił wstążki wyznaczające kierunek. Wyprzedzając fakty przydały się te wstążki, dość dobrze były rozmieszczone.

UltraKotlina 70
Odprawa

Cóż trasy na pamięć nauczyć się nie da uznałem więc, że będę próbował dołączyć do jakiejś grupy i biec z nimi póki się da.

Przed biegiem odbyła się krótka odprawa, wyjaśnienie co i jak robić no i można było ruszać.

UltraKotlina 70
Startujemy

Tutaj kolejna dygresja – przydatna dla innych biegaczy w tych zawodach (w przyszłych edycjach). Warto dobrze przestudiować mapę dostarczaną przez organizatora i kartę kontrolną (z pkt. do odbijania). Oszczędzi to kłopotów na trasie. Mi zabrakło poczytania karty kontrolnej –  zawierała ona np. opis gdzie są zlokalizowane pkt (opisowe info w stylu między skałami, za schroniskiem co okazało się kluczowe parę razy)

Grupa ruszyła dość spokojnie. „Elita” oczywiście szybko wyrwała do przodu ale w moim tempie parę osób się przemieszczało. Dość szybko dołączyłem do kolegi, który z dyskusji okazało się, że jest z okolicy! i w miarę trasę kojarzy. W miarę bo i on nie ustrzegł się paru błędów. Szczęśliwie były to pomyłki bez poważnych konsekwencji –  a to minęliśmy zakręt ale Ci za nami zawołali, że źle, a to wdrapaliśmy się na szczyt góry z drugiej strony. Punkty kolejne jednak znajdowaliśmy i się biegło.

UltraKotlina 70
Na trasie. Cóź za speed 🙂

Niestety kolega biegł zbyt ostrym jak na mnie tempem, bardzo szybko podchodził też na górki i szybko okazało się, że nie dam rady. Po 3 czy 4 chyba punkcie kontrolnym dałem spokój z dotrzymywanie mu kroku.
Przystanąłem bo i tak już się ściemniło. Ubrałem kurtkę, czapkę, odpaliłem czołówkę i swoim już tempem ruszyłem do przodu.
Niestety nawigowanie jednak nie jest moją najmocniejszą stroną 🙂 W okolicy między PKT14 a PKT 15 (dokładniej to na asfalcie między miejscowościami Płoszczyna-Dziwiszów) zgubiłem trasę. Szybko to wyłapałem, stanąłem studiując mapę. Za chwilę dobiegło 3 chłopaków. Pytam czy tędy – tędy 🙂 Zrobiłem z nimi 2 km i wyszło, że jednak nie tędy. Pozostało się wrócić i szukać lepiej.
Jak wyszło zmyliły nas białe wstążki, którymi rolnik ogrodził swoje pole (BTW intencja dobra bo wisiały na elektrycznym pastuchu. Nie polecam dotknięcia bo sam spróbowałem :)) Były podobne do wstążek organizatora i sugerując się nimi pobiegliśmy nie tam gdzie trzeba. Nowi koledzy mieli jednak wgrany w komórkę ślad gps i z jego pomocą + wypatrywanie trasy przez 4 osoby wróciliśmy  na szlak. To była w sumie jedna poważna pomyłka drogi w trasie.

Nowo poznani biegacze okazali się dla mnie zbawieniem. Dwóch z nich biegło idealnie moim tempem! Ostatni silniejszy z grupy nadawał mobilizację całości by jednak biec a nie zbyt długo iść. Przemieszczałem się z nimi praktycznie do końca trasy (odeszli mnie na ostatnich 2 km, kiedy zabrakło mi już sił do ciągłego biegu). Super. W grupie biegnie się lepiej, co ważne do końca na prostych i zbiegach biegłem a nie szedłem jak w DFBG. Nawigacja również uprościła się znacznie kiedy w kluczowych momentach oprócz mapy dało się zerknąć na GPS i pokazywał czy jesteśmy na szlaku czy nie.

Przemieszczanie pomiędzy kolejnymi punktami szło dobrze. Znośnym tempem parliśmy do przodu. Na postojach krótko bez marnowania czasu. Napić się, uzupełnić bukłaki i dalej. Punkty organizator wyposażył bdb. Była woda, cola, izotonik (dobry pasował mi), herbata czy kawa. Do jedzenia rodzynki, ciasteczka, czekolada. Ciepły posiłek na trasie to pomidorowa lub naleśnik. Wziąłem pomidorową bo uznałem, że będzie lżejsza dla żołądka.

Pod sam koniec biegu drastycznie zepsuła się pogoda. Zaczął mżyć deszcz ze śniegiem. Szlak zrobił się coraz bardziej błotnisty, widoczność coraz gorsza (okularnicy jak ja mają gorzej gdy zaparują nam bryle). Parę razy wlazłem w wodę po kostkę ale moje buty i skarpetki tym razem sprawdziły się idealnie. Nic mnie nie obtarło.

Słabe warunki (wraz z tym co pisałem na początku – kiepskim przestudiowaniem rozmieszczenia pkt-ów) niestety zaprocentowało dużą pomyłką. Ominęliśmy punkt kontrolny nr. 24. Owszem biegliśmy koło niego ale nie podbiliśmy się. Na mecie została mi za to doliczona 2 godzinna kara co poskutkowało znacznym pogorszeniem miejsca . A szkoda. Całość trasy – 83,13 km przebiegłem w 13:49:19. Po doliczeniu kary zająłem 25 miejsce z 36 mężczyzn którzy osiągnęli metę (bez kary byłbym około 16).

Po biegu można było zjeść ciepły rosół,kawę, herbatę, wypić piwo i zagryzać ciasteczkami czy czekoladą. W ośrodku na mecie dało się też wykąpać (teoretycznie bo nie było ciepłej wody) i położyć spać.

Ponieważ na metę przybiegłem o godzinie 04:00 to do około 07:00 siedziałem czekając na rodzinę. Nie było to przyjemne oczekiwanie bo moje ciuchy kompletnie przemokły, nie miałem nic na zmianę i mimo, że było ciepło to po jakimś czasie zaczęło mnie telepać z chłodu. Opatulony w folię doczekałem przyjazdu rodzinki i po przebraniu się od razu ustąpiły niedogodności.

Teraz parę luźnych uwag ogólnych

Ze swojej formy w biegu jestem bardzo zadowolony. Cieszę się, że do końca biegłem, nie miałem kryzysów.

Wyposażenie jakie wziąłem dało radę na trasie. Buty, ubranie mnie nie obtarło ale na końcu biegu ciuchy miałem bardzo mokre (od potu i deszczu). Niestety tak szybko nie schły i tu mało już było komfortu.

To czego obawiałem się najbardziej czyli trasa nie była ekstremalna. Szlak prowadził po znośnej nawierzchni (szutry, kamienie, trochę asfaltu). Był szeroki, nie tak jak na DFBG, tu dało się biec nawet koło siebie. Podejścia i zbiegi do przeżycia.
Nawigacyjnie dało się wszystko ogarnąć. W sumie oprócz paru smaczków jak moment gdy wbiega się do lasu i szlak momentalnie się kończy 🙂 nie było aż takich hardcorów. Tu przydawało się współdziałanie w grupie i korzystanie np, ze śladu GPS.

Podsumowując – impreza kameralna ale dobrze zorganizowana. Polecam ten bieg.

P.S.
Tak już poza konkursem. Zadziwiające są postawy ludzi na biegach. 1. Podczas mojego biegu udało nam się znaleźć 2! karty kontrolne. Jak można je zgubić to nie wiem, przecież bez nich nie ma co biec dalej.
2. Dołujące najbardziej jest jednak to, że niektórzy oszukiwali 🙁 Wiem na 90%, że byli tacy co ominęli punkty a jednak sobie go podbili. Pewnie na kolejnym. Porażka i wstyd.

III Półmaraton Sowiogórski – 25/09/2016

3 Półmaraton Sowiogórski

III Półmaraton Sowiogórski (SuperBieg)- 25/09/2016

Trzecia (a moja druga) edycja Sowiogórskiego Półmaratonu jakoś nie była dla mnie zbyt szczęśliwa. Ani organizacyjnie impreza mi nie podeszła, anie sportowo nie wspiąłem się na wyżyny.  A było to tak…

W zeszłym roku podczas Biegu Niepodległości wygrałem darmowy start w tym półmaratonie. Poprzednia edycja biegu była jeszcze w większym stopniu organizowana przez osoby z Nowej Rudy/Ludwikowic i podobała mi się, więc uznałem, że oczywiście trzeba pobiec i teraz. Edycja 2016 to już jednak organizacyjnie tylko ekipa od SuperBiegu co spowodowało pewne komplikacje.

Zapisy (wprawdzie przez DataSport) były dość zagmatwane. Rejestrowało się swoją obecność w całym cyklu biegów (SuperBieg) a opłacając całość/poszczególne imprezy potwierdzało obecność na konkretnym wydarzeniu. Próbowałem jakoś (przy początku tego cyklu) się wpisać i nie szło 🙁 Do SuperBiegu ok, wpisałem się ale już na konkretny bieg no za nic mi nie szło. Chyba nie było innej możliwości jak tylko zapłacić.
Do organizatora wysłałem email jak mam to dokonać (by wystartować) ale pozostał on bez żadnej odpowiedzi. Dałem więc spokój planując po prostu przyjść i wpisać się przed biegiem.

Biuro zawodów czynne było dzień wcześniej więc uderzyliśmy tam w sobotę. Chyba przemawiam w obcej mowie (i czytać nie umieją bo pokazywałem przy tym kartkę z darmowym uczestnictwem) ale od pierwszego namiotu (wydawanie numerów) skierowano mnie do drugiego – kasy. Dziewczyna tam kazała wypisać kartkę zgłoszenia i ochoczo przystąpiła do wołania 60 zł za start.  Hmm… widać i tutaj  słowo pisane jest im obce. Zaoponowałem trochę ostrzej, że za co mam płacić jak wygrałem za free. To oni nie wiedzą, z powrotem do poprzedniego namiotu. Koleżanka obsługująca dalej miała jakiś problem ale poszła zapytać kogoś i … ufff udało się. Dostałem numer, pakiet.
Nie będę długo krytykował pakietu (bo w końcu mam go za darmo) ale nie porażał. Była w nim w sumie koszulka. Widziałem na stoisku gdzie te koszulki dawano dużo fajnych gadżetów (a to jakieś skarpetki, opaski) i przyznam się, myślałem, że to też dołożą 🙂 Ale nie, można było tylko kupić.

Trudno. Formalności załatwione, wróciliśmy do domu by w niedzielę znów wrócić do strefy biegowej.
Na plus podam, że informacje jak dojechać na miejsce były wywieszone dużo wcześniej, nikt chyba okazji zgubić się nie miał.

Niedziela przywitała biegaczy piękną pogodą. Było słonecznie, gorąco. Wizualnie ładne warunki do biegu, ale czułem, że będzie to duże utrudnienie. Mi jednak biegi w gorącu coś nie podchodzą.

III Polmaraton Sowiogorski
Najmocniejsza ekipa z USKSu 🙂

Pogadało się ze znajomymi bo sporo osób z naszego klubu biegło (czy na 10 km czy na półmaraton) i pora było ustawiać się na linii.

III Polmaraton Sowiogorski
No i wystartowali…

Biegacze ostro pocisnęli do przodu. Ponieważ to górska trasa to uznałem, że wyniku z Wałbrzycha nie powtórzę ale na około 2 godziny liczyłem i tak też trzymałem tempo (około 05:30). Założenia taktyczne utrzymałem gdzieś do 3 km gdy droga skręciła ostro pod górę (betonowe płyty). Tutaj jak i większość z mojej grupy czasowej przeszedłem do marszu. Nie było ani sił by biec ani sensu bo tuptałbym chyba jeszcze wolniej niż szedł. Jakiś 1 km szedłem aż do momentu gdy trochę się wypłaszczyło.  Tu ruszyłem biegiem (ale już wolniej). Praktycznie do szczytu Wielkiej Sowy (no może z 500 metrów przed) biegłem. Końcówkę na szczyt znów szedłem by po minięciu szczytu ruszyć biegowo w dół. Czułem się już jednak spompowany i gdy teren robił się pofałdowany to pod górki szedłem. Tak też wyglądał mój bieg aż do końca. W dół biegiem, co górka to spacerek. Marnie…

III Polmaraton Sowiogorski
Meta Półmaratonu

Taka dyspozycja pozwoliła mi osiągnąć metę w 02:18:26 i zająć 121 pozycję (na 163 osoby startujące). Jestem niestety totalnie nie zadowolony z wyniku. Ciężko go wprawdzie porównać z zeszłym rokiem, bo trasa była w sumie inna, ale 2:22:46 w 2015 i 02:18:26 w tym to żadne polepszenie. No cóż. Pretensje co do wyniku można mieć tylko do siebie. Trzeba było lepiej trenować.

Po biegu, można było napić się wody, izotoniku, podjeść ciastek czy pomarańczy (bez żadnych limitów). Gdy już się napchałem to udałem się po przydziałowy posiłek – makaron. Dopóki miałem go wymieszanego z ciepłym miesem to wchodził, głębiej niestety był już zimny to dałem sobie spokój.

Ponieważ paru osobom z naszego klubu bieganie poszło lepiej (w kat. wiekowych były podium) to czekaliśmy na dekoracje. Przy okazji wyszło spore niedociągnięcie organizacyjne 🙁 Michał wyczaił, że w kategorii drużynowej, nasz klub powinien być na  pierwszym miejscu. Faktycznie 3 osoby od nas wykręciły czasy lepsze niż drużyna wpisana przez organizatorów na pierwsze miejsce. Trochę tu nasza wina bo osoby od nas powpisywały klub np. USKS Ludwikowice Kł a  inni USKS Ludwikowice Kłodzkie ale to chyba powinno być i do ogarnięcia przez organizatora, że to to samo. Niestety nie. Zgłosiliśmy więc sprawę do biura. Pani powiedziała, że poprawia już, dzwoniła by prowadzący wstrzymali się z ogłaszaniem ale i tak nic to nie dało. Jak już przyszło do ogłaszania zwycięzców to nas w ogóle nie ujęli. OK…

Po biegu nie było żadnych losowań gadżetów itp. więc w sumie nie warto było czekać. Szybko wszyscy rozeszli się w swoją stronę.

Taki właśnie był ten bieg. Niby poprawny ale jednak organizator oderwany od miejscowości w której on się odbywa jakoś mi nie podszedł. Problem z rejestracją, klasyfikacją nie nastrajają mnie na plus. Co gorsze moja Żona będąca na mecie mówiła,że było parę akcji też nie do pochwalenia – w stylu, iż biegacz na mecie się przewrócił a spiker stojący obok w ogóle się tym nie przejął. Nie wezwał ratowników ot czekał aż gość się sam pozbiera i zejdzie z asfaltu. Karygodne.

XXII Międzynarodowy Bieg Uliczny Twardogóra – 18/09/2016

XXII Międzynarodowy Bieg Uliczny Twardogóra – 18/09/2016

Są takie biegi, które pasują człowiekowi i aż chce się w nich pobiec. Może to być kwestia miejsca, trasy, dobrej organizacji czy atrakcyjnych nagród. A może wypadkowej wszystkich tych cech po trochu.

Dla mnie takim, odkrytym trochę przypadkowo w zeszłym roku, biegiem jest – Twardogóra.
Impreza o lokalnym zasięgu (biegnie około 100-130 osób) – ale nie liczcie, że wygracie bez problemu bo biegną tu naprawdę mocni zawodnicy. W tym roku chyba wszyscy (łącznie z 70-latkami) dobiegli poniżej 1 godziny.
Dobra organizacja, wszystko dobrze oznaczone, pomysłowe koszulki, medale.
Wymagająca i przy tym szybka trasa.
Blisko od mojego miejsca zamieszkania.
Po biegu losowanie mnóstwa nagród 🙂 Może i drobnica, ale człowiek czuje, że ma szanse a nie, że 4 nagrody losują na 2000 osób.

No pasuje mi tu jak na razie wszystko, chociaż nie mówię, że organizatorzy nie mogliby paru spraw ulepszyć.

Jak było w Twardogórze w zeszłym roku pisałem tutaj:
XXI Międzynarodowy Bieg Uliczny Twardogóra

XXII Międzynarodowy Bieg Uliczny Twardogóra
Ciekawy medal i koszulka

W „ogóle” było podobnie jak rok temu więc nie będę tego tu powtarzał.  Ulepszono kwestię numerów startowych.  Tym razem były bezzwrotne i agrafki były 🙂
Nie udała się za to kwestia koszulek. No może, udała w 50% bo koszulki świetne (ładne, kolorowe) ale o 10:50 były tylko w rozmiarze L. Mój rozmiar 🙂 ale Żony niekoniecznie. Szkoda trochę.
Nie wiem, czy w przyszłości organizatorzy nie muszą pomyśleć też nad dodatkowymi toaletami. Toi-toi nie widziałem, a jedna ubikacja w ratuszu i jedna obok to trochę mało.  Do tej w ratuszu nie było może mega kolejki, ale ludzi się w niej chyba przebierali! co znacząco spowolniło rotację.

No cóż. Organizacyjnie wyszło wszystko  na plus. Ja przynajmniej nie widzę powodu by się wyżalać na drobne niedociągnięcia. To opiszę  stronę sportową zawodów.

Pod względem formy ciągle czuję się mocny (jak na poprzednie lata) więc uznałem, że trzeba będzie ostro cisnąć, a może uda się wykręcić dobry czas. Ponieważ poprzednie rekordy na 10 km miałem w okolicy 50 min to uznałem, że spróbuje utrzymać tempo mniejsze niż 05:00. W jednym z ubiegłorocznych biegów na 7 km zanotowałem około 04:25. Tutaj dystans większy i pod górki trochę, więc aż tyle nie planowałem. Z obliczeń wyszło, że będzie ok jeśli pobiegnę 04:50.

XXII Międzynarodowy Bieg Uliczny Twardogóra
Przed startem biegu

Rozgrzewka no i start. Pierwszy kilometr wszedł w 04:26. Zwarta grupa cisnęła dalej i kolejny podobnie – 4:34. Później jednak poczułem, że tyle nie utrzymam i zwolniłem samoistnie pod planowane 04:50). Co ciekawe takie tempo trzymałem praktycznie do końca biegu.
01 km – 4:26
02 km – 4:34
03 km – 4:48
04 km – 4:49
05 km – 4:52
06 km – 4:55
07 km – 4:54
08 km – 4:58
09 km – 4:52
10 km – 4:21

XXII Międzynarodowy Bieg Uliczny Twardogóra
Ciśniemy mimo, że pod górkę

Na mecie moje Suunto pokazało 47:29. Rekord. Oficjalne wyniki wyszło bardzo podobne i zamieszczę je niedługo (bo teraz jeszcze w necie ich nie ma).

Ze swojego wyniku jestem zadowolony, chociaż nie ukrywam, że szczyty biegów to nie są. Ciągle dużo mam do poprawienia.

Po biegu wypiłem ciepłą herbatę, zjadłem dobrą grochówkę i można było obejrzeć dekoracje zwycięzców. Wręczenie nagród poszło sprawnie, szybko zaczęto po nim losowanie nagród. Znów moja rodzinka miała szczęście i wylosowaliśmy sportową torbę i kubeczek na mleko dla dzieci 🙂
Cóż, zadowolony z wyniku biegu spokojnie mogłem wracać do domu. W przyszłym roku pewnie znów się tu pojawię.

Na sam koniec chciałem przedstawić taką luźną refleksję, która nasunęła mi się, gdy prowadzący cieszył się, że w tym roku pobiegło sporo osób z Twardogóry (i zajęli parę dobrych miejsc w kategoriach wiekowych).
Twardogóra (ale i np. Oleśnica) za wygrane miejsca wypłaca nagrody pieniężne. Powoduje to, że są „zawodowcy” z Kenii czy Ukrainy, którzy zajmują czołowe miejsca na podium.  Praktycznie wszystkie.
Wydaje mi się, że takim małym miastom to niepotrzebne. Żadna z tego promocja. Większy sukces biegu, władze mogłyby ogłosić gdyby zachęciły właśnie kolejnych, swoich mieszkańców do uczestnictwa. Co można by zrobić gdyby (zamiast wydawać na „gości”) nagrody pieniężne dać tylko w kategorii mieszkaniec miasta, powiatu czy Polak. Albo nie płacić w ogóle, a zaoszczędzone pieniądze wydać na lepsze rozreklamowanie biegu czy fajniejsze pakiety dla uczestników.

34 PKO Wrocław Maraton (11/09/2016) – Relacja

34 PKO Wrocław Maraton

34 PKO Wrocław Maraton (11/09/2016) – Relacja

Wrocławski maraton w mojej biegowej historii raczej nie zapisał się do tej pory jako bieg życia. Wynik zawsze osiągałem w nim słaby, warunki na trasie były ciężkie (a to padał deszcz, a to spora wilgoć i ciepło). No szału nie było. Czuję, iż edycję 2016 odpuściłbym, ale jak to u gadżeciarzy skusiła mnie wizja patery jaką dostanę gdy pokonam 2 x Wrocław Półmaraton + 2 z Wrocław Maraton.
Dodatkowo w tym roku, po w miarę dobrym okresie treningowym, miałem nieśmiałe zakusy na pierwsze złamanie 4 godzin. Ostatnie treningi w Oleśnicy (w podobnych temperaturach), dawały mi wprawdzie sygnał, że chyba to się nie uda, ale życie zweryfikowało moje możliwości jeszcze dobitniej. A było to tak 🙂

Część dotyczącą zapisów, opłat trochę skracam bo podobne wszystko jak przy Nocnym Półmaratonie.

Zapisy na maraton wystartowały dość wcześnie. Rejestracja przez DataSport, strona maratonu i facebook prowadzone dobrze (częste aktualizacje, sporo informacji). Zwyczajowo opłaciłem bieg w pierwszym terminie, bo po co przepłacać.

Podobnie jak przy poprzednich edycjach odbiór pakietów ruszył w piątek i sobotę więc dla spokoju ducha podjechaliśmy z rodzinką dzień przed biegiem. Ludzi sporo ale dało się zaparkować w okolicy i kolejek „do kas” 😉 nie było. Wolontariusze sprawnie sprawdzili tożsamość, wydali co trzeba i można było pooglądać stoiska expo. Zwyczajowo podobało mi się wszystko oprócz cen, więc nie kupiłem sobie nic 🙂 No może dłużej debatowałem nad książką Skarżyńskiego o treningu maratońskim, gdyż był na stoisku z nią sam autor i kusiła mnie wizja, że może mi ją podpisze. Finalnie jednak dałem spokój i można było wracać do domu.

Pakiet startowy znośny – numer, agrafki, chrupki, piwo bezalkoholowe, jakieś ulotki no i koszulka 4F. Wygląda na solidną ale mogła by być bardziej żywa kolorystycznie (w znaczeniu posiadania jakiejś fajnej grafiki a nie tylko napisów).

Niedzielny poranek to wiadomo wyjazd na miejsce zawodów. Organizatorzy, oznaczyli miasto całkiem dobrze. Tablice gdzie są parkingi znajdowały się już od rogatek miasta, na samej trasie też było sporo banerów, informacji. Szybko trochę za to chcieli zablokować drogę, bo o 07:40 już przegrodzono trasę, którą miałem chęć dojechać na miejsce parkingowe. Szczęśliwie, pas do skrętu w lewo był wolny i wszyscy kierowcy jechali z niego prosto (wiem, nie popieram łamania przepisów ale kogoś poniosło blokować główną drogę o takiej godzinie – tym bardziej, że na tym kawałku ulicy maratończycy mogli się pojawić najwcześniej około 10:00 – 11:00).

Cóż zaparkowałem gdzie chciałem i poszliśmy z Żoną na start (ona biegła w biegu rodzinnym 2 km). Ludzie już się kręcili po okolicy, rozgrzewali. Ze spraw przyziemnych na plus zaliczam sporą ilość toalet, nie stało się w mega kolejkach (no chyba, że ktoś 10-20 min przed biegiem wpadł na pomysł by skorzystać).
Trochę pospacerowaliśmy, spotkałem wujka (też biega mimo 60-ki na karku, szacun), dokonało się parę zdjęć i zacząłem rozgrzewkę. Gdy już byłem gotów, pozostało stanąć w strefie startowej i czekać.

34 PKO Wrocław Maraton
34 PKO Wrocław Maraton – widok na start

Odliczanie i kolejne strefy ruszyły. Ludzi na maratonie było mniej niż na połówce i tym razem oczekiwanie na bieg nie było tak długie. Chwilka spaceru no i bieg.

Od razu po starcie czuło się, że pogoda niestety da wycisk. Piękne słońce zwiastowało upały i tak było. Temperatura rosła momentalnie. W mieście wiadomo, betonowa dżungla to i stopni jeszcze więcej. W którymś momencie, na trasie, widziałem termometry, które pokazywały 30 stopni w powietrzu i 40 przy asfalcie (niektórzy w necie dali foty na których jest 50 🙁 ) Hardcore.

Punkty odżywcze na trasie były zorganizowane co około 2,5 km. Na wszystkich wlewałem w siebie co się dało (woda, izotonik). Cukry uzupełniałem bananami i kostkami cukru. Korzystałem też z wody do odświeżania obficie lejąc po sobie i mocząc czapkę. Gdyby nie to, pewnie przyszłoby polec od razu. Obsługa punktów była bdb, nic nie brakowało na nich (no może z wyjątkiem żeli bo dla mojej grupy tempowej już ich na stołach nie było).

Biegnąc starałem się trzymać założonych temp – bieg po około 05:25-05:40 min/km. Do 18 km udawało mi się to całkiem dobrze ale później nastąpiła katastrofa. Momentalnie, jakby ktoś mnie nożem podciął – 19 km = 06:37, 20 km = 06:22 a  po połówce jeszcze gorzej. Nie dałem rady biec i zacząłem iść (czasy po około 07:30-09:00). Niestety nie udało mi się ogarnąć już do końca i praktycznie całość szedłem, z momentami podbiegów.
Masakra. W pewnym momencie miałem takiego doła, że zacząłem pierwszy raz w karierze myśleć, że po co mi to i może zejść z trasy. Taa… problem tylko taki, że nie miałem telefonu, pieniędzy, miasto stało w korku to po co. I tak bym musiał dojść na metę. Szedłem więc dalej.  Od 37 km trasa prowadziła troszkę w cieniu i tu nieznacznie przyśpieszyłem (bliżej 07:30, ale oczywiście i tak więcej szedłem).

34 PKO Wrocław Maraton
34 PKO Wrocław Maraton – druga połowa dystansu

Po tej tragicznej walce na mecie zameldowałem się w czasie – 04:54:56. Miejsce Open – 3133, w kategorii M40 – 899.

Porażka na całego. Najbardziej z tego wszystkiego to mi było Żony szkoda, że musiała przy mecie czekać tyle czasu.

Koniec biegu to wręczenie medalu. Później biegacze przesuwali się powoli do przodu zbierając pamiątki 🙂 Chłodzący ręcznik, folię NRC, banany, wodę, izotoniki by finalnie dojść do strefy bufetowej gdzie serwowano makarony i herbatę. Dobre, ale niestety nie miałem w ogóle apetytu. Przed oczami za to miałem loda Frugo i zimną colę 🙂
Trochę zawiodłem się, bo niezbyt dało się wrócić tą samą trasą. Miałem chęć na jeszcze jeden izotonik ale barierki i porządkowi zniechęcali do spaceru pod prąd. No szkoda.
Sporo ludzi odpoczywało w cieniu na trawie, ja jednak miałem Wrocławia dość i szybko zawinęliśmy się do auta jadąc do domu.

Finalnie. Od strony organizacyjnej impreza na pewno udana. Nie widziałem żadnych znaczących pomyłek, niedociągnięć. Na ten moment mogę stwierdzić, że w przyszłym roku pewnie jeszcze wystartuję bo skoro mam już te 2 medale, to na paterę uskładam kolejne, ale później z maratonem Wrocławskim dam sobie spokój. Jednak co roku ciągle coś mi nie pasowało na nim (z przyczyn niezależnych od organizatorów) to po co się męczyć.

XVII Toyota Półmaraton Wałbrzych

17 Toyota Półmaraton Wałbrzych

Półmaraton w Wałbrzychu (21/08/2016) to taki mój stały punkt kalendarza biegowego. W tym roku był to już jubileuszowy 5 start w tej imprezie 🙂

Pisałem już kilka relacji z Wałbrzycha np. tu:

http://rmc-biega.pl/?p=243

więc po namyśle zdecydowałem, że w tym roku pisać raczej sensu nie ma. Nie ma bo musiałbym się w sumie powtórzyć.
Idea, wykonanie biegu w detalach było identyczne do poprzedniego. Poprawne, dobrze zorganizowane. Trochę narzekałem w zeszłym roku na „rutynę organizacyjną”, tym razem chyba podszedłem do tego bardziej łaskawie i wszystko mi się podobało 🙂

Jednym z niewielu ulepszeń w 2016 r. była możliwość wyboru rodzaju pakietu – z koszulką czy bez. Wybrałem bez i przez moment trochę żałowałem (ale przez moment, później rozsądek zwyciężył). Organizatorzy zrobili je dość pomysłowe ze złotym pociągiem z przodu 🙂 Koszulkę można było wprawdzie dokupić na miejscu ale 2 x drożej niż w pakiecie więc ta opcja mnie nie skusiła.

Drugą rzeczą, która odmieniła ten bieg od poprzednich była … pogoda. Zamiast upału, padało. I to mocno. W sumie do biegania to lepiej więc tu też nie narzekam.

Walka na trasie Polmaratonu Walbrzych
XVII Toyota Polmaraton Walbrzych – na trasie

No a od strony sportowej…
Ten sam bieg, ta sama trasa więc ładnie widać na przestrzeni lat, w jaką stronę idzie mój trening. A idzie całkiem dobrze 🙂 mimo, że przed samym startem czułem się średnio mocny.  Stresik był, jakoś wydawało mi się, że mocy nie będzie. Z tego powodu za punkt honoru uznałem, że bieg należy przebiec i dobrze by było to poniżej 2 godzin.
Przesadnej strategii ku temu nie miałem. Jak to ja – bazując na tempie z Półmaratonu Wrocław postanowiłem biec podobnie, licząc, że podbiegi mnie nie zniszczą 🙂
Założenia udało się zrealizować w 100%. Biegłem cały czas a na mecie uzyskałem czas – 01:51:22. Uwaga, uwaga! o 28 sekund lepszy niż we Wrocławiu 🙂
Zacnie.  W tak ciężkim biegu uzyskać taki czas to dla mnie duży powód do zadowolenia.

Na trasie Polmaratonu
XVII Toyota Polmaraton Walbrzych – walka na trasie

 

Cóż można jeszcze powiedzieć analizując ten wyczyn. Hmmm… na podbiegach oczywiście sporo zwalniałem (do około 06:30 min/km) ale z górki znajdującej się później nadrabiałem lecąc po około 04:30. Dobrze też widać w wykresikach z GPS, że jednak mocy mi trochę brakowało. Każde kolejne okrążenie (są 3) biegłem wolniej. I to na podbiegach i na zbiegach. No ale nie na tyle wolno by wynik nie wyszedł.

XVII Toyota Polmaraton Walbrzych
XVII Toyota Polmaraton Walbrzych- okolice mety

Jestem zadowolony. Podniosłem sobie wprawdzie dość mocno poprzeczkę niemniej to chyba dobrze. Ile można się tak lenić. Dużo osób po roku bieganie ma lepsze wyniki niż ja po 4 czyli ciśniemy 🙂