Tym razem zamiast kółkować to poleciałem po prostej. Do miejscowości moich rodziców, by stamtąd leniwie wrócić do domu samochodem 🙂
Nie najgorzej, no może poza faktem, że strasznie spięte (sztywne) miałem mięśnie na pierwszych dwóch kilometrach. Niby się rozciągałem ale jednak coś słabo. Za dużo chyba siedzenia w ciągu dnia.
Szczęśliwie nic mi nie nawaliło, później nogi się rozruszały.
Słabym ogniwem tygodniowego biegania okazała się właśnie sobota. Nie z mojej winy w sumie 🙁 Zdecydowaliśmy się rodzinnie na pewne prace i w momencie ich końca było już na tyle późno, że dłuższy bieg nie wchodził w grę. Aby przynajmniej cokolwiek ubiec, zrobiłem krótkie 4,5 km.
Piękna pogoda w niedzielę aż zachęcała by wyjść z domu. Zebrałem graty (testuję twardo softflaski i kamizelkę) i ruszyłem na troszkę dłuższą trasę. Biegło mi się dobrze. Tempo wyszło słabiutkie, ale to za sprawą tego, że często przystawałem by zrobić jakieś zdjęcie.
Kilka na zachętę do odwiedzenia Gór Sowich poniżej.
Standardowo fotka na Łyse Wzgórze.A takie widoczki czekają na nas z jego szczytu 🙂W stronę Sokolca. Tam gdzieś daleko Wielka Sowa.
Do tej pory jedyne softlaski (miękkie bidony) jakie miałem to chińskie wynalazki z allegro (500 ml po około 5 zł). Ot coś takiego jak na załączonym obrazku:
Chiński No-name
Wykonane było to ze sztywnego plastiku, który i owszem można było zwinąć w rulon ale zbyt wygodny to on nie był.
Jeden z tych bidonów bardzo szybko (bo na pierwszym biegu ultra) puścił na górnym zgrzewie i kapał przy piciu. Drugi wprawdzie okazał się trwalszy, ale czy to z powodu wielkości (wystawał z bocznej kieszonki mojego plecaka Kalenji), czy mojego gapiostwa, to go zgubiłem podczas Ultra Kotliny.
Po tym traumatycznym przeżyciu, zdecydowałem, że przydałby mi się bidon lepszej jakości, a jeśli przy okazji i trochę mniejszy to już w ogóle wypas.
Szybki research na Allegro i zbyt wielkiego wyboru to nie ma 🙁 W większości sklepów dostępne są softflaski Salomona. Domyślam się, że jest to produkt dobrej jakości, ale niestety – cena poraża. Wydać trzeba na niego ponad 50 zł. Nieliczne propozycje innych firm w sumie w podobnych cenach.
Wizja wydania ponad 100 zł za dwie buteleczki wydała mi się mało kusząca. Szczęśliwie wypatrzyłem softflask chińskiej firmy AONIJIE. Wizualnie bardzo przypomina on produkt Salomona więc albo się nim mocno wzorowali, a kto wie czy nie jest to praktycznie to samo tylko bez logo.
Aonijie można kupić na Allegro (jakiś pomysłowy rodak już je sprowadza) ale jeśli nie zależy nam na czasie to i zamówić sobie bezpośrednio (taniej) z Chin. Czy to przez Aliexpress czy E-baya, da się je spokojnie wyszukać.
Tutaj cena jest już jeszcze trochę lepsza i buteleczka w zależności od wielkości (150-500 ml) kosztuje od około 5 do 10 dolarów. Te, które wybrałem – 250 ml bez wydłużanej rurki do picia były po jakoś po 6 $.
4 tygodnie oczekiwania minęły szybko i w końcu paczka z Chin przybyła 🙂
Po rozpakowaniu naszym oczom ukazuje się niebieski softlask zapakowany w foliowy woreczek. Ma on dodatkowo założoną karteczkę, z której jak ktoś umie to wyczyta różności 🙂
Jeszcze fabrycznie nowy
Pomijając krzaczki to wychodzi, że jest to softflask o pojemności 250 ml, wykonany z TPU (termoplatyczny elastomer poliuretanowy) bez szkodliwych składników (BPA free, PVC free). Bidon dysponuje ustnikiem, który trzeba zagryźć by woda leciała (bite valve). Ot, chyba wszystko jeśli kogoś interesują metki.
Dla ciekawych – pusty, 250 ml, softflask waży 26 gr. (zważone przeze mnie). Jego wymiary to około 23 cm x 7 cm (długość x szerokość pustego).
Softflask AONIJIE 250ml – widok ogólny
Przechodząc zaś do tego co ciekawsze 🙂
Bidon na pierwszy rzut oka wygląda solidnie. Materiał, z którego go zrobiono jest przyjemny w dotyku, ma aksamitną fakturę.
Góra (tam gdzie wkręca się zatyczkę) jest sztywna, cała reszta to już elastyczny softflask.
Zgrzewy całości są dość szerokie i również sprawiają dobre wrażenie. Czy tak będzie rzeczywiście to wyjdzie po jakimś czasie ale liczę, że się nie zawiodę. Dam oczywiście znać w update-cie opisu.
Pozytywnym faktem jest również to, że softflask nie śmierdzi plastikiem.
Pierwsze napełnienie
Zatyczka z białego tworzywa wkręca się dobrze. Nawet nie dokręcona do oporu nie ma nieszczelności. Nic nie kapie, nie leci.
Tak samo przez ustnik. Dopóki go nie przygryziemy (czy ściśniemy ustami) woda nie leci.
Ustnik można zdemontować (np. by go lepiej umyć). Schodzi i wchodzi na rurkę z właściwym oporem więc zakładam, że i on nie będzie źródłem nieszczelności.
Softflask AONIJIE 250ml – ustnik
Samo picie trudne nie jest. Nadgryzamy elastyczną końcówkę i można wodę ciągnąć 🙂 Czy leci lekko, czy ciężko to się nie wypowiem (bo innych nie używałem). Wydaje mi się, iż tak jak trzeba – po „treningu picia” każdy powinien sobie poradzić.
W miarę picia butelka zmniejsza swoją objętość – też tak jak trzeba 🙂
Jak pisałem na wstępie nie mam niestety porównania do softflasków innych producentów ale … mam softcup Salomona więc bazując na tym powiem, że:
– kolorystycznie materiał obu jest praktycznie taki sam. Salomon jest minimalnie bardziej przeźroczysty,
– Salomon ma odrobinę bardziej chropowatą fakturę, Aonijie jest bardziej aksamitne,
– zgrzew dolny w obu jest praktycznie identyczny,
– zgrzew boczny w Salomonie jest bardziej zaakcentowany. Czuć wklęśniecie. Aonijie ma go bardziej płaskiego.
Softflask AONIJIE vs softcup Salomon
Cóż więcej… ciężko tu o jakieś kosmiczne wnioski bo to w końcu tylko bidon. Wielkościowo 250 ml pasuje mi lepiej do mojego Kalenji. Dodatkowo da się go umieścić w minimalistycznej kamizelce AONIJIE, którą też kupiłem i niedługo opiszę.
Cena jak najbardziej akceptowalna. Nie będzie szkoda jak w końcu się zepsuje/uszkodzi.
Kurcze… co by nie wymyślać dalej jestem z treningiem w czarnej d…
A to pogoda zła, a to dłużej w robocie, a to coś załatwiałem po. Z raz czy dwa mi się wyjść nie chciało bo serial ciekawy był w TV. Porażka 🙁
Cóż, więcej nie ma się co usprawiedliwiać. Pora wziąć się za robotę. Ponieważ zaczyna się zawsze od poniedziałku to ja zacznę od wtorku 21/03 🙂
Kronikarskim zaś obowiązkiem 2 minione tygodnie poszły tak:
Asfalty Gór Sowich (Ludwikowice Kł. Sokolec). Pobiegłem z siostrzeńcem Żony z założeniem, że zrobimy spokojnym tempem 12 km (bo taki trening planowałem). Przed zimą coś tam biegał i chciał zobaczyć czy jeszcze da radę. Dał. Lżejsza 12-ka (sporo z górki) weszła.
Asfalty Gór Sowich c.d. (tym razem pętelka przez Ludwikowice Kł. -Sokolec-Jugów). Odczuciowo słabiej niż w sobotę. Czułem nogi, a w końcówce biegu mocno przeszkadzał wiatr.
Ponieważ wtorkowy bieg był słaby (mało kilometrów) to w środę chciałem nadrobić. Z pracy wróciłem jednak zrąbany jak nigdy i debatowałem czy w ogóle iść. Poczucie obowiazku zwyciężyło i wyszedłem na szybszy, a krótszy trening.
Data: 18/03/2017 – City Trail (bieg 06/06) Dystans: 4,90 km Czas: 00:25:10 Średnie tempo: 5:08 min/km
Finalny bieg City Trail. Trzeba było biec by być klasyfikowanym 🙂 Tym razem frekwencja dużo gorsza niż poprzednio. W sumie nic dziwnego bo pogoda nie zachęcała. Zimno, wietrznie i padało.
Warunki pogodowe sprawiły, że na trasie królowało błoto. Nie było sensu kombinować. Niektórzy drobili, mijali, ja leciałem prosto jak czołg 🙂
Pod względem formy nic się nie zmieniło od biegu 5 więc ponownie zająłem miejsce w strefie 25 min.
1 km – 05:09
2 km – 05:02
3 km – 05:15
4 km – 05:18
5 km – 04:26
Oficjalnie zająłem 224 miejsce z czasem 25:04
Tydzień 10 to znów 3 treningi. Szybsze ale za to sporo krótsze. Na liczniku wyszło tylko 13,81 km
Bardzo powoli ale jednak zwiększam ilość treningów. Tym razem dokonałem 4 biegi na łączną długość 35, 76 km. Myślę, że tygodniu 10 uda mi się powrócić już do około standardowych ~10 km biegów (podczas treningu).
Trening w Oleśnicy. Zacząłem spokojnie i z każdym kilometrem przyśpieszałem. Z jednej strony fajnie, z drugiej wydaje mi się, że jeszcze nie mam na tyle formy by mocno przyśpieszyć. Na drugim okrążeniu czułem się już zmęczony.
W czwartek jednak zwyciężyło lenistwo i nie biegałem. By uspokoić sumienie poderwałem się w piątek rano i biegałem przed pracą. Jejku, jednak rano to nie bieganie. Słabo idzie 🙂
Weekend w okolicy Gór Sowich. Trasy asfaltowe. Nie ciągnęło mnie na szlaki bo bałem się błota 🙂 Sam fakt, że jest w górę i w dół wystarczy.
Sobotni bieg z gatunku lżejszych, większość trasy z lekkiej górki. Nawet jestem zadowolony, bo biegu siły na normalną egzystencję były.
Zgodnie z przewidywaniami nie załapałem się na Bieg Ultra Granią Tatr. Nie ma mnie na liście szczęśliwców, ani na rezerwowej. Cóż… nie jest to jakieś zaskoczenie, byłem tego w sumie pewien.
Co ciekawe, jakoś nie czuję wielkiego żalu z tego powodu. Widać bieg ten był na tyle nierealny, że poczucie straty nie wystąpiło 🙂 Co więcej odczuwam nawet pewnego rodzaju ulgę bo … kilkaset PLN zostaje w kieszeni (realnie licząc to taka fanaberia kosztowałaby mnie ponad 1000 więc całkiem sporo) .
No i ok. Temat BUGT jest już tematem zamkniętym. Myślę, że drugiego podejścia do niego robił już nie będę. Mam jakoś złe doświadczenia z „grubymi” imprezami, które planowałem długofalowo. W 2015 przed Rzeżnikiem, kontuzje wyeliminowały nasz team, co kosztowało mnie jakieś 500 zł w plecy. Drugi raz już tam się nie zgłaszałem. Tym razem przynajmniej kasy nie straciłem, co jest jakimś plusem 🙂
Późno już (w końcu luty) ale pora teraz pomyśleć nad planem startowym na 2017 r. Myślę, że będzie tych startów trochę mniej, postaram się jednak powalczyć o poprawę wyników. Nie mówię tu o spektakularnych życiówkach niemniej na 5, 10, 21 czy 42 km trochę mogę urwać. I postaram się to zrobić.
Nie przestały mnie kręcić ultra klimaty i pewnie chociaż z jeden taki bieg w tym roku zrobię. Będzie to jednać coś bardziej lokalnego – impreza na którą można się zapisać „normalnie” bez płacenia rok wcześniej czy losowań. Co ciekawego znajdę to się jeszcze okaże 🙂
Mijający weekend obfitował w biegowe wydarzenia. Miałem przyjemność wystartować w dwóch biegach, z których jeden był dobrym sprawdzianem mojej aktualnej formy zaś drugi typowo dla przyjemności.
Sobotni poranek to wycieczka na 5 bieg z cyklu City Trail (we Wrocławiu). W tym sezonie słabo dosyć przygotowałem się do nich „logistycznie” i do tej pory biegłem dopiero w dwóch. Chcąc być sklasyfikowanym na końcu, nie ma już taryfy ulgowej i musiałem biec (tak samo będzie za miesiąc).
Pomimo ostatnich ciepłych dni, Wrocław przywitał nas temperaturami około 0 stopni i leżącym gdzie nie gdzie śniegiem. Może to i dobrze bo nie było mega błota, którego się obawiałem. Ziemia była w miarę twarda, momentami nawet na śniegu było ślisko.
Sportowcy podczas rozgrzewki
Ponieważ słabo z formą, tym razem zdecydowałem się na strefę około 25 min. Gdybym poczuł moc, miałem plan w końcówce przyśpieszyć. Opcji, że będzie dużo wolniej nie brałem pod uwagę 🙂
Rozgrzewka no i start.
Pierwszy kilometr wszedł praktycznie idealnie. Około 5:05. Później zaczęło być ciężej. Trochę przeszkadzali ludzie – w grupie na 25 min sporo biegaczy. Niektórzy zwalniali, ciasno na trasie i nie zawsze udawało się „cisnąć” bez gubienia tempa. Nie będę ukrywał, że i mi po około 2-3 kilometrach moce opadły ale o dziwo do 4 km trzymałem równo 5:15, 5:16, 05:16. Ostatni kilometr (niestety niepełny wg mojego Suunto) to 04:16. Pozostaje więc zakładać, że jednak przyśpieszyłem 🙂
Według oficjalnych danych zająłem miejsce 234 z czasem 25:03.
Cóż, na ten moment to niestety mój maks. Masakrycznie poleciała mi forma, widać zaniedbania ostatnich 4 miesięcy. Będzie trzeba solidnie pracować by nawet nie poprawiać byłe rekordy, ale do nich się zbliżyć.
W niedzielę w ramach rodzinnego relaksu zaplanowaliśmy udział w Biegu Tropem Wilczym (Bieg Pamięci Żołnierzy Wyklętych). Tym razem we Wrocławiu (rok temu startowaliśmy w Kłodzku).
Słaba pogoda (zimno, wiatr i przelotne opady) spowodowały, że syn został jednak w domu a na bieg pojechałem tylko Żoną.
Wrocławski bieg organizowało Stowarzyszenie Pro-Run, które z tego co pamiętam pewne doświadczenie organizacyjno-biegowe ma 🙂
Na stronie biegu czytelnie podano co, kiedy i gdzie. Miejsce imprezy (tereny Stadionu Olimpijskiego) też przygotowane bdb. Widać było namioty organizatorów już z daleka.
Na pomysł wczesnego odbioru pakietów wpadło oprócz nas sporo innych osób i o ile po numery nie było dużo chętnych to do koszulek kolejki były spore. Szło to jednak sprawnie, jakby nie wybrzydzanie co po niektórych biegaczy (a to rozmiar nie ten, a to osoba na koszulce nie ta) to w ogóle by było szybciutko.
No nic. Czasu mieliśmy i tak sporo, bo pakiety odebraliśmy około 09:00 a bieg 11:30. Korzystając więc z niedalekiej obecności marketu i giełdy różności uderzyliśmy w tamtą stronę by pojawić się z powrotem około 11:00.
Rywalizacja na dystansie 10 km już się kończyła. Pooglądaliśmy finisher-ów, prezentowane ekspozycje związane z żołnierzami, rozgrzaliśmy się i nadszedł moment startu.
Przedstartowe selfie
Sam bieg wiadomo bardziej dla pamięci niż wyniku ale pochwalić muszę swoją Żonę. Mimo sporej przerwy biegowej dzielnie te ~2 km przebiegła bez przerw. Brawo.
Po mecie odebraliśmy medale, wodę i bezalkoholowe piwo. Ja skusiłem się na posiłek – smaczną kaszę z warzywami i mięsem.
Fajne przedpołudnie, bieg uważam za mocno udany.
Nie wiem co bardziej cieszy – medal czy piwo 😉
Na sam koniec takie małe spostrzeżenie. Widzę, że cena tego biegu sporo różni się w zależności od miasta. Nie podoba mi się to, szczerze – obstawiam pazerność niektórych organizatorów (chcących przy tym wydarzeniu zarobić). Oczywiście nie znam miejscowych uwarunkowań i jeśli np. różnice w cenie zależą od czynników niezależnych od nich np. większe koszty wynajmu obiektów itp. to zwracam honor. Ale i tak nie do końca wierzę w takie wytłumaczenie 😉
Wrocławianie stanęli na wysokości zadania – ich stawka była mała, co niejako też wpłynęło na naszą chęć wystartowania właśnie tu.
Trening w Oleśnicy. Zacząłem spokojnie by zobaczyć jak biega się po „równym”. Pierwsze, większe kółko weszło dość dobrze, na drugim nogi już trochę czułem. Zdecydowałem się więc na mniejsze okrążenie i wyszło około 8 km. Dzień później mięśnie było czuć czyli braki formy są wyraźne.
Data: 23/02/2017
Dystans: 5,56 km Czas: 00:33:01 Średnie tempo: 5:56 min/km
Tłusty czwartek 🙂 Trening miał wyglądać podobnie jak ten z wtorku ale zwyciężyło lenistwo. Późno już było, zrobiłem kółko i dałem spokój. Usprawiedliwiałem się wprawdzie sam przed sobą, że przed sobotnim City Trailem nie ma sensu się żyłować ale to marne usprawiedliwienie…wstyd i tyle.
Data: 25/02/2017 – City Trail Wrocław (bieg 5/6)
Dystans: 4,90 km Czas: 00:25:09 Średnie tempo: 5:08 min/km
W porównaniu do poprzednich – słabo. Ale na ten moment to max jaki z siebie mogłem wykrzesać. Teraz pora solidnie trenować by ostatni bieg wyszedł tak jak powinien. Dokładniejszy opis tego i niedzielnego biegu będzie w następnym wpisie.
Data: 26/02/2017 – Bieg Pamięci Żołnierzy Wyklętych (Wrocław)
Dystans: 1,86 km Czas: 00:11:43 Średnie tempo: 6:18 min/km
Bieg na dystansie symbolicznym. Ciekawy bo z moją małżonką, która po dłuższej przerwie zdecydowała się poruszać. Fajnie to poszło, wynik mało ważny, za to chęci i spędzony czas jak najbardziej na plus.
Zawsze kiedy wydaje się, że wszystko idzie perfekcyjnie, zgodnie z planem, i nic nam już nie przeszkodzi musi się coś spie… zepsuć.
Niestety w początku 2017 r. dopadło i mnie.
Pierwszym kłopotem okazało się jakieś złośliwe choróbsko, które za nic nie chciało odpuścić. Jak to u mnie szybko zawaliło mi zatoki i byłem nie do życia. Bez sensu trochę zwlekałem z wizytą u lekarza, za to namiętnie chodząc do pracy :), no i ponad 3 tygodnie kariery sportowej wycięte.
Wraz ze słabym treningiem w grudniu-styczniu (niecałe 100 km przebiegnięte 01/2017) można powiedzieć, że straciłem całą posiadaną wcześniej formę 🙁
Dodatkowo, jak to u mnie, skoro się nie ruszam a objadam niezdrowymi rzeczami waga poszybowała w górę. Zanotowałem o 4 kg więcej niż miałem w okolicach połowy 2016! Katastrofa, 90 kg wcale nie ułatwi powrotu do lepszego biegania.
Drugi problem jest wprawdzie w „trakcie” ale czuję, że skończy się porażką. Problem ten to Bieg Ultra Granią Tatr, na który miałem mega ochotę.
Niestety, w toku e-mailowania z organizatorami wyszło, że raczej nie zaliczą mi UltraKotliny 70. Coś wprawdzie negocjowałem ale wiadomo… ciężko negocjować z organizatorem. Jego zawody, jego reguły.
No zobaczymy. Wynik losowania + weryfikacji będzie znany do końca tego tygodnia, więc szybko wyjdzie czy moje plany biegowe ulegną reorganizacji czy jednak pozostaną aktualne.
No cóż, pretensje można mieć tylko do siebie. Szczęśliwie żyje się jeszcze i nieśmiało po chorobie zacząłem znów truchtać. Czyli back in the game 🙂
Żyje się jeszcze i nieśmiało po chorobie zacząłem znów truchtać 🙂 Ciężko… 3 tygodnie przerwy, słaba dieta (nieopatrznie wszedłem na wagę i ujrzałem +4 kg od najlepszej swojej wagi w zeszłym roku) zrobiły swoje. Nie powiem, że jestem jak początkujący ale formy kompletnie brak 🙁
Żeby nie nabroić (znów się przeziębić czy złapać jakiejś kontuzji) biegam wolniutko, spokojnie. Dystans też zacząłem budować do małego (najpierw 4 km a dopiero kolejne biegi pod 10). No zobaczymy jak to pójdzie.
Data: 18/02/2017
Dystans: 4,62 km Czas: 00:30:19 Średnie tempo: 6:33 min/km
Niesiony sobotnim sukcesem uznałem, że spróbuję lekkie 10 km. Lekkie, bo około 3 km w górę a reszta w dół.
Profil trasy w sam raz na rekonwalescenta jak ja 🙂 Dałem radę.
Odwilż daje się jednak we znaki. Na asfaltach sporo kałuż, trzeba uważać by samochody nie zafundowały prysznica. Szutrowe pobocze z miksem zmrożonego/roztopionego śniegu okazało się jednak porażką. Praktycznie jak szybko na nie wbiegłem to szybko wybiegłem. Nie warto się męczyć.
Beznadziejny tydzień. Pisałem ostatnio, że po jednym z „szybszych” biegów zacząłem czuć gardło. Trzymało mnie to ciągle i nie chciało odpuścić. Dodatkowo syn z przedszkola przywlókł jakieś przeziębienie i tak kamyczek do kamyczka … rozłożyło mnie.
Przebiegłem się jeszcze we wtorek ale w czwartek nie miałem sił. W weekend zaś choróbsko osiągnęło swoje apogeum i jak na razie pauzuję. Pewnie i w tym tygodniu niewiele potrenuję bo dopiero naszpikowałem się chemią. Zanim coś pomoże to pewnie z kilka kolejnych dni minie.
Data: 17/01/2017
Dystans: 7,88 km Czas: 00:49:30 Średnie tempo: 6:17 min/km
Teoretycznie śniegu zostało w Oleśnicy niewiele. Niestety, to co jest przybrało konsystencję zlodowaconej skały leżącej na chodniku. Niewielka przyjemność z biegania kiedy co krok trzeba uważać by nóg nie połamać. Wymęczyłem niecałe 8 km i uznałem, że starczy,