Trzymając się polskiego toku myślenia 😉 narzekanie trwa dalej. Minione tygodnie mocno okrojone pod względem biegowym. Wytłumaczeń mam mnóstwo ale powiedzmy wprost – lenistwo i zła organizacja były głównym powodem opuszczenia się w treningu.
Doszło do mnie zwyczajowo, że za parę tyg. Bieg na Śnieżkę a w polu jestem z długimi biegami – czyli koniec obijania jak chcę mieć jakieś szanse na zmieszczenie się w limtach. Mobilizacja do biegów na 100%. Od poniedziałku 😉
Na koniec poważniej. Ponarzekało się ale… poza tygodniem 19 w sumie nie było najgorzej z regularnością. Przynajmniej tyle :)Treningów zrobiłem tyle co trzeba, trochę pojeździłem na rowerze, bo próbujemy z Żoną zaszczepić tą pasję w naszego małego bąka. Opiera się ale powoli, powoli i chyba się wkręci.
Brakuje mi „tylko” tego wydłużenia treningu. Kręcę się w zakresie 6-12 km. By coś jednak osiągnąć musi być dłużej.
Słabo coś idzie trzeba to powiedzieć wprost. Kwiecień stracony. Niby biegam, niby regularnie (4 treningi zrobiłem + 1 wyście na rower) w poprzednim tygodniu, ale coś mi w głowie nawaliło. Nie chce mi się trenować, motywacja siadła mocno. Biegać a i owszem chęć mam i idę pobiegać. Zrobię jednak z 6 km i wewnętrzny głos podpowiada, że starczy. O ile w marcu ładnie już cisnąłem – dystans był zacny, długie wybiegania były to tu nic 🙁
W domu na dodatek się napcham słodkościami, przepiję colą (a był moment, że całkiem przestałem ją pić) i znów robię się coraz grubszy. Słabo też ćwiczyłem ogólnorozwojówkę – dzień ćwiczeń, trzy bez.
Nie wiem o co chodzi ale szykuje się jakaś katastrofa jak się nie ogarnę. Liczę, że majowy weekend pozwoli mi zresetować się od codziennych problemów i może chęci do życia/biegu nabiorę.
W tygodniu 16 zrobiłem 4 treningi biegowe (łącznie 38,54 km)+ 1 wyjście na rower (około 4,5 km). W szczegółach wyglądało to tak:
Data: 18/04/2018
Dystans: 11,41 km Czas: 01:05:36 Średnie tempo: 5:45 min/km
Połączenie treningu z koniecznością powrotu do domu. Zostawiłem auto u mechanika (pod Oleśnicą), a że nie miał mnie kto odwieźć to sobie do domu pobiegłem. Fajnie mieć taką możliwość/zdolności bo w sumie nie wiem jak bym stamtąd wrócił 🙂
Bieg spokojny bo gorąco było. Dobrze, że wziąłem wodę. Przy okazji zrobiłem drugie podejście do Salmingów, które dostałem jakoś w zeszłym roku. Lepiej trochę niż pamiętałem i może coś z tego będzie.
Data: 19/04/2018
Dystans: 6,21 km Czas: 00:35:58 Średnie tempo: 5:47 min/km
Nietypowy trening ze środy spowodował, że biegłem bez dziennej przerwy. Dziwnie dało mi to w kość 🙁 Szybko (co pisałem wyżej) uznałem też, że będzie. Szkoda, mało ubiegłem.
Data: 21/04/2018
Dystans: 10,92 km Czas: 01:05:16 Średnie tempo: 5:59 min/km
Miała być rundka Ludwikowice-Sokolec ale wyszło inaczej. Za szybko wyszedłem na biegi po obiedzie i niestety mnie natura wezwała w krzaki. Mobilizacja od razu mi siadła i uznałem, że wracam. Zbiegając już w stronę Ludwikowic uznałem, że mogę polecieć szlakiem w lesie (a nie asfaltami). To była dobra decyzja – udało się dokręcić trochę km w trudniejszym terenie.
Data: 22/04/2018
Dystans: 10,00 km Czas: 00:59:16 Średnie tempo: 5:56 min/km
Tydzień 15 nie wprowadził niestety żadnych wielkich rewolucji biegowych. Pierwsze 2 treningi zrobiłem słabe i krótkie. Kiepsko się jakoś zbierałem po przeziębieniu i sił miałem nie za wiele.
Nie martwiło mnie to strasznie bo jeszcze gdzieś do czwartku snułem wizje, iż w Biegu Kreta wystartuje. I kilometry się zrobią 🙂 Głos rozsądku (albo niechęci do tego pomysłu = Żona) zwyciężył i nie wystartowałem jednak. Szkoda trochę ale cóż było to prawie oczywiste już wcześniej.
W weekend zrobiłem więc 2 krótsze (po około 12 km) biegi, by wejść spokojniej w objętości jak w poprzednich tygodniach. Sobotni nawet, nawet, w niedzielę już ciężej. Ale ubiegnięte więc ok :).
W szczegółach było tak:
Data: 09/04/2018
Dystans: 6,26 km Czas: 00:36:03 Średnie tempo: 5:45 min/km
Niesiony polską fantazją wymyśliłem sobie na początek sezonu 2018 (mojego bo roku już trochę przeszło) taki dziwny bieg.
Więcej niż kameralny, ba w sumie nawet nie zorganizowane zawody ale spontaniczny run po górach (z życzliwą pomocą członków Klubu Biegowego Sobotka).
Do Kreta robię w sumie drugie podejście. W 2017 też się zapisałem, ale że nie opłaciłem to uznajmy, iż tematu nie było. Tym razem wpłata (symbolicznych 20 zł na support) była, przygotowania jakieś też więc… no właśnie.
W swojej karierze biegowej jeśli już na zawody się zapisywałem to mimo obaw, słabego przygotowania biegłem zawsze aż do końca. Raz, czy dwa opłaciwszy imprezę wystartować nie dałem rady (np. po szpitalu w zeszłym roku) ale to inny temat. Usprawiedliwiony byłem. Tu natomiast coś poszło nie tak. Powiem wprost – czuję, że to wielkiego sensu nie ma. Staram się poukładać temat w głowie i coś mi nie idzie. Pozostanie chyba się pierwszy raz poddać. No chyba, że jednak sam się jakoś racjonalnie przekonam.
A jest tak:
Idea startu na 110 km, na powiedzmy początku roku biegowego, jest sama w sobie dziwna. Ułańska fantazja faktycznie mi to do głowy podała. 2017 w sumie był rokiem straconym. OK, od stycznia się trochę ogarnąłem i biegam regularnie. Zwiększam dystans, walczę z wagą i postępy są. W marcu przebiegłem już łącznie 226 km. No i fajnie ale ciągle to trochę mało by ładnie ogarnąć 110 km po górkach.
Po górkach i … na własną rękę. No własnie. Nawigator ze mnie słaby, a tu leciał będę na 100% sam. Przy 20-30 startujących szansa by się do kogoś podłączyć znikoma. Już widzę się na szlaku. Tu wstążeczek organizatorów nie będzie żadnych.
110 km to nie mało. Chyba 🙂 Ostatni taki bieg w 2016 (DFBG 130 km) zniszczył mi stopy dokumentnie. Tydzień prawie nie łaziłem czekając aż się bąble wygoją. Fakt teraz buty, skarpetki mam lepsze ale dla odmiany w terenie mogą być resztki śniegu, pewnie dużo wody. Ciekawe czy nie wyjdzie na to samo. A tym razem urlopu nie mam. W poniedziałek trzeba się stawić do roboty.
Kolejne biegi, które traktowałem poważniej mam w czerwcu. Zastanawiam się czy regeneracja po tak dużym obciążeniu nie spowoduje, że i w kolejnych pobiegnę źle. Myślałem nawet czy nie potraktować Kreta treningowo i pobiec np. 50 km i dać spokój (chociaż to mocno wbrew mnie).
Luz i taniość biegu (20 zł nie majątek jak przepadnie) dodatkowo uśpiła moją czujność. Szkoda mi się zrobiło urlopu w piątek i uznałem, że co będę brał wolne. Po robocie sobie odpocznę, pośpię i Żona mnie zawiezie na start (03:00). No i fajnie tylko mistrz (ja) nie ogarnął, iż na start się autem nie podjedzie. Yyyyy… podejść trzeba jakieś 2 godziny z każdej strony Śnieżnika. No błysnąłem organizacją. Dobrze, że chociaż odkryłem to 7 dni przed a nie w piątek wieczorem 🙂 🙂
Moja Żona mimo, że dobra kobieta jest, swoją szpilę też mi wbiła. Wyszło, iż biegam w sobotę a to data jej urodzin. Ale wtopa, tak sobie zorganizować weekend nie?
Wszystko powyżej mówi mi, że pomysł startu jest głupi. Biegł będę po przysłowiową pietruszkę. Zmorduje się, zgubię pewnie a jeszcze na dobitkę pogorszę relacje rodzinne. O rany!
W sumie wypadałoby już nie ciągnąć ale dać spokój. Głowa mi jednak protestuje trochę – porażka przed sobą, swoimi założeniami i planami. Nie zwykłem poddawać się na starcie.
Trochę męczy nie też enigmatyczne info „organizatorów”, że ten bieg może już być ostatnim. To chyba w sensie, że chcą go w kolejnych latach trochę bardziej skomercjalizować a nie zlikwidować ale kto wie.
No i co robić – jak nic nie wiedziałem na początku to nie wiem dalej…
Kolejne 2 biegowe tygodnie za mną. O ile pierwszy (świąteczny) śmiało mogę uznać za udany to kolejny wyszedł słabiutko. Złapała mnie jakaś choroba i udało mi się wymęczyć tylko jeden bieg! Katastrofa jakaś, bo wytrwałem całą zimę, a poległem u przednówka wiosny.
Poza biegowe projekty zajęły zaś tak skutecznie mój czas, iż znów spóźniłem się z wpisem biegowym. Z perspektywy czasu, mam dylemat czy warto opisywać teraz wszystko zwyczajowym tokiem. No i chyba nie ma, bo i detali nie pamiętam i odczuć „około biegowych” też. Będzie więc krótko.
Finalnie zaś. Nie wszystkie rzeczy idą tak jak bym chciał. Co gorsze mam wrażenie, że dzieje się tak prawie zawsze jak już blisko mam do jakiegoś wyzwania – tu w kontekście Biegu Kreta jaki w sobotę. No nic, temu poświęcę kolejny wpis, a teraz już krótko o tym co dokonało się w ostatnich 2 tygodniach.
Tydzień 12 – 49,16 km przebiegnięte.
27/03/2018. Dystans: 8.88 km, Czas: 51:31, Średnie Tempo: 5:48 min/km 29/03/2018. Dystans: 8.15 km, Czas: 43:39, Średnie Tempo: 5:21 min/km 31/03/2018. Dystans: 22.02 km, Czas: 2:48:20, Średnie Tempo: 7:39 min/km 01/04/2018. Dystans: 8.88 km, Czas: 1:00:16, Średnie Tempo: 5:57 min/km
Zrealizowałem 4 treningi. Dwa pierwsze to biegi krótsze (ach to lenistwo!). By nie uznać je za stracone staram się ostatnio, by ostatni kilometr biec sporo większym tempem niż reszta. Jest to różnica około 5:50 (spokojne) a 4:30 (szybszy odcinek) czyli sporo jak na mnie. No biegnie się, ale odczucia mam, że trochę taki zamulony jestem. Ciekawe jak takim tempem wszedłby dłuższy dystans. Trzeba spróbować…
Biegi weekendowe zaś to znów długie wybieganie (ponad 22 km) i dzień po nim lekki trening.
Tu jestem zadowolony. Długie wybieganie wygląda na słabe tempowo ale… wybiegłem na Wielką Sowę, czyli pierwsze 10 km ciągiem pod górę 🙂 Dużym utrudnieniem okazało się podłoże. Na Sowie śnieg! Zbity, zlodowacony i płynący wodą. W pewnym momencie stanąłem i nie dało już rady zrobić ani kroku. Zjeżdżałem w dół 🙂 Dalszą część drogi jak inni turyści pokonałem lasem, omijając szlak. Szczęśliwie droga w dół była lepsza. Śnieg już bardziej świeży i dało się biec.
Tydzień 13 – 9,04 km przebiegnięte.
04/04/2018. Dystans: 9.04 km, Czas: 59:37, Średnie Tempo: 6:36 min/km Nie wiem o co chodzi ale pod koniec świąt Żonka moja trochę narzekała na gardło, a syn wyśmienicie smarkał. Niby trzymałem się dobrze ale już we wtorek – oho, coś źle. Czuję gardło, zaczyna coś mnie rozkładać.
Na środowy bieg wyszedłem ale od startu szło słabo. Zdrowie j.w. Co gorsza jeszcze włączyło się wiosenne słonce, skok temperatury na 20 stopni a ja ubrałem się jak idiota. Softshell, termiczna koszulka, czapka i rękawiczki! Rękawiczki zdjąłem po kilometrze, w reszcie zalewając się potem musiałem biec. Szybko wyschło mi w gardle, trasa wymęczona. Biegałem pod Oleśnicą po terenie więc nie warto patrzyć, iż słabiutkie tempo.
Niby w kolejnych dniach się całkiem nie rozłożyłem, ale nic lepiej zdrowotnie nie było i dałem spokój z bieganiem. Niestety, tydzień w plecy.
Ostatnie 2 tygodnie to trochę słabszy okres biegowy. Psychicznie coś zmęczyła mnie praca (w tygodniu) i co gorsze przełożyło się to na treningi. No nie chciało mi się iść biegać i już 🙁 Zanotowałem też awarię samochodu, co popsuło mi plan treningów 🙂 (no tak, zanim mnie ojciec odholował to zeszło). Szczęśliwie weekendowe bieganie nie było skażone lenistwem więc jakieś tam numery zanotowałem. Łącznie pokonałem:
Tydzień 11 – 49,39 km
Tydzień 12 – 53,19 km
Weekend no i górki. W sumie po asfaltach bo ostatki zimy nie zachęcały do biegów poza utwardzonym szlakiem 🙂 Bieg rozruchowy, nie szalałem z kilometrami.
Kolejny słabszy dzień. Znów mi się nie chciało. By chociaż trochę zagłuszyć moralnego kaca ostatnie kilometry pobiegłem szybciej. No, w cudzysłowiu bo ledwie 05:25. Oj, szybkośc w tym roku to moja słaba strona. Trzeba będzie nad tym lepiej popracować po Biegu Kreta.
Ryzykowne zagranie ale zdecydowałem się na długi dystans. Raz by podratować kilometry, dwa by w końcu wydłużyć dystans, a trzy by zobaczyć jak będzie lecieć się na zmęczeniu. Wyszło tak:
– kilometry uratowane :),
– dystans wydłużony. Pierwsze 2x w tym roku :),
– zmęczenie było. Mimo, że od początku pilnowałem wolnego tempa to po 10 kilometrze nóżki już czułem. Wiosennie było więc szczęśliwy jestem, że przewidziałem to i wziąłem wodę + żel. Oj bez tego ciężko by było.
W czasie treningu zanotowałem trzy drobne przerwy – na spacerek w czasie jedzenia żelu, a resztę na wysypywanie z butów kamyków (niestety, Dunlopy słabe są pod tym względem, non stop coś do buta wyłapuję). Przerwy były jednak pod kontrolą więc ok.
Podsumowując – dobrze. Dałem radę.
Zaskoczyła mnie wiosna 🙂 bo poniższy tekst pisałem w ostatnich dniach zimy. Nie będę już jednak wiele zmieniał – będzie jak znalazł za rok.
Jako, że jest zima to musi być zimno (cytując klasyków). Mądrzejszy o doświadczenia z poprzednich sezonów dbam by jednak nie mrozić ważnych elementów siebie (szyja, ręce) i jednym ze standardów jakie używam są rękawiczki.
Nie jestem tu wybredny. Dawno temu podczas zimowych biegów używałem zwykłych wełnianych rękawiczek. Nie mogę powiedzieć o nich absolutnie złego słowa ale z czasem wymieniłem je na lekkie, biegowe rękawiczki z Lidla. To też mi pasowało i używałem je naprawdę w szerokim spektrum temperatur. Od kilku na plusie do kilku stopni na minusie. Pewnie używałbym ich do tej pory ale w zeszłym roku uszkodziłem palec i niestety strasznie czuły zrobił się na temperatury. Gdy słupek rtęci termometrów zatrzymał się na minusie to marzł, sztywniał, przeszkadzał. Źle :(, szkoda zrobić mu krzywdę do końca, więc czym prędzej postanowiłem zainwestować w coś solidniejszego.
Jako, że w końcówce zeszłego roku rękawiczki pojawiły się w Aldi to uznałem, że je zakupię. Kosztowały coś koło 30 zł więc akceptowalnie. Solidny ich test wypadł w dobrej porze – bo przy okazji niedawnych mrozów. Jak było to przeczytacie poniżej.
Obrazek z tym co pisze o nich sam producent:
Rękawiczki Aldi – ulotka
Pierwsze wrażenie
Rękawiczki prezentują się faktycznie sportowo. Czarne z żółtymi wstawkami i odblaskowym paskiem na grzbiecie dłoni. Od środka mają pseudo skórzane naszywki, w jednej z nich mieści się żelowa wkładka. Materiał całości przyjemny, lekko śliski – ot taki jak wiele softshellowych ciuchów. Dla kontrastu kciuk wykończony jest od środka dłoni materiałem w fakturze zamszu.
Wkładka wewnętrzna wykonana jest w podobnym stylu jak wykończenie kciuka. Sprawia to przyjemne wrażenie, jest miłe w dotyku.
Rękawice posiadają plastikowy karabinek (często jest coś takiego w rękawiczkach narciarskich) pozwalający złączyć je razem. Ot by ich nie zgubić.
Na mankietach mamy rzepowy ściągacz którym można ułatwić sobie zakładanie ich, jak i później dopasować rękawicę do przedramienia.
Rękawice zimowe AldiRękawice zimowe Aldi
Wykonanie
Solidne. Wszystko zszyte równo i mocno. Żadnych niedoróbek, uszkodzeń nie zanotowałem.
Test – użytkowanie
Rękawiczki są wyraźnie grubsze i sztywniejsze niż leciutkie biegowe rękawice z Lidla (jakie mam). Po wciśnięciu ich na rękę czuć ich grubość. O precyzyjnych pracach można zapomnieć ale przy odrobinie wprawy da się nacisnąć guziki w Suunto Ambit więc tragedii nie ma.
Użytkowanie w mocnych mrozach (ponad -10) wypadło znakomicie. Było mi ciepło w ręce/palce w całym czasie biegu (od około 1 do 1,5 godziny). Ba, nawet ręka w środku była lekko spocona.
Wiatroodporność wypadła dobrze, nic z czynników zewnętrzynych mi nie przeszkadzało.
W sumie same plusy. A minusy? Zanotowałem jeden związany z potliwością rąk w rękawicy. Dopóki mamy je na dłoni jest ok. Jeśli jednak przyjdzie nam do głowy je zdjąć to późniejsze założenie to już męka. Wewnętrzna rękawiczka trochę wyłazi i trzeba się zmęczyć by palce znów trafiły na swoje miejsce.
Podsumowanie
Rękawiczki przez zastowowane w nich patenty najbardziej kojarzą mi się z rękawicami narciarskimi i pewnie takie jest ich właściwe przeznaczenie. Nie jest to jednak żaden minus i podczas biegania też sprawdzają się bardzo dobrze.
Są ciepłe, nie czuć w nich wiatru. „Mobilność” ręki akceptowalna. Odblaskowe paski świecą mocno co pozwoli zwiększyć nasze bezpieczeństwo np. podczas biegów po zmroku. Polecam.
Sporo ostatnio mam na głowie, bo realizowałem jakieś poza biegowe pomysły i zebrać się by tu coś ciekawego napisać idzie … trudno 🙂 Mam nadzieję, że do końca tego tygodnia ogarnę swoje „inności” i w przyszłym już może coś więcej się popisze. Sprzętu trochę mi się naskładało warto by cokolwiek o nim skrobnąć zanim stanie się archiwalny 🙂
W tym wszystkim, szczęśliwie chociaż tyle, że pilnuję swojego biegania i nie odpuszczam. Liczby mi się zgadzają. Zakończony już tydzień to 56,46 km w nogach, czyli tegoroczny rekord. Ładnie, nie powiem 🙂
Zastanawiam się tylko, czy nie biegam zbyt zachowawczo (max. na treningu to 17 km). Pora już chyba zaatakować dwudziestki bo do Biegu Kreta czasu coraz mniej.
Fakty biegowe są zaś takie:
Oleśnica c.d. Urlop miałem z powodu okresowych badań lekarskich (do pracy) więc korzystając z tej okazji uznałem, że dzisiaj kilometrów musi być więcej.
Nie wiem czy to z powodu stresów (służba zdrowia mnie zawsze osłabia :)) czy ogólnie gorsza dyspozycja ale dał mi ten trening mocno w kość. Pod koniec to już miałem dość i skróciłem planowaną trasę o jakiś 1 km.
Hmmm… no nie wiem co powiedzieć. Dystans ładny, tempo jak patrzę też dobre. Może to był powód tego zmęczenia po.
Wiosna zaczęła pojawiać się i w górach. Cieplej znacznie niż ostatnio przez co biegało się przyjemnie. W sobotę zrobiłem trasę z gatunku lżejszych. Dobry bieg w mojej ocenie, momentami nawet chyba za szybki i bałem się żeby (zimne jeszcze) powietrze mi gardełka nie uszkodziło.
Bieg sobotni był ok, za to ten niedzielny – ciężki. Zrobiło się naprawdę ciepło i chyba ubrałem się za grubo. Przypiekające słońce mnie męczyło. Pod koniec trasy chciało mi się też pić i żałowałem, że żadnej wody nie posiadam. Oj, chyba pora znów zacząć brać jakiś bukłak.
W miniony weekend zakończyła się kolejna edycja City Trail (mówimy oczywiście o biegu we Wrocławiu). Mimo całej mnogości różnych biegów, mało jest jednak dalej imprez w okresie zimowym. Przyciąga to ludzi, co dobitnie widać po tłoku na parkingu i trasie. Ale to dobrze, lepiej biegać niż się obijać 🙂 Szacunek dla organizatorów, że od tylu lat udaje im się organizować i rozwijać! to wielkie, cykliczne przedsięwzięcie.
To już kolejny mój sezon z tym biegiem (4 tak dokładniej). Z jednej strony dobrze go znam – wiem co będzie przed, w trakcie, po biegu. Z drugiej strony każdy sezon, przynosi małe ale istotne zmiany (nie można powiedzieć więc, że jest nudno).
Co najważniejsze ciągle jednak cieszy mnie fakt, że mogę tu być i mierzyć się z dystansem, czasem (a może najbardziej z własnymi słabościami). Przez to wszystko myślę, że to jeszcze nie koniec mojej walki z tym biegiem i pewnie nie raz będę opisywał jak mi poszło.
Tegoroczna edycja stała u mnie pod znakiem pewnego odrodzenia. Pierwsze biegi jeszcze w kryzysie. Bez dobrego obiegania, z za dużą wagą. Wzrost formy (poparty sumiennym treningiem) przyszedł jednak i im później tym było lepiej. Widać to dobrze po czasach:
1 – 00:24:57
2 – 00:25:09
3 – 00:24:49
4 – 00:25:14
5 – 00:24:04
6 – 00:23:43
Nie da się ukryć, że poprawa wyników przyszła zbyt późno by coś nawojować (= by być z siebie w pełni zadowolonym) ale jednak tendencja jest ciągle wzrostowa i o to chodzi. Uczciwie trzeba również powiedzieć, że tegoroczna edycja była ciężka pod względem warunków. Poza ostatnim biegiem, wszystkie kolejne w dużym błocie. I to takim przez duże „D”. Sporo na to trzeba było zmarnować energii i pewnie po te kilka sekund by z każdego urwał. No ale było, minęło. Nie ma co płakać.
Finalnie zająłem miejsce 192 z 307 (mężczyźni). W kategorii M40 byłem 48 z 90. Tak ogólnie w połowie stawki 🙂
Przeglądałem sobie archiwalne wyniki i widzę, że co sezon notuję postęp. Wynika więc, że w kolejnym powinno mi pójść znów lepiej 🙂 Dla porównania było tak (klasyfikacja mężczyzn):
Edycja 2016-17 1 – DNS 2 – 00:23:15 3 – 00:23:25 4 – DNS 5 – 00:25:03 6 – 00:25:04 Generalnie – 177 z 285
Edycja 2014-15 1 – 00:27:41 2 – 00:24:48 3 – DNS 4 – 00:25:34 5 – 00:26:09 6 – 00:24:45 Generalnie – 172 z 211
9 tydzień to niestety trochę mniej pokonanych kilometrów. Trochę w tym zasługi zawodów (sobota to City Trail), a trochę winy mojej (bieg niedzielny). Nabiegałem łącznie 37,64 km i zrealizowałem 4 biegi.
Sytuacja ciągle jest pod kontrolą, ale lampka ostrzegawcza się włączyła i w bieżącym tygodniu spróbuję nic nie zawalić.
Szczegółowo moje osiągnięcia przedstawiały się zaś tak:
Pierwszy trening po weekendzie to zwyczajowy bieg po Oleśnicy. Jak zwykle odwaliłem na drugim kółku jakąś manianę i dystans skróciłem. Słabo. Zauważam, że w bieganiu przeszkadza mi robota 🙂 bo przychodząc zrąbany po niej do domu, małe chęci mam na cokolwiek. No niestety, opcja rzucenia jej nie wchodzi w grę i trzeba się mobilizować do treningów jakoś inaczej 🙂
Tym razem wykrętów nie było i pyknąłem całe 2 kółka. Zacnie, chociaż coś kilometraż mi słaby wyszedł. Dziwne, powinno być bliżej 11 km a tu ledwie 10.5 w Endomondo. Myślałem, że coś sprzęt szwankuje, bo jak przyglądałem się zapisanemu gpx-owi, to po kilometrze z kawałkiem mam jakiś pik prędkości przez moment. Podobna anomalia występuje jednak w paru innych więc to raczej nie to. Tym bardziej, że Movescount w tym biegu pokazuje mi już 11 km. Widać jakieś przekłamanie na łączach. Trudno.
Data: 03/03/2018 – City Trail (bieg 6) Dystans: 4,39 km Czas: 00:21:07 Średnie tempo: 4:49 min/km
Zaś coś słabo wymierzył mi Suunto, bo City Trail to zawsze na nim było około 4,7 km. Oficjalnie czas 23:43, miejsce 202/442. Ponieważ to ostatni bieg są już wyniki całościowe. Mały (większy) komentarz dokonam jutro 🙂 Tu napomknę tylko, iż był to jedyny chyba bieg w tej edycji gdy nie trzeba było walczyć z błotem. Trzymał spory mróz (też pewnie przeszkadzał) ale przynajmniej biegło się lżej. Pozwoliło mi to wykręcić mój tegoroczny rekord tej trasy i zejść nie tylko poniżej 25 a nawet 24 min. Fajnie 🙂
Fotka z 6 biegu City TrailFotka z 6 biegu City Trail – grupa na czas 25-28 min
Po CT umówiłem się z Żoną iż w ramach dobicia paru kilometrów więcej pobiegnę sobie z Osobowic aż na osiedle Różanka (miejsce mojej młodości :)) i tam ona mnie odbierze spod Lidla.
Tym razem już spokojny truchcik, bez szaleństw. Oglądałem widoki. Rany ile to lat minęło gdy ostatni raz biegłem/jechałem rowerem tymi wałami. Kiedyś to prawie dzikie rejony 🙂 a teraz czyściutko, wał wyrównany, poszerzony. Tu coś brakuje, tu coś dobudowali. Biegaczy mnóstwo w obu kierunkach latało (kiedyś nie do pomyślenia). Przyjemnie z jednej strony powspominać, z drugiej smutno trochę – widać w sobie upływ czasu i miejsca, które się zna ale już tak całkiem nasze nie są. No nic, życie.
Ciekawostką, na której też mi zależało, była chęć zobaczyć ile to kilometrów biegałem tymi wałami w czasach studiów. Uwaga, uwaga – około 4 km (2 w jedną i 2 z powrotem). Wow, a czuło się wtedy, że to taki dystans 🙂
Średnie tętno: –
Maksymalne tętno: – Sprzęt: GPS NAV Master 2. Buty – EB Brutting Diamond Star
Niedziela miała być momentem dłuższego wybiegania. Niestety, zgubiło mnie łakomstwo. Spędziliśmy miły czas u moich rodziców a tam wiadomo – obiadek, ciasto, kawa … w pewnym zapętleniu 🙂 Przegiąłem. Po pierwszym dużym kole jakie zrobiłem (te 7,98 km) poczułem, iż natura mnie wzywa i co bym nie zrobił nie doniosę przez 2 okrążenie. Zły na siebie wróciłem do domu. Pewnie można by iść z powrotem ale dałem już spokój. Nauczka na przyszłość, nie żreć tyle.
Finalnie, jako że luty się skończył w międzyczasie. Mimo pewnych przeszkód realizacja planu idzie zgodnie z założeniami. Ubiegłem 188 km, co stanowi największy w tym roku dystans. Duże nadzieje pokładam w marcu bo jednak to miesiąc dłuższy. No, zobaczymy 🙂