Ciągle ok. Poprzedni tydzień troszkę krótszy biegowo (bo 47,44 km) ale w niedzielę oprócz biegania sporo spacerów było. Łącznie jakieś 4 dodatkowe km wpadły, więc cyfry się zgadzają.
Poszczególne dni treningowe dalej podobne do wcześniejszych dokonań. 4 biegi – 2 w Oleśnicy, 2 w Górach Sowich.
Jak nic złego nie stanie się z formą, pogodą itp. to w marcu chyba już wystartuję z dłuższym weekendowym bieganiem.
Pierwszy dzień po weekendzie (biegowo) to coś słaba mobilizacja u mnie. Albo nogi jeszcze nie takie jak trzeba albo chęci nijakie. Szukam sobie wymówek by tu i tam skrócić i wychodzi poniżej 10 km. No nic, dopóki później nadrabiam to ok.
Mrozy przyszły. W Górach Sowich dodatkowo sypnęło śniegiem więc drogi mniejsze i większe białe. Z tego powodu wskoczyłem w trailowe buciki i ruszyłem w lasy. Kilometrów wyszło mi trochę mniej niż w ostatni weekend ale trasa za to zacna. Sporo pod górkę, podłoże wymagające (śnieg, ślisko, krzywo). Nie chciałem się wyrąbać więc wielkich szybkości nie było. Ot całość spokojnie i ostrożnie. Zadowolony jestem z tej wycieczki.
Niedziela podobnie jak sobota mocno mroźna. Szczęśliwie ustał wiatr i pokazało się słońce. Zimno było ale przyjemnie – mało w tym sezonie słonecznych, zimowych dni więc warunki należało docenić 🙂
Ponieważ przed południem dokonaliśmy spory rodzinny spacerek to na biegi wybrałem coś lżejszego. Prostsza, asfaltowa trasa Ludwikowice-Sokolec-Ludwikowice.
Oj czuło się nóżki nawet z górek 🙂
Wpisywanie coś mi słabo idzie ostatnio 🙂 Zawsze coś wypadnie i ciężko się zmobilizować. Szczęśliwie chociaż w bieganiu całkiem odwrotnie 🙂
Ostatnie 2 tygodnie to konsekwentne realizowanie założonych planów. Regularnie biegam po 4 razy w tygodniu i ostrożnie zwiększam dystanse.
W tygodniu 06 pokonałem 49,33 km, a tydzień później pękło 50. Konkretniej to wyszło 51,10 km. Szał 🙂
Oba minione tygodnie jeśli chodzi o „układ” były takie same. Praktycznie te same trasy, podobne dystanse. Nie eksperymentowałem. Skoro week 06 poszedł ok, to uznałem, że trzeba to po prostu ugruntować.
Myślę, wybiegając w przyszłość, że i kolejne będą podobne. Nie chcę jeszcze szaleć zbyt mocno. W marcu dołożę dopiero coś więcej do weekendowych, górskich wybiegań.
Tłusty czwartek. Nie załapałem się wcześniej na nic wyśmienitego to pobiegłem do rodziców 🙂 Tam już było dobrze, 3 pączki weszły i można było się po biegu relaksować.
Sowiogórskie bieganie. I to solidne 🙂 Nie miało być aż tyle kilometrów jednak trasa okazała się dłuższa niż sądziłem. No i wyszło jak wyszło. Pętelka Ludwikowice-Jugów-Sokolec to ponad 17 km. Pod koniec szło mi już ciężko. Oj dawno tyle nie biegałem. Głowa jednak dociągnęła mnie do mety z czego jestem zadowolony.
Mimo sobotniego killera w niedzielę też należało pobiegać. I to nawet nie najgorzej. Trochę lżejsza trasa (rundka Ludwikowice-Sokolec) dodała do całości około 12 km. Bardzo dobrze.
Oleśnica c.d. Czy mówiłem, że było zimno i miałem słabszą dyspozycję? Acha, to tutaj też.
Coś ostatnio przy dłuższych biegach marznie mi uszkodzony w zeszłym roku palec wskazujący. Niemiłe uczucie i na weekend postanowiłem spróbować grubszych rękawic jakie kiedyś kupiłem w Aldi. Nie ma ich już niestety w ofercie ale może kiedyś, coś o nich napiszę.
Sobota jak tydzień temu. Fajnie mnie nogi niosły i tym razem takiej tragedii na końcu nie było. Wyśmienicie 🙂
Nowością na tym biegu było rękawiczki, o których wspominałem wyżej. Albo pogoda była lepsza albo one takie ciepłe, że wow. Ręka w ogóle mi nie dokuczała. Na końcu to nawet obie dłonie miałem mokre od potu. Ale lepiej tak niż mam cierpieć z powodu paluszka.
Biegowa wycieczka. Gdzie to ja nie byłem 🙂 Skręciłem z asfaltów i ostrożnie ruszyłem w lasy. Ostrożnie bo jednak poza czarnymi asfaltami śniegu tu sporo. Tam gdzie „dziewiczy” to ok, w większości jednak zbity kołami pojazdów drwali (ciągnących drzewo) i łatwo się wyrąbać.
Bardzo fajny trening. Odkryłem przy okazji parę fajnych miejscówek, gdzie chciałbym porobić zdjęcia. Będzie więc co robić w przyszły weekend 🙂
Tydzień 5 również mogę uznać za udany. Kolejny raz udało mi się utrzymać regularne bieganie – odbyłem 4 treningi. Również zakładany kilometraż mieścił się w tym co zakładałem (43,89 km).
Wisienką na torcie zaś okazał się sobotni bieg City Trail, w którym uzyskałem swój najlepszy czas w bieżącej serii. To dobry znak, iż forma powoli rusza do przodu.
Szczegółowa rozpiska biegów wygląda zaś tak:
Po bardzo błotnistych edycjach City Trail z poprzednich miesięcy, luty w końcu okazał się łaskawszy dla biegaczy. Może nie było jeszcze idealnie, ale z pewnością rywalizowało się dużo lżej niż ostatnio. W tych warunkach nawet leżące na około 2 km drzewo nie było sporą przeszkodą. Dobra pogoda jak i możliwość uzupełnienia brakujących biegów spowodowała, że na starcie stanęło ponad 500 biegaczy.
Założenia na ten bieg miałem podobne jak poprzednio. Wybrałem strefę startową 25-28 min. i planowałem złamać 25 min. Widoki na to były realne, w końcu biegam bowiem regularnie. Start z pierwszego szeregu i lecimy 🙂 Pierwszy kilometr sporo za szybko, później starałem się już biec wolniej ale równiej. Widać jednak braki formy bo końcówka to już spore zwolnienie (dokładne międzyczasy podam później gdyż na ten moment coś nie mogę wczytać pliku z zegarka). Mimo to cel został uzyskany. Metę osiągnąłem po 00:24:04 i zająłem miejsce 252 z 528 startujących. Zacnie, to mój najlepszy czas w aktualnej edycji i liczę, że dalsza zwyżka formy będzie postępować 🙂
Jako, że sobota to bieg krótki i szybki, w niedzielę należało nabić trochę więcej kilometrów.
Aura nie zachęcała – zimne powietrze i lekki opad śniegu, no ale cóż zrobić. Trzeba to trzeba 🙂
Niedzielny trening to bardziej wycieczka biegowa. Pokręciłem się po trasach jakich jeszcze nie próbowałem. Tu skręciłem, tu pobiegłem. Wszystko spokojnie i bez pośpiechu. No nawet 🙂 trochę ponad 14 km czyli liczby się zgadzają.
Seven for 7 – Opaska na buty z diodami LED (model 58219)
Wymiary: 6,5 x 9 x 3 cm
Zasilanie: 6V- (2xCRC2032)
Seven for 7 – opaska diodowa i jej opakowanie.
Koniec roku to zawsze czas promocji. Mniej ciekawych rzeczy ostatnio się trafia w marketach (albo wszystko mam), ale bogowie wyprzedaży widać mnie wspomagali, bo grzebiąc w ostatkach sportowego sprzętu trafiłem między innymi na takie coś. Planowo kosztowała ona chyba około 15-20 zł, a tu po 3,99 (albo coś koło tego). Grzechem by było nie wziąć. Hurtem chwyciłem 3 sztuki dla każdego (ja, Żona i syn). Wziąłem jeszcze po prawdzie kamizelkę odblaskową i pas z bidonami, ale to inna historia.
Opaska spakowana była w plastikową wytłoczkę, w której oprócz tekturki i opaski mieściła się też polska instrukcja. Do sprzętu dołączone są również 2 baterie (już w środku urządzenia). Miłym zaskoczeniem był fakt, ze da się w niej wymienić te baterie. Odkręca się po 4 śrubki na spodzie obudowy. Myślałem, że to taka jednorazówka a tu proszę. Pozytywnie. Pewną niewiadomą pozostaje oczywiście fakt czy po ewentualnej wymianie urządzenie da się złożyć i zachowa szczelność, ale absolutnie nie neguję tego – zobaczę za kilka lat 🙂
Seven for 7 – opaska diodowa
Opaska wykonana jest z czarnego, matowego plastiku. Twardego, ale o dziwo wygina się (dopasowując do buta) i nie pęka.
W spodniej części, na końcach ma małe ostre wypustki, które jak mniemam mają jej pozwolić na trzymanie się buta. Na jednym z końców przyjemniejszy w dotyku włącznik, który ma 3 tryby – wyłączone/światło ciągłe/pulsacja. Środek opaski to przeźroczysty plastik rozprowadzający światło 2 diód, jakie w niej są.
Całość wykonana jest „w miarę”. Pewne niedoróbki na łączeniach/wytłoczce formy są, ale wygląda na szczelną i na ten moment się nie rozpada.
Wielkiej filozofii w używaniu nie ma. Odpalamy tryb jaki nam pasuje i można instalować. Zakłada się ją na tył buta. Na zapiętek (nad podeszwą).
Po założeniu czuć, iż przylega ciasno. Nie jest to może dyskomfort ale początkowo czuć, że coś nam tył buta ściska. Mam zawsze obawy co do takich atrakcji (w kontekście biegów dłuższych) ale raczej nie jest ona adresowana do ultrasów. Normalni 😉 ludzie nie powinni mieć z tego powodu żadnych problemów. Opaska trzyma się i nie spada 🙂 Testowo pobiegłem w niej około 7 km w sporej wilgotności/mżawce. Również warunki atmosferyczne jej nie zaszkodziły. Świeciła i świeci dalej.
Co do świecenia to światło widać. Od asfaltu się odbijało. Jako jedyny zabezpieczenie przed kierowcami to bym jej nie polecił ale jako uzupełnienie do kamizelki ostrzegawczej jak najbardziej. Zawsze to lepiej jesteśmy widoczni na drodze.
Na zdjęciach jest opaska niebieska. Jedna z tych, które kupiłem świeci na zielono i jej światło wg. mnie jest mocniejsze.
Seven for 7 – tak świeci w domu. W prawdziwej ciemności wygląda to trochę równiej
Po zdjęciu opaskę można przetrzeć mokrą szmatką i dalej wygląda solidnie. But też raczej strat nie zanotował – a zastanawiałem się czy od tych ostrych ząbków coś się nie uszkodzi. Jednym słowem – ok.
Cóż. Gadżet ale przydatny. W podobnej cenie warto kupić.
Tydzień 04 i udaje mi się kontynuować zaplanowane aktywności. Na treningu byłem 4 razy. Łącznie przebiegłem 44,61 km. Jestem z tego wyniku bardzo zadowolony.
Od początku stycznia biegałem regularnie – 4 biegi na tydzień. Jeszcze za wcześnie by ogłosić sukces, ale wolne wprowadzenie w nowy rok jest. Od lutego dołożę trochę więcej kilometrów (zwłaszcza w weekend) i liczę, że nie skończy się to katastrofą.
Co więcej regularnie zacząłem też ćwiczyć w domu (od grudnia) i też to utrzymałem. Na ten moment to takie bardziej rozruszanie się (organizm, coś tam protestował) ale postęp jest i tu. Doszedłem do 4 serii pompek po 10 szt. Wiem, szału nie ma ale na początku robiłem ledwie 3 x 6-7. Widać jaki człowiek zaniedbany…
Biegowo zaś było tak:
Ten bieg również bardzo podobny do wtorkowego. Zacząłem sobie spokojnie, wolno. Pierwsze kółko weszło po ponad 6 min/km. Na drugim troszkę przyspieszyłem. Pojawił się też mały element rywalizacji. Sąsiednią stroną ulicy leciała grupa biegaczy. Zrobiliśmy wspólnie jakieś 3 kilometry po około 5:20. Później wybrali inną drogę i mnie niestety wyprzedzili (nie liczy się bo ja nie skracałem :)). W grupie (nawet improwizowanej) leci się całkiem inaczej. Jednak adrenalina robi swoje. Przerywnik ten uważam za dobry, zawsze to odmiana od monotonnego, wolnego klepania kilometrów.
W weekend podobnie jak poprzednio zrobiłem dwie swoje oklepane trasy. Sobota to Ludwikowice-Jugów. Tylko 10 km bo wieczorem wybieraliśmy się z Żoną na zabawę karnawałową. Wypadało mieć siły na tańce.
Dobry bieg. Pogoda prawie jak wiosną (ciepło i mokro), biegło mi się lekko.
Ludwikowice-Sokolec. Niedziela to taki prawie „dzień konia”. Mimo nocy tańców w nogach, nie ukrywam jakiegoś alkoholu, niosło mnie aż miło. Pod górki zszedłem na 6:xx (a często jest 7:xx/km). W dół też cisnąłem bliżej 5:15. Wszystko o dziwo z zapasem energii. No, no. Sprawdzianem formy będzie sobota – 03/02 (City Trail). Może uda się poniżej 25 oblecieć. Się zobaczy 🙂
W weekend zabrałem dawno nie używanego SpoQ. Wyleżał się w domu, bateria zeszła prawie do 0 więc uznałem, że lepiej i jemu trochę się rozruszać. Chyba od tej pory będę brał jego na biegi, a Suunto w tygodniu.
Pasja uczy pokory… widzę ten napis biegając w swoich górach. Dużo w tym prawdy.
Koniec starego roku i rozpoczęcie nowego to z reguły czas podsumowań.
Miałem i ja napisać takie podsumowanie zeszłego roku ale może i dobrze, że długo się do tego zbierałem (suche liczby można znaleźć parę postów poniżej). Pierwotnie były to bardzo zgorzkniały tekst. Teraz też nie jest mi wesoło, niemniej, kiedy biegam w miarę regularnie widzę światełko w tunelu 🙂
Długo przynudzał nie będę, ot parę przemyśleń bardziej dla mnie.
2017
Zeszły rok niewiele dobrych rzeczy przyniósł mi od strony biegowej. Sporo zawaliłem sam, swoje dołożył splot nieszczęśliwych wydarzeń (wypadek w sierpniu). Ogólnie stracony czas – życiówek chyba żadnych, większość biegów jak w początku „kariery”.
Spirala powoli się nakręcała – im gorzej szło, tym mniej się chciało biegać czyli każdy kolejny trening słabszy.
Co za tym idzie brak ciekawych wyników/zawodów itd. zniechęcał też do pisania. Sporo wpisów dałem mocno skrótowych, słabo pewnie zredagowanych. Nieładnie względem samorozwoju jak i ewentualnych czytelników.
Cóż rok się skończył nie warto roztrząsać już dalej co było.
2018
Nie powiem, sporo pracy kosztowało mnie znalezienie motywacji by się podnieść po 2017. Ciągle moja stabilizacja treningowa jest krucha ale powoli wyznaczam sobie nowe cele i wyzwania. Gdyby nie one, pewnie dalej tuptałbym po parę kilometrów, rozpamiętując minione lata chwały (dobra poniosło mnie ;)).
W 2018 r. z jednej strony postawiłem sobie ambitne wyzwania. Z drugiej pewne rzeczy odpuściłem.
Odpuściłem np. maraton. Wszystkie do tej pory pobiegłem tragicznie. Dołuje mnie jak słucham, iż ludzie biegają pół roku i lecą maraton w 3:30 (jak nie lepiej). Kurcze ja męczę się 5 lat! i najlepiej co ubiegłem to koło 4:07. Wiem, brak talentu można zastąpić tu sumienną pracą (zawsze mi jej coś chyba brakuje). Jednak chwilowo coś mi nie po drodze z maratonem. Może z treningu jaki zrobię do wyzwań 2018 on mi w końcu wyjdzie, ale będzie to skutek uboczny a nie zaplanowane działanie.
A co będzie/ma wyjść?
Gdy zakosztowało się górskiego biegania ciężko z tego zrezygnować. Góry mnie nakręcają, walka z dystansem, samym sobą. I tu chcę spróbować znów swoich sił. Nie będą to mega killery ale biegi ciekawe, coś w sobie mające.
Chcę sprawdzić się zwłaszcza w dwóch z nich. Bieg 3xŚnieżka = 1xMontBlanc na dystanie 2xŚnieżka. Drugi z biegów w jakim wystartuję to Łemkowyna Ultra Trail – Łemko Maraton. Powinno być fajnie a o to chyba najbardziej chodzi w amatorskim bieganiu 🙂
A no i 🙂 nie byłbym sobą bym nie wymyślił czegoś szalonego. To proszę – Bieg Kreta 110km. Co lepsze to będzie pierwsze z tegorocznych ultra 🙂 Jak wyjdzie zobaczymy, pobiegnę/przejdę go ot tak dla siebie bez presji na wynik.
Oprócz biegów długich będzie też parę stałych pkt. programu. Z dwie, trzy lokalne 10-ki, Bieg na Wielką Sowę, Półmaraton Wałbrzych.
Na pewno biegów będzie mniej. Nie ma co zapisywać się na coś co tydzień a później żałować, iż ciągle nie w formie. Zawody też coraz mniej zaczynają mi się podobać – dużo imprez masowych, nastawionych na golenie frajerów (czytaj biegaczy, a niech płacą $$ jak chcą startować).
Poza sportowo – pewne zmiany wprowadzę też na blogu. Miałem aspiracje kiedyś, że ruszy to prężnie. Wpisy, komentarze, zainteresowani przesyłający sprzęt do testów. Fantazja… teraz co drugi to bloger. A wielu reprezentuje poziom o wiele klas lepszy ode mnie. Nie ma sensu się scigać. Nie mam czasu ani chęci. Będzie więc kameralnie. Pisałem kiedyś we wstępie, że to bardziej dla mnie. I tak niech będzie. Po prostu ku pamięci 🙂
A co dalej? E, co za rok to za wcześnie. Wszystko może się zdarzyć. Chciałbym jednak by rok 2018 był dla mnie rokiem przełomowym.
Doszło do mnie, iż biegam już prawie 6 lat. Kawał czasu, wyniki jednak nie porażają. W sumie wiem czemu (w skrócie – za duża waga, brak „prawdziwego” treningu a przynajmniej solidnej bazy). Muszę to odmienić w 2018. Głodny jestem sukcesu. Może nie miejsc w czołówce bo to mało realne, ale zadowolenia z siebie samego na mecie. Jeśli nie sprężę się tym razem, później już się chyba nie uda. Wtedy pozostanie raczej zakończyć szarpanie się z marzeniami. Trzeba będzie wyluzować i po prostu sobie biegać. A ciągle to kocham 🙂
Jak więc będzie? Zobaczymy w styczniu 2019 🙂
Styczeń ma być moim miesiącem rozruchowym. Nie chcę wystartować zbyt ostro bo boję się, że szybko skończy się to jakąś kontuzją lub chorobą. Lepiej podnosić poprzeczkę powoli, a będzie to z większą korzyścią dla mnie w przyszłości. No to wolniutko rozkręcam się pilnując przede wszystkim systematyczności.
Zakończony tydzień to 4 biegi, o łącznym dystansie 40,07 km.
Spora nowością dla mnie jest też zmniejszenie tempa biegu. Z reguły „cisnąłem” pod 05:30-6:00, teraz nawet po płaskim lecę około 6:00-6:20. Hmmm… treningi wchodzą lżej. Widać możliwość biegnięcia dalej, więcej sił mam na końcu. Ciężko mi jednak wyrobić sobie zdanie czy to dla mnie dobrze czy nie. Wydaje mi się, że spokojniejsze bieganie ma sens o ile w odpowiednim czasie zwiększę kilometraż. Jeśli będę biegał mało i wolno – na dłuższą metę nic dobrego z tego nie wyniknie.
Bieg po Oleśnicy. Miało być tak jak we wtorek ale… przyroda miała inne plany. Orkan Fryderyka szalał właśnie po Polsce i u nas też było go czuć. By nie dostać czymś w łepek uznałem, że nie będę biegł swoją dużą pętlą (jednak sporo pod drzewami się biegnie) ale nakręcę mniejszą w bardziej cywilizowanych obszarach. Zawsze to mniejsza szansa, że coś mnie zaatakuje 🙂
Ostro dmuchało (zwłaszcza między blokami). Ciekawe uczucie – jak wieje w plecy to ok, z boku jednak spychało z trasy. No i wiadomo chęci lecą w dół.
Po pierwszym kółku wiatr trochę zelżał. Jak na złość jednak zaczęło mocno padać to dla porządku dokończyłem drugie i powiedziałem dość. Musi wystarczyć.
Pętelka górska (Ludwikowice Kł-Sokolec). Widać, że to obszar górski – biało od śniegu. Ciężej przez to szło nabijanie kilometrów, swoje jednak ubiegłem.
Druga pętelka górska (Ludwikowice Kł-Jugów). Bieg może nie najdłuższy ale na swoje usprawiedliwienie powiem, iż w niedzielę naprawdę sporo więcej km nabiłem na spacerach. Dwa razy byłem w górach (poranna wyprawa na Kozią Równię, a później rodzinne zdobywanie Wielkiej Sowy). Całkiem zacnie w ujęciu całościowym 🙂
Nowy rok, nowe możliwości jak to mówią. Pełen nadziei … bla, bla.
O planach i nadziejach może napiszę osobno. A teraz na szybkości 2 pierwsze tygodnie 2018r.
Tydzień 01 02/01/2018 – Dystans: 14,37 km, Czas: 1:26:21, Śr. tempo: 6:01 – Podgórskie tereny (Ludwikowice Kł.-Jugów-Sokolec)
04/01/2018 – Dystans: 12,24 km, Czas: 1:14:59, Śr. tempo: 6:07 – Podgórskie tereny (Ludwikowice Kł.-Sokolec) 06/01/2018 – Dystans: 4,72 km, Czas: 0:24:57, Śr. tempo: 5:17 – 4 Bieg City Trail (Wrocław)
4 Bieg City Trail’u we Wrocławiu to zwyczajowe w tej edycji błoto. Ale tym razem to mega błoto 🙂 Czepiało się to to do nóg nieziemsko i większość energii szła na pokonanie go a nie na szybki bieg. Mimo, że tym razem przygotowany w miarę się czułem to nie udało się przełamać 25 min. Oficjalnie 25:14, 59 w M40 i 296/569 Open. No szkoda.
07/01/2018 – Dystans: 11,17 km, Czas: 1:05:10, Śr. tempo: 5:50 – Bieg płaski, Oleśnica
Tydzień 02 10/01/2018 – Dystans: 8,05 km, Czas: 0:48:41, Śr. tempo: 6:03 – Bieg płaski, okolice Oleśnicy
11/01/2018 – Dystans: 11,11 km, Czas: 1:06:52, Śr. tempo: 6:01 – Bieg płaski, Oleśnica
13/01/2018 – Dystans: 12,28 km, Czas: 1:17:22, Śr. tempo: 6:18 – Podgórskie tereny (Ludwikowice Kł.-Sokolec)
14/01/2018 – Dystans: 13,14 km, Czas: 1:22:40, Śr. tempo: 6:17 – Podgórskie tereny (Ludwikowice Kł.-Jugów)
Brak systematyczności to straszna cecha. Odpuściłem trochę pisanie na blogu (ale za to biega się :)) i teraz mam na tyle dużo danych by mi się nie chciało ująć to w zwyczajowe ramki. Ech… katastrofa 🙁
Trudno popracuję i nad tym, teraz w telegraficznym skrócie.
Tydzień 51 Pracowity tydzień pod względem poza biegowym. Z tego powodu zrobiłem tylko dwa treningi 23/12/2017 – Dystans: 5,36 km, Czas: 0:32:31, Śr. tempo: 6:04 – Bieg płaski, Oleśnica
24/12/2017 – Dystans: 9,15 km, Czas: 0:56:34, Śr. tempo: 6:11 – Bieg płaski, tereny pod Oleśnicą
Tydzień 52 Święta i 2 tygodnie urlopu. Większość w Górach Sowich, więc w końcu solidniejsze biegi.
26/12/2017 – Dystans: 9,15 km, Czas: 0:56:50, Śr. tempo: 6:13 – Podgórskie tereny (Ludwikowice Kł.)
27/12/2017 – Dystans: 12,28 km, Czas: 1:14:33, Śr. tempo: 6:04 – Podgórskie tereny (Ludwikowice Kł.-Sokolec)
30/12/2017 – Dystans: 9,97 km, Czas: 0:59:08, Śr. tempo: 5:56 – Podgórskie tereny (Ludwikowice Kł.-Jugów)
31/12/2017 – Dystans: 12,29 km, Czas: 1:14:15, Śr. tempo: 6:03 – Podgórskie tereny (Ludwikowice Kł.-Sokolec)
PODSUMOWANIE LICZBOWE 2017
Cóż, wiadomo było od dawna. 2017 nie był moim rokiem. Różne powody, różne sytuacje. Kilometrów nabiegałem dużo mniej niż w poprzednim roku (łącznie 1385). Nie było też mowy o jakości treningu – każdy bieg (zwłaszcza w 2 połowie roku) praktycznie na przeżycie. Spuśćmy więc zasłonę milczenia na to słabe widowisko.
Korzystając z byłego już Black Friday (chińskiego) postanowiłem zakupić sobie smartwatcha. Założenia (i oczekiwania) jakie miałem:
1. w miarę dużo bajerów 🙂 2. możliwość wykorzystania autonomicznie tego urządzenia również do sportu.
3. niezbyt wygórowana cena,
Ze względu na pkt.2 szukałem zegarka, który może działać bez telefonu – czyli ma wbudowany GPS. Jest w czym wybierać na Aliexpressie to fakt, można dostać mętliku w głowie od nazw, opcji i możliwości.
Po analizie ofert zdecydowałem się na sprzęt Makibes. Pewny dylemat miałem czy wziąść model G07 (stricte sportowy, droższy, reklamowany jako całkowicie wodoodpory i obsługujący GPS+Glonass) czy G05 (który wprawdzie nie dysponuje wodoodporności i glonassem ale sprawiał wrażenie bardziej nastawionego na opcje smart).
Ponieważ posiadam już zegarki biegowe (Suunto Ambit i A-Rival SpoQ) zwyciężył rozsądek i wziąłem model G05 (z dwóch dostępnych kolorów wybrałem cały czarny).
Makibes G05 dostępne kolory
Po zwyczajowym oczekiwaniu na przesyłkę z chin (wcale nie tak długo szło) można było zacząć cieszyć się nowym zakupem.
Zawartość opakowania
W sumie niewiele – smartwatch, ładowarka magnetyczna wraz z kablem USB i 2 krótkie instrukcje (angielska i chińska).
Instrukcja angielska miejscami słabo tłumaczona (są błędy, ale sens idzie zrozumieć). Szkoda, że nie ma polskiej – to może być minus dla niektórych. Jeśli ktoś miał już jakiekolwiek doczynienie z dowolnym smartwatchem, to powinien sobie poradzić jednak i bez instrukcji.
Pierwsze wrażenie Smartwatch przybył spakowany w solidne pudełeczko z przeźroczystą ścianką przednią. Pudło w tonacji czarno, srebrno, czerwonej (jakby miało to jakieś większe znaczenie :)). Widać za to od razu zegarek i już na pierwszy rzut oka prezentuje się on fajnie (sorry dla dociekliwych ale na foto już go w środku nie ma, wyjąłem szybciej :)).
Małą, a miłą rzeczą są umieszczone po obu bokach „szybki” pudełka małe wypustki, za które możemy je otworzyć. Niby nic ale przydatne dla mężczyzn, którzy nie dysponują długimi paznokciami.
Pudełko Makibes G05
Zegarek w pierwszym kontakcie sprawie solidne wrażenie (ale ciężki nie jest – około 82 gram wagi z kartami sim i pamięci). Obudowa masywna, plastikowa. Plastik jest matowy, nie widać na nim żadnych zabrudzeń więc dłużej powinien być jak nowy. „Ostre” kształty koperty nadają całości sportowego charakteru.
Szary (metaliczny) pierścień wokół szkła wykonany jest z jakiegoś stopu (a jeśli to plastik to naprawdę dobrze stop udaje).
Na obudowie umieszczono jeden przycisk sterujący (zegarek ma ekran dotykowy), z jednej strony kratka głośnika, z drugiej zabezpieczone gumową zatyczką wejście na kartę sim+pamięci i mikrofon.
Makibes G05 – widok ogólny
Na spodzie zegarka umieszczony jest czujnik tętna i 4 styki do ładowania/komunikacji.
Makibes G05 – spód
Trochę przyjemniejszy mógłby być pasek. Jest bardziej plastikowy niż gumowy a przez to sztywniejszy (miękki silicon przyjemniej by się dotykało). Na samym początku czasem miałem problem z zapięciem (bo pasek blokował się swoimi nacięciami na zapince). Po dojściu do wprawy już jest jednak ok.
Na ręce zegarek trzyma się dobrze. Nie przeszkadza, nie przesuwa się, nie uraża. Nie ma opcji by coś nas szarpało po włosach (jak ktoś ma ;)) Mimo swojej wielkości dobrze leży na nadgarstku.
Używanie – start
Przed pierwszym użyciem trzeba smartwatcha naładować. Zajmuje to około 2-3 godzin i trzeba do tego jakieś urządzenie z gniazdem usb (np. komputer), Ładowarka nie jest bowiem sieciowa – to tylko podstawa + kabel usb. Taki standard dzisiaj.
Ciekawostką jest za to podstawa ładowarki (stacja dokująca). Ma ona magnetyczną podstawę która po przytknięciu do zegarka sama wskakuje na właściwe miejsce. Odpada problem z celowaniem w styki. Dodatkowo, nie ma opcji założyć jej odwrotnie. Jak będziemy próbowali magnes odpycha ładowarkę od zegarka. Na plus, nie uszkodzimy sprzętu.
Uprzedzając trochę fakty, po naładowaniu i póżniejszym umiarkowanym używaniu zegarek wytrzymuje dość sporo (deklarowane 5 dni bez problemu). Pewnie przy włączonym non stop bluetooth i intensywnym korzystanie z opcji telefonu, gps będzie to mniej (nie testowałem niestety więc tu nie mogę podać dokładnych danych).
Producent podaje takie wartości: 6 godzin GPS, 1-2 dni normalnego używania, 5 dni czuwania.
Skoro to smartwatch to warto włożyć do niego kartę SIM i kartę pamięci. Służy do tego niezbyt wygodna metalowa tacka mieszcząca się pod gumową osłonką. Z jednej strony ładujemy SIM, z drugiej microSD. Jak pamiętam w instrukcji nie pisze, którą gdzie, ale po wcięciach udało mi się to zrobić dobrze. Memorki obsługuje do 32GB – działają.
Jeśli zdecydujecie się instalować kartę pamięci w trakcie używania sprzętu to trzeba go zgasić/włączyć. Inaczej karty nie zobaczy
Używanie – smartwatch
Po wciśnięciu i przytrzymaniu przycisku zegarek startuje witając nas swoim logo. Głośny jest 🙂 i warto później ustawić parametry kontrastu, dżwięku w menu jeśli nie chcemy wszystkich w koło wkurzać.
Makibes G05 – tarcza zegara (jedna z trzech)
Pierwszym co widać po odpaleniu to tarcza zegara. Do wyboru są trzy (niezbyt piękne ale finalnie najbardziej przypasowała mi ta widoczna na zdjęciu). Zmienia się je klikając w środek wskazówek. Na plus Makibesa jest wyświetlacz – ekran jest ostry i czytelny. Dobrze widać napisy.
Po nacieszeniu się wyglądem tarczy zegara, można by coś w swoim smartwatchu ustawić, poużywać. Ma on do tego 3 menu i ekrany główne „aplikacji” (na nich widać np. ilość kroków, czas snu, pulsometr, barometr).
Pierwsze skrócone menu uruchamia się przesuwając palec po ekranie w dół. Tu można włączyć bluetooth, wyświetlić kod kreskowy aplikacji (by ją sobie ściągnąć), wyregulować kontrast i przełączyć między dżwiękiem a wibracjami, Z tego menu ruszając się góra / dół możemy przechodzić cyklicznie przez w.w ekrany główne (kroki, pulsometr itd).
Makibes G05 – menu skrócone
Drugie menu (przesunięcie na zegarze palca w lewo) to opcje sportowe. Chodzenie, bieganie, rower, historia aktywności i ustawienie jednostek (km, mile itp).
Makibes G05 – menu sport
Z powyższego menu (klikając w białe pole po prawej) przechodzimy do ostatniego, trzeciego menu (menu główne). Są w nim opcje smartwatchowe – wybieranie numerów, przeglądanie wiadomości, historii połączeń, odpalanie i szukanie bluetootha, alarm, kalendarz, kalkulator, czas światowy, odtwarzacz muzyki, przeglądarka plików, ustawienia (dzwięki, wyświetlacz, reset, czas).
Makibes G05 – menu główne
Przewijanie wszystkich menu, działa dość płynnie i wygodnie. Zegarek nie zacina się, nie przymula. Gdy chcemy z czegoś wyjść używamy do tego przycisku z prawej strony (jedyny jaki jest).
Od strony „telefonicznej” też jest ok. Kartę sim widzi. Da się normalnie dzwonić (rozmówcę słychać jak pisałem wyżej głośno). Przeglądanie wiadomości, kontaktów – jest, działa. SMSy wpisuje się tak jak w starszych telefonach – wyświetlona jest na ekraniku klawiaturka i cyklicznie naciskając dany przycisk wybieramy literkę.
Bluetooth łączy (tylko z komórką próbowałem, nie używam i nie mam niestety słuchawek).
Z karty pamięci da się odpalać i słuchać mp3, można oglądać zdjęcia .JPG (jak ktoś lubi na takim ekraniku).
Uzywanie – sport
Po zabawie z ogólnymi opcjami zegarka spróbowałem wykorzystać go do zastosowań sportowych. W tej dziedzinie możemy użyć m.in.
– Stoper. Ma pauzę, 20 międzyczasów, które na końcu możemy przejrzeć, skasować.
– Barometr. Po odpaleniu po chwili na ekranie pokazuje aktualne ciśnienie hPa.
Makibes G05 – barometr
– Krokomierz. Wskazuje dokonane dzisiaj kroki, szacunkową odległość jaką przebyliśmy i procent realizacji celu (cele można ustawiać w aplikacji). Drugi ekran krokomierza to statystyka tygodniowa. Jest to słupkowy diagram pokazujący procenty realizacji celu. Po kliknięciu na ekranie przenosi nas do szczegółowych statystyk każdego dnia. Tu widać liczbę kroków, dystans, spalone kalorie i % realizacji celu.
Makibes G05 – krokomierz (ekran główny)
-Monitor snu. Wygląd i możliwości zbliżone do krokomierza. Ustawiamy ile chcemy spać, później można przeglądać statystki tygodniowe i szczegółowe.
– Pomiar tętna. Zegarek informuje na początku by ustawić go blisko ciała i kliknąć na ekranie. Po chwili otrzymujemy bieżące wartości tętna. Na końcu okresu pomiarowego klikamy i pomiar zostaje zapisany. Można wtedy przeglądać historię zapisanych pomiarów.
– Chodzenie/Bieganie/Rower – to co najważniejsze 🙂 Przy starcie pyta czy włączyć GPS. Potwierdzamy lub nie i zegarek zaczyna odliczać do startu aktywności. Odliczanie ustawia się w aplikacji – może być 3,2,1, Start lub np. od 10. UWAGA – odliczenie nie równa się złapaniu sygnału GPS. To trwa z reguły dłużej – do około minuty. Wg. mnie to minus. W międzyczasie zegarek owszem nalicza kroki, dystans itp. ale dane bierze chyba tylko z żyroskopu/akcelerometru. W dystansie pewnie się wiele nie pomyli, jeśli jednak trasa jaką pokonaliśmy była mocno kręta to tu pewnie będzie spora rozbieżność (w widoku).
Ekran aktywności sportowej (taki sam dla wszystkich typów) wygląda jak poniżej. Mieści sporo podstawowych danych. Cyferki nie są duże, w czasie biegu widoczność może być problematyczna.
Makibes G05 – chodzenie, bieganie, rower
Bieżącą aktywność można zapauzować i przeglądać to co do tej pory dokonaliśmy – ślad, dystans, prędkości, tempo.
Makibes G05 – dane aktywności
– Historia aktywności. Pokazuje całościowy dystans jak i można przeglądać osobno każdą z nich. Format danych jak na obrazku wyżej.
Makibes G05 – historia aktywności
Dokładność
Nie prowadziłem skomplikowanych testów ale wygląda zadowalająco. Jeden z biegów dokonałem równolegle z Suunto Ambitem. Wyszło tak: Suunto: dystans 5,48 km, tempo:5:48 Makibes:dystans 5,55 km, tempo:5:45
Aplikacja
Dane z zegarka synchronizować możemy na smartfona za pomocą aplikacji FunDo Pro. Łączymy się standardowo przez bluetooth
Makibes G05 – FunDo Pro, apka na Androida
Apka podzielona jest na części główne odpowiedzialne za Sport/Kroki/Sen/Serce/BP/Sp02. Dodatkowo są tu jeszcze podstrony O mnie, statystyki, raporty, ustawienia.
Na głównych ekranach FunDo pokazuje dane zczytane z smartwatcha (bieżące jak pamietam). Klikając np. w opcji sportu na ikonkę zegara możemy przejść w listę wszystkich aktywności i oglądać każdą z osobna.
Makibes G05 – historia
Wchodząc głębiej (klikając na interesującą nas pozycję) przechodzimy do mapy. Niestety u mnie działa to średnio. Na mapie pokazuje pozycję startu, mety i pkt kilometrowe. Nie widać śladu – dokładniej to przy przybliżaniu/oddalaniu pokazuje się on by za chwilę zniknąć. Coś tu nie dopracowano.
Makibes G05 – widok trasy
Wspominałem również, że dostępne są statystyki (Analiza). Dotyczą one Kroków i Snu. Formę mają podobną jak w zegarku. Słupkowe wykresy dotyczące, tygodnia, miesiąca, półrocza, roku. Jest również coś co nazywa się Raport. Tu powinno być zebranie danych dziennych (sen, aktywność).
Najlepsze nawet rekordy nie cieszą tak jeśli nie można się nimi podzielić 🙂 FunDo teoretycznie umożliwia sporo możliwości dotarcia do znajomych. Od standardowego FB przez niespotykane Linkedln.
Makibes_G05 – udostępniamy
Wszystko fajnie ale… brakuje możliwości transferu swoich dokonań na jakąś platformę treningową (np. Endomondo). Z poziomu zegarka również nie da się wyeksportować pliku gpx. Dla mnie to duża niedogodność, wszystkie swoje treningi zbieram bowiem w wymienionym Endomondo. Bez tego Makibes jest dla mnie mało użyteczny do codziennego trenowania. Z palca przecież dokonanych biegów wpisywał nie będę. Oj wielki minus.
Podsumowanie
Co do zegarka mam mieszane uczucia.
Z jednej strony wykonany jest solidnie. Spasowanie, materiały bardzo dobre. Wygląd przypadł mi do gustu i noszę go codziennie.
Nie zauważyłem jakichś dużych dysfunkcji w działaniu wgranych programów/opcji. Wszystko działa płynnie bez zawiech.
Z drugiej strony sporo jest drobnych niedociągnięć Słabe tłumaczenie instrukcji, menu zegarka czy apki na telefon.
Zegarek aż taki „smart” też nie jest. Nie dysponuje on chyba żadnym systemem (tak zresztą pisało w aukcjach). Czyli nie wgramy do niego żadnych nowych aplikacji androidowych by zwiększyć funkcjonalność (próbowałem, nie rozpoznaje plików apk). Musi nam wystarczyć to co załadował do niego producent.
Nie ma niestety też multitaskingu. Jednocześnie działa tylko jedna opcja. By włączyć coś innego, aktualnie działająca gasi się. Czyli np. nie da się trenować i słuchać jednocześnie mp3. A przynajmniej ja nie wpadłem jak to zrobić.
No i finalnie największy minus dla mnie. Zegarek jak pisałem noszę na codzień. Noszę ale nie używam do treningów z powodu braku możliwości eksportu gpx. Dopóki taka opcja nie pojawi się w aplikacji nie widzę sensu. Owszem w razie W mając go możemy zapisać naszą aktywność. Do długofalowych treningów i późniejszej analizy danych (w popularnych platformach sportowych) na ten moment nie nadaje się.
Jednym zdaniem więc – tani sprzęt dla mniej wymagających użytkowników. „Profesjonaliści” muszą pozostać przy dużo droższych, wyspecjalizowanych komputerkach sportowych (Garmin, Suunto, Polar).