Archiwa tagu: góry

Łemko Ultra Maraton – 13/10/2018

Jedną z gorszych rzeczy w życiu jest sytuacja gdy nasze wyobrażenia zderzają się z rzeczywistością. Najczęściej zderzenie te jest bolesne i rozczarowujące.
Cóż, mega szczęśliwcem nie jestem i dla mnie takim zderzeniem był niestety udział w tegorocznej Łemkowynie.  A czemu? To poniżej.

Łemkowyna jawiła mi się jako bieg magiczny. Piękne widoki (klipy z tego biegu wymiatają), specyficzny klimat i perfekcyjna organizacja. Nie powiem, zachciało mi się być tego częścią.
Pilnowałem w zeszłym roku zapisów i jak tylko wystartowały to szybko wypełniłem formularz i opłaciłem wpisowe. Problemy nie wystąpiły, dokonało się – będę mógł pobiec 🙂
Przy analizie, który dystans wybrać (a do wyboru było 5 – 150 km, 100, 70, 48, 30) zdecydowały względy praktyczne. W Krośnie mam rodzinę i uznałem, że nie warto komplikować sytuacji startując  około 100 km od niego (sam dojazd ode mnie w Podkarpackie to jakieś 450 km, więc wystarczy). Lepiej zacząć blisko czyli w Iwoniczu  Zdr, tj. ~ 15 km odległości od  Krosna.

Łemko Maraton to 48 km, +1400/-1310 m, 8 godzin limitu czyli wcale nie tak źle. Jest gdzie pobiegać.

Ze strony organizacyjnej wszystko szło dobrze. Na FB czy stronie organizatora wszystko co ważne pisze. Podają trasy, godziny, niezbędne wyposażenie. Nie ma opcji by coś przegapić i za to wielki plus.

Im bliżej zawodów tym większy zgrzyt pojawiał mi się jednak w ocenie mojej dyspozycji. Z jednej strony czułem duży progres w szybkości. Z drugiej mało biegam. Mało i krótko. W paru ultra już biegłem więc zacząłem się obawiać co to oznacza. A oznacza z reguły kłopoty.

Cóż… z reguły mam na to proste stwierdzenie – przyjdzie się zmęczyć na trasie. O rezygnacji z biegu mowy nie było.

Po przybyciu do Biura Zawodów nastąpiło wypełnienie stosownych zgód, odbiór pakietów i co sygnalizowano – weryfikacja wyposażenia obowiązkowego. Poważna sprawa, jeszcze nigdy takiej kontroli nie miałem. Odbieram ją jednak pozytywnie bo zabrać ze sobą na bieg te parę rzeczy nie tragedia, a o ile prościej w razie kłopotów na trasie.

Wszystko ok, zaliczone. Wziąłem torbę z gadżetami i pooglądałem stoiska expo. Zwyczajowo drogo i nic mnie nie porwało. Pakiet startowy hmmm… no szału nie ma. Kubeczek, żel, batonik, coś jadalne w torebce. Z ważnych rzeczy mapa trasy i w sumie tyle (+ parę ulotek). Ja wiem, że organizatorzy ładnie umieją wyjaśnić skąd wysoka cena i nic ciekawego w pakiecie ale kurcze, nie przekonuje mnie to. Mieli np. za sponsora Buffa, to już chociaż po tej chuście mogli dorzucić. A tu nic. Wszystko za to można było sobie ekstra dokupić.
No ale dobra, dla gadżetów się tylko nie biega, da się to jakoś przełknąć.

Dzień później zameldowałem się w Iwoniczu-Zdroju. Na trasie trwała już walka, biegli zawodnicy z 70 km. Chwilkę popatrzyłem i zabrałem się za ostatnie poprawki w sprzęcie (wiązanie bucików, zakładanie stuptutów) i w sobie (rozgrzewka). Coś miałem problem z dobrym zawiązaniem lewego buta. Wydawało mi się, że ciągle jest za mocno. Poprawiałem z 10 razy a i tak czułem mały dyskomfort. Przeczucie mnie nie myliło – na mecie jednak w miejscu podejrzanym obtarcie było 🙂

Wchodząc do stref startowych należało okazać dowód osobisty, odnotowywano na liście kto jest. W sumie nie wiem po co to. Wystarczyłoby  patrzyć po numerach i wiadomo kto biegnie a kto nawet nie zaczął (po starcie komputer przecież ma od razu dane z chipów). Można by wysnuć wniosek, że zapobiega to oszustwu, iż pobiegnie za nas ktoś inny i być może to było bliższe prawdy.

Chwila oczekiwania, ostatnie info od organizatorów (postraszyli, iż ktoś zniszczył sporo oznaczeń na trasie i uzupełniali) i lecimy 🙂

Mam tu trochę dylemat co napisać. Wiadomo wszyscy lubią pot, krew i łzy. W sumie były ale … pozwolę sobie ominąć całą dokładną analizę trasy i mojej dyspozycji. Podam za to najważniejsze wg, mnie punkty.

Z tego co rozumiem na Łemkowynie największy fun robi błoto i piękne widoki. Tym razem, z powodu suchego lata i jesieni, tego błota było niewiele. Miejscami owszem, wszędzie jednak dało się je  ominąć. Po prawdzie, to co było mi wystarczyło 🙂 Ze 2 razy nogi mi się rozjechały i mało a bym się wyrąbał. Raz podparłem się ręką, drugi dokonałem pół szpagat i jakoś pozbierałem.

Co do widoków. No były ale coś mało (na moim dystansie). Las, łąki z oddali piękne (próbka poniżej) ale w większości biegnie się między drzewami i tu jest „normalnie”.

Widoki na Łemko Maratonie
Widoki na Łemko Maratonie

Za smutny fakt odnotowuję przy tym, że na trasie są fragmenty po asfalcie. Ze trzy dokładniej. Pierwszy w Rymanowie, drugi przy punkcie odżywczym w Puławach Górnych (tu chyba z 3 km tego asfaltu było, dużo…) i finish w Komańczy też leci się asfaltem (jakieś 1,5 km).

Wielkim plusem dla organizatorów jest fakt, że trasa oznaczona naprawdę dobrze. Nigdzie nie miałem chwili zawahania jak biec. Dodatkowo punkty odżywcze tam gdzie miały być. Wyposażone bardzo dobrze, wolontariusze pomocni. Szacun.

Pewnie cieszyłbym się tym wszystkim bardziej gdyby nie fakt, że no właśnie… szybko wymiękłem. Pierwsze 19.5 km (do punktu) zrobiłem świetnie, w około 2 godziny. Po ruszeniu z punktu jednak zaczęły się kłopoty. Na około 23 km złapał mnie skurcz łydki taki, że lądując na tej nodze wyłożyłem się na bok. Musiałem sobie chwilę posiedzieć na szlaku zanim w ogóle dałem radę wstać. Od tego momentu katastrofa. Nie mogłem biec, bo co tylko próbowałem to czułem spięcie łydek. Szedłem, ale za kolejne kilka kilometrów czuję skurcze tyłu ud (przy podejściach w górę). Ki diabeł. W życiu tam mnie nic nie łapało. Modląc się by szlak prowadził w miarę po prostej i w dół (bo tu mi się szło najlepiej) pokonywałem kolejne km.
Zaaplikowałem sobie magnez (miałem tabletki), na drugim punkcie do bukłaka wlałem izo i jakoś mi powoli odpuściło. Ostatnie kilka kilometrów pokonałem marszobiegiem. Kilkaset metrów przed metą to nawet całkiem szybko. Motywowały mnie jakieś dziewczyny prowadzące swoją koleżankę. Tekst, że ona biegnie a ja co tak będę szedł podziałał całkiem ok 🙂

Lemko Maraton 48
Ostatnie metry przed meta

Na mecie zameldowałem się na pozycji  235 z 370 sklasyfikowanych. Czas 7:04:30’7. Niby z zapasem, niby nie ostatni ale naprawdę słabo. W punkcie w Puławach (połowa trasy) byłem sklasyfikowany na pozycji 131 więc sami możecie ocenić jak to wyszło.
Słaby trening się zemścił. Zły mogę być tylko na siebie, bo druga połowa maratonu było zdecydowanie korzystna. Sporo po prostej i z górki. Dużo można było tu zyskać gdybym biegł a nie szedł.

Szkoda.

Finisherów w Komańczy witał tłum kibiców. Wręczono medal (dzwoneczek z logo biegu) i można było świętować dobiegnięcie.
W ramach regeneracji, do zjedzenia były świetna kasza jaglana (wegetariańska lub z mięsem) i zupa pomidorowa. Bardzo smaczne. Jak ktoś chciał to mógł dokupić ciasto, regionalne piwo. Na zawodników czekały też hala gdzie dało się usiąść i zjeść i co ważne prysznice i przebieralnie. W prysznicu (koedukacyjnym ;)) niestety skończyła się ciepła woda, niemniej i tak umycie się dużo dało.
Jak ktoś chciał i mógł to później były koncert, ognisko. Ja zawinąłem się do domu.

Podsumowując.
Odcinając się zupełnie od wyniku sportowego (bo on powoduje moje spore rozgoryczenie) to powiedziałbym tak:

  • bieg zorganizowany bardzo dobrze. Trasa, wolontariusze, punkty, jasne regulaminy. Wszystko na wielki + Lubicie porządek i spokój to impreza dla Was.
  • z drugiej strony bańka kultowości chyba zbyt duża.  Nie zrobiłem tego wow… będąc już na nim. Szkoda trochę, widać za dużo sobie wyobrażałem.

Zawody, zawody

Ponieważ już się trochę kajałem za swoje lenistwo w poprzednim poście pozwolę sobie zasygnalizować o 2 biegach jakie dokonałem, a opuścić dokładny ich opis.
Oba biegi z gatunku moich cyklicznych, w sumie jak kto ciekawy to w opisach z lat poprzednich znajdzie wszystko co trzeba.

9 Regatta Bieg na Wielką Sowę
Czas: 01:08:25
Miejsce Total: 397
Miejsce M40: 68
Bieg wyszedł mi akceptowalnie. Czas zanotowałem bardzo zbliżony do ubiegłorocznego. Niestety, zmieniono trochę trasę (dystans finalny raczej podobny, chodzi o przebieg) i ciężko stwierdzić na 100% czy to było dobrze czy źle 🙂
Zadowolony jestem jednak bardzo ze strategii – zacząłem wolniej i w zawodach miałem siły na końcówkę. Oprócz 2 fragmentów gdzie bieg nie ma wielkich sensu (na moim poziomie), resztę trasy pokonałem biegnąc.

BWS 2018 – meta

XIX Toyota Półmaraton Wałbrzych
Czas: 02:05:37
Miejsce Total: 1211
Miejsce M40: 369
Porażka. W tym roku panowały ciężkie warunki na trasie, było bardzo gorąco. Swoje to na pewno dołożyło (pamiętam 2016 Maraton Wrocław) ale czy tylko to było powodem nie zmieszczenia się w 2 godzinach to nie wiem…
Na zmienionej trasie biegło mi się o dziwo całkiem dobrze. Wystartowałem z balonami na 1:45. Odeszły mi (to wiadomo, tak szybko nie biegam) ale myślałem, że daję radę. Pierwsza połowa pod kontrolą, ciągle biegiem i poniżej godziny. Do 15 km szło ok, a później na patelni drogowej 🙂 mnie odcięło. Zacząłem podchodzić, podbiegać i już do końca nie dałem rady. Za chwile zobaczyłem mijające mnie baloniki z 2:00. Próbowałem ich gonić ale nie było sił.
Niestety, myślałem, że temat 2 godzin w ulicznym Półmaratonie mam już ogarnięty, a tu widać, że nie. Zdarzają się wpadki 🙁
Międzyczasy miałem takie:

Pomiar
Check Point
Czas
Time
Msc open
Open
Msc katw
In age
Prędkość (km/h)
Speed
Tempo (min/km)
4.5 km 00:24:34 1278 389 10.99 5:28
10 km 00:56:14 1185 366 10.67 5:37
10.5 km 00:59:27 1183 365 10.6 5:40
15 km 01:25:05 1106 340 10.58 5:40
20.5 km 02:02:24 1211 370 10.05 5:58
FINISH 02:05:37 1211 369 10.08 5:57

Jak widać ostatnie 5 km położyło sprawę.

Kawał czasu…

Minęło od mojego ostatniego wpisu. A to urlop, a to czasu mało, a to lenistwo 🙂  Co tu dużo mówić, zaniedbałem temat i teraz uaktualnienie tego okresu byłby tytaniczną pracą.
Nie jestem przekonany czy wartą wykonania, w końcu to już historia.

Nie wypada jednak całkowicie zaniedbać strony więc pozwolę sobie na mała „pigułkę” historyczną.

LICZBY
Czerwiec 2018
Bieganie: 182 km
Rower: 67,92 km
Chodzenie: 0 km

Lipiec 2018
Bieganie: 101 km
Rower: 106 km
Chodzenie: 7.73 km

Sierpień 2018
W trakcie. Będzie lepiej biegowo niż w lipcu, ale czerwca chyba nie przebiję 🙂

PODSUMOWANIE
Ostatni okres to moja walka z własną psychiką. Zmęczyłem się coś życiowo (praca, różne projekty jakich się podjąłem poza) i coraz częściej rzutowało to na biegi.
Utrzymałem o dziwo regularność – 4 treningi w tygodniu. Klapnęła mi niestety motywacja do solidnego trenowania. Długie wybiegania niestety nie istniały w tym okresie, no bo ciężko nazwać długim wybieganiem trasy 14 km. Teoretycznie nie jest to mało, ale w aspekcie dystansów jakie lubię (półmaraton, maraton, ultra) nie da się tak trenować i coś osiągnąć. Pozostałe, środkowo tygodniowe biegi też spadły z objętości – z 10 km coraz częściej 3, 5, 7 km. Ratowałem się trochę wprowadzeniem w swoje treningi elementu „jakościowego” – a to jakieś umowne przyśpieszenia, interwały ale to słabe półśrodki.
O czym mówić jak na miesiąc wychodzi 100 km biegania…
Spadek formy było niestety widać na 2 zawodach jakie zaliczyłem w sierpniu. Czasy zanotowałem stagnacyjne, a nawet ba!, dużo gorsze niż w poprzednich sezonach. Szkoda.
* O zawodach trochę w kolejnym wpisie.

PRZYSZŁOŚĆ
Sierpniowy urlop trochę mnie odbudował psychicznie. Wizja coraz bliższej Łemkowyny też działa całkiem dobrze i na ten moment treningi idą dobrze. Nie chcę przechwalić, bo jak to u mnie, zwiększam wszystko dość ostrożnie, ale jak nic nie pierdyknie 🙂 to widoki są.
Dostałem też ostatnio dość dobrą wiadomość (biegową), która nakręca mnie do biegania. Nie chcę teraz się tu chwalić bo szkoda będzie jak finalnie nie wyjdzie ale jak by było na + to mega 🙂 Kiedyś ten temat pociągnę.

Kończąc, przytoczę znany dowcip o wakacjach i formie: „lepiej się 2 tygodnie wstydzić niż ćwiczyć pół roku” to myślę, że u mnie będzie odwrotnie *.
*asekuracyjnie trochę dopiszę – wiem, że znów zaczynam za późno więc cudu  nie dokonam ale przynajmniej nie będzie wtopy 🙂

3 Razy Śnieżka – Ultramaraton Górski 24/06/2018

3 razy Sniezka

3xŚnieżka miała być moim pierwszym poważniejszym wyzwaniem w tym roku. Zbierałem się do niej, trenowałem (albo i nie) a im bliżej startu to czułem, iż wyszło zwyczajowo 🙂 Nie przygotowałem się tak jak trzeba więc stresik, czy dam radę, oczywiście był.

Ale po kolei –  najpierw parę informacji porządkowych (i mam nadzieję wartych zapamiętania ciekawostek) dla tych, którzy może w przyszłości też zechcą wystartować 🙂

Śnieżka okazuje się być biegiem „kultowym” co oznacza, że zapisy trwają krótko i trzeba ich mocno pilnować. Szczęśliwie udało mi się nie zaspać i wpisać/opłacić w terminie 🙂 Plusem tego była na pewno niższa opłata startowa, bo z czasem stawka oczywiście rośnie.

Do wyboru są 3 dystanse – 1x dla początkujących (17 km, długi limit czasu 10 godzin), 2x (36 km, 7 godzin) i dla prawdziwych ultrasów 3x (55 km, 10 godzin).
W tym roku dodatkowo impreza miała ranking Mistrzostw Świata WMRA co spowodowało u mnie pewną, o dziwo, dobrą pomyłkę 🙂
Jako miłośnik wyzwań pierwotnie planowałem start na dystansie 3x. No bo jak, nie dam rady czy co? 🙂 Wizja uczestnictwa w owych Mistrzostwach (rozgrywanych na dystansie 2x) „kazała” mi jednak wpisać się właśnie na 2x. Ale fuks! W mistrzostwach oczywiście wystartować nie mogłem bo to osobny bieg dla zawodowców, ale przynajmniej wytrzymałem trudy trasy. A trzy rundki powiem szczerze to raczej by mnie zniszczyło 🙂

Powracając do tematu 🙂
Bieg ma swoją stronę, momentami ciężką do ogarnięcia ale przy odrobienie cierpliwości da się tam wyszukać co trzeba (regulamin, listy startowe itp. itd). Jest oczywiście strona na FB więc fani netu będą online z tym co ważne.

Pierwotnie (logistycznie – ciuchy, wyposażenie) nie szykowałem się w sposób zbyt wyszukany. Chciałem biec na krótko 🙂 Szczęśliwie dla mnie, w dyskusji na forum bieganie.pl padła informacja, że na Śnieżce będzie zła pogoda… Naprawdę ważna rzecz. Mamy lato, myślałem, że będzie tam z 20 stopni a okazało się, że będzie padać, temperatura oscylująca około 0 stopni (odczuwalna zaś -17!). Sprawdźcie to sobie dobrze bo może się okazać, że natura będzie waszym wrogiem.

Po tych rewelacjach przeorganizowałem całkowicie strój startowy. Wziąłem skarpetki i opaski kompresyjne Kalenji, krótkie spodenki Kalenji, a na górę koszulkę z długim rękawem Nike Combat + wiatrówkę Aldi. Do kompletu założyłem czapeczkę Vikinga, buffa na szyję + rękawiczki z Lidla do plecaczka. Trafiłem bez pudła wszystko się przydało. Buty wybrałem z mniej agresywnym bieżnikiem – Adidas Raven. Trasa wiedzie w dużej mierze po sporych kamieniach więc lepiej postawić na trzymanie „całej” podeszwy niż kolce wgryzające się w błoto.
Punkty odżywcze na biegu są co około 9 km więc nie warto brać wielkiego zapasu wody, jedzenia. Ja leciałem z Aonijie + 2 bukłaki po 270 ml wody. Miałem też 1 żel i żelka energetycznego. Było zimno i pić się nie chciało ale myślę, że i w upałach bym wytrzymał z tym zestawem.
Punkty wyposażone są bardzo dobrze. Jedzenia, picia w opór. Woda, izo, cola + arbuzy, banany, czekolada, ciasteczka, żelki. Tym bardziej więc nie ma sensu dźwigać bufetu ze sobą.

Droga do Karpacza upłynęła mi spokojnie i zgodnie ze wskazaniami GPS. Dawno już tu nie byłem i niemile zaskoczyła mnie pazerność miejscowych. Większość (wszystkie?) parkingów płatna. I  to jak za zboże… Na miejskim bilet dzienny 20 zł, a prywatne to i po 8 zł za godzinę. Słabo (ale to oczywiście nic wspólnego z imprezą nie ma).

Biuro zawodów udało nam się zlokalizować bez problemów. Szybko i sprawnie pobrałem co należy.

Pakiet bardzo fajny. Ładna koszulka, rękawki, opaska na rękę, żel, torba na wszystko i sporo drobnicy ulotkowej.

Ponieważ ciuchy biegowe miałem w aucie to wróciłem się przebierać tam. Dla zwolenników cywilizacji w ośrodku sportowym są dostępne szatnie, natryski i ubikacje. Do kibelków jak wszędzie kolejki 🙂

Oczekiwanie na start minęło szybko i przyjemnie. Prezentowano ekipy zawodowców, można było zobaczyć ich start o 9:00 a później już szykować się na 9:20.

Odliczanie, strzał startera i ruszamy.

1x
Początek spokojnie i lekko bo z górki przez miasto. Po około kilometrze zaczyna się skręt na czarny szlak i już pod górę. Tutaj dużo osób przeszło do spaceru. Szkoda, bo trasa wąska i ciężko wyprzedzać przy takiej ilości ludzi (łącznie biegło około 900 osób). Wolniutko biegłem przez około kolejne 3 kilometry, by później już jak wszyscy przejść do marszu. Praktycznie do szczytu (no może z 1 km mniej) dreptało się wąskim szlakiem. Na około 6 kilometrze chwilowe wypłaszczenie – przeszedłem w bieg. Tutaj czuło się już takie zimno i wiatr, że dziękowałem sobie za zabranie buffa i rękawiczek. Założyłem buffa na szyję i głowę (uszy), a rękawiczki wiadomo – na ręce 🙂 Dodatkowo zaczęło padać i z przerwami padało już do końca biegu. Więcej w górach, w Karpaczu było cieplej i bez deszczu
Bieganie nie trwało długo. Po około kilometrze znów dreptanie spacerkiem. Kamienie, dużo „schodów” oj daje w kość.

3xSniezka
Podejście na pierwszym „okrążeniu” Początek, około 4-5 km.

Końcówka tego odcinka prowadziła na szczyt Drogą Jubileuszową (DJ). Oj tu było jeszcze zimniej. A jak wiało, wow!
Na szczycie Śnieżki należało podać swój numer do zapisania i Drogą Jubileuszową można było biec w dół. Ostrożnie biegłem bo na kamieniach było bardzo ślisko. Polecam bieg lewą krawędzią drogi – tu kamienie są chyba równiejsze 🙂
Przy Domu Śląskim zlokalizowano pkt. żywnościowy i korzystając z wszelkich dobrodziejstw napchałem się czym się dało.
Kolejny fragment DJ był całkiem przyjemny bo lżej z górki i równiej.
Wszystko co dobre się szybko kończy. Około 9 km, po ostrym zakręcie w prawo kamienie zmieniły konsystencję 🙂 na nierówne i wystające. W połączeniu z mokrością po deszczu, tempo moje i innych biegaczy spadło drastycznie. Wolniutko, ostrożnie w dół. Po kamieniach zaczął się szerszy odcinek szutrowy. Też nie lepszy bo czuło się już fest mięśnie nóg a szuter nie sprawiał wrażenia stabilnego.
Lepsza nawierzchnia bo miejskie asfalty to okolice dolnego wyciągu na Kopę 🙂 Dało się tu lekko przyśpieszyć (jak ktoś miał siły). Miejscami, uprzedzam, było ostro z górki więc dalej męka dla mięśni czworogłowych nóg.
Koniec pierwszego kółka polegał na dobiegnięciu do miejsca startu, skorzystania z bufetu i nawróceniu się przez Karpacz tą samą drogę tylko pod górkę.

2x
Niestety szło się tu, co będę kłamał 🙂 Po osiągnięciu Rozdroża Łomnickiego wybierało się tym razem szlak czerwony i dalej napierało w górę. Tym razem droga była szersza i równiejsza. Mimo, że podbiegałem tylko momentami, a resztę szedłem, to udawało się utrzymywać znośne tempo – poniżej 10 min/km. Ominąłem nawet parę osób mimo, że miałem postój na wytrzepanie kamieni z buta. Zadowolony byłem z tego bo myślałem, że może tak prawie do końca będzie. O ja naiwny! Przy 25-26 km zaczęło się (Kocioł Łomnicki jak myślę). Wąski kamienny, „schodkowy” szlak w górę aż do Domu Śląskiego. Biegacze człapali z mozołem w górę. Ja pilnowałem się, by co parę schodów zmieniać nogę z której ciągnąłem w górę, bo mięśnie zaczynały mnie ostro palić. Nie było ani warunków by kogoś wyminąć ani sił. Przynajmniej u mnie, ale nie widziałem by ktoś w ogóle wymijał innych.
Na punkcie wlałem w siebie trochę coli, wciągnąłem banana, żelki i ruszyłem na czarny szlak (zakosy) na Śnieżkę.
Jak myślałem, że wcześniej było piekło to nie 🙂 Było tutaj. Zaczął mnie łapać skurcz w prawej nodze i czułem, że wymiękam. Jak się dawało to używałem lewej i ciągnąłem ciężar ciała korzystając z łańcuchów. Jakby nie one to było by jeszcze gorzej 🙁 Zimno, wiatr robiły swoje, ten odcinek to prawdziwy hardcore.
Finalnie jestem. Szczyt. Zapisali mnie i ruszyłe w dół. Zbieg z drugiego odcinka prowadził tą samą drogą więc mogę powiedzieć tylko tyle, że szło mi podobnie jak na pierwszym, ale już trochę wolniej. Nie szarżowałem bo czułem coraz większe skurcze nóg (łydek) i bałem się by mnie nie złapało. Raz czy dwa musiałem stanąć by je lekko rozmasować ale udało się wytrzymać i dobiec do mety.

Nieźle jak na mnie. Trasę 2x zrobiłem w 5:51:03 zajmując 191 miejsce z 253 sklasyfikowanych. W kategorii M40 – 52.

Po biegu skorzystałem z bufetu, później udałem się na ciepły posiłek (sporo dań do wyboru było. I zwykłe i wegetariańskie). Chwilę odpocząłem no i można było powracać z rodzinką do domu.

Finalnie.
Ogólnie – Bieg zorganizowany naprawdę bardzo dobrze. Trasa oznaczona jak trzeba, wszystko co wymagane było. Oby więcej zawodów z taką organizacją.
Czepiając się czegokolwiek 🙂 sporo ludzi i nie jest to kameralna impreza. Ciasno na szlakach, utrudnia to rywalizację jak nie zajmiecie pozycji z przodu.
Profil trasy nie sprzyja też bieganiu (na pewno na moim poziomie) co trochę może zniechęcać. W sumie czego się jednak można było spodziewać wiedząc, że 18 km będzie pod górkę 🙂

Sportowo – cudów nie było. Na moje przygotowanie jestem zadowolony z osiągniętego rezultatu. Ostatni nie byłem, a co ważne sporo do limitu mi zostało. Po formie widzę jednak, ze sporo do zrobienia. Masa, masa, masa w dół i może będzie lepiej.  Trzeba też więcej po górach cisnąć, by nogi miały więcej ostrych zbiegów i podbiegów. Może wtedy nie będą tak mnie męczyć skurcze.

Polecam każdemu zmierzyć się z tym wyzwaniem.

Bieg Kreta – dylematy przedstartowe

Niesiony polską fantazją wymyśliłem sobie na początek sezonu 2018 (mojego bo roku już trochę przeszło) taki dziwny bieg.
Więcej niż kameralny, ba w sumie nawet nie zorganizowane zawody ale spontaniczny run po górach (z życzliwą pomocą członków Klubu Biegowego Sobotka).
Do Kreta robię w sumie drugie podejście. W 2017 też się zapisałem, ale że nie opłaciłem to uznajmy, iż tematu nie było. Tym razem wpłata (symbolicznych 20 zł na support) była, przygotowania jakieś też więc… no właśnie.

W swojej karierze biegowej jeśli już na zawody się zapisywałem to mimo obaw, słabego przygotowania biegłem zawsze aż do końca. Raz, czy dwa opłaciwszy imprezę wystartować nie dałem rady (np. po szpitalu w zeszłym roku) ale to inny temat. Usprawiedliwiony byłem. Tu natomiast coś poszło nie tak. Powiem wprost – czuję, że to wielkiego sensu nie ma. Staram się poukładać temat w głowie i coś mi nie idzie. Pozostanie chyba się pierwszy raz poddać. No chyba, że jednak sam się jakoś racjonalnie przekonam.

A jest tak:

  • Idea startu na 110 km, na powiedzmy początku roku biegowego, jest sama w sobie dziwna. Ułańska fantazja faktycznie mi to do głowy podała. 2017 w sumie był rokiem straconym. OK, od stycznia się trochę ogarnąłem i biegam regularnie. Zwiększam dystans, walczę z wagą i postępy są. W marcu przebiegłem już łącznie 226 km. No i fajnie ale ciągle to trochę mało by ładnie ogarnąć 110 km po górkach.
  • Po górkach i … na własną rękę. No własnie. Nawigator ze mnie słaby, a tu leciał będę na 100% sam. Przy 20-30 startujących szansa by się do kogoś podłączyć znikoma. Już widzę się na szlaku. Tu wstążeczek organizatorów nie będzie żadnych.
  • 110 km to nie mało. Chyba 🙂 Ostatni taki bieg w 2016 (DFBG 130 km) zniszczył mi stopy dokumentnie. Tydzień prawie nie łaziłem czekając aż się bąble wygoją. Fakt teraz buty, skarpetki mam lepsze ale dla odmiany w terenie mogą być resztki śniegu, pewnie dużo wody. Ciekawe czy nie wyjdzie na to samo. A tym razem urlopu nie mam. W poniedziałek trzeba się stawić do roboty.
    Kolejne biegi, które traktowałem poważniej mam w czerwcu. Zastanawiam się czy regeneracja po tak dużym obciążeniu nie spowoduje, że i w kolejnych pobiegnę źle. Myślałem nawet czy nie potraktować Kreta treningowo i pobiec np. 50 km i dać spokój (chociaż to mocno wbrew mnie).
  • Luz i taniość biegu (20 zł nie majątek jak przepadnie) dodatkowo uśpiła moją czujność. Szkoda mi się zrobiło urlopu w piątek i uznałem, że co będę brał wolne. Po robocie sobie odpocznę, pośpię i Żona mnie zawiezie na start (03:00). No i fajnie tylko mistrz (ja) nie ogarnął, iż na start się autem nie podjedzie. Yyyyy… podejść trzeba jakieś 2 godziny z każdej strony  Śnieżnika. No błysnąłem organizacją. Dobrze, że chociaż odkryłem to 7 dni przed a nie w piątek wieczorem 🙂 🙂
  • Moja Żona mimo, że dobra kobieta jest, swoją szpilę też mi wbiła. Wyszło, iż biegam w sobotę a to data jej urodzin. Ale wtopa, tak sobie zorganizować weekend nie?

    Wszystko powyżej mówi mi, że pomysł startu jest głupi. Biegł będę po przysłowiową pietruszkę. Zmorduje się, zgubię pewnie a jeszcze na dobitkę pogorszę relacje rodzinne. O rany!
    W sumie wypadałoby już nie ciągnąć ale dać spokój.  Głowa mi jednak protestuje trochę – porażka przed sobą, swoimi założeniami i planami. Nie zwykłem poddawać się na starcie.
    Trochę męczy nie też enigmatyczne info „organizatorów”, że ten bieg może już być ostatnim. To chyba w sensie, że chcą go w kolejnych latach trochę bardziej skomercjalizować a nie zlikwidować ale kto wie.
    No i co robić – jak nic nie wiedziałem na początku to nie wiem dalej…

Górski Bieg Niepodległości (Świerki) – 11/11/17

Logo Bieg Niepodleglosci

Tradycyjnie już koniec startów u mnie to Górski Bieg Niepodległości w Świerkach. Bieg mi bliski, bo powstaje niejako we współpracy z naszym klubem UKS Ludwikowice (a startuje w nim w sumie nasz pełny skład :)). Dodatkowo przy miejscu zamieszkania więc wypada pobiec i  dobrze się zaprezentować 🙂
Ponieważ ten bieg to taki kolejny „stały punkt programu” u mnie nie będę tu opisywał strony organizacyjnej. Na blogu są relacje z 2016 i 2015. Kto ciekawy to znajdzie.
Powiem tylko, że pod względem organizacyjnym było podobnie jak rok temu. Według mnie dobrze.

Pod względem sportowym zaś było tak 🙂
Wielkiej formy nie reprezentuję więc zależało mi przynajmniej na tym by nie pobiec znacząco źle 🙂 Uznałem, że ważna będzie taktyka – nie zarżnięcie się na pierwszym podbiegu (około 1,5 km) i jak najmniejsza liczba spacerów później. O dziwo w miarę się to udało.

Międzyczasy z biegu
Międzyczasy z biegu

Zacząłem spokojnie ale cały czas biegiem. Góra naprawdę wysysa siły i sporo ludzi szło już tu. Z jednej strony motywacja rośnie kiedy ciągle przesuwasz się do przodu, z drugiej wiadomo – wymijanki na wąskiej, błotnistej ścieżce do przyjemnych nie należą. Traci się jednak dużo sił na to. Dobrze, że przynajmniej później tłoku na trasie nie ma.
Po podbiegu  zaczęło się lekkie wypłaszczenie i tu przyśpieszyłem. Widać to już od 3 kilometra. To najprzyjemniejszy moment tego biegu. Podbiegi jak są to krótkie a sporo po płaskim i z górki. Na piątym kilometrze to już w ogóle odpuściłem hamulce i leciałem ostro. Bałem się trochę, że przyjdzie za to zapłacić pod górkę ale szkoda było tracić i w dół.
6 i 7 km to już wspinaczka. Tu siłą rzeczy biegłem ile się dało a później przeszedłem w marsz. Oj wolniutko się szło. Co gorsza źle dobrałem buty (na swoje własne życzenie) i momentami ślizgałem się w miejscu. Szkoda trochę ale cóż moja wina.
8 kilometr już na zmęczonych nogach ale biegowo. Leciałem bo na najwyższe wzniesienie trasy (9 km) wiadomym było, iż będę szedł. Pod górkę ok, z górki masakra. Jakie tam było błoto! (koniec 9 km i 10 km). Zbiegałem bardzo asekuracyjnie i niestety sporo osób mnie wyprzedziło.

Na mecie zameldowałem się z oficjalnym czasem 01:07:08 zajmując miejsce 177/280 (w M40-45). Słabiej niestety niż w 2016r (01:02:06). Oby w przyszłym poszło lepiej.

Po biegu skorzystałem z przysługujących posiłków (ciasta, chleb ze smalcem, zupa ogórkowa czy makaron z gulaszem). Wszystko co próbowałem świetne. Warto biec i dla nich 😉

Cóż. Bieg polecam. Warto przyjechać i spróbować się w biegach anglosaskich.

Na sam koniec niestety pożalę się sam sobie, że spotkało mnie pechowe zdarzenie, kiedy to wychodząc poślizgnąłem się na mokrych schodach i malowniczo zjechałem z nich na tyłku i plecach. Może i wyglądało to śmiesznie ale sam niezbyt się ucieszyłem bo obiłem się solidnie. Siniaki mam spore, słabo się siedzi a i plecy czuję :/

Zawody biegowe z ostatnich 2 miesięcy

Pod tym nijakim tytułem chciałbym zamieścić króciutkie relacje z ostatnich 3 zawodów w jakich biegałem. Dawno to było i nie sądzę by pełny opis miał jakiś wielki sens w tym momencie.
Ot, wpis bardziej dla mnie bym pamiętał w kolejnych latach jak mi szło.
Uważni czytelnicy z pewnością wyczają, że w większości tych biegów startuję cyklicznie więc ciężko też oczekiwać jakichś mega rewelacji organizacyjnych (kto ciekawy to poczyta relacje z ubiegłych roczników).

13/08 – 8 Bieg na Wielką Sowę
Wielka Sowa była ostatnim moim biegiem w którym wystartowałem jeszcze w miarę przygotowany.  Owszem, ze sporym niedosytem (co do formy) ale jeszcze przed finalną katastrofą.
Trasę znam więc tym razem zacząłem dużo spokojniej. Nie chciałem spacerować już po pierwszym kilometrze. Oczywiście podejścia były ale taktycznie nie skiepściłem 🙂 W końcówce dystansu miałem jeszcze siły by biec.
Oficjalnie: 01:06:06. Miejsce 383.

Regatta 8 Bieg na Wielką Sowę
Regatta 8 Bieg na Wielką Sowę

10/09 – 35 PKO Wrocław Maraton
Już na starcie nie miałem złudzeń. To nie może się udać. Pewnie człowiek ma nadzieję – a może… no ale realnie się nie da. No nie ma szans.
We Wrocławiu wiedziałem, że jestem dużo za ciężki, od dawna nie biegałem długich wybiegań a i ogólny kilometraż słabiutki. Dodatkowo osłabienie po operacji i było wiadomo, że będzie spacer. Był. Po 25 kilometrze wyszły braki przygotowanie i nogi odmówiły posługi. Zwyczajowo szedłem, podbiegałem i tak do mety. Tragicznie wyszło:
04:42:33. Miejsce OPEN 3776.
Przez czas moich treningów maratonu nie pobiegłem jeszcze dobrze (ok, jeden Orlen miałem prawie ok), we Wrocławiu zaś nie błysnąłem nigdy. Podjąłem więc postanowienie, że kolejny start na tym dystansie będzie dopiero wtedy gdy będę pewien, że przełamię 4 godziny (marzy mi się kiedyś mniej niż 3). Obie opcje chyba będą nieprędko 🙂

35 PKO Wrocław Maraton
35 PKO Wrocław Maraton

17/09 – XXIII Bieg Uliczny w Twardogórze.
Jedno z moich ulubionych 10 km. Zawsze w miarę leciałem, szczęście miałem też do losowań 🙂 W 2017 nie mogło mnie na starcie zabraknąć.
Po maratonie byłem wypompowany tak, że nie udało się już nic potrenować. Poleciałem więc spontanicznie wierząc, że 10 jakoś wymęczę. Pewnie gorzej niż rok temu ale może nie tragicznie. Wiara i logika mówiły mi, że po około 05:00 może wytrzymam.
Pierwsze 3 km zrobiłem nawet trochę lepiej (bliżej 5 ale 4 z przodu :)). Później spadło do około 05:15.
Finalnie: 50:48. Miejsce 54. Na osłodę znowu udało mi się wylosować drobiazg po biegu 🙂

XXIII Międzynarodowy Bieg Uliczny w Twardogórze
XXIII Międzynarodowy Bieg Uliczny Twardogóra

Supermaraton Gór Stołowych – 01/07/2017

Supermaraton Gor Stolowych

Supermaraton Gór Stołowych – 01/07/2017

Supermaraton miał być takim moim biegiem na poprawę humoru 🙂 po nieudanych losowaniu na Bieg Ultra Granią Tatr. Całkiem fajny dystans, blisko mnie więc odpada skomplikowane logistyka. Nie myślałem długo tylko szybciutko się zapisałem i pozostało szlifować formę 🙂
Z tym szlifowanie to wyszło coś słabo ale nie uprzedzajmy faktów 🙂

Zapisy na bieg jak i wszelkie informacje o nim można znaleźć na oficjalnej stronie wydarzenia:

Supermaraton Gór Stołowych

Sporo informacji podają również organizatorzy na swoim FB więc ciężko cokolwiek pomieszać, zapomnieć.

Czas płynął … a przygotowania szły słabo. A to problemy zdrowotne, a to kiepski trening. Dość powiedzieć, że w 2017 r.  tylko dwa razy przebiegłem dystans 20 km (z czego raz po górach). Co gorsza krótsze biegi też były niezbyt często. Im bliżej było do SGS tym większy czułem niepokój. Cóż, nie jestem jednak osobą, która poddaje się bez walki (przynajmniej w bieganiu :)) więc bieg był aktualny.

Dzień przed startem udałem się z moją Małżonką do Pasterki by odebrać pakiet. Sporo było już ludzi na miejscu ale obsługa sprawna i miła. Wszystko migiem załatwiliśmy.
Sam pakiet natomiast więcej niż rozczarowuje. Były w nim… 3 ulotki innych biegów, mapa trasy, żel i baton energetyczny. Yyyy… no jak na wydaną kasę trochę ubogo. Tym bardziej, że cenowo zawody nie odbiegały od innych ultra (nawet trochę dłuższych). Tutaj minus dla organizatorów.

SGS 2017 Pasterka
Pasterka – ale napis można odnieść do wielu gór. Coś w sobie mają, że chce się w nie wracać

Niedzielny poranek to już standardowe przygotowania. Pobudka, sprawdzenie sprzętu i ubieranie się w startowy strój.
Ponieważ w dzień biegu nie dało się dojechać autem na start to czekał mnie około 2,5 km spacerek z sąsiedniej miejscowości. Jednym słowem taka rozgrzewka przez właściwym wysiłkiem 🙂 Ultrasów szło sporo, nie można było się zgubić.
Na miejsce przybyłem nawet sporo wcześniej, ale dołożywszy postój w kolejce do kibelka, czas był ok. Spiker ubarwiał pozostałe minuty różnymi gadkami, więc 20 min czekania poszło szybciutko, ostatnie rozciągnięcie, poprawa butów i poszli 🙂

SGS 2017 Start biegu
Widoczek na Start

Ilość ludzi startujących w SGS dość spora, chociaż z tego co widziałem wolne pakiety były aż do końca. Oznaczało to, iż etap do pierwszego punktu odżywczego nie pozwalał na żadne szaleństwa. Było za ciasno na trasie by wyprzedzać, przyśpieszać. W mojej części peletonu wszyscy spokojnie przesuwali się do przodu. Nawet trafiłem z tempem i nie męczyło mnie to.
Po pierwszym wodopoju poszło już sprawniej. Ludzi gdzieś ubyło, rozciągnęła się stawka. Tu biegłem już raczej sam, od czasu do czasu widząc biegaczy z przodu, czy tyłu.

Mały przerywnik o pkt. odżywczych i trasie. Jadłodajnie były tam gdzie powinny (dla mnie to ważne, nic tak nie boli jak wyliczyć sobie, że punkt powinien być a jest do niego dodatkowe 2 km :)). Wyposażone w wodę, izo (od 3 czy 4 w colę). Do zjedzenia arbuzy, pomarańcze, rodzynki, orzeszki i żelki. Obsługa miła i życzliwa.
Trasa bardzo dobrze oznaczona. Wstążki, tabliczki, malunki na ziemi. Ciężko się zgubić i to doceniam.

Jakoś po 20 kilometrze (no może bliżej 30) moje bieganie zakończyło się. Wyszły braki przygotowania i więcej zacząłem iść niż biec. Utrudnieniem była na pewno trudna, techniczna trasa, Strome podejścia wiadomo spacerkiem, ale i zbiegi były trudne. Duże nachylenie, kamienie, korzenie, błoto. Niestety biegacz mojej klasy nie mógł tu za wiele nadrobić i w dół szło też wolno.
Bliżej Błędnych Skał wystąpiła nietypowa jak na tą imprezę sytuacja (podobno pierwszy raz) czyli mocny deszcz 🙂 Dodatkowo utrudniło i zwolniło to nijaki bieg.
Braki kondycyjne + trasa, zaczęły skutkować skurczami mięśni (podobnie jak na Piekle Czantorii). Co mocniej spiąłem nogę to czułem, że moment i mnie złapie mega skurcz łydek. Z tego powodu od czasu do czasu próbowałem rozruszać mięśnie lekkim masażem no i zmiennością ruchu. Jakoś to szło ale moment katastrofy był blisko 🙂

45 km, blisko już do końca. W tym momencie zacząłem mieć stres czy nie będzie to pierwszy bieg, którego nie ukończę. Na punkcie przy Błędnych Skałach zameldowałem się jakieś 10-15 min po terminie. Składali się już powoli ale mata pomiarowa chodziła. Uff… Szybka cola i napieram dalej. Za mną już ostatki stawki więc starałem się rywalizować chociaż z tymi z tyłu. Czułem, że ktoś zwiększa tempo, bo stukot butów coraz bliżej. Niestety dziewczyna wyprzedziła mnie i szybko znikła z horyzontu. Za mną (w zasięgu wzroku) pozostał zawodnik z kijkami. Zmęczony chyba jak i ja bo mimo, że tylko szedłem nie dał rady mnie dojść.
Do walki zerwał się przed samym Szczelińcem. Na asfalcie ruszył do biegu i nawet mnie wyprzedził mimo, że i ja starałem się podbiegać. Jednak to był już jego finalny zryw. Przed schodami zaczął sobie szykować kijki i tu wyszedłem na prowadzenie. Niesiony wizją klęski (3 min do limitu) i dopingiem schodzących z góry ostro ciągnąłem do mety. Ostatnie metry, próba niezgrabnego biegu (jeszcze z 10 metrów i by mnie skurcze rozwaliły) ale dałem radę. Ufff….  Tego z tyłu wyprzedziłem o jakieś 40 sekund.

SGS 2017
Prawie koniec. Jeszcze tylko 665 schodów na Szczeliniec. Ale jak fajnie, że są moi kibice.

Dobiegłem na pozycji 383 (3 osoby jeszcze za mną się zmieściły w czasie). Wynik 09:06:05 netto. M40-135.

Wielkiej celebracji nie było. Wziąłem medal, zjadłem kilka pomarańczy (na mecie było do jedzenia tylko to co na punktach trasowych), rozmasowałem sobie solidnie łydki, fotka gór ze szczytu i można było schodzić w dół do rodziny.

SGS 2017 Meta
Widoki na Góry Stołowe z mety

Cóż. Bieg ciężki. Ciężki dodatkowo na moje życzenie bo zrobiłem go raczej siłą woli niż treningiem. Mam złe przeczucie, że kilka następnych zawodów będzie wyglądać podobnie – czasu już do nich mało i wiele nie nawojuję. Poddawać się jednak nie można, zobaczymy jak to będzie.

 Czy SGS polecam innym? Hmm… ogólnie tak. Sportowo bieg dobrze zorganizowany. Trasa ciekawa mimo, że ciężka. Jeśli jednak lubicie pamiątki (pakiety) to będzie słabo. Raczej impreza nie dla Was.

 

Dokonało się…

Zgodnie z przewidywaniami nie załapałem się na Bieg Ultra Granią Tatr.  Nie ma mnie na liście szczęśliwców, ani na rezerwowej. Cóż… nie jest to jakieś zaskoczenie, byłem tego w sumie pewien.

Co ciekawe, jakoś nie czuję wielkiego żalu z tego powodu. Widać bieg ten był na tyle nierealny, że poczucie straty nie wystąpiło 🙂 Co więcej odczuwam nawet pewnego rodzaju ulgę bo … kilkaset PLN zostaje w kieszeni (realnie licząc to taka fanaberia kosztowałaby mnie ponad 1000 więc całkiem sporo) .

No i ok. Temat BUGT jest już tematem zamkniętym. Myślę, że drugiego podejścia do niego robił już nie będę. Mam jakoś złe doświadczenia z „grubymi” imprezami, które planowałem długofalowo. W 2015 przed Rzeżnikiem, kontuzje wyeliminowały nasz team, co kosztowało mnie jakieś 500 zł w plecy. Drugi raz już tam się nie zgłaszałem. Tym razem przynajmniej kasy nie straciłem, co jest jakimś plusem 🙂

Późno już (w końcu luty) ale pora teraz pomyśleć nad planem startowym na 2017 r. Myślę, że będzie tych startów trochę mniej, postaram się jednak powalczyć o poprawę wyników. Nie mówię tu o spektakularnych życiówkach niemniej na 5, 10, 21 czy 42 km trochę mogę urwać.  I postaram się to zrobić.
Nie przestały mnie kręcić ultra klimaty i pewnie chociaż z jeden taki bieg w tym roku zrobię. Będzie to jednać coś bardziej lokalnego – impreza na którą można się zapisać „normalnie” bez płacenia rok wcześniej czy losowań. Co ciekawego znajdę to się jeszcze okaże 🙂

B160nR – Piekło Czantorii 19/11/2016

Beskidzka 160 na raty

Beskidzka 160 na raty (edycja jesienna) – Piekło Czantorii

Czyli o tym jak jak wybieranie najkrótszej drogi może zostać ukarane 🙂

19/11/2016 odbyła się jesienna edycja biegu – Beskidzka 160 na raty. W skład tego wydarzenia wchodziły 3 dystanse: 21 km, 42 km i ultra 63.
Na ostatnie swoje długie zawody w tym roku wybrałem maraton bowiem gwarantował on 1 pkt do UTMB. 1 pkt czyli właśnie tyle ile brakuje mi do Biegu Ultra Granią Tatr.

Zapisy na bieg działały już w najlepsze kiedy wpisałem się na listę i dokonałem opłaty. W sumie to były już nawet w swojej schyłkowej fazie, bo opłaciłem już po ostatnim podanym na stronie organizatora terminie. Nie byłem pewien ile $ powinienem przelać, ale na zadane pytanie organizatorzy odpisali szybko za co dla nich duży plus.

Większość informacji o biegu była na jego stronie:
http://www.beskidzka160naraty.pl/
lub też na FB więc raczej nikt nie powinien mieć jakichś trudności. Finalne detale pojawiły się dość krótko przed biegiem (np. godziny odpraw technicznych itp.) ale czas ten był i tak akceptowalny i nie stwarzał żadnych problemów.

Tym razem logistyka biegowa poszła mi szybko. Zabrałem wszystko to co na ostatnie zawody (UltraKotlina).  Odchudziłem nawet trochę plecak bo zrezygnowałem z powerbanka i dodatkowych ciuchów. Prognozy zapowiadały znośną pogodę, nie było więc sensu ciągnąc ze sobą nie wiadomo co.

Ponieważ do Ustronia mam trochę daleko to rodzinnie wyruszyliśmy dzień wcześniej. Droga dobra, zakwaterowanie też. Rozczarowuje w sumie tylko sam Ustroń Polana (nic tu nie ma do zobaczenia oprócz gór :)) ale nie zwiedzanie było przecież celem wyprawy.

Po spacerku (około 1,8 km na miejsce biura zawodów). sprawnie i szybko wydano mi numer, chip i gadżety.  No może  nawet za szybko 🙂 bo nie dali mi numeru i dopiero po chwili wydający sobie o nim przypomniał. W sumie uratowało mnie to, że grzebałem po torbie patrząc co ciekawego dali. Gdybym wyszedł od razu, pewnie odebrałbym go przed samym biegiem 🙂

Pakiet startowy trochę słaby (dla fanów takich rzeczy). Torba materiałowa, kubeczek, karta rabatowa i parę ulotek. W sumie wszystko co było podane na stronie orga ale za startową kasę mogli jednak jeszcze na coś się szarpnąć.
Chyba zaczyna się okres zarabiania na biegach bo co na jakiś pojadę to wydaje się sporo, a szału gadżetowego nie ma. Życie…

Po atrakcjach tych, pozostało powrócić na kwaterę i szykować do biegu.
Start był o 05:00. 04:15 to odprawa techniczna więc wstałem około 03:00 by spokojnie zjeść i dojść z buta na start.
Kiedy już przemaszerowałem połowę drogi, zgarnęli mnie życzliwi ludzie jadący na ten sam bieg autem. Podyskutowaliśmy chwilkę no i można było już słuchać szczegółów odprawy. Co, gdzie, jaka trasa, Konkretnie i jasno, kolejny plus.

Piekło Czantorii - Odprawa
Odprawa przed biegiem

04:45 ostatnie wyjście w krzaczki :), rozgrzewka i tłum wariatów ruszył na start by zgodnie z harmonogramem wyruszyć na spotkanie z piekłem 🙂
Czemu piekłem? bo bieg reklamowany jest jako jeden z trudniejszych w Polsce. Przy dystansie ultra suma przewyższeń to około +5000m, maraton +3500 i półmaraton +2000.

Oprócz dystansu prawdziwą trudnością jest profil trasy. Nie ma tu lekkich i przyjemnych odcinków, cały czas pniemy się do góry albo zbiegamy w dół. Organizatorzy w piekielny sposób zadbali o rozrywkę wytyczając górską trasę po kilku stokach czy wyciągach narciarskich. Żeby było ciekawiej nachylenia każdego z odcinków oscyluje w okolicy 30 stopni. Prawdziwą wisienką na torcie jest zaś ostatnie podejście na metę (prowadzące pod wyciągiem narciarskim) gdzie na odcinku 1,4 km mamy 36 stopniowe nachylenie w górę. Mi pokonanie tego odcinka zajęło jakieś 51 min.

Oprócz górek swoje dołożyła też pogoda. Po niedawnych opadach deszczu i śniegu na trasie pozostało mnóstwo błota które w połączeniu z luźnymi kamieniami, liśćmi skutecznie spowalniało wspinanie się i zbieganie w dół. Ci co byli tu we wcześniejszych latach mówili, że bywało jeszcze gorzej ale dla mnie i to wystarczyło w zupełności.

Piekło Czantorii
Trzeba cisnąć…

Nie będę tu opisywał po kolei wszystkich wspinaczek i zbiegów ale zaręczam, że można było się zmęczyć. Strome górki nie pozwalały na bieg. Przeważnie się szło. Większość błotnistych zbiegów też nie zachęcała do rozpędzenia się. Tuptałem wolno jak słoń, głęboko cisnąć pięty moich Kanadii w błocko, tak by złapały chociaż trochę przyczepności. Szczęśliwie łapały ale i tak nie czułem chęci by przyśpieszyć.
Huśtawka góra/dół szybko wycisnęła ze mnie siły a prawdziwe atrakcje miały się dopiero zacząć. Po punkcie odżywczym (około 12 km) przyszło mozolnie piąć się pod kolejny stok. Jakieś 25 min na km szału nie robi. Kolejny killer to „ostatnia” górka przed końcem okrążenia. Może nie tak długa ale solidnie dawała w kość (znów ponad 23 min/km). Po niej pozostało jeszcze zbiec stromym zboczem nartostrady do punktu żywieniowego.

Piekło Czantorii
Idziemy sobie…

Pierwsze okrążenia wraz z postojem na pkt zajęło mi około 04:11. W drugim bufecie miałem psychiczny kryzys bo wydawało mi się, że nie ma opcji bym zdarzył na metę w limicie (tu moja pomyłka bo wydawało mi się, że jest 9 godzin a było 10). Rozważałem nawet czy nie zakończyć tutaj ale szczęśliwie mimo, że nie mam fest szybkości, odwagi by przełamywać limity (w znaczeniu np, biegu aż do kresu sił, szybko słucham organizmu, że pora maszerować) to mam jednak upór.  A ten kazał ruszyć dalej.

Jeśli pierwsze kółko ostro dało w kość to drugie dobiło na maksa. Przy wejściach co jakiś czas musiałem stawać by uspokoić tętno. Dodatkowo pod górki łapały mnie skurcze mięśni i parę razy musiałem je masować . Musiało być grubo bo do tej pory nigdy tego nie miałem. Zbiegi paliły kolejne grupy mięśni ale ciągle parłem do przodu.

W 3 pkt odżywczym uświadomili mnie, że limit to 10 godzin więc wyszło mi, że szanse są.

Przed finalną „prostą” (1,4 km podejście pod wyciąg) pojawiłem się z zapasem około 50 min do limitu. Ruszyłem i tutaj rzeczywiście było już piekło w najczystszej postaci. Podejścia już nawet nie po 100 m i chwila na złapanie oddechu. Błoto ściągające nóżki w dół. Najprzyjemniejsze rozczarowanie zaś przeżyłem kiedy wyciągnąwszy się stalową linką (dla ułatwienia była na końcu  ścieżki) zobaczyłem c.d. – łączkę nartostrady. O kurde… Co powiedziałem i pomyślałem o ludziach, którzy zrobili ten bieg to moje 🙂

Piekło Czantorii
Ostatnia prosta, yyy znaczy górka

Przed samą metą pojawił się jeden z organizatorów dopingując mnie by się nie poddawać bo już prawie koniec czasu. Sił starczyło mi by iść, a nie stawać (chociaż czułem coraz mocniejsze skurcze mięśni).

Zwycięstwo! Po naprawdę ciężkiej walce ze swoimi słabościami i limitem czasowym rzutem na taśmę udało mi się osiągnąć metę w czasie 10:01:16. Na trasie maratonu byłem ostatnim sklasyfikowanym zawodnikiem (43), niemniej dotarcie na metę i tak uważam za swój spory sukces. W tak trudnym biegu jeszcze nie miałem okazji jeszcze uczestniczyć.

Celebracji żadnej na górze nie było. Organizatorzy zbierali sprzęt, ja szybko pobrałem przydziałowe piwo i poleciałem na kurs wyciągiem w dół. Szczęśliwie się na niego załapałem bo wyłączali go około 15:30 i chwila dłużej a bym dreptał w dół z buta.

W dolnej stacji wyciągu, czekała na mnie rodzinka. Zjadłem trochę makaronu z warzywami, szybkie przebranie i pozostało wracać do domu.

Podsumowując. Nazwa biegu dobrze oddaje to co czeka biegaczy na trasie i zdobycie tego 1 pkt UTMB odczytuję jako sporo trudniejsze niż np. 130 km Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich. Jak napisałem na początku – nie zawsze warto planować po najmniejszej linii oporu, bo może wyjść trochę inaczej.