Z pewnym opóźnieniem, bo w pierwszym biegu nie mogłem wystartować, zacząłem tegoroczną rywalizację w cyklu City Trail.
O niuansach biegu raczej nie ma się co rozwodzić. Sprawdzona, ta sama formuła zawodów, co mi pasuje. Walka toczy się na trasie a nie z nowościami jakie wprowadzają organizatorzy 🙂
Mimo zaawansowanej jesieni Wrocław przywitał mnie ładną pogodą (ale mróz był) i zwyczajowo dużą ilością biegaczy.
Chcąc zaprezentować się z dobrej strony na trasie zafundowałem sobie solidną rozgrzewkę, a później ustawiłem się w pierwszych rzędach biegaczy na 22 min.
Przy starcie zapanowało małe zamieszanie bo fale ruszały dość nierówno, parę osób przekroczył linię czujników i nie wiedziało później co robić, czekać czy biec. Organizatorzy jakoś to ogarnęli i poszło.
Pierwsza prosta po starcie
Kilometry weszły mi w następujący sposób:
1 – 4:39
2 – 4:55
3 – 5:07
4 – 5:10
5 – 3:21 (standard na tej trasie, ostatni km niepełny)
Oficjalnie wykręciłem czas 23:08. Zająłem 228 miejsce z 579 sklasyfikowanych.
Teoretycznie jestem z siebie zadowolony. Widać jednak, że na 22 min to gotowy jeszcze w żaden sposób nie jestem. Szybko osłabłem. Spora w tym zasługa dużej masy i chyba nie ma wyjścia, chcę lepiej biegać to w końcu coś z tym muszę zrobić.
Miejmy nadzieję, że do biegu grudniowego już coś w tej materii drgnie 🙂
Jedną z gorszych rzeczy w życiu jest sytuacja gdy nasze wyobrażenia zderzają się z rzeczywistością. Najczęściej zderzenie te jest bolesne i rozczarowujące.
Cóż, mega szczęśliwcem nie jestem i dla mnie takim zderzeniem był niestety udział w tegorocznej Łemkowynie. A czemu? To poniżej.
Łemkowyna jawiła mi się jako bieg magiczny. Piękne widoki (klipy z tego biegu wymiatają), specyficzny klimat i perfekcyjna organizacja. Nie powiem, zachciało mi się być tego częścią.
Pilnowałem w zeszłym roku zapisów i jak tylko wystartowały to szybko wypełniłem formularz i opłaciłem wpisowe. Problemy nie wystąpiły, dokonało się – będę mógł pobiec 🙂
Przy analizie, który dystans wybrać (a do wyboru było 5 – 150 km, 100, 70, 48, 30) zdecydowały względy praktyczne. W Krośnie mam rodzinę i uznałem, że nie warto komplikować sytuacji startując około 100 km od niego (sam dojazd ode mnie w Podkarpackie to jakieś 450 km, więc wystarczy). Lepiej zacząć blisko czyli w Iwoniczu Zdr, tj. ~ 15 km odległości od Krosna.
Łemko Maraton to 48 km, +1400/-1310 m, 8 godzin limitu czyli wcale nie tak źle. Jest gdzie pobiegać.
Ze strony organizacyjnej wszystko szło dobrze. Na FB czy stronie organizatora wszystko co ważne pisze. Podają trasy, godziny, niezbędne wyposażenie. Nie ma opcji by coś przegapić i za to wielki plus.
Im bliżej zawodów tym większy zgrzyt pojawiał mi się jednak w ocenie mojej dyspozycji. Z jednej strony czułem duży progres w szybkości. Z drugiej mało biegam. Mało i krótko. W paru ultra już biegłem więc zacząłem się obawiać co to oznacza. A oznacza z reguły kłopoty.
Cóż… z reguły mam na to proste stwierdzenie – przyjdzie się zmęczyć na trasie. O rezygnacji z biegu mowy nie było.
Po przybyciu do Biura Zawodów nastąpiło wypełnienie stosownych zgód, odbiór pakietów i co sygnalizowano – weryfikacja wyposażenia obowiązkowego. Poważna sprawa, jeszcze nigdy takiej kontroli nie miałem. Odbieram ją jednak pozytywnie bo zabrać ze sobą na bieg te parę rzeczy nie tragedia, a o ile prościej w razie kłopotów na trasie.
Wszystko ok, zaliczone. Wziąłem torbę z gadżetami i pooglądałem stoiska expo. Zwyczajowo drogo i nic mnie nie porwało. Pakiet startowy hmmm… no szału nie ma. Kubeczek, żel, batonik, coś jadalne w torebce. Z ważnych rzeczy mapa trasy i w sumie tyle (+ parę ulotek). Ja wiem, że organizatorzy ładnie umieją wyjaśnić skąd wysoka cena i nic ciekawego w pakiecie ale kurcze, nie przekonuje mnie to. Mieli np. za sponsora Buffa, to już chociaż po tej chuście mogli dorzucić. A tu nic. Wszystko za to można było sobie ekstra dokupić.
No ale dobra, dla gadżetów się tylko nie biega, da się to jakoś przełknąć.
Dzień później zameldowałem się w Iwoniczu-Zdroju. Na trasie trwała już walka, biegli zawodnicy z 70 km. Chwilkę popatrzyłem i zabrałem się za ostatnie poprawki w sprzęcie (wiązanie bucików, zakładanie stuptutów) i w sobie (rozgrzewka). Coś miałem problem z dobrym zawiązaniem lewego buta. Wydawało mi się, że ciągle jest za mocno. Poprawiałem z 10 razy a i tak czułem mały dyskomfort. Przeczucie mnie nie myliło – na mecie jednak w miejscu podejrzanym obtarcie było 🙂
Wchodząc do stref startowych należało okazać dowód osobisty, odnotowywano na liście kto jest. W sumie nie wiem po co to. Wystarczyłoby patrzyć po numerach i wiadomo kto biegnie a kto nawet nie zaczął (po starcie komputer przecież ma od razu dane z chipów). Można by wysnuć wniosek, że zapobiega to oszustwu, iż pobiegnie za nas ktoś inny i być może to było bliższe prawdy.
Chwila oczekiwania, ostatnie info od organizatorów (postraszyli, iż ktoś zniszczył sporo oznaczeń na trasie i uzupełniali) i lecimy 🙂
Mam tu trochę dylemat co napisać. Wiadomo wszyscy lubią pot, krew i łzy. W sumie były ale … pozwolę sobie ominąć całą dokładną analizę trasy i mojej dyspozycji. Podam za to najważniejsze wg, mnie punkty.
Z tego co rozumiem na Łemkowynie największy fun robi błoto i piękne widoki. Tym razem, z powodu suchego lata i jesieni, tego błota było niewiele. Miejscami owszem, wszędzie jednak dało się je ominąć. Po prawdzie, to co było mi wystarczyło 🙂 Ze 2 razy nogi mi się rozjechały i mało a bym się wyrąbał. Raz podparłem się ręką, drugi dokonałem pół szpagat i jakoś pozbierałem.
Co do widoków. No były ale coś mało (na moim dystansie). Las, łąki z oddali piękne (próbka poniżej) ale w większości biegnie się między drzewami i tu jest „normalnie”.
Widoki na Łemko Maratonie
Za smutny fakt odnotowuję przy tym, że na trasie są fragmenty po asfalcie. Ze trzy dokładniej. Pierwszy w Rymanowie, drugi przy punkcie odżywczym w Puławach Górnych (tu chyba z 3 km tego asfaltu było, dużo…) i finish w Komańczy też leci się asfaltem (jakieś 1,5 km).
Wielkim plusem dla organizatorów jest fakt, że trasa oznaczona naprawdę dobrze. Nigdzie nie miałem chwili zawahania jak biec. Dodatkowo punkty odżywcze tam gdzie miały być. Wyposażone bardzo dobrze, wolontariusze pomocni. Szacun.
Pewnie cieszyłbym się tym wszystkim bardziej gdyby nie fakt, że no właśnie… szybko wymiękłem. Pierwsze 19.5 km (do punktu) zrobiłem świetnie, w około 2 godziny. Po ruszeniu z punktu jednak zaczęły się kłopoty. Na około 23 km złapał mnie skurcz łydki taki, że lądując na tej nodze wyłożyłem się na bok. Musiałem sobie chwilę posiedzieć na szlaku zanim w ogóle dałem radę wstać. Od tego momentu katastrofa. Nie mogłem biec, bo co tylko próbowałem to czułem spięcie łydek. Szedłem, ale za kolejne kilka kilometrów czuję skurcze tyłu ud (przy podejściach w górę). Ki diabeł. W życiu tam mnie nic nie łapało. Modląc się by szlak prowadził w miarę po prostej i w dół (bo tu mi się szło najlepiej) pokonywałem kolejne km.
Zaaplikowałem sobie magnez (miałem tabletki), na drugim punkcie do bukłaka wlałem izo i jakoś mi powoli odpuściło. Ostatnie kilka kilometrów pokonałem marszobiegiem. Kilkaset metrów przed metą to nawet całkiem szybko. Motywowały mnie jakieś dziewczyny prowadzące swoją koleżankę. Tekst, że ona biegnie a ja co tak będę szedł podziałał całkiem ok 🙂
Ostatnie metry przed meta
Na mecie zameldowałem się na pozycji 235 z 370 sklasyfikowanych. Czas 7:04:30’7. Niby z zapasem, niby nie ostatni ale naprawdę słabo. W punkcie w Puławach (połowa trasy) byłem sklasyfikowany na pozycji 131 więc sami możecie ocenić jak to wyszło.
Słaby trening się zemścił. Zły mogę być tylko na siebie, bo druga połowa maratonu było zdecydowanie korzystna. Sporo po prostej i z górki. Dużo można było tu zyskać gdybym biegł a nie szedł.
Szkoda.
Finisherów w Komańczy witał tłum kibiców. Wręczono medal (dzwoneczek z logo biegu) i można było świętować dobiegnięcie.
W ramach regeneracji, do zjedzenia były świetna kasza jaglana (wegetariańska lub z mięsem) i zupa pomidorowa. Bardzo smaczne. Jak ktoś chciał to mógł dokupić ciasto, regionalne piwo. Na zawodników czekały też hala gdzie dało się usiąść i zjeść i co ważne prysznice i przebieralnie. W prysznicu (koedukacyjnym ;)) niestety skończyła się ciepła woda, niemniej i tak umycie się dużo dało.
Jak ktoś chciał i mógł to później były koncert, ognisko. Ja zawinąłem się do domu.
Podsumowując.
Odcinając się zupełnie od wyniku sportowego (bo on powoduje moje spore rozgoryczenie) to powiedziałbym tak:
bieg zorganizowany bardzo dobrze. Trasa, wolontariusze, punkty, jasne regulaminy. Wszystko na wielki + Lubicie porządek i spokój to impreza dla Was.
z drugiej strony bańka kultowości chyba zbyt duża. Nie zrobiłem tego wow… będąc już na nim. Szkoda trochę, widać za dużo sobie wyobrażałem.
Minęły właśnie kolejne 2 miesiące treningów. Solidny kawał czasu, warto więc krótko podsumować krótko swoje dokonania. 08/2018
BIEGANIE: 155 km
ROWER: 156 km
Aktywnosci – 08/2018
09/2018
BIEGANIE: 134 km
ROWER: 205 km
Aktywnosci – 09/2018
Hmmm… ciężko tak naprawdę wysnuć mi konkretne/jednoznaczne wnioski z podanych powyżej numerków. Postaram się jednak wyartykułować chociaż kilka moich przemyśleń na ten temat.
Ostatnie dwa miesiące to naprawdę niezwykła ilość treningów jakie wykonałem. Duża w tym zasługa roweru bo i zdarzały się dni z dwoma lub więcej jazdami. Nie ukrywam są to zawsze jazdy rekreacyjne, w spokojnym tempie, niemniej aktywność jest i finalnie ma ona pozytywny wpływ.
Łącznie biegania i jazdy było dużo (widać na obrazkach) i ośmieliłbym się stwierdzić, że pomogło mi to ruszyć z wagą w dół. Ciągle jeszcze sporo kilo na plus mam ale waga stanęła na około 85. I lekkość już jest 🙂 To (i sygnalizowane w relacjach z biegów wzmocnienie psychiczne) z kolei rzutuje raczej na lepsze tempa biegów. Strasznie mi się to podoba 🙂
Martwi mnie natomiast tendencja biegowa. Jak widać sporo jest tygodni tylko z 3 treningami. W dalszym ciągu brakowało długich wybiegań (maksymalnie biegałem po 15 km). Słabo 🙁 Ponieważ za 2 tygodnie pobiegnę Łemko Maraton 48 czuję, że będzie boleć, o i to mocno 🙁
Cóż. Wydźwięk całościowy jest na plus. Forma ruszyła w górę, rekordy na 10 km trasach się sypią (dobra, poniosło mnie… :)) Zwyczajowo, jak to u mnie, zabrakło kropeczki na i. Czyli finalnie wyjdzie pewnie jak zwykle. Ze poczuciem niedosytu.
Sierpień (jego końcówka konkretniej) okazał się być miesiącem, w którym wreszcie wziąłem się do roboty.
Treningi w sumie odbywałem regularnie – w ilości 4 na tydzień. Główna praca włożona została zaś w powrót do większych dystansów. Długie wybiegania (wliczając w to zawody) o dziwo były i już parę razy pokonałem 20 km.
Ciekawostką jak na mnie był również fakt, że wprowadziłem w swoje trenowanie pewną namiastkę hmmm.. interwałów, przebieżek (?). W każdym razie wplotłem do środkowo-tygodniowych biegów fragmenty pokonywane szybszym tempem. Męczy to trochę ale liczę, że finalnie będzie z korzyścią dla mnie. Organizm wyrwie się trochę z marazmu i stabilizacji.
Finalnie, powyższe akcje dały to następujące liczby:
BIEG – 155 km ROWER – 156 km
Niezgorzej powiem szczerze 🙂 Samo bieganie efektu wow nie wywołuje jeszcze ale w połączeniu z rowerem sporo się już robi aktywności w miesiącu 🙂
Plany wrześniowe.
We wrześniu postaram się trochę podciągnąć dystans łączny swojego biegania. Przede wszystkim zaś będę pilnował biegów dłuższych. Pechowo trochę dla mnie 3 pierwsze weekendy to zawody na 10 km (i to w niedzielę 🙁 ). Muszę nad tym pomyśleć – albo długi bieg przełożę na środek tygodnia, albo niestety po zawodach będę się starł zmobilizować jeszcze do paru km więcej. Na ten moment opcja „longa” w tygodniu wydaje mi się bardziej pasująca.
Jak wyjdzie to zobaczymy 🙂
Ponieważ już się trochę kajałem za swoje lenistwo w poprzednim poście pozwolę sobie zasygnalizować o 2 biegach jakie dokonałem, a opuścić dokładny ich opis.
Oba biegi z gatunku moich cyklicznych, w sumie jak kto ciekawy to w opisach z lat poprzednich znajdzie wszystko co trzeba.
9 Regatta Bieg na Wielką Sowę Czas: 01:08:25 Miejsce Total: 397 Miejsce M40: 68
Bieg wyszedł mi akceptowalnie. Czas zanotowałem bardzo zbliżony do ubiegłorocznego. Niestety, zmieniono trochę trasę (dystans finalny raczej podobny, chodzi o przebieg) i ciężko stwierdzić na 100% czy to było dobrze czy źle 🙂
Zadowolony jestem jednak bardzo ze strategii – zacząłem wolniej i w zawodach miałem siły na końcówkę. Oprócz 2 fragmentów gdzie bieg nie ma wielkich sensu (na moim poziomie), resztę trasy pokonałem biegnąc.
BWS 2018 – meta
XIX Toyota Półmaraton Wałbrzych Czas: 02:05:37 Miejsce Total: 1211 Miejsce M40: 369
Porażka. W tym roku panowały ciężkie warunki na trasie, było bardzo gorąco. Swoje to na pewno dołożyło (pamiętam 2016 Maraton Wrocław) ale czy tylko to było powodem nie zmieszczenia się w 2 godzinach to nie wiem…
Na zmienionej trasie biegło mi się o dziwo całkiem dobrze. Wystartowałem z balonami na 1:45. Odeszły mi (to wiadomo, tak szybko nie biegam) ale myślałem, że daję radę. Pierwsza połowa pod kontrolą, ciągle biegiem i poniżej godziny. Do 15 km szło ok, a później na patelni drogowej 🙂 mnie odcięło. Zacząłem podchodzić, podbiegać i już do końca nie dałem rady. Za chwile zobaczyłem mijające mnie baloniki z 2:00. Próbowałem ich gonić ale nie było sił.
Niestety, myślałem, że temat 2 godzin w ulicznym Półmaratonie mam już ogarnięty, a tu widać, że nie. Zdarzają się wpadki 🙁
Międzyczasy miałem takie:
Minęło od mojego ostatniego wpisu. A to urlop, a to czasu mało, a to lenistwo 🙂 Co tu dużo mówić, zaniedbałem temat i teraz uaktualnienie tego okresu byłby tytaniczną pracą.
Nie jestem przekonany czy wartą wykonania, w końcu to już historia.
Nie wypada jednak całkowicie zaniedbać strony więc pozwolę sobie na mała „pigułkę” historyczną.
LICZBY Czerwiec 2018
Bieganie: 182 km
Rower: 67,92 km
Chodzenie: 0 km
Lipiec 2018
Bieganie: 101 km
Rower: 106 km
Chodzenie: 7.73 km
Sierpień 2018
W trakcie. Będzie lepiej biegowo niż w lipcu, ale czerwca chyba nie przebiję 🙂
PODSUMOWANIE
Ostatni okres to moja walka z własną psychiką. Zmęczyłem się coś życiowo (praca, różne projekty jakich się podjąłem poza) i coraz częściej rzutowało to na biegi.
Utrzymałem o dziwo regularność – 4 treningi w tygodniu. Klapnęła mi niestety motywacja do solidnego trenowania. Długie wybiegania niestety nie istniały w tym okresie, no bo ciężko nazwać długim wybieganiem trasy 14 km. Teoretycznie nie jest to mało, ale w aspekcie dystansów jakie lubię (półmaraton, maraton, ultra) nie da się tak trenować i coś osiągnąć. Pozostałe, środkowo tygodniowe biegi też spadły z objętości – z 10 km coraz częściej 3, 5, 7 km. Ratowałem się trochę wprowadzeniem w swoje treningi elementu „jakościowego” – a to jakieś umowne przyśpieszenia, interwały ale to słabe półśrodki.
O czym mówić jak na miesiąc wychodzi 100 km biegania…
Spadek formy było niestety widać na 2 zawodach jakie zaliczyłem w sierpniu. Czasy zanotowałem stagnacyjne, a nawet ba!, dużo gorsze niż w poprzednich sezonach. Szkoda. * O zawodach trochę w kolejnym wpisie.
PRZYSZŁOŚĆ
Sierpniowy urlop trochę mnie odbudował psychicznie. Wizja coraz bliższej Łemkowyny też działa całkiem dobrze i na ten moment treningi idą dobrze. Nie chcę przechwalić, bo jak to u mnie, zwiększam wszystko dość ostrożnie, ale jak nic nie pierdyknie 🙂 to widoki są.
Dostałem też ostatnio dość dobrą wiadomość (biegową), która nakręca mnie do biegania. Nie chcę teraz się tu chwalić bo szkoda będzie jak finalnie nie wyjdzie ale jak by było na + to mega 🙂 Kiedyś ten temat pociągnę.
Kończąc, przytoczę znany dowcip o wakacjach i formie: „lepiej się 2 tygodnie wstydzić niż ćwiczyć pół roku” to myślę, że u mnie będzie odwrotnie *. *asekuracyjnie trochę dopiszę – wiem, że znów zaczynam za późno więc cudu nie dokonam ale przynajmniej nie będzie wtopy 🙂
3xŚnieżka miała być moim pierwszym poważniejszym wyzwaniem w tym roku. Zbierałem się do niej, trenowałem (albo i nie) a im bliżej startu to czułem, iż wyszło zwyczajowo 🙂 Nie przygotowałem się tak jak trzeba więc stresik, czy dam radę, oczywiście był.
Ale po kolei – najpierw parę informacji porządkowych (i mam nadzieję wartych zapamiętania ciekawostek) dla tych, którzy może w przyszłości też zechcą wystartować 🙂
Śnieżka okazuje się być biegiem „kultowym” co oznacza, że zapisy trwają krótko i trzeba ich mocno pilnować. Szczęśliwie udało mi się nie zaspać i wpisać/opłacić w terminie 🙂 Plusem tego była na pewno niższa opłata startowa, bo z czasem stawka oczywiście rośnie.
Do wyboru są 3 dystanse – 1x dla początkujących (17 km, długi limit czasu 10 godzin), 2x (36 km, 7 godzin) i dla prawdziwych ultrasów 3x (55 km, 10 godzin).
W tym roku dodatkowo impreza miała ranking Mistrzostw Świata WMRA co spowodowało u mnie pewną, o dziwo, dobrą pomyłkę 🙂
Jako miłośnik wyzwań pierwotnie planowałem start na dystansie 3x. No bo jak, nie dam rady czy co? 🙂 Wizja uczestnictwa w owych Mistrzostwach (rozgrywanych na dystansie 2x) „kazała” mi jednak wpisać się właśnie na 2x. Ale fuks! W mistrzostwach oczywiście wystartować nie mogłem bo to osobny bieg dla zawodowców, ale przynajmniej wytrzymałem trudy trasy. A trzy rundki powiem szczerze to raczej by mnie zniszczyło 🙂
Powracając do tematu 🙂
Bieg ma swoją stronę, momentami ciężką do ogarnięcia ale przy odrobienie cierpliwości da się tam wyszukać co trzeba (regulamin, listy startowe itp. itd). Jest oczywiście strona na FB więc fani netu będą online z tym co ważne.
Pierwotnie (logistycznie – ciuchy, wyposażenie) nie szykowałem się w sposób zbyt wyszukany. Chciałem biec na krótko 🙂 Szczęśliwie dla mnie, w dyskusji na forum bieganie.pl padła informacja, że na Śnieżce będzie zła pogoda… Naprawdę ważna rzecz. Mamy lato, myślałem, że będzie tam z 20 stopni a okazało się, że będzie padać, temperatura oscylująca około 0 stopni (odczuwalna zaś -17!). Sprawdźcie to sobie dobrze bo może się okazać, że natura będzie waszym wrogiem.
Po tych rewelacjach przeorganizowałem całkowicie strój startowy. Wziąłem skarpetki i opaski kompresyjne Kalenji, krótkie spodenki Kalenji, a na górę koszulkę z długim rękawem Nike Combat + wiatrówkę Aldi. Do kompletu założyłem czapeczkę Vikinga, buffa na szyję + rękawiczki z Lidla do plecaczka. Trafiłem bez pudła wszystko się przydało. Buty wybrałem z mniej agresywnym bieżnikiem – Adidas Raven. Trasa wiedzie w dużej mierze po sporych kamieniach więc lepiej postawić na trzymanie „całej” podeszwy niż kolce wgryzające się w błoto.
Punkty odżywcze na biegu są co około 9 km więc nie warto brać wielkiego zapasu wody, jedzenia. Ja leciałem z Aonijie + 2 bukłaki po 270 ml wody. Miałem też 1 żel i żelka energetycznego. Było zimno i pić się nie chciało ale myślę, że i w upałach bym wytrzymał z tym zestawem.
Punkty wyposażone są bardzo dobrze. Jedzenia, picia w opór. Woda, izo, cola + arbuzy, banany, czekolada, ciasteczka, żelki. Tym bardziej więc nie ma sensu dźwigać bufetu ze sobą.
Droga do Karpacza upłynęła mi spokojnie i zgodnie ze wskazaniami GPS. Dawno już tu nie byłem i niemile zaskoczyła mnie pazerność miejscowych. Większość (wszystkie?) parkingów płatna. I to jak za zboże… Na miejskim bilet dzienny 20 zł, a prywatne to i po 8 zł za godzinę. Słabo (ale to oczywiście nic wspólnego z imprezą nie ma).
Biuro zawodów udało nam się zlokalizować bez problemów. Szybko i sprawnie pobrałem co należy.
Pakiet bardzo fajny. Ładna koszulka, rękawki, opaska na rękę, żel, torba na wszystko i sporo drobnicy ulotkowej.
Ponieważ ciuchy biegowe miałem w aucie to wróciłem się przebierać tam. Dla zwolenników cywilizacji w ośrodku sportowym są dostępne szatnie, natryski i ubikacje. Do kibelków jak wszędzie kolejki 🙂
Oczekiwanie na start minęło szybko i przyjemnie. Prezentowano ekipy zawodowców, można było zobaczyć ich start o 9:00 a później już szykować się na 9:20.
Odliczanie, strzał startera i ruszamy.
1x
Początek spokojnie i lekko bo z górki przez miasto. Po około kilometrze zaczyna się skręt na czarny szlak i już pod górę. Tutaj dużo osób przeszło do spaceru. Szkoda, bo trasa wąska i ciężko wyprzedzać przy takiej ilości ludzi (łącznie biegło około 900 osób). Wolniutko biegłem przez około kolejne 3 kilometry, by później już jak wszyscy przejść do marszu. Praktycznie do szczytu (no może z 1 km mniej) dreptało się wąskim szlakiem. Na około 6 kilometrze chwilowe wypłaszczenie – przeszedłem w bieg. Tutaj czuło się już takie zimno i wiatr, że dziękowałem sobie za zabranie buffa i rękawiczek. Założyłem buffa na szyję i głowę (uszy), a rękawiczki wiadomo – na ręce 🙂 Dodatkowo zaczęło padać i z przerwami padało już do końca biegu. Więcej w górach, w Karpaczu było cieplej i bez deszczu
Bieganie nie trwało długo. Po około kilometrze znów dreptanie spacerkiem. Kamienie, dużo „schodów” oj daje w kość.
Podejście na pierwszym „okrążeniu” Początek, około 4-5 km.
Końcówka tego odcinka prowadziła na szczyt Drogą Jubileuszową (DJ). Oj tu było jeszcze zimniej. A jak wiało, wow!
Na szczycie Śnieżki należało podać swój numer do zapisania i Drogą Jubileuszową można było biec w dół. Ostrożnie biegłem bo na kamieniach było bardzo ślisko. Polecam bieg lewą krawędzią drogi – tu kamienie są chyba równiejsze 🙂
Przy Domu Śląskim zlokalizowano pkt. żywnościowy i korzystając z wszelkich dobrodziejstw napchałem się czym się dało.
Kolejny fragment DJ był całkiem przyjemny bo lżej z górki i równiej.
Wszystko co dobre się szybko kończy. Około 9 km, po ostrym zakręcie w prawo kamienie zmieniły konsystencję 🙂 na nierówne i wystające. W połączeniu z mokrością po deszczu, tempo moje i innych biegaczy spadło drastycznie. Wolniutko, ostrożnie w dół. Po kamieniach zaczął się szerszy odcinek szutrowy. Też nie lepszy bo czuło się już fest mięśnie nóg a szuter nie sprawiał wrażenia stabilnego.
Lepsza nawierzchnia bo miejskie asfalty to okolice dolnego wyciągu na Kopę 🙂 Dało się tu lekko przyśpieszyć (jak ktoś miał siły). Miejscami, uprzedzam, było ostro z górki więc dalej męka dla mięśni czworogłowych nóg.
Koniec pierwszego kółka polegał na dobiegnięciu do miejsca startu, skorzystania z bufetu i nawróceniu się przez Karpacz tą samą drogę tylko pod górkę.
2x
Niestety szło się tu, co będę kłamał 🙂 Po osiągnięciu Rozdroża Łomnickiego wybierało się tym razem szlak czerwony i dalej napierało w górę. Tym razem droga była szersza i równiejsza. Mimo, że podbiegałem tylko momentami, a resztę szedłem, to udawało się utrzymywać znośne tempo – poniżej 10 min/km. Ominąłem nawet parę osób mimo, że miałem postój na wytrzepanie kamieni z buta. Zadowolony byłem z tego bo myślałem, że może tak prawie do końca będzie. O ja naiwny! Przy 25-26 km zaczęło się (Kocioł Łomnicki jak myślę). Wąski kamienny, „schodkowy” szlak w górę aż do Domu Śląskiego. Biegacze człapali z mozołem w górę. Ja pilnowałem się, by co parę schodów zmieniać nogę z której ciągnąłem w górę, bo mięśnie zaczynały mnie ostro palić. Nie było ani warunków by kogoś wyminąć ani sił. Przynajmniej u mnie, ale nie widziałem by ktoś w ogóle wymijał innych.
Na punkcie wlałem w siebie trochę coli, wciągnąłem banana, żelki i ruszyłem na czarny szlak (zakosy) na Śnieżkę.
Jak myślałem, że wcześniej było piekło to nie 🙂 Było tutaj. Zaczął mnie łapać skurcz w prawej nodze i czułem, że wymiękam. Jak się dawało to używałem lewej i ciągnąłem ciężar ciała korzystając z łańcuchów. Jakby nie one to było by jeszcze gorzej 🙁 Zimno, wiatr robiły swoje, ten odcinek to prawdziwy hardcore.
Finalnie jestem. Szczyt. Zapisali mnie i ruszyłe w dół. Zbieg z drugiego odcinka prowadził tą samą drogą więc mogę powiedzieć tylko tyle, że szło mi podobnie jak na pierwszym, ale już trochę wolniej. Nie szarżowałem bo czułem coraz większe skurcze nóg (łydek) i bałem się by mnie nie złapało. Raz czy dwa musiałem stanąć by je lekko rozmasować ale udało się wytrzymać i dobiec do mety.
Nieźle jak na mnie. Trasę 2x zrobiłem w 5:51:03 zajmując 191 miejsce z 253 sklasyfikowanych. W kategorii M40 – 52.
Po biegu skorzystałem z bufetu, później udałem się na ciepły posiłek (sporo dań do wyboru było. I zwykłe i wegetariańskie). Chwilę odpocząłem no i można było powracać z rodzinką do domu.
Finalnie.
Ogólnie – Bieg zorganizowany naprawdę bardzo dobrze. Trasa oznaczona jak trzeba, wszystko co wymagane było. Oby więcej zawodów z taką organizacją.
Czepiając się czegokolwiek 🙂 sporo ludzi i nie jest to kameralna impreza. Ciasno na szlakach, utrudnia to rywalizację jak nie zajmiecie pozycji z przodu.
Profil trasy nie sprzyja też bieganiu (na pewno na moim poziomie) co trochę może zniechęcać. W sumie czego się jednak można było spodziewać wiedząc, że 18 km będzie pod górkę 🙂
Sportowo – cudów nie było. Na moje przygotowanie jestem zadowolony z osiągniętego rezultatu. Ostatni nie byłem, a co ważne sporo do limitu mi zostało. Po formie widzę jednak, ze sporo do zrobienia. Masa, masa, masa w dół i może będzie lepiej. Trzeba też więcej po górach cisnąć, by nogi miały więcej ostrych zbiegów i podbiegów. Może wtedy nie będą tak mnie męczyć skurcze.
Tydzień startowy. Zafundowałem sobie maraton na raty (weekendowo) a do tego 2 lżejsze treningi w dni pracujące. Łącznie dało to dystans 62,01 km. Nieźle.
Zawody opiszę w osobnych relacjach więc tu tylko trochę liczb:
TYDZIEŃ 25 BIEG 19/06/2018 – dystans: 8,12 km, czas: 0:50:18, tempo średnie: 6:12 min/km (okolice Oleśnicy) BIEG 21/06/2018 – dystans: 7,80 km, czas: 0:44:09, tempo średnie: 5:39 min/km (Oleśnica) BIEG 23/06/2018 – dystans: 9,61 km, czas: 0:51:22, tempo średnie: 5:21 min/km (Oleśnica) – 5 Nocny Bieg Szerszenia BIEG 24/06/2018 – dystans: 36,47 km, czas: 5:50:27, tempo średnie: 9:37 min/km (okolice Karpacza-Śnieżka) – 2x Śnieżka
Po słabiutkim tygodniu 23, niesiony wyrzutami sumienia (a może strachem, że nie błysnę na zawodach :)) nakręciłem 48,44 km biegowych i 36,74 na rowerze.
Spektakularnych treningów nie było (znów 4 biegi) ale pilnowałem się by liczby oscylowały w okolicach 10 km. Więcej może być, aby nie mniej 🙂
Na + do chęci trochę pomogła mi zmiana trasy w tygodniu. Zamiast kręcić swoje kółeczka pobiegałem po mieście i okolicy. Jakieś to urozmaicenie, bo i nowe widoki i inny układ terenu były.
Weekend za to ze świetną formą. Dwie solidne, górskie trasy przebiegłem, a dodatkowo sporo kilometrów rowerem. O dziwo tragedii później nie było – nawet wielkiego spadku mocy życiowych nie miałem.
W szczegółach było tak:
TYDZIEŃ 24 BIEG 12/06/2018 – dystans: 11,24 km, czas: 1:04:00, tempo średnie: 5:42 min/km (Oleśnica) BIEG 14/06/2018 – dystans: 9,10 km, czas: 53:36, tempo średnie: 5:54 min/km (Oleśnica) BIEG 16/06/2018 – dystans: 13,01 km, czas: 1:18:40, tempo średnie: 6:03 min/km (Ludwikowice-Sokolec) ROWER 17/06/2018 – dystans: 5,03 km, czas: 45:39, tempo średnie: 9:05 min/km (Ludwikowice – wycieczka z synem) ROWER 17/06/2018 – dystans: 31,72 km, czas: 2:11:26, tempo średnie: 4:09 min/km (Ludwikowice – granica z Czechami, wycieczka z Żoną) BIEG 17/06/2018 – dystans: 15,09 km, czas: 1:32:12, tempo średnie: 6:07 min/km (Ludwikowice-Jugów-Zdrojowisko)
W sumie nie wiem co napisać. Biegowy kryzys trwa u mnie w najlepsze 🙁
Nie mogę się zmobilizować do biegania właściwego do celów (zawodów) jakie sobie postawiłem.
Kuleje zwłaszcza kilometraż tygodniowy (treningi w środku tygodnia coraz krótsze) i długie wybiegania. W weekendy coś tak odżywam, ale skoro biegam po parę km w tyg. to wystarczające na sobotę-niedzielę wydają mi się dystanse 12-15 km (nie czarujmy, to za mało by był postęp).
Co gorsze mam spadek kontroli nad dietą. Wróciło picie coli, przegryza się codziennie lodami i batonikami. Wagę omijam szerokim łukiem ale lustro pewnie nie kłamie. Zmieniają się numerki w tą gorszą stronę.
Jedyne co jeszcze funkcjonuje to regularność – 4 biegi na tydzień.
Masakra. Coś jest źle ale nie umiem ułożyć sobie co. Czy po prostu lenistwo (psychika) czy zdrowotnie. A może obie te rzeczy na raz?
Mentalnie swoją słabość czuję zwłaszcza w przekładaniu celów. Usprawiedliwiam się sam i obiecuję, że do kolejnego biegu będzie ok. Najpierw miało być mocno na Śnieżkę, teraz już w głowie widzę Półmaraton Wałbrzych… za moment dojdę do Łemkowyny i dalej będę w d…
No nic. Będzie boleć na trasie Śnieżki. O ile sił starczy na zmieszczenie się w limitach. Może to mnie coś nauczy.
W tygodniu 23 ubiegłem 35,94 km.
TYDZIEŃ 23 BIEG 05/06/2018 – dystans: 7,81 km, czas: 43:33, tempo średnie: 5:35 min/km (Oleśnica) BIEG 07/06/2018 – dystans: 10,13 km, czas: 58:24, tempo średnie: 5:46 min/km (Oleśnica) BIEG 08/06/2018 – dystans: 5,63 km, czas: 30:34, tempo średnie: 5:26 min/km (Oleśnica) BIEG 10/06/2018 – dystans: 12,36 km, czas: 1:11:06, tempo średnie: 5:45 min/km (Oleśnica)