W Radiu Wrocław jest audycja Ostre Koło, która jak łatwo się domyślić dotyczy tematów rowerowych. W jej ramach, w różnych miastach naszego regionu, cyklicznie organizowana jest impreza rowerowa.
Zaczyna się ona od śniadania, w międzyczasie ciekawi goście opowiadają (w radio) o rowerach i nie tylko, a finalnie zebrana grupa jedzie na interesującą trasę.
Rozmawialiśmy swego czasu z Żoną, że mogłoby to być ciekawe i trzeba by kiedyś się zgłosić, wysyłając SMS. Za rozmowami nie zawsze idą czyny 🙂 ale, że miałem ostatnio trochę czasu i usłyszałem, że tym razem jazda odbywa się blisko nas to myślę, ok spróbuję 🙂 Jakież było moje zdziwienie, gdy miła Pani z radia, oddzwoniła i powiedziała, że zapraszają 🙂
Sprzęt został przygotowany, zmieścił się do samochodu, rowerowe ciuchy ubrane no to ruszyliśmy do miejscowości Spalona, położonej blisko masywu Jagodna.
Owca z widokiem
Start imprezy mieścił się w hotelu Owca z Widokiem, który dla przybyłych uczestników zaproponował pyszne, wegetariańskie śniadanie. Niby sportowiec nie powinien się objadać ale wszystko wyglądało na tyle pysznie, że nie będę ukrywał próbowałem i próbowałem 🙂
Co by tu…?
Po śniadaniu, udało się machnąć jeszcze szybką kawę, sprawdzić sprzęt i można było startować.
Ruszamy
Wybrana trasa to całkowita nowość dla mnie – single track, jakich sporo przygotowano, w rejonie Kłodzka. Ten liczył około 15 km i określony był jako łatwy. Trochę stresowało mnie, że większość uczestników przybyła góralami, a chyba tylko ja na swoim starutkim trekkingu Meridy. No ale … do odważnych świat należy 🙂
Więcej o takich trasach możecie poczytać na stronie:
Singletrack to naprawdę ciekawa sprawa! Ścieżka jest mocno techniczna. Sporo na niej zakrętów (i to ostrych), pomostów, podjazdów i zjazdów. Szerokość faktycznie dla singla 🙂 jeśli chcemy kogoś wyprzedzić, trzeba liczyć na jego dobrą wolę i kulturę i poczekać aż nam ustąpi.
Fajną sprawą jest na pewno fakt, że ludzie nie robią tu głupot. Podczas jazdy, nie spotkaliśmy nikogo, kto jechałby „pod prąd”. Nie było też turystów pieszych.
Mimo, że dana trasa miała być łatwa, to jednak trzeba na niej wykazać sporo uwagi i trochę się zmęczyć. Około 10 km prowadziło pod górę, na szczyt Jagodnej, a dopiero stamtąd rozpoczynał się 5 km zjazd w dół.
Jeżeli chodzi o nawierzchnię to jedziemy lasem po ubitej ziemi. Wiadomo są to góry więc sporo tu kamieni, skał. I faktycznie były to warunki na górala. Ujechałem około 3 km gdy Żona mówi, że zaczyna mi bić tylne koło 🙁 Słabo, miałem to już kiedyś nad morzem – puściła któraś szprycha. Niezbyt jest co z tym dokonać, pozostało modlić się by wytrwało i jechać do przodu. Zwolniłem, przez hopki starałem się przejeżdżać delikatnie. Mocniej też musiałem kręcić, bo latające koło, ocierało o gumki hamulca. Większość grupy nas wyprzedziła a my wolno turlaliśmy się do przodu.
Chwila oddechu na szczycie.
Na szczycie Jagodnej zrobiliśmy, krótką przerwę by się napić i podziwiać widoki z wieży. Robią wrażenie, warto było się zmęczyć.
Pięknie tu
Zjazd w dół w mojej ocenie był trochę trudniejszy niż wspinaczka na szczyt. Nawierzchnia w wielu miejscach to spore skały, nie było to totalnie miejsce dla mojego roweru. Mimo to dzielnie sobie radził 🙂 i udało mi się zjechać bez przygód (finalnie jak sprawdziłem poluzowały mi się 2 szprychy i koło zdecentowało się).
Z górki na pazurki 🙂
Ufff… hotel. Dojechaliśmy mimo technicznych problemów. 15 km trasę pokonaliśmy w około 1.5 godziny i dała mi ona trochę w kość. Nie spodziewałem się takich atrakcji ale jestem bardzo zadowolony. Widoki były piękne, ścieżka dobrze przygotowana i pozwalająca pojeździć po czymś nowym (dla mnie).
Profil, przebieg trasy.
Na koniec dostałem mapę z zaznaczonymi wszystkimi trasami w regionie i myślę, że to nie było nasze ostatnie spotkanie z single trackami. Na właściwym rowerze będzie to fajna przygoda :), już planujemy gdzie wybrać się kolejny raz. Polecam wszystkim przybyć na Dolny Śląsk i samemu pokręcić po naszych drogach.
Nie ma co ukrywać, że przy dłuższych wyprawach w nieznane jedną z użyteczniejszych rzeczy jest możliwość wygodnego nawigowania po trasie. Kiedyś trzeba było używać mapy, teraz najłatwiej odpalić stosowną aplikację w komórce.
No właśnie… przydałoby się jeszcze by tą komórkę umieścić na rowerze tak by nie trzeba było stawać, wyciągać jej z kieszeni czy też wyczyniać niebezpieczne sztuki jadąc z telefonem w ręku.
Uchwyt już na rowerze.
Fajnym zakupem, w mojej ocenie, jest właśnie omawiany uchwyt rowerowy – Benguo X-81. Producent wykonuje kilka różnych wzorów, ten jest jednak dość uniwersalny i spasuje do wielu telefonów. Ja używałem go z Samsungiem A71 czyli dość sporym urządzeniem. Jest to produkt oczywiście chiński jednak wykonany solidnie i dobrze jakościowo. Koszt zaś bardzo przystępny – około 30 zł.
Przed unboxingiem
W zestawie znajdziecie uchwyt, mocowania do kierownicy wraz z gumowymi podkładkami, śrubki montażowe, kluczy imbus no i obrazkową instrukcję (jeśli ktoś miałby problem ze zmontowaniem tego w całość).
Zawartość opakowania
W przeciwieństwie do plastikowych badziewi Benguo wykonano w całości z aluminium (zarówno uchwyt jak i mocowanie do roweru). Gwarantuje to lekkość i wytrzymałość. Nie grozi też nam możliwość połamania części przy jakimś uderzeniu, upadku. Fajną sprawą jest fakt, że całość jest skręcana na śrubki. Obejma do kierownicy, uchwyt do obejmy no i finalnie mocowanie komórki. Umieszczenie telefonu w nim – banalne 🙂 Regulujemy szerokość wkręcając lub wykręcając pokrętło po prawej stronie. Po włożeniu komórki dokręcamy ją i już możemy ruszać na trasę. Wg instrukcji i opisu na samym uchwycie włożyć można telefony o szerokości 55-100 mm. Tych którzy obawiają się o porysowanie aparatu uspokajam – na wystających, czterech uchwycikach nakleja się piankowe osłonki więc nic nie grozi naszej komórce.
X-81 PrzódX-81 TyłX-81
Z X-81 zrobiłem już naprawdę sporo kilometrów i po asfaltach i po terenie bardziej krzywym 🙂 Telefon zawsze trzymał się stabilnie. Śrubka nie ma tendencji do odkręcania się, luzowania. Jak dobrze dobierzemy miejsce umocowania na kierownicy to wygodnie patrzy się na telefon czy też operuje po ekranie.
Jak widać nawet nie wydając sporo kasy da się podnieść komfort jazdy rowerem i nawigowania. Polecam.
DRUGI DZIEŃ JAZDY (ŚRODA) – PODZAMCZE – KRAKÓW (110 KM)
Czyli nic, nie jest tak proste i oczywiste jak się wydaje 🙂
Drugi dzień naszego rajdu zapowiadał się ciężej niż pierwszy. Największymi problemami jawił nam się czas i dystans. Niestety, konieczność złapania pociągu do Częstochowy o 19.15 (następny był już po północy) wymuszała takie zaplanowanie jazdy by na niego koniecznie zdążyć. Z matematyki wyszło nam, że przejechać musimy 100 km (no bo we wtorek wpadło 90 :). Jak wspominałem, w pierwszy dzień Żona zaliczyła awarię przerzutki czyli nie było opcji nadrabiać po prostej i z górek. Policzyliśmy, że bezpiecznie będzie zakładać w takim razie tempo około 10km/godz., co daje 10 godzin jazdy. Aby był jakiś zapas postanowiliśmy ruszyć o 06:30. Czasowo mielibyśmy więc ~12,5 godziny na jazdę.
Wszystko zaplanowane, należy realizować 🙂 Pobudka miała być o 05:00, skiepściłem coś jednak i ustawiłem budzik na 05:30. W sumie i tak nie było co robić w pokoju więc szybciutko się zebraliśmy, założyliśmy sprzęt na rowery i o 06:00 udaliśmy się na zamówione śniadanie. Jajecznica z chlebkiem nie była tak zła, wzmocnieni ruszyliśmy w drogę.
Już na starcie czekał nas kilometrowy podjazd do Ogrodzieńca. Mimo „rześkiego” poranka, rozgrzaliśmy się momentalnie. Przy zamku szybkie zdjęcia no i pora pędzić dalej.
Zamek Ogrodzieniec.Zapowiada się ładny dzień 🙂
Droga początkowo wiodąca malowniczymi polami, skierowała nas w las. Nie było tak źle, pierwsze 10 km zrobiliśmy w 57 min. Niestety, im dalej w las, tym gorzej. Szlak wyboisty, pod górę, dużo luźnych kamieni. Kolejne godziny to już powolne tracenie. I sił i dystansu.
Co gorsze słabo szło nam realizowanie części turystycznej. Opuściliśmy ruiny strażnicy w Ryczkowie [92,4 km]. Trochę niezauważony przeszedł też Zamek Pilcza w Smoleniu [98.8 km]. Przynajmniej pod względem fotograficznym 🙂 Wiecie jak to jest, najpierw czekasz, czekasz aż będzie lepsze ujęcie i nagle jest całkiem po tym ujęciu 🙂 Tak było tutaj. Najpierw zamek miałem pod słońce, a później okazało się, że drzewa zasłaniają go tak skutecznie, że aparatu nawet nie było sensu wyciągać. Trudno…
Droga, wymagająca w dalszym ciągu, doprowadziła nas w Dolinę Wodącej. Leśne tereny, ciekawe skały, Jaskinia na Biśniku.
Jaskinia na Biśniku
Przy kolejnym odcinku [102.2km] można wspomnieć czasy wojny i zobaczyć pomnik poświęcony oddziałowy AK kpt. Hardego.
Pomnik partyzantów.
Kolejny punkt programu jaki nam gdzieś przepadł to ruiny zamku w Bydlinie [110.2 km]. Miał być a coś nie było 🙂
Droga po chwilowej poprawie, przechodzi dość szybko w trudny szlak. Jest pod górę, mnóstwo piachu. Nie ma wyjścia, pozostaje rowery pchać. Dużo osób wskazuje ten fragment jako najmniej przyjemny z całej jazdy.
Poprawa warunków następuje w okolicy Rabsztyna [124.8 km]. Tutejszy zamek na szczęście udaje się zobaczyć.
Zamek Rabsztyn.
Następne ciekawe miejsce na trasie to Olkusz. Warto odbić na chwilę z trasy i zobaczyć ładny rynek. Skusiliśmy się tu na szybką kawę i lody (w końcu! :)). Proponowałem również mojej Żonce jakiś obiad ale kręciła coś nosem, że jeszcze nie. Nie, to nie, przyszło za to odpokutować, bo później niestety na nic ciepłego czasu już nie było 🙂
Rynek w Olkuszu.
[132,6 km] Osiek. Lepszy asfalt kończy się, wygląda, że trzeba polną droga piąć pod górę. Wyleźliśmy i zwątpiliśmy. Czy to na pewno tu? Nawigacja w komórce, pokazuje, że jesteśmy jakoś z boku szlaku. Zjeżdżamy z powrotem do wsi i…. katastrofa. To jednak była dobra droga. Nic, pozostaje znów wspinać się pod górkę. Znaki oczywiście były, wystarczyło lepiej się rozglądać.
Pola, łąki…
Dobrze chociaż, iż piękne plenery wynagradzają ten bezsensowny trud. Pola, łąki zapewniają świetne widoki. Dla spragnionych skał, za jakiś czas monumentalna skała Powroźnikowa.
Skała Powroźnikowa. Mijamy ją dołem ale jakby był czas, można by się wspiąć kawałeczek…
Jakoś w tej okolicy zaczyna mi się zapalać lampka ostrzegawcza w głowie. Mój rower nie hamuje. Coraz ciężej jest mi się zatrzymywać przy zjazdach w dół. Tylni hamulec był słaby ale, że przedni też?, to nie wiem o co chodzi 🙁 Niestety, im dalej tym gorzej.
Po zobaczeniu Kościoła w Paczółtowicach [147.3 km] poddaję się. Nie mam wcale hamulców. Zaczyna robić się gorąco. Wcześniej spowalniał nas brak przerzutek u mojej Justyny, teraz (i to dużo mocniej) spowalniam nas ja. Przed każdym zjazdem wytracam prędkość jak się da, zaczynam pomagać sobie nogami. Żona rusza trochę do przodu by ostrzegać przed zbyt dużymi zjazdami i ewentualnymi zakrętami za nimi. Na końcu Paczółtowic jest ostry zjazd. Nie daję rady, muszę zejść i iść.
Drewniany kościółek pw. Najświętszej Marii Panny.
Atrakcje turystyczne schodzą na drugi plan. Czas zaczyna gonić, a my przesuwamy się coraz wolniej do przodu.
Dolina Eliaszówki [148.8 km] za nami ale nie idziemy oglądać Klasztoru Karmelitów w Czernej.
Na trasie ciekawe miasteczko Krzeszowice [156,2 km]. Walcząc z rowerem i stawaniem chociaż przed światłami dla pieszych, mijamy bokiem Pałac Potockich. Nie wracamy, jest za mało czasu.
Za Krzeszowicami droga daje troszkę wytchnienia (bo jest po prostej). Sprawnie docieramy do rozwidlenia dróg przy Zamku Tenczyn w Rudnie [160.5 km]. Szlak skręca w lewo, do zamku trzeba albo pojechać 2 km w prawo (asfaltem) lub iść, od pobliskiego parkingu, a potem 400 metrów pod stromą górę. Debatujemy rodzinnie co robić. Ryzykownie tracić czas, ale z drugiej strony, przyjechaliśmy coś zobaczyć a nie tylko pedałować! Wychodzi, że najszybciej będzie 400 m pod górę. Żonka mówi, że nie idzie, będzie odpoczywać. Ja prawie biegiem robię tą cztery-setkę no i jest. Yyyy… w remoncie, zakaz wstępu. Wykazuję obywatelskie nieposłuszeństwo i wchodzę. Zanim mnie przegonili parę zdjęć udaje się zrobić i zobaczyć chociaż jak ten zamek wygląda 🙂 Szybki bieg w dół i jedziemy.
Ruiny Zamku Tenczyn.
W tym momencie pozwolę sobie skrócić dokładny opis szlaku. Na trasie spotkacie już mniej skał. Odcinki prowadzą bardziej przez pola, lasy, wioski. Nie ma tu już w mojej ocenie bardzo spektakularnych zabytków, widoków. Sporo za to podjazdów, a co gorsze szybkich zjazdów. Cuda wyczyniałem na rowerze. Albo jechałem jak wariat, albo wybierałem coraz gorsze fragmenty drogi. Pobocze, nierówności, liście, trawa pozwalały mi trochę wyhamować. Nogi dodatkowo służyły mi za hamulce. Tarłem butami o podłoże ile się da. Nie zawsze się dało, bałem się, by gdzieś się nie wyrąbać – było jednak krzywo, na poboczu luźne gałęzie, kamienie. Strasznie to męczyło. Dużo fragmentów i tak było zbyt ostrych na zjazd, musiałem schodzić i iść. Zwłaszcza przy Balicach jak na złość mnóstwo fragmentów w dół. Przerwy robimy coraz krótsze, ale w którymś momencie dochodzi do nas, iż musimy przejechać nie 100 a 110 km. Nie wiem jak to wyliczyliśmy ale wygląda, że nie ujęliśmy odcinka prowadzącego przez Kraków. By mieć chociaż teoretyczne szanse zdążyć na pociąg każde zejście z roweru = bieg. Zaskoczony jestem ale mimo prawie 100 km w siodle, biegnie mi się (z rowerem więc trudniej) całkiem, całkiem. Widać treningi pod ultra coś tam dają 🙂 Finalnie pojawia się tablica Kraków. Rezygnujemy z nawigacji przewodnikiem i Mapa.Cz. W Google Maps wbijamy target – Dworzec Centralny i jedziemy bezpośrednio do niego. Dobrze, że oboje wpisaliśmy trasę, bo jak na złość Google prowadzi słabo. Mi w którymś momencie, przestaje odświeżać trasę, żonie działa ale też marnie. Sam Kraków to wyścig z czasem. Dobrze, że mają tu wygodne ścieżki rowerowe i jest po płaskim 🙂 Prujemy, nic nie oglądamy. Ufff… jest. Na Dworzec wpadamy 18.45. Udaje nam się znaleźć Intercity, sadowimy się w nim i powoli schodzi z nas ciśnienie.
No i po bucikach.
Podróż pociągiem, upływa miło i przyjemnie. Cały wagon dla nas, rowery mamy na oku. Intercity ma swoje plusy, kupujemy herbatkę u obsługi i spokojnie sobie siedzimy. Opóźnienia nie było żadnego, około 21:00 jesteśmy w Częstochowie. Podobnie jak wcześniej włączamy Google Maps. Niby tylko 8 km do hotelu, ale ten fragment drogi też przyjemny nie był. Szuram butami po asfalcie ciesząc się, że już ciemno i nikt nie widzi tej porażki.
Finalnie w hotelu meldujemy się o 21:45. Można odpocząć, by kolejnego dnia rano zebrać sie już w drogę powrotną do domu.
PODSUMOWANIE
ROWEROWY SZLAK ORLICH GNIAZD Jeden z najstarszych, rowerowych szlaków w Polsce, ze wszech miar godny jest pokonania. Oznakowanie na trasie jest bardzo dobre, zaryzykowałbym stwierdzenie, że można by go przejechać po samych znakach.
Na trasie są sklepy, restauracje – spokojnie można uzupełniać prowiant na bieżąco, bez konieczności niesienia wszystkiego w torbach.
Piękne tereny (zamki, skały, pola, zabytki) czynią również tą wyprawę bardzo atrakcyjną. Widoki cieszą oczy i powodują, że chce się jechać.
Uwaga, jeśli jednak chcecie zwiedzać wszystkie atrakcje, to zarezerwujcie na jazdę minimum 3 dni. A idealnie by było wg. mnie jechać 4 dni (i mieć np. część ostatniego dnia na Kraków).
Sama trasa ostrzegam jest dość wymagająca. Mało tu po prostej, ciągle góra-dół. Zróżnicowana nawierzchnia, dużo szutru, kamieni, piachu powoduje, że najwygodniejszy będzie rower górski, na szerokich oponach. „Spacery” na trasie i tak będą 🙂 Jednak nie jest to trasa ekstremalna, średnio doświadczony turysta spokojnie ją przejedzie.
WALOR POZNAWCZY (SPRZĘTU, FORMY)
To był nasz pierwszy, tak solidny rajd rowerowy. Mimo, utrudnień sprzętowych, jestem z jego przebiegu bardzo zadowolony. Potwierdziło się, że jesteśmy w stanie jechać na rowerze dzień po dniu, pokonując długi dystans. Sprawdziło się wyposażenie (torby, nawigacja). Wyszły też oczywiście problemy, które będą dobrą nauczką na przyszłość: – przede wszystkim sprzęt musi być w 100% sprawny i dobrze sprawdzony przed wyjazdem, – planowanie czasu musi koniecznie zawierać margines bezpieczeństwa czasowego. Na styk się nie da.
Cóż… mam nadzieję, że na taką wycieczkę Was namówiłem, a nie zniechęciłem. Naprawdę warto przejechać się po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Polecam 🙂
PIERWSZY DZIEŃ JAZDY (WTOREK) – CZĘSTOCHOWA – OGRODZIENIEC (OKOŁO 90 KM).
Jak wspomniałem w pierwszej części relacji – wieczorem przygotowaliśmy sobie co mamy na rowery zabrać, a co zostanie w aucie.
Jako turyści postawiliśmy na minimalizm i wygodę jazdy 🙂 Każde z nas miało spakować się w jedną sakwę mocowaną pod siodłem (do rurki i siodełka). Spoko to wyszło, dało się wszystko wepchać, co dobrze rokuje na przyszłość (w tej konfiguracji chcieliśmy też jechać nad morze).
Przeglądnęliśmy również dokładnie jak prowadzi trasa RSOG. Jej właściwy start wyznaczony jest w okolicy Dworca Głównego. Z naszych wyliczeń wyszło, iż hotel mamy praktycznie na końcu Częstochowy i to blisko szlaku. Powoduje to, że nie ma żadnego sensu wracać do Dworca, a po prostu trzeba dobić do szlaku omijając mało ciekawy, miejski fragment szlaku.
Nawigację na szlaku mieliśmy prowadzić dwutorowo. Po pierwsze kupiłem świetny plan trasy z wydawnictwa Compass (aktualny, edycja 2020). Dodatkowo zainstalowałem na komórce aplikację Mapa.Cz. Dało się do niej pobrać mapy offline interesującego nas obszaru + dodatkowo wczytałem track GPX (z bloga Rowerem po Śląsku). Za mapę papierową odpowiadała moja małżonka a mi pozostało wieźć komórkę 🙂
Przewodnik po szlaku. Polecam, bardzo przydatny.
Małe uwagi techniczne. Dystanse przy miejscowościach podaję na bazie oficjalnego przewodnika. Nam wychodziło trochę inaczej (bo zaczęliśmy w innym miejscu). Relacja mimo, że staram się być dokładny może zawierać jakieś moje małe niedopatrzenia (wiele emocji na szlaku, coś można zapomnieć, przekręcić).
NO TO, STARTUJEMY Nie ma co spać, trzeba jechać (tym bardziej, że nie wiadomo tak do końca jak to nam będzie szło :)). Pobudka dość wczesna, bo około 06:30. Śniadanko, pośpieszna analiza czy pogoda dalej ok, wynosimy graty do auta i zbieramy się do rowerów.
Mimo treningu mocowania sakw, trochę się przy tym miotaliśmy. Jednak obciążone większą ilością bagażu, mocniej opadały w dół. Zwłaszcza moja, zaczynała szurać po kole i parę razy jeszcze w Częstochowie stawaliśmy. Ekspert w osobie mojej Żonki ogarnął to jednak i już za miastem jechało się lepiej. Ale… nie będę ściemniał ten rodzaj toreb wymaga jednak trochę uwagi, co jakiś czas wypadało paski dociągać, podregulować. Trzeba mieć to na uwadze. Jak kogoś mega denerwuje to lepiej jednak zainwestować w bagażnik.
Mimo tego małego utrudnienia spokojnie, rozruchowo sobie jedziemy. W Częstochowie świetny asfalt ścieżki rowerowej, mijamy przejazdy kolejowe no i już za chwilę można skręcać w las (okolice Rezerwatu Zielona Góra), w stronę wsi Kusięta [13.4 km]. Zimno o poranku, wiatrówki się przydają, ale szybko za miastem je zrzucamy. Słońce zaczyna grzać 🙂
Tutaj czeka nas pierwsza, większa 🙂 atrakcja – Góry Towarne [17 km]. Prowadzi do nich parę odbić. My skorzystaliśmy z pierwszego i już za chwileczkę byliśmy na ich szczytach (uwaga, sporo piasku, trzeba już było kawałek podejść). Widoki piękne, warto wejść i zerknąć czy na same góry, czy na Częstochowę lub zamek w Olsztynie.
Góry Towarne. W tle Zamek Olsztyn.
Po tym przerywniku asfaltem docieramy do Olsztyna. W mieście szybki „look” na Rynek no i jedziemy dalej. Tu notujemy też pierwszą mała pomyłkę nawigacyjną. Przegapiliśmy skręt w lewo i zbytecznie lecimy prostu ku końcowi miasta. Pomyłka w miarę szybko wyłapana, cofamy się i już za chwilę możemy podziwiać piękne widoki na ruiny zamku.
Rynek w Olsztynie.Ruiny Zamku w Olsztynie. Dojście do nich mocno piaszczyste.
Praktycznie wszystkie ruiny zamków (poza będącymi w stanie szczątkowym małymi strażnicami) są dostępne do zwiedzania. Niestety, przy naszym grafiku czasowym nie ma sensu wchodzić. Szkoda kasy na ekspresowe zwiedzanie, musi wystarczyć z wierzchu.
W okolicy zamku jest trochę piasku po którym źle się przemieszczać, szczęśliwie szybko zaczynają się twardsze leśno-wiejskie drogi prowadzące do Zrębic [26.3 km] gdzie można zobaczyć zabytkowy, drewniany kościół.
Zrębice. Kościół św. Idziego.
Po Zrębicach na trasie jest Pustynia Siedlecka. Widzimy drogowskaz, źle chyba jednak odczytaliśmy go bo mijamy ją i jedziemy dalej szlakiem. Szkoda, uznajemy jednak, że nie będziemy się wracać. Czeka na nas bowiem kolejne ciekawe miejsce – Złoty Potok [35,2 km]
Jako, że jest już około 12:30 pora więc na jakiś obiad. W restauracji położonej w stylowym dworku (reklamującej się pstrągami) skusiliśmy się na zupę rybną (ja) a moja lepsza połówka na bezpieczne pierogi 🙂
30 min odpoczynku, pojedzone, można ruszać dalej, tym bardziej, że sporo tu do zobaczenia. Warto wstąpić na teren zespołu parkowego z pałacem Raczyńskich i dworkiem Krasińskiego. Chwilę dalej czeka kościół św. Jana Chrzciciela i „ryneczek” ze studnią i figurą „Nosiwódki”
Pałac Raczyńskich.Figura „Nosiwódki” na centralnym placu Złotego Potoku.
To jeszcze nie koniec tego co ciekawe. Mieści się tu też część tzw. rekreacyjna – staw Amerykan [37,5km]. W sezonie pewnie tu pełno ludzi. Teraz pusto, straganiki pozamykane, a szkoda bo można by jakiegoś loda zjeść 🙂
No nic, pozostaje jechać dalej. Droga skręca w las – Rezerwat Parkowe. Sporo tu ciekawych form skalnych i jaskiń.
Jaskina w Rezerwacie Parkowe.
Szlak robi się bardziej wymagający a my popełniamy drugi błąd nawigacyjny. Ze szlaku rowerowego odbijamy na szlak pieszy. Górki robią się zbyt duże, kłody, korzenie przeszkadzają. Trzeba co chwilę prowadzić. Mijają nas wprawdzie dwaj rowerzyści ale oni dysponują chyba sprzętem parę klas wyższym, nie mają bagaży i widać, że przyjechali się tu zmęczyć 🙂 My nie damy rady, prowadzimy. Szkoda, zmarnowaliśmy tu sporo czasu idąc a nie jadąc. Finalnie na około [40.5 km] dobijamy do właściwej trasy i można oprócz jechania pooglądać ciekawe formacje skalne – Bramę Twardowskiego, Diabelskie Mosty.
Diabelskie Mosty.
Droga robi się już bardziej cywilizowana. Zaczynają się miejscowości, asfalt i tempo jazdy rośnie. Rośnie ale do momentu – Awaria. Moja Żona na kierownicy ma torbę z różnościami. Przyciskała ona linkę przerzutki przedniej do lampki odblaskowej. Owa niestety miała ostrą krawędź i przecina osłonę. Linka wyłazi i koniec możliwości zmiany biegów. Nie naprawimy tego. Dętki, łatki, narzędzia mamy, osłony linek niestety nie. Szczęście w nieszczęściu, że padło na najmniejszej zębatce. Szybko nie pojedzie ale przynajmiej pod górki może podjeżdżać.
Jak w kalejdoskopie zmieniają się kolejne miejsca i kolejne widoki warte odnotowania.
Ruiny strażnicy w Przewodziszowicach.
Strażnica w Przewodziszowicach.
Sanktuarium Matki Bożej Leśniowskiej.
Rzeźby na terenie Sanktuarium.
Żarki [49,2 km] ze swoimi unikalnymi stodołami i muzeum we młynie.
W kolejce do młyna 🙂
Droga dalej świetna, owszem z góry i w dół jest ale po przyjemnym asfalcie. Szybciutko to leci i zaczynają się większe, dobrze znane zamki.
Pierwszy to Zamek Mirów a już za chwileczkę Zamek w Bobolicach.
Zamek w Mirowie.Zamek w Bobolicach.
Oba powyższe miejsca widać, że mocno turystyczne. Większy tu ruch, są restauracje. Debatujemy chwilę czy nie stanąć na lody (bo upał solidny) ale jednak pasujemy. Budki chyba zamknięte, w restauracji jeszcze trzeba będzie długo czekać…
Za Bobolicami kończą się asfalty i zaczyna chwilowo szuter. Nie jest uciążliwy więc to też całkiem fajny odcinek.
Zdów [60.9 km], za nim Rezerwat Góra Zborów z formacjami skalnym i dojeżdża się do nietypowej, zielonej, kostkowanej trasy rowerowej. Przy niej leża Jaskini Głęboka, Ośr. Morsko [72.4 km] z zamkiem Bąkowiec. Omijamy je trochę z żalem ale jednak czas goni. Trzeba jechać dalej.
Góra Zborów.
Przed nami jeszcze Sanktuarium w Skarżycach i Okiennik Wielki [76.6 km] i dalej w kierunku Bzowa [83,7 km].
Sanktuarium w Skarżycach.Okiennik Wielki.
Górki, zjazdy. Oj, jest się gdzie zmęczyć. Jak ktoś dobrze śledził profil trasy praktycznie bardzo mało jest po płaskim. Albo wspinamy się w górę, albo zjeżdżamy w dół. Przydają się też rowery górskie. Nawierzchnia na trasie różna ale jednak wymagająca. Cieńkie opony, nie zdałyby tu egzaminu.
Przy [80.8 km] dojeżdżamy do Kromołowa gdzie trzeba pokonać ruchliwe skrzyżowanie z drogą 78 (są światła na szczęście) i znów mozolnie piąć w górę 🙂 Kolejna miejscowość na trasie – Bzów [83.7 km].
Tutaj kolejny miły odcinek – wprawdzie najpierw wspinamy się pod górkę szutrami ale rekompensuje to nowiutki asfalt, po którym już za chwilę mkniemy w dół. Wokół piękne plenery – pola, górki. Jeszcze gdyby nie ten upał! Druga połowa dnia, powietrze rozgrzane, stoi, zero wiatru w sumie. Przy zjeździe czuję, że coś moje hamulce zaczynają niedomagać. Cisnę oba, ale w sumie spowalniam maszynę niż staję w miejscu. Słabo, ale biorę to na karb stromego zjazdu, dużej masy mojej + roweru + bagażu.
Finalnie naszym oczom ukazuje się panorama Podzamcza. Monumentalny zamek podziwiamy przez chwilę i udajemy się jeszcze jakieś 1.5 km w stronę Ogrodzieńca gdzie mamy nocleg.
Już za chwilę Podzamcze wraz z monumentalnym Zamkiem Ogrodzieniec.
Jest już około 18.15-18.30. Plan mamy niby odpocząć i wrócić na zachód słońca nad zamkiem jednak lenistwo zwycięża 🙂 Małe zakupy na wieczór, pizza w hotelu i relaksik.
Forma po pierwszym dniu więcej niż dobra. Słońce nas trochę strzaskało ale nie poparzyło. Nogi i tyłek ok. No przynajmniej mój. Wymieniłem niedawno w rowerze siodło na trekkingowe z Lidla (Wittkop Medicus) i jestem z tego mega zadowolony. Wcześniej miałem sportowe siodło (też z marketu) i na nim pewnie bym konał 🙂
Ponieważ w drugi dzień czeka nas dłuższy odcinek (i wieczorem pociąg w Krakowie), planujemy szybszy start i kładziemy się spać.