Wszystkie wpisy, których autorem jest Rafal_C

Salming Distance D1 – krótki opis

Logo strony Test Sprzetu

Opis bardziej „archiwalny” bo but występuje już  w swojej 5 odsłonie, ale może ktoś gdzieś wynajdzie i uzna, że też musi mieć 🙂

Specyfikacje, materiały i detale techniczne można wyszperać w necie więc pozwolę sobie je pominąć a skupić się na odczuciach z użytkowania.

Buty tej firmy były dla mnie całkowitą niewiadomą. Widziałem je kiedyś na expo, przed którymś maratonem, i nie powiem podobały mi się. Cena jednak zawierała się w zakresie jaki uważam za niepoważny do wydania 😉 więc zaciekawienie było czysto teoretyczne. Kiedy nadarzyła się okazja by je przetestować (dzięki uprzejmości portalu bieganie.pl) zgłosiłem się czym prędzej i po chwili sukces – mam je 🙂

Salming Distance D1 - widok z boku
Salming Distance D1 – widok z boku

Salimigi przybyły do mnie w okresie jesiennym. Dostałem je w oczodajnym kolorze, przez samego producenta określanym jako – safety yellow. Nie powiem dają po oczach. Przypuszczam, że mając inny kolor do wyboru tego bym sam bym sobie nie kupił, ale buty biegowe nie bierze się tylko dla koloru więc nie wybrzydzam.
Trochę mi ich było żal na jesienne trasy (spodziewałem się, że szybko się ubrudzą) ale skoro dostałem to trzeba testować. Problem szybko się jednak rozwiązał, chociaż może nie tak jak bym chciał.
Niestety… ten konkretnie model okazał się takim, z którym się nie polubiłem.
Buty w rozmiarze jaki z reguły noszę (45) po założeniu nieprzyjemnie opinały mi przednią część stopy. Czułem boki stopy, palce też sprawiały wrażenie, że będą szorować o górę przodu.
Wydaje mi się, że to przez „gumowe” wzmocnienie przodu i konstrukcję przodu buta. Podeszwa sprawia wrażenie szerokiej a cholewka w przodzie zwęża się i obniża.
Kurcze, słabo. Stopy przesadnie szerokiej nie mam (chyba :)) i tego się nie spodziewałem.
Przebiegłem więc w nich z 10-20 km i powędrowały na zimowy odpoczynek.

Salming Distance D1 - widok podeszwy
Salming Distance D1 – podeszwa

Distance wygrzebałem z szafy na wiosnę tego roku i postanowiłem dać im drugą szansę.
Niestety, nic się nie zmieniło. Opięcie przodu jest dalej i mi w bieganiu nie pasuje. Czuję to zwłaszcza przy rozpoczęciu biegu. Później noga trochę się przyzwyczaja i dyskomfort spada ale nie na tyle by całkiem o nim zapomnieć. Szkoda, ten minus pomniejsza całą resztę plusów, które buty niewątpliwie mają.

Plusy w.g. mnie to:

  1. Lekkość. Rozmiar 45 waży 270 gr (mierzone domową wagą kuchenną),
  2. Naturalność ruchu. Nie powiem, jest. Osoby ze słabszymi nogami mogą się w początku przygody z Salimgiem męczyć bo jednak dają trochę w kość,
  3. Sprężystość. Buty są w miarę”przyjemne” w biegu. Nie są toporne, sztywne, nie trzeba z nimi walczyć chociaż nie można też powiedzieć by w jakiś specjalny sposób pomagały (oferując sprężynujące odbicie itp  atrakcje :)). Podeszwę odbieram w kategorii zestrojenia na mniejszą amortyzację i lekką sztywność,
  4. Wygoda. Poza tym nieszczęsnym przodem ogólne wrażenie jest ok. Buty nie urażają, żadnym otarć, uszkodzeń stóp nie zanotowałem. Biegałem w nich spokojne treningi po około 10 km i tu nic złego się nie dzieje. Półmaratonu, maratonu to bym się jednak bał bo coś czuję, że moje paluszki mi nie podziękują. Ale kto wie, może kiedyś spróbuję.
  5. Przyczepność/czucie podłoża. Na suchym bo tylko tak biegałem jest dobrze, ładnie się trzymają. W mieście czucie podłoża jest dobre z przewagą jednak izolacji od podłoża. Jakieś kamyczki, krzywe chodniki nie przeszkadzają.
  6. Wykonanie/jakość. Bardzo dobra. Nic nie odpadło, nie odkleja się. Po pokonaniu w nich ponad 100 km dalej jak nowe.Cóż. Wiele więcej pisał o nich nie będę. Boję się, że ten but jest potwierdzeniem prawdy, iż jak coś nie pasuje nam na początku to już pasować nie będzie. Ale…szanse, że się poprawi (z czasem) mimo, że niewielkie to są, wiec ich całkiem nie skreślam. Będę powoli, pomału próbował je jeszcze polubić.

    Generalnie sporo recenzji tego buta jest w necie. W sumie wszyscy wypowiadali się o nim na plus, takich problemów jak mam nikt nie sygnalizował. Być może sukcesem do ich używania jest dobór rozmiaru przed zakupem. Większe może odebrał bym całkiem inaczej.

Półmaraton Szlakiem Riese 2018/06/03

Polmaraton Szlakiem Riese

Dużo ostatnio narzekałem, że mało robię długich wybiegań to przywaliłem z grubej rury. Zapisałem się na ostatni moment na górski półmaraton – Półmaraton Szlakiem Riese 🙂
Organizuje go ekipa odpowiedzialna na Waligóra Run Cross (a i trasa prowadzi z tego co wyczytałem po części biegu ultra) więc należało spodziewać się fajnych zawodów. Nie sposób nie docenić też moich ulubionych górek (Góry Sowie i okolice :)) Finalnie zaś blisko miałem na start to jak tu nie pobiec 🙂

Założeń i taktyki na bieg specjalnie nie układałem. Liczyłem na czas około 2 godzin, wiadomo bez odpuszczania ale i nie na 110% normy. Ciężko zresztą coś planować skoro trasy nie znałem a i swoich możliwości też (to chyba moje pierwsze czy drugie 2x w tym roku).

Zawody mają swój „kącik” na stronie Waligóra Run Cross – link przekierowujący do zapisów, gdzieś tam w historii opisy treningów na jego trasie. Zapisy ok, jest regulamin, lista startowa, opis ale jednak można by wydarzenie to bardziej wyodrębnić bo słabo to czytelne (chociaż jakąś dedykowaną podstronę mu zrobić). Więcej można wynaleźć na wydarzeniu na FB, niemniej fanów nowych technologii całość nie porwie 🙂

Na plus należy uznać aktualizowanie list startowych. Moją wpłatę organizatorzy dostali pewnie w Boże Ciało (albo dzień po) ale już 01/06 miałem potwierdzenie zgłoszenia.

Bieg nie powiem kameralny (limit 150 osób) więc w biurze zawodów (czynne w niedzielę przed biegiem) tłoku nie było. Pobrałem numer, koszulkę + parę ulotek i można było czekać na start.

Po fali upałów, dzień przed biegiem wychłodziło się i padało. Sam dzień zawodów pod chmurką, słońce wyglądało nieśmiało i ciężko było wyczuć co czeka na trasie.

Uznałem, że należy spodziewać się raczej ciepła niż opadów więc przygotowałem zestaw startowy z gatunku najlżejszych – spodenki i koszulka bez rękawów. Bałem się upałów więc zabrałem ze sobą kamizelkę Aonijie + 2 bukłaki 250ml. Trafiłem z tym bdb ale tragedii nie byłoby i bez ekwipunku. Dało się wytrzymać i bez wody – punkty odżywcze organizatorzy przygotowali na około 9 i 16 km. Podawano na nich wodę, izotonik, banany, rodzynki i arbuzy. Wystarczająco, na żadnym niczego nie brakowało.

Rozgrzewkę dokonałem na około 25 min przed startem. Trochę statycznych rozciągnięć i truchciki  pod/z górki

W strefie startowej zwyczajowo wybrałem połowę stawki. Nie było sensu pchać się na przód, z kolei końcówka budzi moje obawy, iż trzeba będzie się mozolnie przepychać.

Po starcie grupa ruszyła całkiem sprawnie. Lekkie spiętrzenie ludzi w bramie startowej, ale już za chwilkę każdy znalazł swoje miejsce i kłopotu nie było.

Profil Polmaratonu
Profil trasy

Przepraszam fanów dokładnych opisów ale chyba byłem w takim szoku swoją dyspozycją, że nie mogę teraz odtworzyć wszystkich fragmentów trasy! Nie chcę tu zamieszać detali co po czym ale myślę, że jakoś nakreślę warunki na trasie 🙂

Początek biegu to wspinaczka pod górę przez około 2-2,5 km. Moje obszary ciągnęły trochę za szybko (jak na mnie) ale uznałem, że spróbuję wytrzymać. Wiem, głupia to taktyka ale tak już mam. Wolę początek biec mocno. A końcówkę albo wytrzymam albo niestety zwolnię. Dodatkowo podbiegów trochę na treningach miałem więc trzeba spróbować.
O dziwo udało się. Podczepiłem się pod grupkę lecącą równo i leciałem. Tył półmaratonu został gdzieś za nami.
Po trudnym początku szybko przyszedł oddech – spokojny ~3 km zbieg. Współtowarzysze podkręcili tempo ale szkoda było ich zostawić 🙂 Dysząc jak lokomotywa trzymałem się grupy.
W końcówce tego zbiegu był ostry techniczny fragment w dół. Oj tu mięśnie dostały w kość. Ten fragment (jak i następny w górę) to w sumie jedno z niewielu przewężeń na trasie. Ciężko tu o jakieś możliwości wyprzedzenia więc pozostało trzymać swoje miejsce w stawce.
Było w dół to trzeba odpokutować i w górę. Wąską ścieżką zaczęło się krótkie lecz mozolne podejście w górę. Jego zwieńczenie to fajny tunel między bunkrami, po którym znów nastąpił szybszy odcinek w dół.
Na około 9-10 km był pierwszy punkt odżywczy (okolice Osówki). Wziąłem banana i kubek wody. Ponieważ w bidonach miałem jeszcze sporo wody nie marnowałem czasu na dolewanie i ruszyłem w dalszą drogę.
Leciutka górka i znów przyjemny zbieg w stronę Włodarza (około 16 km, na końcu zbiegu drugi pkt odżywczy). Ten fragment trasy niestety pokazywał co czeka za moment. Była na jego końcu nawrotka i tak jak fajnie biegło się w dół to należało niefajnie wrócić pod górę 🙂
Wzmocniony izotonikiem + arbuzem mozolnie zacząłem bieg w górę. Tu już czułem trudy trasy i niestety w paru miejscach podchodziłem.
Końcówka podejścia to kolejny (szczęśliwie krótki) hardcore w górę i można finish-ować. No dobra poniosło mnie 🙂 w sumie zbieg trwa jakieś 4 km.
Oj, w pewnym momencie mięśnie paliły mnie masakrycznie i musiałem trochę zwolnić. Szkoda, wyprzedził mnie jeden zawodnik, ale słysząc gdzieś w oddali kolejnego sprężyłem się i swojej pozycji już nie oddałem.

Na sam koniec jeszcze krótkie info o nawierzchni trasy. Poza zasygnalizowanymi dwoma zwężeniami (do ścieżki z wystającymi korzeniami) w większości szeroka i ubita. Nawierzchnia szutrowa, kamienna i ziemna. Fragmentów z kamieniami sporo ale nie są mocno wystające to wielkiej tragedii nie ma. W tym roku całość była sucha i ubita więc da się lecieć szybko (jak ktoś umie i daje radę :))

Metę osiągnąłem w oficjalnym czasie  2:10:15 zajmując 74 miejsce.

Meta Półmaratonu Szlakiem Riese
Meta Półmaratonu

Nieźle, jestem zadowolony z tego pierwszego dłuższego biegu. Bałem się, że szybciej spuchnę a tu w sumie ładny, ciągły bieg. Wynik też nie zgorszy jak na dystans (mój zegarek wskazał około 22,9 km).

Po minięciu mety wydawano wodę i medale. Po chwili oddechu udałem się do pobliskiej jadłodajni gdzie wydawano posiłki. Makaron z mięsem lub warzywami. Stąd też podjęła mnie moja Żona i można było wracać do domu 🙂

TRENING (TYDZIEŃ 21+22/2018)

Trening Biegowy

Kolejne dwa tygodnie za mną. W sumie bez większych sensacji. Bieganie było regularne (po 4 trening na tydzień), a na dokładkę trochę roweru i spacerów. W ramach relaksu odwiedziłem też basen – nie powiem przepłynąłem coś ale więcej jaccuzzi i sauny. Relaksik też się należy 🙂
Jedyne „ciekawostki” godne wspomnienia to sprawy techniczne.
1. Zainstalowałem sobie na komórce Endomondo (na poprzedniej mi nie działało i dawno już go w telefonie nie używałem :)) i wyjścia poza biegowe rejestruję teraz na bieżąco. Niby nic a cieszy – odpada konieczność pamiętania o zgrywaniu danych z zegarków.
2. Sporo treningów zrobiłem w dawno nie używanych butach terenowych – Adidas Raven, bo w nich chcę przelecieć Śnieżkę 😉  Pierwszy bieg (jakiś czas temu) skończył się masakrą. Powróciłem więc do firmowych wkładek i grubszych skarpet. Jest ok, ale nogę opinają ciasno. Trzeba się przyzwyczaić.

Całość liczb wygląda tak:

TYDZIEŃ 21
BIEG 22/05/2018 – dystans: 8,69 km, czas: 48:46, tempo średnie: 5:37 min/km (Oleśnica)
ROWER 23/05/2018 – dystans: 8,28 km, czas: 31:28, tempo średnie: 3:48 min/km (Oleśnica + okolice)
BIEG 24/05/2018 – dystans: 8,80 km, czas: 53:52, tempo średnie: 6:07 min/km (terenowe okolice Oleśnicy)
CHODZENIE 25/05/2018 – dystans: 2,14 km, czas: 21:25, tempo średnie: 10:01 min/km (Oleśnica)
CHODZENIE 25/05/2018 – dystans: 1,49 km, czas: 16:01, tempo średnie: 10:46 min/km (Oleśnica)
BIEG 26/05/2018 – dystans: 12,92 km, czas: 1:16:56, tempo średnie: 5:57 min/km (Ludwikowice Kł-Sokolec)
BIEG 27/05/2018 – dystans: 4,71 km, czas: 34:04, tempo średnie: 7:14 min/km (Ludwikowice Kł) – Bieg z Żoną 🙂

TYDZIEŃ 22
BIEG 29/05/2018 – dystans: 6,55 km, czas: 35:20, tempo średnie: 5:24 min/km (Oleśnica)
BIEG 31/05/2018 – dystans: 13,19 km, czas: 1:17:04, tempo średnie: 5:51 min/km (Ludwikowice Kł-Sokolec)
CHODZENIE 31/05/2018 – dystans: 4,49 km, czas: 1:10:26, tempo średnie: 15:42 min/km (Ludwikowice Kł)
BIEG 01/06/2018 – dystans: 12,93 km, czas: 1:19:16, tempo średnie: 6:08 min/km (Ludwikowice Kł-Sokolec)
ROWER 02/06/2018 – dystans: 31,17 km, czas: 2:06:22, tempo średnie: 4:03 min/km (rundka przy granicy PL-Czechy)
BIEG 03/06/2018 – dystans: 22,90 km, czas: 2:10:04, tempo średnie: 5:41 min/km (Półmaraton Szlakiem Riese)

Bieg Firmowy – Wrocław 2018

Bieg, do którego miałem negatywne nastawienie, a który przyniósł mi osobisty rekord. A było to tak.

W tym roku, w pracy pojawiła się u mnie nowość – zaproszenie na Bieg Firmowy. Wow, szaleństwo. Skoro można czemu nie, postanowiłem się zapisać.
Sporo z tym było perypetii – najpierw powiedzieli mi, że jednak nie ma obsady sztafety, gdy kazałem się wykreślić udało się chętnych uskładać (za jakiś czas, a nie że od razu :)). No nic, powiedziałem, że w takim razie pobiegnę by ta pozostała 4 problemów nie miała.
Moja grupa okazała się być „składkowa”. Osoby z różnych działów, różnej narodowości (2 Ukraińców), nie znające się. Żeby było lepiej koordynatorka całości wkręciła mnie w detale niezbędne by pobiec (podpisy, koszulki itp). Strasznie mnie to stresowało (bo ja nieśmiały jestem :)), a musiałem się nałazić szukając kto w ogóle i gdzie pracuje. Żeby było lepiej nie wszyscy zgłoszeni powiedzieli, że pobiegną. Ekstra… no nic, odpuśćmy już narzekanie, organizacja w mojej firmie nic ma nic wspólnego z Biegiem Firmowym.
Po przebojach udało się zebrać team w całość i można było biec.

Dużym zaskoczeniem była dla mnie liczba osób chcących wystartować. Rany ale narodu w okolicy Stadionu Olimpijskiego! Auto zostawiłem w jednej z dalszych uliczek i poszedłem szukać narodu z mojego przedsiębiorstwa. Uff, są 🙂
Wymieniliśmy trochę uwag, kto po kim startuje, gdzie się szukać w strefie zmian i można było oczekiwać na start. Ja biegłem drugi. Planowałem w sumie pobiec luźniej, tak koło 25 min (bo i po prawdzie obawiałem się, że dużo szybciej nie wycisnę) ale wszyscy prezentowali bojowy nastrój to myślę wstyd odpuszczać. Trudno polecę ile fabryka dała. Jak mnie odetnie to i tak dolecę w miarę zgodnie z planem 🙂

Stresik czy wypatrzę swoją poprzedniczkę był ale się udało. Przejąłem pałeczkę i cisnę.
Trasa biegu bardzo mi przypasowała. Było w miarę szeroko. Mimo dużej liczby biegaczy nie było tłoku. Nawierzchnia miejscami zmienna (asfalt, szutry, ziemia) ale płasko i twardo. Były ostre nawroty (to lekki minus dla fanów prędkości, mi jednak nie przeszkadzało). Dużym plusem był fakt, iż spora cześć biegu odbywała się w cieniu. Sobota była gorąca, gdyby biegło się w pełnym słońcu mogłoby to wyglądać dużo gorzej.

Pierwszy kilometr zrobiłem w 4:22 czyli stanowczo za szybko. W drugim troszkę zwolniłem ale pilnowałem się by nie zejść powyżej 5:00 (4:40). Trzeci podobnie, wszedł siłą rozpędu – 4:52. Widzę, że siły ciągle są więc nie odpuszczam, Czwarty km – 4:48 i piąty staram się coś przyśpieszyć na finishu. Przyspieszyłem – 4:04 🙂
Patrzę na mecie na Ambita – oho, pokazuje coś koło 22-23 min. Jak się nie rozjechało to będzie dobrze. I było – oficjalnie 22:24 🙂
Ciężko przyjąć, że ten czas jest idealnym odzwierciedleniem moich możliwości na 5 km bo dystans z zegarka pokazał 4,86 km. Na
City Trailu też notowałem krótszą trasę więc widać postęp, w stosunku do zimy. No nie spodziewałem się powiem szczerze, ale cieszy to bardzo.

Reszta ekipy z mojego teamu okazała się być całkiem ładnie obiegana. Dwie dziewczyny zanotowały czasy coś koło 24-25 min, kolega z Ukrainy – 18 😉 Najwolniejszy z naszej grupy zrobił trasę w 31 min, co też jest dobrym wynikiem wiedząc, że pierwszy raz dystans 5 km złamał tydzień przed BF. Zacnie. Na 3 drużyny z mojego przedsiębiorstwa byliśmy najlepsi. Czas całości – 2:03:49. Wisienką na torcie był również fakt, iż okazałem się najszybszym Polakiem wsród naszej firmowej, grupy, a ze wszystkich miałem drugi czas (no do tych 18 min to mi jeszcze brakuje :)).

Cóż. Tu można by skończyć. Niezły, sportowo bieg i dał mi dużego kopa motywacyjnego. Mam nadzieję, że to zaprocentuje.

Krótko o organizacji biegu (krótko bo nie uczestniczyłem np. w odbiorze pakietów i ciężko mi opisać detale). Bieg w mojej ocenie zorganizowany dobrze. Trasa oznaczona. Speaker podawał info co i gdzie. Toalety bez wielkich kolejek były, po biegu medal i woda wydawane sprawnie. Polecam wszystkim, którzy oprócz biegania lubią zabawę i pomaganie (bo szczytny, charytatywny cel tych zawodów był najważniejszy).

TRENING (TYDZIEŃ 20/2018)

Trening Biegowy

Nowości 🙂
Słabo ostatnio u mnie z regularnością wpisową, ciężko mi przez to po tygodniu, dwóch odtworzyć szczegóły treningów (jakie buty, zegarek itp.). W sumie są to też detale, które niewiele wnoszą do całości sytuacji. Postanowiłem więc odchudzić trochę istniejącą formę posta. Cyferki „ku pamięci” oczywiście zamieszczę ale postaram się więcej pisać o ciekawostkach (o ile będą), odczuciach, formie itp. a nie tym ile kółek po Oleśnicy nakręciłem. Czy to wyjdzie zobaczymy.

Zakończony już tydzień 20 przyniósł mi łącznie 4 biegi (w tym jedne zawody) + 1 wyjście na rower. Kilometrów biegowych pokonałem 29,65, a rowerowych 4,89. Ogólnie – słabo i postanowiłem, że tydzień 21 musi już być obfitszy. Na ten moment staram się, co będzie po niedzieli – we will see 🙂
Pewnym rozgrzeszeniem jest tylko fakt, że dwa biegi były o nieludzkiej porze – 06:00. Po pracy łatałem samochód + lubię posiedzieć w nocy przy PC więc możecie wierzyć, iż było to ciężkie dla mnie doznanie 🙂

BIEG 15/05/2018 – dystans: 5,67 km, czas: 32:37, tempo średnie: 5:35 min/km (Oleśnica)

BIEG 16/05/2018 – dystans: 6,87 km, czas: 35:04, tempo średnie: 5:06 min/km (Oleśnica)

BIEG 19/05/2018 – dystans: 4,86 km, czas: 22:45, tempo średnie: 4:41 min/km (Wrocław – zawody)

ROWER 19/05/2018 – dystans: 4,89 km, czas: 53:42, tempo średnie: 10:59 min/km (Ludwikowice)

BIEG 20/05/2018 – dystans: 12,25 km, czas: 1:09:32, tempo średnie: 5:41 min/km (Ludwikowice Kł-Sokolec)

TRENING (TYDZIEŃ 17-19)

Trening Biegowy

Trzymając się polskiego toku myślenia 😉 narzekanie trwa dalej. Minione tygodnie mocno okrojone pod względem biegowym. Wytłumaczeń mam mnóstwo ale powiedzmy wprost – lenistwo i zła organizacja były głównym powodem opuszczenia się w treningu.

Doszło do mnie zwyczajowo, że za parę tyg. Bieg na Śnieżkę a w polu jestem z długimi biegami – czyli koniec obijania jak chcę mieć jakieś szanse na zmieszczenie się w limtach. Mobilizacja do biegów na 100%. Od poniedziałku 😉

Na koniec poważniej. Ponarzekało się ale… poza tygodniem 19 w sumie nie było najgorzej z regularnością.  Przynajmniej tyle :)Treningów zrobiłem tyle co trzeba, trochę pojeździłem na rowerze, bo próbujemy z Żoną zaszczepić tą pasję w naszego małego bąka. Opiera się ale powoli, powoli i chyba się wkręci.
Brakuje mi „tylko” tego wydłużenia treningu. Kręcę się w zakresie 6-12 km. By coś jednak osiągnąć musi być dłużej.

W skrócie było tak:

TYDZIEŃ 17
BIEGANIE: 38,93 km
ROWER: 7 km

TYDZIEŃ 18
BIEGANIE: 41,57 km
ROWER: 17,33 km

TYDZIEŃ 19
BIEGANIE: 22,78 km
ROWER: 10,76 km

TRENING (TYDZIEŃ 16/2018)

Trening Biegowy

Słabo coś idzie trzeba to powiedzieć wprost. Kwiecień stracony. Niby biegam, niby regularnie (4 treningi zrobiłem + 1 wyście na rower) w poprzednim tygodniu, ale coś mi w głowie nawaliło. Nie chce mi się trenować, motywacja siadła mocno. Biegać a i owszem chęć mam i idę pobiegać. Zrobię jednak z 6 km i wewnętrzny głos podpowiada, że starczy. O ile w marcu ładnie już cisnąłem – dystans był zacny, długie wybiegania były to tu nic 🙁
W domu na dodatek się napcham słodkościami, przepiję colą (a był moment, że całkiem przestałem ją pić) i znów robię się coraz grubszy. Słabo też ćwiczyłem ogólnorozwojówkę – dzień ćwiczeń, trzy bez.
Nie wiem o co chodzi ale szykuje się jakaś katastrofa jak się nie ogarnę. Liczę, że majowy weekend pozwoli mi zresetować się od codziennych problemów i może chęci do życia/biegu nabiorę.

W tygodniu 16 zrobiłem 4 treningi biegowe (łącznie 38,54 km)+ 1 wyjście na rower (około 4,5 km). W szczegółach wyglądało to tak:

Data: 18/04/2018

Dystans: 11,41 km
Czas: 01:05:36
Średnie tempo: 5:45 min/km

Średnie tętno: –
Maksymalne tętno: –
Sprzęt: Suunto Ambit. Buty – Salming Distance

Połączenie treningu z koniecznością powrotu do domu. Zostawiłem auto u mechanika (pod Oleśnicą), a że nie miał mnie kto odwieźć to sobie do domu pobiegłem. Fajnie mieć taką możliwość/zdolności bo w sumie nie wiem jak bym stamtąd wrócił 🙂
Bieg spokojny bo gorąco było. Dobrze, że wziąłem wodę. Przy okazji zrobiłem drugie podejście do Salmingów, które dostałem jakoś w zeszłym roku. Lepiej trochę niż pamiętałem i może coś z tego będzie.

Data: 19/04/2018

Dystans: 6,21 km
Czas: 00:35:58
Średnie tempo: 5:47 min/km

Średnie tętno: –
Maksymalne tętno: –
Sprzęt: Suunto Ambit. Buty – EB Brutting Diamond Star

Nietypowy trening ze środy spowodował, że biegłem bez dziennej przerwy. Dziwnie dało mi to w kość 🙁 Szybko (co pisałem wyżej) uznałem też, że będzie. Szkoda, mało ubiegłem.

Data: 21/04/2018

Dystans: 10,92 km
Czas: 01:05:16
Średnie tempo: 5:59 min/km

Średnie tętno: –
Maksymalne tętno: –
Sprzęt: GPS NAV Master 2. Buty – Dunlop

Miała być rundka Ludwikowice-Sokolec ale wyszło inaczej.  Za szybko wyszedłem na biegi po obiedzie i niestety mnie natura wezwała w krzaki. Mobilizacja od razu mi siadła i uznałem, że wracam. Zbiegając już w stronę Ludwikowic uznałem, że mogę polecieć szlakiem w lesie (a nie asfaltami). To była dobra decyzja – udało się dokręcić trochę km w trudniejszym terenie.

Data: 22/04/2018

Dystans: 10,00 km
Czas: 00:59:16
Średnie tempo: 5:56 min/km

Średnie tętno: –
Maksymalne tętno: –
Sprzęt: GPS NAV Master 2. Buty – Dunlop

Kółko Ludwikowice-Jugów. Jedno z moich łatwiejszych więc niezbyt nawet jest tu co pisać. 10 km obleciałem i spocząłem na laurach.

TRENING (TYDZIEŃ 15/2018)

Trening Biegowy

Tydzień 15 nie wprowadził niestety żadnych wielkich rewolucji biegowych. Pierwsze 2 treningi zrobiłem słabe i krótkie. Kiepsko się jakoś zbierałem po przeziębieniu i sił miałem nie za wiele.
Nie martwiło mnie to strasznie bo jeszcze gdzieś do czwartku snułem wizje, iż w Biegu Kreta wystartuje. I kilometry się zrobią 🙂  Głos rozsądku (albo niechęci do tego pomysłu = Żona) zwyciężył i nie wystartowałem jednak. Szkoda trochę ale cóż było to prawie oczywiste już wcześniej.
W weekend zrobiłem więc 2 krótsze (po około 12 km) biegi, by wejść spokojniej w objętości jak w poprzednich tygodniach. Sobotni nawet, nawet, w niedzielę już ciężej. Ale ubiegnięte więc ok :).
W szczegółach było tak:

Data: 09/04/2018

Dystans: 6,26 km
Czas: 00:36:03
Średnie tempo: 5:45 min/km

Średnie tętno: –
Maksymalne tętno: –
Sprzęt: Suunto Ambit. Buty – EB Brutting Diamond Star

Data: 11/04/2018

Dystans: 7,83 km
Czas: 00:45:24
Średnie tempo: 5:48 min/km

Średnie tętno: –
Maksymalne tętno: –
Sprzęt: Suunto Ambit. Buty – EB Brutting Diamond Star

Data: 14/04/2018

Dystans: 12,37 km
Czas: 01:15:32
Średnie tempo: 6:06 min/km

Średnie tętno: –
Maksymalne tętno: –
Sprzęt: GPS NAV Master 2. Buty – Dunlop

Data: 15/04/2018

Dystans: 13,17 km
Czas: 01:20:12
Średnie tempo: 6:05 min/km

Średnie tętno: –
Maksymalne tętno: –
Sprzęt: GPS NAV Master 2. Buty – Dunlop

Bieg Kreta – dylematy przedstartowe

Niesiony polską fantazją wymyśliłem sobie na początek sezonu 2018 (mojego bo roku już trochę przeszło) taki dziwny bieg.
Więcej niż kameralny, ba w sumie nawet nie zorganizowane zawody ale spontaniczny run po górach (z życzliwą pomocą członków Klubu Biegowego Sobotka).
Do Kreta robię w sumie drugie podejście. W 2017 też się zapisałem, ale że nie opłaciłem to uznajmy, iż tematu nie było. Tym razem wpłata (symbolicznych 20 zł na support) była, przygotowania jakieś też więc… no właśnie.

W swojej karierze biegowej jeśli już na zawody się zapisywałem to mimo obaw, słabego przygotowania biegłem zawsze aż do końca. Raz, czy dwa opłaciwszy imprezę wystartować nie dałem rady (np. po szpitalu w zeszłym roku) ale to inny temat. Usprawiedliwiony byłem. Tu natomiast coś poszło nie tak. Powiem wprost – czuję, że to wielkiego sensu nie ma. Staram się poukładać temat w głowie i coś mi nie idzie. Pozostanie chyba się pierwszy raz poddać. No chyba, że jednak sam się jakoś racjonalnie przekonam.

A jest tak:

  • Idea startu na 110 km, na powiedzmy początku roku biegowego, jest sama w sobie dziwna. Ułańska fantazja faktycznie mi to do głowy podała. 2017 w sumie był rokiem straconym. OK, od stycznia się trochę ogarnąłem i biegam regularnie. Zwiększam dystans, walczę z wagą i postępy są. W marcu przebiegłem już łącznie 226 km. No i fajnie ale ciągle to trochę mało by ładnie ogarnąć 110 km po górkach.
  • Po górkach i … na własną rękę. No własnie. Nawigator ze mnie słaby, a tu leciał będę na 100% sam. Przy 20-30 startujących szansa by się do kogoś podłączyć znikoma. Już widzę się na szlaku. Tu wstążeczek organizatorów nie będzie żadnych.
  • 110 km to nie mało. Chyba 🙂 Ostatni taki bieg w 2016 (DFBG 130 km) zniszczył mi stopy dokumentnie. Tydzień prawie nie łaziłem czekając aż się bąble wygoją. Fakt teraz buty, skarpetki mam lepsze ale dla odmiany w terenie mogą być resztki śniegu, pewnie dużo wody. Ciekawe czy nie wyjdzie na to samo. A tym razem urlopu nie mam. W poniedziałek trzeba się stawić do roboty.
    Kolejne biegi, które traktowałem poważniej mam w czerwcu. Zastanawiam się czy regeneracja po tak dużym obciążeniu nie spowoduje, że i w kolejnych pobiegnę źle. Myślałem nawet czy nie potraktować Kreta treningowo i pobiec np. 50 km i dać spokój (chociaż to mocno wbrew mnie).
  • Luz i taniość biegu (20 zł nie majątek jak przepadnie) dodatkowo uśpiła moją czujność. Szkoda mi się zrobiło urlopu w piątek i uznałem, że co będę brał wolne. Po robocie sobie odpocznę, pośpię i Żona mnie zawiezie na start (03:00). No i fajnie tylko mistrz (ja) nie ogarnął, iż na start się autem nie podjedzie. Yyyyy… podejść trzeba jakieś 2 godziny z każdej strony  Śnieżnika. No błysnąłem organizacją. Dobrze, że chociaż odkryłem to 7 dni przed a nie w piątek wieczorem 🙂 🙂
  • Moja Żona mimo, że dobra kobieta jest, swoją szpilę też mi wbiła. Wyszło, iż biegam w sobotę a to data jej urodzin. Ale wtopa, tak sobie zorganizować weekend nie?

    Wszystko powyżej mówi mi, że pomysł startu jest głupi. Biegł będę po przysłowiową pietruszkę. Zmorduje się, zgubię pewnie a jeszcze na dobitkę pogorszę relacje rodzinne. O rany!
    W sumie wypadałoby już nie ciągnąć ale dać spokój.  Głowa mi jednak protestuje trochę – porażka przed sobą, swoimi założeniami i planami. Nie zwykłem poddawać się na starcie.
    Trochę męczy nie też enigmatyczne info „organizatorów”, że ten bieg może już być ostatnim. To chyba w sensie, że chcą go w kolejnych latach trochę bardziej skomercjalizować a nie zlikwidować ale kto wie.
    No i co robić – jak nic nie wiedziałem na początku to nie wiem dalej…

TRENING (TYDZIEŃ 13+14/2018)

Trening Biegowy

Kolejne 2 biegowe tygodnie za mną. O ile pierwszy (świąteczny) śmiało mogę uznać za udany to kolejny wyszedł słabiutko. Złapała mnie jakaś choroba i udało mi się wymęczyć tylko jeden bieg! Katastrofa jakaś, bo wytrwałem całą zimę, a poległem u przednówka wiosny.
Poza biegowe projekty zajęły zaś tak skutecznie mój czas, iż znów spóźniłem się z wpisem biegowym. Z perspektywy czasu, mam dylemat czy warto opisywać teraz wszystko zwyczajowym tokiem. No i chyba nie ma, bo i detali nie pamiętam i odczuć „około biegowych” też. Będzie więc krótko.
Finalnie zaś. Nie wszystkie rzeczy idą tak jak bym chciał. Co gorsze mam wrażenie, że dzieje się tak prawie zawsze jak już blisko mam do jakiegoś wyzwania – tu w kontekście Biegu Kreta jaki w sobotę. No nic, temu poświęcę kolejny wpis, a teraz już krótko o tym co dokonało się w ostatnich 2 tygodniach.

Tydzień 12 – 49,16 km przebiegnięte.
27/03/2018. Dystans: 8.88 km, Czas: 51:31, Średnie Tempo: 5:48 min/km

29/03/2018. Dystans: 8.15 km, Czas: 43:39, Średnie Tempo: 5:21 min/km
31/03/2018. Dystans: 22.02 km, Czas: 2:48:20, Średnie Tempo: 7:39 min/km
01/04/2018. Dystans: 8.88 km, Czas: 1:00:16, Średnie Tempo: 5:57 min/km

Zrealizowałem 4 treningi. Dwa pierwsze to biegi krótsze (ach to lenistwo!). By nie uznać je za stracone staram się ostatnio, by ostatni kilometr biec sporo większym tempem niż reszta. Jest to różnica około 5:50 (spokojne) a 4:30 (szybszy odcinek) czyli sporo jak na mnie. No biegnie się, ale odczucia mam, że trochę taki zamulony jestem. Ciekawe jak takim tempem wszedłby dłuższy dystans. Trzeba spróbować…
Biegi weekendowe zaś to znów długie wybieganie (ponad 22 km) i dzień po nim lekki trening.
Tu jestem zadowolony. Długie wybieganie wygląda na słabe tempowo ale… wybiegłem na Wielką Sowę, czyli pierwsze 10 km ciągiem pod górę 🙂 Dużym utrudnieniem okazało się podłoże. Na Sowie śnieg! Zbity, zlodowacony i płynący wodą. W pewnym momencie stanąłem i nie dało już rady zrobić ani kroku. Zjeżdżałem w dół 🙂 Dalszą część drogi jak inni turyści pokonałem lasem, omijając szlak. Szczęśliwie droga w dół była lepsza. Śnieg już bardziej świeży i dało się biec.

Tydzień 13 – 9,04 km przebiegnięte.
04/04/2018. Dystans: 9.04 km, Czas: 59:37, Średnie Tempo: 6:36 min/km
Nie wiem o co chodzi ale pod koniec świąt Żonka moja trochę narzekała na gardło, a syn wyśmienicie smarkał. Niby trzymałem się dobrze ale już we wtorek – oho, coś źle. Czuję gardło, zaczyna coś mnie rozkładać.
Na środowy bieg wyszedłem ale od startu szło słabo. Zdrowie j.w. Co gorsza jeszcze włączyło się wiosenne słonce, skok temperatury na 20 stopni a ja ubrałem się jak idiota. Softshell, termiczna koszulka, czapka i rękawiczki! Rękawiczki zdjąłem po kilometrze, w reszcie zalewając się potem musiałem biec. Szybko wyschło mi w gardle, trasa wymęczona. Biegałem pod Oleśnicą po terenie więc nie warto patrzyć, iż słabiutkie tempo.
Niby w kolejnych dniach się całkiem nie rozłożyłem, ale nic lepiej zdrowotnie nie było i dałem spokój z bieganiem. Niestety, tydzień w plecy.