Mimo wielkiej 😉 chęci długo się zbierałem by napisać podsumowanie moich dokonań w styczniu 2019 r. Niestety odwlekanie tego smutnego momentu nie ma sensu, trzeba coś jednak z siebie wyskrobać.
Zacznę od wykresu, który będę uzupełniał w kolejnych tygodniach. Zawiera on aktualną wagę, pokonany w danym tygodniu kilometraż i ilość odbytych treningów (biegowych). Ciężko oczywiście wysnuć na jego bazie jakieś bezpośrednie wnioski o formie (bo dużo może być innych zmiennych na nim nie ujętych) ale myślę, że mimo wszystko pewne wnioski da się wyciągnąć. Na ten moment startuję z tak słabego poziomy, że w ciemno mogę założyć, że trend wzrostowy na wykresie (oprócz wagi oczywiście 🙂 :)) przełoży się na lepsze wyniki.
Moja ocena dokonań wygląda zaś następująco:
WAGA Niestety słabo. Koniec roku przyniósł mi lekki wzrost wagi (święta i urlop to zawsze zły czas). Przez styczeń niestety nic nie udało się z tym zrobić. Co gorsze mam wrażenie, że waga ciągle leci w górę! Martwi mnie to, bo o dziwo zrobiłem pewien krok w celu poprawy diety – zrezygnowałem z picia coli (którą pochłaniałem w strasznych ilościach) i sporo ograniczyłem słodycze. Wygląda, że to co zostało w jadłospisie + ilości jedzone, podjadanie wieczorami dalej są złe jak na moją aktualną sytuację.
KILOMETRAŻ + ILOŚĆ/JAKOŚĆ TRENINGÓW Ilościowo (szt treningów na tydzień) źle nie jest. Biegam w dalszym ciągu systematycznie. Poza pierwszym tygodniem, kiedy byłem chory, zawsze są to 3-4 treningi. Niestety, popsuło się dużo z kilometrami i jakością treningu. Wyjścia na biegi w sumie tylko po to by pobiegać. Żadnych specjalnych jednostek treningowych, dystanse max. pod 10 km.
TRENING UZUPEŁNIAJĄCY Leży całkowicie. Może z raz czy dwa coś się w domu poruszałem 🙁
SAMOPOCZUCIE/MOTYWACJA/ZDROWIE Słaby okres. Znużenie wykonywaną pracą zawodową, zimowa depresja (słońca nie ma ciągle) strasznie jakoś negatywnie rzutują na mnie w początku tego roku. Psychicznie jestem zmęczony, robota mnie nudzi, siedzi się w domu dużo i bezcelowo przy komputerze. A jak się nudzi/siedzi to się je. I śpi zbyt mało…czyli regeneracji brak. Do tego wyjścia na bieganie ciągle po ciemku (w lesie pod Oleśnicą) jakoś nie zachęcają do wartościowego biegania. Nie mogę powiedzieć, że strach mnie szybko goni do domu 🙂 ale jednak leśne warunki trochę utrudniają. Tu krzywo, tu jakieś kamienie. Niby czołówka świeci ale uważać trzeba i psychika podpowiada: dobra 5 km wystarczy wracamy 🙂 Kółko się więc zamyka. Mało km robię to każdy dodatkowy ciężej pokonać. Mała dygresja tutaj. Nie chcę jednak na ten moment wracać z bieganiem do Oleśnicy, bo boję się trochę o stopę. Skarżyłem się chyba kiedyś w opisach, ze po mocnym treningu w zeszłym roku coś mnie bolała. Niby nie przy bieganiu, ale przy chodzeniu, wchodzeniu po schodach. W lesie jednak lepiej bo bardziej miękko. Zdrowotnie szału nie było. Przyplątało się do mnie jakieś przeziębienie ostatnio (katar, gardło, zatoki) co dodatkowo zmniejszyło ilość biegów.
CZYLI…. Styczeń na minus. Wszystko w.w. mocno obniżyło moją aktualną formę. Więcej już nie chcę narzekać ale ewidentnie brakuje mi zapału do działań i jakiegoś biegowego celu (co w przeszłości mi dużo ułatwiało). Coś trzeba będzie podziałać w tym względzie bo jeszcze z drugi taki słaby miesiąc i totalnie będę w d…
Korzystając z promocji cenowej skusiłem się ostatnio na kurtkę Salminga – 365 Pro Training. Zamawiając ją, miałem wizję, że będzie to lekka wiatrówka, w stylu takich za 50zł (np. z Decathlonu). Wizualnie przynajmniej wyglądała na coś takiego – a’la oldschool-owy ortalionik 🙂 Rzeczywistość okazała się trochę inna.
Kurtkę zamówiłem w kolorze czarnym z niebieskimi wstawkami po bokach. Urozmaicają ją również białe napisy Salming i 365 Pro Training (z przodu, tyłu i na rękawach). Wizualnie prezentuje się bardzo ładnie. Kurteczka zapinana na zamek błyskawiczny (pełny, ze stopu), ma 2 boczne kieszenie i jedną (również na zamek osłonięty plastikiem) na piersi. Na plecach, pod ochronnym kołnierzykiem, są wywietrzniki abyśmy się w niej nie ugotowali 🙂 Wykonana ona jest w 100% z poliestru, przy czym materiał jej jest solidniejszy niż w takich najtańszych wiatrówkach. Ma on ciekawą fakturę – sploty, podobne wizualnie do karbonu. Wierzchni materiał „zawinięty” jest w newralgicznych miejscach do wnętrza (np. środkowe okolice zamka). Końce rękawów za to mają już gładką, poliestrową fakturę. Całość środka (plecy, rękawy, klatka) to dodatkowa warstwa – siateczka.
Jednym słowem kurtka sporo solidniejsza od najtańszych, jednowarstwowych wiatrówek.
Rozmiarowo wziąłem L mimo, że z opisy wyglądała, iż będzie na styk albo za mała. Okazało się jednak, że pasuje bardzo dobrze. Rękawy są długie, nie podciągają się. W klatce dopasowanie jest lepsze, ale też nie jest ciasna (mam 183 cm wzrostu i około 108 cm obwód klatki).
Jako, że nazwa zobowiązuje (365 Pro Training) 🙂 nie pozostało nic innego jak się ubrać i zrobić próbne biegi. Pod spód założyłem termiczną koszulkę z długim rękawem (z Lidla), na wierzch Salminga i wyruszyłem zmierzyć się z temperaturami około 0 stopni C (część biegów była na lekkim minusie, kilka w okolicy 1-2 stopni na +). Mówimy tu, uściślając, o temperaturze z termometru, bo odczuwalna to myślę, że kilka stopni niżej we wszystkich wypadkach.
Pierwsze wrażenie bardzo korzystne. Do tej pory w takich warunkach zakładałem sportowy softshell z Aldi. W Salmingu, przed rozpoczęciem biegu było bardzo przyjemnie. Nie czuło się zimnych podmuchów wiatru. W czasie biegu nie zanotowałem żadnych problemów. Krój ok. Nic nie pije, nic nie przeszkadza. No chyba, że ktoś nie lubi lekkiego szelestu materiału (a taki trochę przy ruchach czuć :)). Zamki solidne, chodzą dobrze, nie zacinają się. Trochę szkoda, że boczne kieszenie nie są zapinane, bo wydaje mi się, że są dość płytkie. Komfort termiczny w czasie biegu bardzo dobry. Wiatr, zimno w żadnym wypadku nie przeszkadzały. Organizm nie wychładzał się. Nie mogę też powiedzieć by kurtka była „za gruba”. Ja mimo, że sporo ważę i dużo się pocę to dałem radę. Oczywiście bądźmy realistami – o ile pod softshell-em po biegu zawsze jestem mokry to i tu taki byłem. Jedną z ciekawszych rzeczy do sprawdzenia była by jeszcze pewnie wodoszczelność. Niestety, mimo, że warunki pogodowe mamy nijakie, to jedyne na co trafiłem to lekki śnieg 🙂 Nie mogę się tu wypowiedzieć więc w sposób oczywisty jak znosi opady. To jeszcze przede mną 🙂 Od drugiej strony jednak powiem, że po praniu kurtka wydaje się mocno mokra (jakby ta woda gdzieś na niej jeszcze była), za to bardzo szybko wysycha. Być może to zasługa jakiejś cudownej powłoki 🙂
Na ten moment i warunki kurteczka bardzo mi przypasowała i chętnie w niej biegam. Myślę, że przy odpowiednim doborze pierwszej warstwy (np. krótki, techniczny rękawek) da się w niej biegać i przy wyższych temperaturach. Nie mogę tego oczywiście sprawdzić, ale realnie szacuję jej wykorzystanie na okres wiosna, jesień, zima. Na lato raczej będzie za gruba.
O swoich wrażeniach z używania sprzętu pisałem już w 2 artykułach. Pierwsze wrażenia można było znaleźć tu: Pierwsza część testu
Wraz z używaniem zauważyłem kolejne plusy, minusy urządzenia i krótko o nich można poczytać poniżej: Druga część testu
Zdaję sobie sprawę, że oba opisy nie wyczerpują w żaden sposób wszystkiego co sprzęt ten potrafi i pozostawiają sporo do życzenia jeśli chodzi o jego niuanse i niuansiki. Cóż, nie jestem zakręconym fanem elektroniki. Często zadowala mnie w sprzęcie pierwsze wrażenie, ogólna prezencja. Jeśli ma to na czym mi w danym momencie zależy, to mi wystarczy. Tym sposobem wiele opcji traktuję zdawkowo albo niestety nawet nie zauważę. Tak było np. z dostępnymi w urządzeniu planami treningowymi. Nie wspomniałem chyba o nich w ogóle a mimo, że mają pewne ograniczenia, to jednak są i to w miarę rozbudowane. To może być dla wielu osób plus.
No nic, tym przydługim wstępem chciałem trochę usprawiedliwić fakt porozbijania opisu tego zegarka na części i fakt, że pewnie i tak o tym czy tamtym nie napisałem 🙂
Finalnie chciałem dopisać jeszcze kilka zdań z używania Watch GT i opisać co dalej 🙂
Dobrą sprawą są aktualizacje sprzętu ciągle dodawana przez producenta. Oprócz rzeczy małych a miłych (np. dodatkowe tarcze) usprawniane/poprawiane są błędy działania. Czy apki czy zegarka.
Zegarek naprawdę zasługiwał na mój podziw przy łapaniu fixa GPS. Poza pierwszym użyciem później robił to momentalnie. 10 sek i jest. Złapanie sygnału było przy tym stabilne. Nie było żadnych zawirowań na początku śladu (gdy oglądało się go po treningu na telefonie). Wielki szacun.
Bateria to faktycznie mocna strona smartwatcha. W różnych konfiguracjach wytrzymuje bez problemu czasy deklarowane przez producenta. A może i sporo dłużej.
Bezawaryjność/solidna jakość. Wiem, używałem go krótko ale przez ten czas nie zanotowałem żadnej zawiechy, awarii. Wygląda również dalej jak nowy.
Wygląda to wszystko dobrze ale… no niestety nie dałem rady 🙁 Nie pojawiła się możliwość eksportu aktywności na platformy sportowe (czy zapisu GPX). Rozumiem, że dla większości może to być marginalne ale mnie nieziemsko denerwowało. Jednak wpisywanie danych „z palca” to nie to co chciałoby się robić w XXI wieku. Brak możliwości zerknięcia sobie na mapkę aktywności na 24″ monitorze PC też dołuje 🙂 Przy tej okazji zauważyłem też kolejną denerwującą mnie cechę Huawei-a (związaną z w.w.). Podaje on w swojej apce dużo danych o naszym postępie/formie. Niby duży plus. Aby mieć jednak te dane realne wymusza on na nas używanie tylko tego zegarka przez cały czas. Chodzi mi o fakt, że robiąc np. 2 treningi z Huaweiem i później 2 kolejne z innym zegarkiem Huawei będzie pisał, że: słabo, trenujesz za mało. Oczywista oczywistość 🙂 Ale nie zrobi się nic 🙁 Do Huaweia nie dograsz plików z innych źródeł, z niego nie wyeksportujesz. Jednym zdaniem – nie wiesz wtedy na jakim poziomie sportowym jesteś.
W świetle wszystkiego tego dałem spokój. Sprzedałem go.
Szkoda trochę bo bardzo mi się podobał wizualnie, jakościowo niemniej jednak używanie smartwatcha zamiast zegarka stricte sportowego na ten moment mnie nie przekonało. Za dużo ograniczeń. Widzę po nowościach sprzętowych, że są już projekty (w takim klimacie i cenie), które chyba pozwalają zapisywać aktywność. Może warto im się przyjrzeć? Niemniej ja chwilowo robię pas 🙂 Pozostanę przy swoim starutkim Suunto/A-rivalu 🙂 Bo mają to co mi potrzeba i wystarczy.
19/01/2019. Tym razem Wrocław przywitał biegaczy mrozem i delikatną warstewką śniegu leżącego gdzie nie gdzie na trasie. Mimo niemiłego zimna 🙂 warunki na bieganie były bardzo dobre. Ziemia twarda, zamarznięta ale raczej bez śliskich fragmentów. Kto mógł to pewnie zanotował świetne czasy 🙂
Zwyczajowo przybyliśmy na bieg wcześnie, bo synu leci w kategorii D1. Słabo się przygotowaliśmy jednak, bo Żona nie wzięła mu butów do biegania, a ja zabrałem numer z zeszłego roku. Goniłem do biura zawodów wyjaśnić tą pomyłkę, żeby chłopakowi później bieg zaliczyli. Pozostając w temacie gapiostwa to sobie nie wziąłem paska na numery i musiałem skorzystać z agrafek. W starym stylu zupełnie 🙂
No ale ok, nie ma co przeżywać. Biegi dzieci poszły sprawnie, to później w aucie pozostało czekać na swoją kolej. Z ciekawostek to załapałem się nawet na fotkę. Poza biegową 🙂
Fotoreporteży w gotowości 🙂
Wracając do biegów 🙂 Sporo narzekam ostatnio na swoją dyspozycję więc tym razem stresik był większy niż zawsze. Chciałoby się wypaść jak najlepiej ale wiadomo z drugiej strony, że niewiele z tego będzie 🙂 Najbardziej bałem się, że zacznę dużo za mocno i za szybko mnie odetnie. Stracę wtedy dużo na ostatnich kilometrach (jak to brzmi przy 5 km :)) i finalnie będzie lipa. Często mam z tym kłopot. O ile na treningach spokojnie lecę swoje to zawody zawsze gdzieś mnie podpali i później tragedia. Rozwiązanie jakie przyszło mi do głowy to ustawić się w późniejszej strefie startowej. Liczyłem, że biegacze z niej zaczną wolniej, więc uda mi się nie szarżować na początku. Później jakoś tylko utrzymać znośne tempo, a ostatni niepełny kilometr będzie takim bonusem czasowym (bo mniej wyjdzie w nim niż w 2-3-4 km 🙂 ) W każdym razie plan minimum więc zakładał by nie było dużo gorzej niż ostatnio a warunek konieczny – mniej niż 25 min.
Stanąłem więc grzecznie w strefie 25 min. Tym razem trochę biegaczy było przede mną, nie pchałem się na pierwszą linię. Poszczególne km po starcie wyszły tak: 1 – 4:28 2 – 5:12 3 – 5:16 4 – 5″15 5 – 4:02
Założenia udało się spełnić. Oficjalnie 24:02. Miejsce 247 z 486.
Cóż można rzec więcej? Niewiele gorzej poszło niż ostatnio, ale wiadomo – jednak gorzej. Plan ratunkowy mojego biegania jeszcze kuleje, aż boję się pomyśleć co będzie za miesiąc. No nic, trochę czasu mam, powoli, małymi kroczkami powinno się coś dokonać.
Postanowienia (zarówno noworoczne jak i te mniejsze) mają z reguły to do siebie, że zaczynają się od poniedziałku 🙂
Mamy już trzeci tydzień, poniedziałki minęły dwa i… nie zmieniło się u mnie nic. Co gorsza postanowienia jakieś podjąłem więc początek roku zaczynam słabo. Źle, sumienie mnie męczy więc nie ma wyjścia. Trzeba określić się jaśniej i brać do roboty. Systematyzując całość podam cele jakie pragnę osiągnąć, a pod koniec roku będzie można łatwo do tego wrócić i zobaczyć co udało się zrealizować 🙂 Część celów jest ogólna, nie do końca związana z bieganiem, ale widzę możliwość korzystnego oddziaływaniach ich właśnie na biegi.
No to lecimy 🙂 Cele podane są w kolejności dowolnej, pozwoliłem sobie wpisać pokrótce co przez nie chcę osiągnąć. Regularne treningi biegowe. Zakładam przynajmniej 4 na tydzień, przy czym chciałbym w końcu osiągnąć przyzwoity kilometraż jak i „jakość” realizowanych jednostek. Zaczynam z niskiego poziomu, początkowo będę „wracał” do swoich najlepszych czasów. Konkretyzacja biegania nastąpi pod koniec lutego, kiedy to będę wiedział jakie zawody będą tymi ważnymi w 2019r. Ćwiczenia uzupełniające. Przynajmniej 4 razy w tygodniu, realizowane w większości w domu. Zakładam tu podniesienie sprawności ogólnej, lepsze rozciągnięcie. Ale… jako fajne uzupełnienie biegania widzę też rower, który sporo chcę w tym roku rozruszać. Spadek wagi. Od 5 lat kręcę się ciągle przy 88 kg. Nie pomaga to wcale w bieganiu. W tym roku chciałbym zejść przynajmniej do 80 kg. W pakiecie z dobrym treningiem powinno to zaprocentować ładną zwyżką formy. Systematyczne, cotygodniowe aktualizowanie postępów na stronie (jak i samej strony). Blogowanie u mnie kuleje ostatnio. Nie chce mi się pisać (bo i o czym jak nic nie idzie). Profesjonalnej kariery blogowej wprawdzie już nie zrobię na 100% ale chciałbym jednak prowadzić to lepiej dla siebie samego (co deklarowałem na początku pisania). Lepsza regeneracja = sen. Ostatnimi czasy mam jakiś życiowy dołek. Po pracy siedzę sporo przy PC. przy czym robię właściwie nic. I to nic trwa mi przynajmniej do 24 (albo lepiej) a później rano pobudka o 6:00. Tak się nie da, wypadałoby kłaść się spać o bardziej przyzwoitej porze. Przynajmniej 1 pożyteczne dokonanie na dzień 🙂 To już całkiem poza treningami. Takie życiowe. Mniej marnować czasu np. przy komputerze a dokonać chociaż jedną pożyteczną czynność. W moim przypadku może to być przeczytanie książki, rozwój fotograficzny albo cokolwiek inne, co przez moje obijactwo kuleje.
Ambitnie, ale lepiej zacząć z wysoka i trochę spaść (będąc ciągle wyżej niż teraz) niż zacząć słabo i nie podnieść się nawet o krok.
Pasowałoby zacząć w amerykańskim stylu przedstawiajać szereg sukcesów i wizji jeszcze lepszych prognoz w przyszłości… jako polski pesymista zacznę jednak narzekać 🙂
Statystki 2018
Bieg: 1787km Rower: 662km
Miniony rok niestety nie należał do najbardziej udanych biegowo. Szereg różnych przeciwności do których zaliczyłbym:
lenistwo (swoje)
zdarzenia życiowe (zabierające czas na bieganie)
zdrowie (mam wrażenie, że niedomaga to i owo, trzeba by się zainteresować tym tematem)
motywacja (brak w początku roku)
Spowodowały, że biegałem mało, słabo i bez zapału.
Dla każdego z w.w. podpunktów można by rozpisać długą listę usprawiedliwień i wyjaśnień tylko czy ma to sens. Siebie raczej nie ma co przekonywać, że było świetnie skoro nie było. Było nijako.
Z jednej strony rok ten był lepszy niż 2017. Zwiększyłem trochę kilometraż, żadnej wielkiej kontuzji nie złapałem, jakieś zawody się do mety dociągnęło. Z drugiej jednak wynikowo kręcę się ciągle w tym samym miejscu od 6 lat. Najlepsze co ubiegałem to ledwie ocierało się o stare rekordy życiowe. Nie ma co ściemniać obniża to morale, zniechęca i koło się zamyka.
Taka byle jakość męczyła mnie większość roku. Dopiero pod koniec coś drgęło. Światełkiem w tunelu dla mnie było trochę zmienienie podejścia do trenowania (szybciej, krócej, intensywniej), sporo roweru (co widać w słupkach). Będę kontynuował te wizje w 2019 (ale oczywiście kilometraż też musi się poprawić)
No nic, starczy smucenia. Co w 2019r? Ambitnie 🙂
Początek roku będzie wychodzeniem z zapaści. Po świetach złapało się dużo za dużo kg, więc zajmie trochę powrót do normalności.
Dodatkowo planuję w końcu solidnie schudnąć. Ciężkie to będzie, oj ciężkie ale widzę w tym swoją ostatnią szansę na wartościowe bieganie.
By waga zleciała, chcę w końcu zacząć ćwiczyć ogólnorozwojowo (dodatkowo oprócz biegania). Latka lecą, czuć jaki człowiek jest zastany. Lepszy brzuch, grzbiet, ręce by się przydały. Życiowo i biegowo.
Pod względem startowym zaś, to mam pewien zamysł, który niestety ujawnię dopiero jak wejdzie w fazę realizacji. Szkoda robić szum jak się nie uda ogarnąć, a ryzyko porażki wielkie 🙂 Gdyby jednak nie wyszło to tragedii nie będzie. Chcę skupić się na bieganiu 10-21 km w górach. Lokalne biegi z klimatem, bez tłoku, szaleństwa przy zapisach i kosztach $$$. To mnie kręci ciągle i widzę tu swoją szanse na podtrzymanie pasji biegowej. Czego i Wam życzę w 2019.
W telegraficznym skrócie podam, że biegło się w 3 City Trail we Wrocławiu 🙂 Tym razem pogoda trochę gorsza, lekki śnieg na poboczach a na trasie trochę więcej błota.
Szacując swoje siły na średnie postanowiłem tym razem wystartować z czołówki grupy na 25 min.
Mimo w.w. przeciwności losu (i zwyczajowego kiepskiego przygotowania) osiągnąłem czas 23:53 min co pozwoliło na zajęcie miejsca 253/519.
Cóż więcej rzecz. Gorzej trochę niż ostatnio ale czas ciągle akceptowalny.
Zabierałem się do tej relacji już od jakiegoś czasu ale w sumie to nie wiem czy jest sens. Wskutek idei biegu (słusznej oczywiście) i niestety tego jak wyszedł organizatorom (tu już gorzej) to ciężko go rozpatrywać w kategoriach sportowych.
Niemniej spróbuję opisać jak to było, może w kolejnej edycji uda się bardziej 🙂
Informację o biegu dostałem dość nieoczekiwanie. W firmie, gdzie pracuję, zorganizowano klub biegacza i właśnie Bieg Mikołajów był na liście możliwych do wystartowania. Czemu więc nie 🙂
Strona zawodów ujdzie, w sumie co trzeba znalazłem. Dość późno umieszczono na niej ostatnie szczegóły (co, gdzie, kiedy) ale tragedii nie było, do ogarnięcia 🙂
Bieg Mikołajów organizowany jest w okolicy Stadionu Olimpijskiego. Trasa jest przez to dość kręta, poprowadzona mieszaną nawierzchnią (asfalt, szuter, ubity grunt). Obawiałem się czy zapisana liczba biegaczy nie spowoduje korków ale o dziwo nie. Dało radę, nie było kłopotów z omijaniem, biegnięciem.
Po przybyciu na miejsce startu należało udać się do biura zawodów co wiązało się z ryzykownym spacerem bo.. szło się po kostce granitowej, a dzień wcześniej padało i złapał mróz 🙂 Lodowisko aż miło 🙂
Pakiet startowy skromny. Torba płócienna, czapka mikołaja, batonik, bombka choinkowa i chyba tyle. Czapka niemniej ładna, większość ludzi w niej wystartowało co ciekawie wyglądało na zdjęciach.
Przed właściwym startem były biegi dzieci, rozgrzewka i zwyczajowo można było ruszać.
Jak to u mnie uczucia miałem mieszane. Chciałoby się dobrze ale obawiam się kontuzji. Niewiele biegam znów (mimo, że regularnie) bo po którymś poprzednim treningu w górach czuję lewą stopę (śródstopie, bliżej góry). O ile w czasie biegu nic mi nie przeszkadza to chodząc lub mocniej jakoś obciążając nogę czasem pojawia się jakiś ból, Wyobraźnia podsuwa mi, że może pękła mi któraś kość… ale nie widzę opuchlizny, ani nic, więc liczę, że to tylko jakieś obicie, przeciążenie.
W każdym razie trening biegowe robię lekkie ostatnio i tylko poza asfaltem.
Wystartowałem dość żwawo, starając się trzymać równe tempo. Nawet to szło. Pierwszy km wolniej bo tłok, kolejne już w okolicach 5 min (pierwsza cyfra to 4, tylko końcówki bliżej 55 :)). Zwolniłem oczywiście w drugiej połowie biegu ale nawet nie tak tragicznie, ot pod 5:18-5:30.
Okrążenia wchodziły w miarę komfortowo. Nie było tłoku, dało się sprawnie przemieszczać. Po którymś kółku przy linii mety zaczęto wydawać wodę w butelkach. Nie brałem – zimno, pić się nie chciało. Większy tłok nastąpił po 4 kółku bo dużo osób stało za linią mety. Brało medale i zwyczajowo dzieliło się wrażeniami. Mogło to przeszkadzać tym, co jeszcze musieli biec.
Na tle konkurencji źle się w sumie nie zaprezentowałem. Oczywiście wymiatacze skończyli w trzydzieści kilka min, ale mnóstwo osób truchtało, szło. Wielu zawodników/zawodniczek poprzebieranych, grupki luźno przemieszczające się. Widać nastawienie na dobroczynność, która była ideą tego biegu (za każde okrążenie sponsor płacił jakąś sumę).
Meta. Ja to ten rozmazany 🙂
Finalnie zegarek pokazał mi takie wyniki: czas: 00:59:30, dystans: 11.38, średnie tempo 5:14 min’km.
Gdzie więc tu miejsce na moje narzekanie? Ano w tym, że na stronie podano, iż biegniemy 5 kółek. Po 4 usłyszałem, że niektórzy mówią, iż koniec. Ja (jak sporo innych) pobiegłem 5.
Wychodzi, iż faktycznie wystarczyło 4 okrążenia. Słabo, nie ukrywajmy – wiedząc, że biegniemy o 2 km mniej strategia tempowa byłaby całkiem inna.
Oj… Do tej pory nie widzę też oficjalnych wyników co stawia w sumie organizatora w słabym świetle. Coś boję się, że się ich nie doczekam więc trudno. Co mi wyszło z cyferek podałem i tyle.
Po biegu pobrałem medal, wziąłem wodę, a że głodny nie byłem to poszedłem do auta, gdzie czekała moja małżonka. Można było wracać do domu. I tyle.
Wielkiego nastawienia na wynik, życiówki nie miałem więc to ratuje imprezę przed moją całkowitą krytyką 🙂
Mimo, że osłabł mi trochę zapał do Huaweia (z powodu braku możliwości prostego eksportu aktywności) postanowiłem zegarka nie skreślać całkowicie a dać mu jeszcze szansę. Noszę go codziennie, do sportu zaś używam od czasu do czasu.
Liczę, że z czasem Huawei jednak doda możliwości eksportu danych i wtedy będzie można poszaleć.
Co ciekawego udało mi się zaobserwować po 2 tygodniach używania:
Akumulator faktycznie wytrzymuje sporo. Po 15 dniach używania (4 aktywności z GPS na około 3-4 godziny, wyłączony całodzienny pulsometr, synchronizacja danych raz dziennie) zostało mi około 22 % baterii.
Po tym okresie naładowałem go i teraz patrzę ile wytrzyma z całodniowym monitoringiem tętna 🙂
Widoczność ekranu w nocy. Pewnie to nic odkrywczego ale strasznie podoba mi się fakt, że świetnie widać wszystko co pokazuje kolorowy ekran GT. W „normalnych” zegarkach sportowych nie widać nic i trzeba włączać podświetlanie. W moim Suunto jest ono bardzo mocne i przez to też widoczność szału nie robi (tło zlewa się z cyframi). Mała rzecz a cieszy.
Dokładność GPS. Zrobiłem w końcu dłuższy bieg, starając się dokładnie i szybko startować Huaweia/Suunto. Wyszło tak:
SUUNTO Ambit
Dystans: 9,98 km
Czas: 00:59:45
Średnia tempo: 5:59
Tempo średnie najlepszy km: 5:35.01
Kalorie:
HUAWEI Watch GT
Dystans: 9,80 km
Czas: 00:59:47
Średnia tempo: 6:06
Tempo maksymalne: 5:38
Tempo średnie najlepszy km: 5:38
Kalorie: 919
Porównywałem też wyniki na mojej stałej trasie do rodziców. Z Suunto wychodziło mi ~8.09-8:36 km (dane archiwalne z zeszłych miesięcy), Huawei zanotował 8.04 km.
Wstępnie przyjąć można, iż GT pokazuje trochę mniej niż Suunto. Dla mnie różnice są pomijalne i nie wchodząc w rozważanie, który pokazuje trafniej, zadowala mnie taka dokładność.
Na ten moment dalszych zaawansowanych testów robić nie będę. Do biegów jednak używam Suunto (lub inne zegarki typowo sportowe jakie mam). Dlaczego? Z lenistwa bo nie chce mi się bawić w ściaganie danych z Huaweia czy wpisywanie ich w Endo ręcznie. Huawei jest używany na co dzień. Rezerwowo jak przyjdzie mi chęć na sport a nie będę miał ze sobą nic innego to mierzył będę nim.
TRANSFER DANYCH z SMARTWATCHa
Finalnie chciałem podać skrócony sposób transferu danych z Watch GT do Endomondo (lub na inną platformę treningową). W ogarnięciu pliku tcx pomógł mi kolega Jarek (Keiw z forum bieganie.pl, za co mu bardzo dziękuję)
Instalujemy na smartfonie aplikację Huawei Health (Zdrowie)
Instalujemy na smartfonie aplikację Google Fit
Wiązemy Huawei Health z Google Fit. Jest do tego opcja w HH. Jeśli wszystko poszło ok, to mając dane sportowe w HH po odpaleniu GFit powinny nam pokazywać się i tu. Mi początkowo nie przenosiło danych z komórki na komputer, ale zezwoliłem google na większość zgód na szpiegowanie i analizowanie mnie 😉 i poszło.
Do transferu potrzebujemy komputer na którym logujemy się do swojego konta Google.
Dokładny opis jak ściągnąć dane z GFit do pliku tcx jest na poniższej stronie:
Opis jest tam wprawdzie po angielsku ale są obrazki, myślę, że nikt nie powinien mieć problemu.
Po zastosowaniu się do procedury otrzymamy link do pobrania danych (spakowane archiwum). Gotowe.
6. Poprawki w pliku TCX
Ponieważ sygnalizowałem problem z danymi – dostaje się ciąg 60 sekundowych, osobnych aktywności trzeba je połączyć w całość.
* Najpierw walczyłem z konwerterami online, programami na PC (GPS Babel, TCX Konwerter) ale niestety nie dały one rady.
* Później okazało się, że w Endomondo można łączyć po 3 aktywności w 1 plik. Tym sposobem mozolnie klikając po 3 części da się złączyć je w całość. Opcja dla cierpliwych.
* Najbardziej banalne jest jednak użycie dowolnego edytora (np. WordPad czy Notepad2 i poprawki ręczne. Postępujemy jak poniżej:
Otwieramy plik w jakimś edytorze tekstowym (ja używałem WordPada).
W zaznaczonych pogrubieniem fragmentach ja sobie dołożyłem cyferkę „2” do tego (za chwilę napiszę dlaczego). Po modyfikacji te wpisy na początku i na końcu będą wyglądać tak:
Teraz w menu edytora wybieramy opcję „Zamień …” – często to skrót CTRL+H W pozycji „Szukaj:” wpisujemy </Activity> a w „Zamień na:” nie wpisujemy nic i wybieramy „Zamień wszystko”. To samo powtarzamy dla <Activity Sport=”Running”> w przypadku roweru będzie to <Activity Sport=”Biking”>. Wszystkie wpisy zostaną usunięte, oprócz tych do których dopisaliśmy „2”.
Teraz te dwójki usuwamy i plik taki zapisujemy.
Endomondo zaimportuje bieg/rower… teraz bez podziału. Naprawdę robi się to bardzo szybko, co osobiście potwierdzam 🙂
Na koniec zaś małe zniechęcenie 🙂
Huawei Zdrowie do Google Fit transferuje bardzo mało danych. Na obecną chwilę są to tylko:
– rodzaj ćwiczenia,
– czas trwania treningu,
– liczba kroków,
– przebyty dystans,
– liczba spalonych kalorii,
– dane dotyczące snu
Co to dla nas oznacza? Oznacza to, że mapy, międzyczasów, tętna nie będzie ani w G-Fit ani później w Endo. Więc…. te parę danych to można w sumie wpisać w Endo ręcznie nie bawiąc się w żadne transfery. Wychodzi na to samo albo i szybciej 🙂 🙂
Szkoda ale cóż… Jest przynajmniej metoda transferu, być może przyda się w przyszłości.
Przy początku listopada w sprzedaży pojawił się ciekawie zapowiadający się smartwatch – Huawei Watch GT. Producent w stylowym „opakowaniu” obiecywał solidne parametry, długą pracę na baterii i mocne zorientowanie na funkcje sportowe.
Huawei Watch GT w wersji sport
Taki mix spowodował moje zainteresowanie. Zegarki stricte sportowe mam. Wprawdzie nie najnowsze, ale oferujące wszystko co mi potrzebne na ten moment (i dużo więcej funkcji, z których nie korzystam) . Z tego powodu nie potrzebuję kolejnego mimo, że są teraz dostępne naprawdę mega maszyny. Bardziej szukam właśnie sprzętu tańszego, który można używać na co dzień a w przypadku chęci posportowania się 🙂 można to uczynić bez konieczności zmieniania urządzenia na nadgarstku.
Ponieważ recenzji, opisów GT w sieci jest już mnóstwo w moim artykule postaram się skupić bardziej na odpowiedzi czy ten smartwatch jest już tym czego szukałem. Kwestie techniczne raczej odpuszczę (no może jakiś ogólny zarys będzie :)).
Huawei występuje w dwóch wersjach – sportowej (cały w czerni) i bardziej eleganckiej w stali, ze skórzanym paskiem. Oba wykonane są z solidnych materiałów (stal nierdzewna, ceramiczna osłona szkiełka, które pokryte jest dodatkowo diamentową powłoką zapobiegającą zarysowaniom). Przyznać trzeba prezentują się elegancko.
Dużym plusem zegarka jest fakt, że paski w nim są wymienialne. Dodatkowo odbywa się to w systemie „quick release” czyli da się to zrobić łatwo i szybko. Fajnie, w niektórych czasomierzach uszkodzenie paska powoduje koniec możliwości używania go. Tu zużycie nie będzie problemem. Co więcej, pojawią się pewnie paski w różnym stylu co pozwoli nam dostosować zegarek do naszych upodobań (np. stalowa bransoleta, mesh czy skórzane paski w różnych kolorach).
Tak to wygląda – sportowo lub elegancko.
Smartwatcha dostajemy w gustownym czarnym pudełeczku. Jego zawartość niestety szału nie robi. Poza zegarkiem jest tam tylko stacja ładująca z kablem USB i parę karteczek z gwarancja.
Ładowarka jest magnetyczna – sama przylega do podstawy GT. Nie da się jej założyć źle. To plus. Osobiście nie podoba mi się jej kolor – jest biała. Rozumiem biały elegancki, kontrast do czerni (?) ale do czarnego zegarka to słabo pasuje wizualnie wg mnie.
Dołączone książeczki rozczarowują podwójnie. Nic w sumie w nich nie ma napisane. Żadnej instrukcji. Co lepsze, słabo mi szło wyszukanie jakiejkolwiek w necie. Na oficjalnej stronie producenta nie widzę żadnej do tej pory. Ok…
Cóż, pozostało liczyć, że start i obsługa będzie łatwa i iść na żywioł 🙂
Zegarek podłączyłem do PC by się naładował. Wystartował, wskazał ładowanie i grzecznie czekał 🙂 aż zainstaluję na telefonie aplikację Huawei Zdrowie (używam telefonów z Androidem). Tu plus dla Huaweia, apka instaluje się na sprzęcie innych producentów. Ja używam jej na budżetowym smartfonie myPhone i nie mam żadnych problemów z połączeniem parowaniem itp.
Od razu po instalacji aplikacji i sparowaniu z smartwatchem następuje aktualizacja oprogramowania zegarka. Pierwsza poszła szybko. Druga, która odbyła się za chwilę, to droga przez mękę. Plik jest duży. Wysyłał się i instalował w GT (przez bluetooth bo nie ma innego połączenia z zegarkiem) ponad godzinę 🙁 Naprawdę dla cierpliwych.
Zaktualizowane, można używać. Jak to większości smartwatchy część parametrów można sobie ustawić w zegarku (np. tarcze) ale większość ustawia się w apce i po synchronizacji ładują się do czasomierza. O aplikacji opowiem więcej później bo czas na pierwsze wrażenia.
W użyciu
Zegarek na ręce leży dobrze. Jest przyjemny wizualnie. Silikonowy pasek mięciutki, miły w dotyku i nie uraża. Jakość wykonania całości bardzo dobra.
Ekran GT jest czytelny, wyraźny. Jego obsługa – przewijanie, dotykania działa ok, ja nie zauważyłem jakichś problemów. Menu działa płynnie, nie zacina się.
W pamięci urządzenia jest do wyboru 11 tarcz. Niby ładne ale aż takiego wow nie zrobiłem. Szkoda, że nie ma możliwości jeszcze jakichś sobie ściągnąć z netu.
Przykładowa tarcza i kawałek menu
Samo menu i nawigacja po urządzeniu prosta. Pierwsze naciśnięcie (górnym lub dolnym przyciskiem) i włączamy ekran jeśli jest wygaszony. Drugie naciśnięcie górnego przycisku przenosi nas do menu. Kolejne z kolei powraca z wybranej opcji. Dolny przycisk przenosi użytkownika do wyboru aktywności sportowych. Nim też odpala się wybraną aktywność.
Resztę dokonujemy dotykając lub scroll-ując ekran (oczywiście dotykowy :)).
Po kilku pierwszych dniach mogę powiedzieć iż urządzenie jest dokładne w zliczaniu kroków. Faktycznie liczy je jak się idzie. Siedząc przy komputerze np. i ruszając rękami naliczania nie ma. Na plus.
Bardzo czułe za to było wzbudzanie ekranu przy obróceniu ręki (gest patrzenia na zegarek). Świecił się jak dla mnie za często i szybko to wyłączyłem.
Samo zaświecenie trwa około 4-5 sekund. Wydawało mi się momentami, że jest ono na tyle inteligentne, że przy przypadkowym ruchu ekran zaświecił się i zgasł w czasie krótszym. Niemniej to tylko moje wrażenie, nie poparte żadną analizą.
Huawei chwali się w GT monitorowaniem tętna w czasie rzeczywistym. Działa to, fakt. Uznałem jednak, że nie potrzebuję aż tak się analizować i wyłączyłem tą funkcjonalność w apce. Tu wychodzi pewien minus, bo po zgaszeniu w.w. mimo przejścia na ekran tętna w zegarku nic on nie pokazuje. Pisze tylko by włączyć funkcjonalność w aplikacji. Dla mnie to niedociągnięcie. Wg. mnie jak włączam opcję w zegarku to powinna działać w tej chwili, a po wyjściu z niej przestać.
Tętno pokazuje za to przy odpaleniu aktywności – bieganie, rower itp.
Powiadomienia z telefonu o połączeniach, sms są. Oczywiście by działały trzeba mieć w telefonie włączony ciągle BT. Ja raczej włączam go okazyjnie, oszczędzając baterię w zegarku i phonie więc ciężko się nad tym rozwodzić (mimo, że to w sumie podstawowa funkcja smartwatch-y).
Sport
Skoro na co dzień jest ok no to pora poćwiczyć 🙂 Pierwszy test zrobiłem w porównaniu z Suunto Ambit i do niego będę porównywał rezultaty.
W zegarku jest sporo typów aktywności do wyboru – dokładniej to 11. Część z nich dotyczy sportu na zewnątrz, część aktywności w pomieszczeniach. Sporo jest więc biegania (z podpowiedziami, na bieżni, w terenie, przełajowe), roweru, pływania, wspinaczki, spacerów. Jak nic nam zaś nie pasuje to ostatnie jest „inne” czyli mamy wszystko 🙂
Pierwszy bieg wieczorny. Dzień dość pochmurny ale w korzystnym terenie (w znaczeniu teren otwarty, bez budynków). Suunto łapie satelitę momentalnie (kilka sekund), Huawei niestety myśli i myśli. Aż przez moment myślałem czy wszystko działa ok ale ufff… złapał.
Przy okazji napomknę, że kolejne dwa wyszukiwanie satelit (w inne dni) też trwało długo. Szybciej niż za pierwszym razem ale jednak to czas bliżej minuty niż sekund. Za to czwarte weszło momentalnie. W międzyczasie miałem aktualizację zegarka, może to jej zasługa. Niemniej do sprawdzenia w kolejnych biegach.
Wracając na ziemię 🙂 GPS działa, można startować i biegać.
Biegłem częściowo po łąkach a większości w lesie. Dystans około 5 km. Przez pierwsze 2 Ambit i GT lecą równo. Później Suunto wyszło trochę na prowadzenie, a Huawei zgłaszał kilometry później o kilkanaście metrów.
Podoba mi się info o ” okrążeniu”. Automatycznie co 1 km zegarek wibruje i na chwilę włącza się podświetlenie ekranu. Widać wtedy numer pokonanego kilometra, średnie tempo i czas biegu (od początku). Czy lapować można ręcznie to niestety nie próbowałem jeszcze bo ja w sumie w żadnym czasomierzu tego nie używam 🙂
Po biegu wyszło mi tak:
AMBIT
Dystans: 5,16 km
Czas: 0:32’38.4
Tempo max: 6:17 min/km
Podejście: +13m
Zejście: -15m
GT
Dystans: 5,07 km
Czas: 0:34’09 (skiepściłem coś. Czas inny bo pierwsze włączałem Suunto)
Tempo max: 6:44 min/km (duża różnica ale patrz wyżej, słabo czas złapałem)
Podejście, Zejście: Nie pokazuje w apce ani zegarku. Różnica wysokości jest za to: 34,7m (z Suunto wychodzi 28m).
Nie chciałbym jeszcze wypowiadać sądów o różnicy dystansu (90 metrów). Spróbuję na dłuższym dystansie i wtedy będzie widać jakie są tendencje. Na ten moment, bo biegałem z nim jeszcze parę razy ale już bez porównań z innym zegarkiem, to dane wyglądają akceptowalnie. „Moje” trasy pokazuje w miarę realnie (w znaczeniu, że dystans nie odbiega znacząco od znanych mi wartości). Mi ta dokładność wystarczy.
Po biegu i zatrzymaniu aktywności dostajemy już w zegarku naprawdę dużą porcję danych. Są takie pola: Rodzaj aktywności, data, czas Efekt treningu (wydajność) Ogólne (dystans, czas, kalorie Prędkość (średnie tempo, prędkość średnia i maksymalna) Kroki (kroki, średnia kadencja, średnia długość kroku) Wysokość (wejścia i zejścia łącznie, największa wysokość) Wykres tętna, info o min, max i średnim Strefy tętna i ich czas trwania Wykres kadencji Wykres tętna Wykres wysokości VO2max
Zestaw czytelny i naprawdę bogaty. W żadnym z zegarków jaki mam nie ma aż tylu danych. By je zobaczyć trzeba logować się na platformę powiązaną np. Movescount. Jestem tu więc naprawdę zadowolony 🙂
Acha, jeśli w czasie dnia, aktywności dokonamy jakiegoś niezwykłego osiągnięcia np. pokonamy 10000 kroków, ubiegniemy 5 km itp. to zegarek wibruje i wyświetla zdobytą przez nas odznakę sprawności. Mała rzecz a miła 🙂
Trochę o aplikacji – Zdrowie.
Skrótowo bo opis robi się mega 🙂
Aplikacja w mojej ocenia dobra. Zawiera zestaw wszystkich danych sportowych (w.w.) Widoczność oczywiście lepsza bo większy ekran. Dodatkowo widać mapkę gdzie biegaliśmy. Jest przegląd historii aktywności. Są pola o śnie, tętnie, wadze, krokach. Mamy też sugestie o ilości treningów i podpowiedzi np. czy trzeba ćwiczyć więcej czy wystarczy.
Kilka przykładowych ekranów apki
Z jej poziomu dokonujemy też konfiguracji zegarka. Aktualizujemy go, włączamy/wyłączamy opcje.
Jest tu też opcja udostępnienia treningu np. na FB, no bo jak bez tego się obejść 🙂
Dane z apki da się też wyeksportować do:
– UP by Jawbone
– Google Fit
– MyFitnessPal
Napominam o tym bo finalnie zbliżamy się najczęściej poruszanego minusa zegarka.
Wielki minus 🙂
Mimo pozycjonowanie GT jako smartwatch sportowy nie ma na ten moment opcji wyeksportować treningów w postaci plików *.gpx, *.tcx. Nie da się też bezpośrednio wrzucić ich w żadną aplikację/platformę treningową w stylu np. Endomondo.
Dla mnie to katastrofa bo swoje dane historyczne trzymam własnie w ENDO.
Początkowo strasznie zraziło mnie to do Huaweia. Zrobiłem solidne poszukiwania netu co można zrobić i hurrraaa… da się radzić sobie mocno na okrętkę. Robimy tak:
1. Wiążemy Huawei Zdrowie z Google Fit.
2. Z Google Fit (z poziomu komputera i swojego konta google) można eksportować dane aktywności do pliku *.tcx
3. No i finalnie ten plik można dodać do Endomondo. Ale uwaga. Mi na ten moment wyeksportowany plik wczytuje jako ciąg 60 sekundowych aktywności. Da się je w Endomondo połączyć w całość, niemniej traci się wtedy sporo danych. Nie pokazuje mapy, odcinków. Walczę z tym ciągle jak to dokonać by wgrany plik był „pełniejszy. Jak mi się uda to opiszę dokładniej procedurę transferu.
Naprawdę szkoda, że aż tak trzeba kombinować 🙁
Podsumowanie.
Z zegarka jestem w miarę zadowolony. Solidny, stylowy. W czasie aktywności nie gubi sygnału GPS, dane podaje wiarygodne. Deklarowany czas działania jest raczej realny. Przy umiarkowanym łączeniu z bluetoothem, wyłączonym tętnie, 4 dokonanych aktywnościach używam go już 9 dni i mam dalej około 40% baterii.
Na ten moment najbardziej wkurza mnie zaznaczony wyżej brak eksportu plików z aktywnościami. Jeśli uda się to zrobić prościej albo producent doda taką opcję to będzie to dla mnie sprzęt wystarczający w 100% do używania sportowo-codziennego.