Archiwum kategorii: Testy sprzętu

Kurtka Salming 365 pro training

Korzystając z promocji cenowej skusiłem się ostatnio na kurtkę Salminga – 365 Pro Training.
Zamawiając ją, miałem wizję, że będzie to lekka wiatrówka, w stylu takich za 50zł (np. z Decathlonu). Wizualnie przynajmniej wyglądała na coś takiego – a’la oldschool-owy ortalionik 🙂
Rzeczywistość okazała się trochę inna.

Salming 365 Pro Training

Kurtkę zamówiłem w kolorze czarnym z niebieskimi wstawkami po bokach. Urozmaicają ją również białe napisy Salming i 365 Pro Training (z przodu, tyłu i na rękawach). Wizualnie prezentuje się bardzo ładnie.
Kurteczka zapinana na zamek błyskawiczny (pełny, ze stopu), ma 2 boczne kieszenie i jedną (również na zamek osłonięty plastikiem) na piersi. Na plecach, pod ochronnym kołnierzykiem, są wywietrzniki abyśmy się w niej nie ugotowali 🙂
Wykonana ona jest w 100% z poliestru, przy czym materiał jej jest solidniejszy niż w takich najtańszych wiatrówkach. Ma on ciekawą fakturę – sploty, podobne wizualnie do karbonu.
Wierzchni materiał „zawinięty” jest w newralgicznych miejscach do wnętrza (np. środkowe okolice zamka). Końce rękawów za to mają już gładką, poliestrową fakturę. Całość środka (plecy, rękawy, klatka) to dodatkowa warstwa – siateczka.

Jednym słowem kurtka sporo solidniejsza od najtańszych, jednowarstwowych wiatrówek.

Rozmiarowo wziąłem L mimo, że z opisy wyglądała, iż będzie na styk albo za mała. Okazało się jednak, że pasuje bardzo dobrze. Rękawy są długie, nie podciągają się. W klatce dopasowanie jest lepsze, ale też nie jest ciasna (mam 183 cm wzrostu i około 108 cm obwód klatki).

Jako, że nazwa zobowiązuje (365 Pro Training) 🙂 nie pozostało nic innego jak się ubrać i zrobić próbne biegi.
Pod spód założyłem termiczną koszulkę z długim rękawem (z Lidla), na wierzch Salminga i wyruszyłem zmierzyć się z temperaturami około 0 stopni C (część biegów była na lekkim minusie, kilka w okolicy 1-2 stopni na +). Mówimy tu, uściślając, o temperaturze z termometru, bo odczuwalna to myślę, że kilka stopni niżej we wszystkich wypadkach.

Pierwsze wrażenie bardzo korzystne. Do tej pory w takich warunkach zakładałem sportowy softshell z Aldi. W Salmingu, przed rozpoczęciem biegu było bardzo przyjemnie. Nie czuło się zimnych podmuchów wiatru. W czasie biegu nie zanotowałem żadnych problemów. Krój ok. Nic nie pije, nic nie przeszkadza. No chyba, że ktoś nie lubi lekkiego szelestu materiału (a taki trochę przy ruchach czuć :)).
Zamki solidne, chodzą dobrze, nie zacinają się. Trochę szkoda, że boczne kieszenie nie są zapinane, bo wydaje mi się, że są dość płytkie.
Komfort termiczny w czasie biegu bardzo dobry. Wiatr, zimno w żadnym wypadku nie przeszkadzały. Organizm nie wychładzał się. Nie mogę też powiedzieć by kurtka była „za gruba”. Ja mimo, że sporo ważę i dużo się pocę to dałem radę. Oczywiście bądźmy realistami – o ile pod softshell-em po biegu zawsze jestem mokry to i tu taki byłem.
Jedną z ciekawszych rzeczy do sprawdzenia była by jeszcze pewnie wodoszczelność. Niestety, mimo, że warunki pogodowe mamy nijakie, to jedyne na co trafiłem to lekki śnieg 🙂 Nie mogę się tu wypowiedzieć więc w sposób oczywisty jak znosi opady. To jeszcze przede mną 🙂
Od drugiej strony jednak powiem, że po praniu kurtka wydaje się mocno mokra (jakby ta woda gdzieś na niej jeszcze była), za to bardzo szybko wysycha. Być może to zasługa jakiejś cudownej powłoki 🙂

Na ten moment i warunki kurteczka bardzo mi przypasowała i chętnie w niej biegam. Myślę, że przy odpowiednim doborze pierwszej warstwy (np. krótki, techniczny rękawek) da się w niej biegać i przy wyższych temperaturach. Nie mogę tego oczywiście sprawdzić, ale realnie szacuję jej wykorzystanie na okres wiosna, jesień, zima. Na lato raczej będzie za gruba.

Huawei Watch GT – Finał

O swoich wrażeniach z używania sprzętu pisałem już w 2 artykułach. Pierwsze wrażenia można było znaleźć tu:
Pierwsza część testu

Wraz z używaniem zauważyłem kolejne plusy, minusy urządzenia i krótko o nich można poczytać poniżej:
Druga część testu

Zdaję sobie sprawę, że oba opisy nie wyczerpują w żaden sposób wszystkiego co sprzęt ten potrafi i pozostawiają sporo do życzenia jeśli chodzi o jego niuanse i niuansiki.
Cóż, nie jestem zakręconym fanem elektroniki. Często zadowala mnie w sprzęcie pierwsze wrażenie, ogólna prezencja. Jeśli ma to na czym mi w danym momencie zależy, to mi wystarczy. Tym sposobem wiele opcji traktuję zdawkowo albo niestety nawet nie zauważę.
Tak było np. z dostępnymi w urządzeniu planami treningowymi. Nie wspomniałem chyba o nich w ogóle a mimo, że mają pewne ograniczenia, to jednak są i to w miarę rozbudowane. To może być dla wielu osób plus.

No nic, tym przydługim wstępem chciałem trochę usprawiedliwić fakt porozbijania opisu tego zegarka na części i fakt, że pewnie i tak o tym czy tamtym nie napisałem 🙂

Finalnie chciałem dopisać jeszcze kilka zdań z używania Watch GT i opisać co dalej 🙂

Dobrą sprawą są aktualizacje sprzętu ciągle dodawana przez producenta. Oprócz rzeczy małych a miłych (np. dodatkowe tarcze) usprawniane/poprawiane są błędy działania. Czy apki czy zegarka.

Zegarek naprawdę zasługiwał na mój podziw przy łapaniu fixa GPS. Poza pierwszym użyciem później robił to momentalnie. 10 sek i jest. Złapanie sygnału było przy tym stabilne. Nie było żadnych zawirowań na początku śladu (gdy oglądało się go po treningu na telefonie). Wielki szacun.

Bateria to faktycznie mocna strona smartwatcha. W różnych konfiguracjach wytrzymuje bez problemu czasy deklarowane przez producenta. A może i sporo dłużej.

Bezawaryjność/solidna jakość. Wiem, używałem go krótko ale przez ten czas nie zanotowałem żadnej zawiechy, awarii. Wygląda również dalej jak nowy.

Wygląda to wszystko dobrze ale… no niestety nie dałem rady 🙁 Nie pojawiła się możliwość eksportu aktywności na platformy sportowe (czy zapisu GPX). Rozumiem, że dla większości może to być marginalne ale mnie nieziemsko denerwowało. Jednak wpisywanie danych „z palca” to nie to co chciałoby się robić w XXI wieku. Brak możliwości zerknięcia sobie na mapkę aktywności na 24″ monitorze PC też dołuje 🙂
Przy tej okazji zauważyłem też kolejną denerwującą mnie cechę Huawei-a (związaną z w.w.). Podaje on w swojej apce dużo danych o naszym postępie/formie. Niby duży plus. Aby mieć jednak te dane realne wymusza on na nas używanie tylko tego zegarka przez cały czas.
Chodzi mi o fakt, że robiąc np. 2 treningi z Huaweiem i później 2 kolejne z innym zegarkiem Huawei będzie pisał, że: słabo, trenujesz za mało. Oczywista oczywistość 🙂 Ale nie zrobi się nic 🙁 Do Huaweia nie dograsz plików z innych źródeł, z niego nie wyeksportujesz. Jednym zdaniem – nie wiesz wtedy na jakim poziomie sportowym jesteś.

W świetle wszystkiego tego dałem spokój. Sprzedałem go.

Szkoda trochę bo bardzo mi się podobał wizualnie, jakościowo niemniej jednak używanie smartwatcha zamiast zegarka stricte sportowego na ten moment mnie nie przekonało. Za dużo ograniczeń.
Widzę po nowościach sprzętowych, że są już projekty (w takim klimacie i cenie), które chyba pozwalają zapisywać aktywność. Może warto im się przyjrzeć? Niemniej ja chwilowo robię pas 🙂 Pozostanę przy swoim starutkim Suunto/A-rivalu 🙂 Bo mają to co mi potrzeba i wystarczy.

Huawei Watch GT testu ciąg dalszy (+ import danych do Endomondo)

Logo strony Test Sprzetu

Mimo, że osłabł mi trochę zapał do Huaweia (z powodu braku możliwości prostego eksportu aktywności) postanowiłem zegarka nie skreślać całkowicie a dać mu jeszcze szansę. Noszę go codziennie, do sportu zaś używam od czasu do czasu.
Liczę, że z czasem Huawei jednak doda możliwości eksportu danych i wtedy będzie można poszaleć.

Co ciekawego udało mi się zaobserwować po 2 tygodniach używania:

Akumulator faktycznie wytrzymuje sporo. Po 15 dniach używania (4 aktywności z GPS na około 3-4 godziny, wyłączony całodzienny pulsometr, synchronizacja danych raz dziennie) zostało mi około 22 % baterii.
Po tym okresie naładowałem go i teraz patrzę ile wytrzyma z całodniowym monitoringiem tętna 🙂

Widoczność ekranu w nocy. Pewnie to nic odkrywczego ale strasznie podoba mi się fakt, że świetnie widać wszystko co pokazuje kolorowy ekran GT. W „normalnych” zegarkach sportowych nie widać nic i trzeba włączać podświetlanie. W moim Suunto jest ono bardzo mocne i przez to też widoczność szału nie robi (tło zlewa się z cyframi). Mała rzecz a cieszy.

Dokładność GPS. Zrobiłem w końcu dłuższy bieg, starając się dokładnie i szybko startować Huaweia/Suunto. Wyszło tak:

SUUNTO Ambit
Dystans: 9,98 km
Czas: 00:59:45
Średnia tempo: 5:59
Tempo średnie najlepszy km: 5:35.01
Kalorie:

HUAWEI Watch GT
Dystans: 9,80 km
Czas: 00:59:47
Średnia tempo: 6:06
Tempo maksymalne:  5:38
Tempo średnie najlepszy km: 5:38
Kalorie: 919

Porównywałem też wyniki na mojej stałej trasie do rodziców. Z Suunto wychodziło mi ~8.09-8:36 km (dane archiwalne z zeszłych miesięcy), Huawei zanotował 8.04 km.

Wstępnie przyjąć można, iż GT pokazuje trochę mniej niż Suunto. Dla mnie różnice są pomijalne i nie wchodząc w rozważanie, który pokazuje trafniej, zadowala mnie taka dokładność.

Na ten moment dalszych zaawansowanych testów robić nie będę. Do biegów jednak używam Suunto (lub inne zegarki typowo sportowe jakie mam). Dlaczego? Z lenistwa bo nie chce mi się bawić w ściaganie danych z Huaweia czy wpisywanie ich w Endo ręcznie. Huawei jest używany na co dzień. Rezerwowo jak przyjdzie mi chęć na sport a nie będę miał ze sobą nic innego to mierzył będę nim.

TRANSFER DANYCH z SMARTWATCHa

Finalnie chciałem podać skrócony sposób transferu danych z Watch GT do Endomondo (lub na inną platformę treningową). W ogarnięciu pliku tcx pomógł mi kolega Jarek (Keiw z forum bieganie.pl, za co mu bardzo dziękuję)

  1. Instalujemy na smartfonie aplikację Huawei Health (Zdrowie)
  2. Instalujemy na smartfonie aplikację Google Fit
  3. Wiązemy Huawei Health z Google Fit. Jest do tego opcja w HH. Jeśli wszystko poszło ok, to mając dane sportowe w HH po odpaleniu GFit powinny nam pokazywać się i tu. Mi początkowo nie przenosiło danych z komórki na komputer, ale zezwoliłem google na  większość zgód na szpiegowanie i analizowanie mnie 😉 i poszło.
  4. Do transferu potrzebujemy komputer na którym logujemy się do swojego konta Google.
  5. Dokładny opis jak ściągnąć dane z GFit do pliku tcx jest na poniższej stronie:

    Eksport z Google Fit do pliku TCX

Opis jest tam wprawdzie po angielsku ale są obrazki, myślę, że nikt nie powinien mieć problemu.
Po zastosowaniu się do procedury otrzymamy link do pobrania danych (spakowane archiwum). Gotowe.

6. Poprawki w pliku TCX

Ponieważ sygnalizowałem problem z danymi – dostaje się ciąg 60 sekundowych, osobnych aktywności trzeba je połączyć w całość.
* Najpierw walczyłem z konwerterami online, programami na PC (GPS Babel, TCX Konwerter) ale niestety nie dały one rady.
* Później okazało się, że w Endomondo można łączyć po 3 aktywności w 1 plik. Tym sposobem mozolnie klikając po 3 części da się złączyć je w całość. Opcja dla cierpliwych.
* Najbardziej banalne jest jednak użycie dowolnego edytora (np. WordPad czy Notepad2 i poprawki ręczne. Postępujemy jak poniżej:

Otwieramy plik w jakimś edytorze tekstowym (ja używałem WordPada). 

Na początku pliku jest: 
<?xml version=”1.0″ encoding=”UTF-8″?> 
<TrainingCenterDatabase 
xmlns=”http://www.garmin.com/xmlschemas/TrainingCenterDatabase/v2″ 
xmlns:ns2=”http://www.garmin.com/xmlschemas/UserProfile/v2″ 
xmlns:ns3=”http://www.garmin.com/xmlschemas/ActivityExtension/v2″ 
xmlns:ns4=”http://www.garmin.com/xmlschemas/ProfileExtension/v1″ 
xmlns:ns5=”http://www.garmin.com/xmlschemas/ActivityGoals/v1″ 
xmlns:xsi=”http://www.w3.org/2001/XMLSchema-instance” xsi:schemaLocation=”http://www.garmin.com/xmlschemas/TrainingCenterDatabase/v2 http://www.garmin.com/xmlschemas/TrainingCenterDatabasev2.xsd”> 
<Activities> 
<Activity Sport=”Running”> 

Te pierwsze Activity musi zostać. Zostać musi też na samym końcu: 

</Activity> 
</Activities> 
<Author xsi:type=”Application_t”> 
<Name>Google Fit</Name> 
<Build> 
<Version> 
<VersionMajor>0</VersionMajor> 
<VersionMinor>0</VersionMinor> 
<BuildMajor>0</BuildMajor> 
<BuildMinor>0</BuildMinor> 
</Version> 
</Build> 
<LangID>en</LangID> 
<PartNumber>000-00000-00</PartNumber> 
</Author> 
</TrainingCenterDatabase> 

W zaznaczonych pogrubieniem fragmentach ja sobie dołożyłem cyferkę „2” do tego  (za chwilę napiszę dlaczego). Po modyfikacji te wpisy na początku i na końcu będą wyglądać tak: 

Początek: 

<?xml version=”1.0″ encoding=”UTF-8″?> 
<TrainingCenterDatabase 
xmlns=”http://www.garmin.com/xmlschemas/TrainingCenterDatabase/v2″ 
xmlns:ns2=”http://www.garmin.com/xmlschemas/UserProfile/v2″ 
xmlns:ns3=”http://www.garmin.com/xmlschemas/ActivityExtension/v2″ 
xmlns:ns4=”http://www.garmin.com/xmlschemas/ProfileExtension/v1″ 
xmlns:ns5=”http://www.garmin.com/xmlschemas/ActivityGoals/v1″ 
xmlns:xsi=”http://www.w3.org/2001/XMLSchema-instance” xsi:schemaLocation=”http://www.garmin.com/xmlschemas/TrainingCenterDatabase/v2 http://www.garmin.com/xmlschemas/TrainingCenterDatabasev2.xsd”> 
<Activities> 
<Activity2 Sport=”Running”> 

Koniec: 

</Activity2> 
</Activities> 
<Author xsi:type=”Application_t”> 
<Name>Google Fit</Name> 
<Build> 
<Version> 
<VersionMajor>0</VersionMajor> 
<VersionMinor>0</VersionMinor> 
<BuildMajor>0</BuildMajor> 
<BuildMinor>0</BuildMinor> 
</Version> 
</Build> 
<LangID>en</LangID> 
<PartNumber>000-00000-00</PartNumber> 
</Author> 
</TrainingCenterDatabase> 

Teraz w menu edytora wybieramy opcję „Zamień …” – często to skrót CTRL+H 
W pozycji „Szukaj:” wpisujemy </Activity> a w „Zamień na:” nie wpisujemy nic i wybieramy „Zamień wszystko”. 
To samo powtarzamy dla <Activity Sport=”Running”> w przypadku roweru będzie to <Activity Sport=”Biking”>. 
Wszystkie wpisy zostaną usunięte, oprócz tych do których dopisaliśmy „2”.
Teraz te dwójki usuwamy i plik taki zapisujemy.

Endomondo zaimportuje bieg/rower… teraz bez podziału. Naprawdę robi się to bardzo szybko, co osobiście potwierdzam 🙂

Na koniec zaś małe zniechęcenie 🙂
Huawei Zdrowie do Google Fit transferuje bardzo mało danych. Na obecną chwilę są to tylko:
– rodzaj ćwiczenia,
– czas trwania treningu,
– liczba kroków,
– przebyty dystans,
– liczba spalonych kalorii,
– dane dotyczące snu

Co to dla nas oznacza? Oznacza to, że mapy, międzyczasów, tętna nie będzie ani w G-Fit ani później w Endo. Więc…. te parę danych to można w sumie wpisać w Endo ręcznie nie bawiąc się w żadne transfery. Wychodzi na to samo albo i szybciej 🙂 🙂
Szkoda ale cóż… Jest przynajmniej metoda transferu, być może przyda się w przyszłości.

Huawei Watch GT – smartwatch ze sportowym zacięciem

Logo strony Test Sprzetu
Przy początku listopada w sprzedaży pojawił się ciekawie zapowiadający się smartwatch – Huawei Watch GT. Producent w stylowym „opakowaniu” obiecywał solidne parametry, długą pracę na baterii i mocne zorientowanie na funkcje sportowe.

Huawei Watch GT w wersji sport

Taki mix spowodował moje zainteresowanie. Zegarki stricte sportowe mam. Wprawdzie nie najnowsze, ale oferujące wszystko co mi potrzebne na ten moment (i dużo więcej funkcji, z których nie korzystam) .  Z tego powodu nie potrzebuję kolejnego mimo, że są teraz dostępne naprawdę mega maszyny. Bardziej szukam właśnie sprzętu tańszego, który można używać na co dzień a w przypadku chęci posportowania się 🙂 można to uczynić bez konieczności zmieniania urządzenia na nadgarstku.
Ponieważ recenzji, opisów GT w sieci jest już mnóstwo w moim artykule postaram się skupić bardziej na odpowiedzi czy ten smartwatch jest już tym czego szukałem. Kwestie techniczne raczej odpuszczę (no może jakiś ogólny zarys będzie :)).

Huawei występuje w dwóch wersjach – sportowej (cały w czerni) i bardziej eleganckiej w stali, ze skórzanym paskiem. Oba wykonane są z solidnych materiałów (stal nierdzewna, ceramiczna osłona szkiełka, które pokryte jest dodatkowo diamentową powłoką zapobiegającą zarysowaniom). Przyznać trzeba prezentują się elegancko.
Dużym plusem zegarka jest fakt, że paski w nim są wymienialne. Dodatkowo odbywa się to w systemie „quick release” czyli da się to zrobić łatwo i szybko. Fajnie, w niektórych czasomierzach uszkodzenie paska powoduje koniec możliwości używania go. Tu  zużycie nie będzie problemem. Co więcej, pojawią się pewnie paski w różnym stylu co pozwoli nam dostosować zegarek do naszych upodobań (np. stalowa bransoleta, mesh czy skórzane paski w różnych kolorach).

Tak to wygląda – sportowo lub elegancko.

Smartwatcha dostajemy w gustownym czarnym pudełeczku. Jego zawartość niestety szału nie robi. Poza zegarkiem jest tam tylko stacja ładująca z kablem USB i parę karteczek z gwarancja.
Ładowarka jest magnetyczna – sama przylega do podstawy GT. Nie da się jej założyć źle. To plus. Osobiście nie podoba mi się jej kolor – jest biała. Rozumiem biały elegancki, kontrast do czerni (?) ale do czarnego zegarka to słabo pasuje wizualnie wg mnie.
Dołączone książeczki rozczarowują podwójnie. Nic w sumie w nich nie ma napisane. Żadnej instrukcji. Co lepsze, słabo mi szło wyszukanie jakiejkolwiek w necie. Na oficjalnej stronie producenta nie widzę żadnej do tej pory. Ok…

Cóż, pozostało liczyć, że start i obsługa będzie łatwa i iść na żywioł 🙂

Zegarek podłączyłem do PC by się naładował. Wystartował, wskazał ładowanie i grzecznie czekał 🙂 aż zainstaluję na telefonie aplikację Huawei Zdrowie (używam telefonów z Androidem). Tu plus dla Huaweia, apka instaluje się na sprzęcie innych producentów. Ja używam jej na budżetowym smartfonie myPhone i nie mam żadnych problemów z połączeniem parowaniem itp.

Od razu po instalacji aplikacji i sparowaniu z smartwatchem następuje aktualizacja oprogramowania zegarka. Pierwsza poszła szybko. Druga, która odbyła się za chwilę, to droga przez mękę. Plik jest duży. Wysyłał się i instalował w GT (przez bluetooth bo nie ma innego połączenia z zegarkiem) ponad godzinę 🙁 Naprawdę dla cierpliwych.

Zaktualizowane, można używać. Jak to większości smartwatchy część parametrów można sobie ustawić w zegarku (np. tarcze) ale większość ustawia się w apce i po synchronizacji ładują się do czasomierza. O aplikacji opowiem więcej później bo czas na pierwsze wrażenia.

W użyciu
Zegarek na ręce leży dobrze. Jest przyjemny wizualnie. Silikonowy pasek mięciutki, miły w dotyku i nie uraża. Jakość wykonania całości bardzo dobra.
Ekran GT jest czytelny, wyraźny. Jego obsługa – przewijanie, dotykania działa ok, ja nie zauważyłem jakichś problemów. Menu działa płynnie, nie zacina się.
W pamięci urządzenia jest do wyboru 11 tarcz. Niby ładne ale aż takiego wow nie zrobiłem. Szkoda, że nie ma możliwości jeszcze jakichś sobie ściągnąć z netu.

Przykładowa tarcza i kawałek menu

Samo menu i nawigacja po urządzeniu prosta. Pierwsze naciśnięcie  (górnym lub dolnym przyciskiem) i włączamy ekran jeśli jest wygaszony. Drugie naciśnięcie górnego przycisku przenosi nas do menu. Kolejne z kolei powraca z wybranej opcji. Dolny przycisk przenosi użytkownika do wyboru aktywności sportowych. Nim też odpala się wybraną aktywność.
Resztę dokonujemy dotykając lub scroll-ując ekran (oczywiście dotykowy :)).

Po kilku pierwszych dniach mogę powiedzieć iż urządzenie jest dokładne w zliczaniu kroków. Faktycznie liczy je jak się idzie. Siedząc przy komputerze np. i ruszając rękami naliczania nie ma. Na plus.

Bardzo czułe za to było wzbudzanie ekranu przy obróceniu ręki (gest patrzenia na zegarek). Świecił się jak dla mnie za często i szybko to wyłączyłem.
Samo zaświecenie trwa około 4-5 sekund. Wydawało mi się momentami, że jest ono na tyle inteligentne, że przy przypadkowym ruchu ekran zaświecił się i zgasł w czasie krótszym. Niemniej to tylko moje wrażenie, nie poparte żadną analizą.

Huawei chwali się w GT monitorowaniem tętna w czasie rzeczywistym. Działa to, fakt. Uznałem jednak, że nie potrzebuję aż tak się analizować i wyłączyłem tą funkcjonalność w apce. Tu wychodzi pewien minus, bo po zgaszeniu w.w. mimo przejścia na ekran tętna w zegarku nic on nie pokazuje. Pisze tylko by włączyć funkcjonalność w aplikacji. Dla mnie to niedociągnięcie. Wg. mnie jak włączam opcję w zegarku to powinna działać w tej chwili, a po wyjściu z niej przestać.
Tętno pokazuje za to przy odpaleniu aktywności – bieganie, rower itp.

Powiadomienia z telefonu o połączeniach, sms są. Oczywiście by działały trzeba mieć w telefonie włączony ciągle BT.  Ja raczej włączam go okazyjnie, oszczędzając baterię w zegarku i phonie więc ciężko się nad tym rozwodzić (mimo, że to w sumie podstawowa funkcja smartwatch-y).

Sport
Skoro na co dzień jest ok no to pora poćwiczyć 🙂 Pierwszy test zrobiłem w porównaniu z Suunto Ambit i do niego będę porównywał rezultaty.

W zegarku jest sporo typów aktywności do wyboru – dokładniej to 11. Część z nich dotyczy sportu na zewnątrz, część aktywności w pomieszczeniach. Sporo jest więc biegania (z podpowiedziami, na bieżni, w terenie, przełajowe), roweru, pływania, wspinaczki, spacerów. Jak nic nam zaś nie pasuje to ostatnie jest „inne” czyli mamy wszystko 🙂

Pierwszy bieg wieczorny. Dzień dość pochmurny ale w korzystnym terenie (w znaczeniu teren otwarty, bez budynków). Suunto łapie satelitę momentalnie (kilka sekund), Huawei niestety myśli i myśli. Aż przez moment myślałem czy wszystko działa ok ale ufff… złapał.

Przy okazji napomknę, że kolejne dwa wyszukiwanie satelit (w inne dni) też trwało długo. Szybciej niż za pierwszym razem ale jednak to czas bliżej minuty niż sekund. Za to czwarte weszło momentalnie. W międzyczasie miałem aktualizację zegarka, może to jej zasługa. Niemniej do sprawdzenia w kolejnych biegach.

Wracając na ziemię 🙂 GPS działa, można startować i biegać.
Biegłem częściowo po łąkach a większości w lesie. Dystans około 5 km. Przez pierwsze 2 Ambit i GT lecą równo. Później Suunto wyszło trochę na prowadzenie, a Huawei zgłaszał kilometry później o kilkanaście metrów.

Podoba mi się info o ” okrążeniu”.  Automatycznie co 1 km zegarek wibruje i na chwilę włącza się podświetlenie ekranu. Widać wtedy numer pokonanego kilometra, średnie tempo i czas biegu (od początku). Czy lapować można ręcznie to niestety nie próbowałem jeszcze bo ja w sumie w żadnym czasomierzu tego nie używam 🙂

Po biegu wyszło mi tak:

AMBIT
Dystans: 5,16 km
Czas: 0:32’38.4
Tempo max: 6:17 min/km
Podejście: +13m
Zejście: -15m

GT
Dystans: 5,07 km
Czas: 0:34’09 (skiepściłem coś. Czas inny bo pierwsze włączałem Suunto)
Tempo max: 6:44 min/km (duża różnica ale patrz wyżej, słabo czas złapałem)
Podejście, Zejście: Nie pokazuje w apce ani zegarku. Różnica wysokości jest za to: 34,7m (z Suunto wychodzi 28m).

Nie chciałbym jeszcze wypowiadać sądów o różnicy dystansu (90 metrów). Spróbuję na dłuższym dystansie i wtedy będzie widać jakie są tendencje. Na ten moment, bo biegałem z nim jeszcze parę razy ale już bez porównań z innym zegarkiem, to dane wyglądają akceptowalnie. „Moje” trasy pokazuje w miarę realnie (w znaczeniu, że dystans nie odbiega znacząco od znanych mi wartości). Mi ta dokładność wystarczy.

Po biegu i zatrzymaniu aktywności dostajemy już w zegarku naprawdę dużą porcję danych.  Są takie pola:
Rodzaj aktywności, data, czas
Efekt treningu (wydajność)
Ogólne (dystans, czas, kalorie
Prędkość (średnie tempo, prędkość średnia i maksymalna)
Kroki (kroki, średnia kadencja, średnia długość kroku)
Wysokość (wejścia i zejścia łącznie, największa wysokość)
Wykres tętna, info o min, max i średnim
Strefy tętna i ich czas trwania
Wykres kadencji
Wykres tętna
Wykres wysokości
VO2max

Zestaw czytelny i naprawdę bogaty. W żadnym z zegarków jaki mam nie ma aż tylu danych. By je zobaczyć trzeba logować się na platformę powiązaną np. Movescount. Jestem tu więc naprawdę zadowolony 🙂

Acha, jeśli w czasie dnia, aktywności dokonamy jakiegoś niezwykłego osiągnięcia np. pokonamy 10000 kroków, ubiegniemy 5 km itp. to zegarek wibruje i wyświetla zdobytą przez nas odznakę sprawności. Mała rzecz a miła 🙂

Trochę o aplikacji – Zdrowie.
Skrótowo bo opis robi się mega 🙂
Aplikacja w mojej ocenia dobra. Zawiera zestaw wszystkich danych sportowych (w.w.) Widoczność oczywiście lepsza bo większy ekran. Dodatkowo widać mapkę gdzie biegaliśmy. Jest przegląd historii aktywności. Są pola o śnie, tętnie, wadze, krokach. Mamy też sugestie o ilości treningów i podpowiedzi np. czy trzeba ćwiczyć więcej czy wystarczy.

Kilka przykładowych ekranów apki

Z jej poziomu dokonujemy też konfiguracji zegarka. Aktualizujemy go, włączamy/wyłączamy opcje.
Jest tu też opcja udostępnienia treningu np. na FB, no bo jak bez tego się obejść 🙂
Dane z apki da się też wyeksportować do:
– UP by Jawbone
– Google Fit
– MyFitnessPal

Napominam o tym bo finalnie zbliżamy się najczęściej poruszanego minusa zegarka.

Wielki minus 🙂
Mimo pozycjonowanie GT jako smartwatch sportowy nie ma na ten moment opcji wyeksportować treningów w postaci plików *.gpx, *.tcx. Nie da się też bezpośrednio wrzucić ich w żadną aplikację/platformę treningową w stylu np. Endomondo.
Dla mnie to katastrofa bo swoje dane historyczne trzymam własnie w ENDO.
Początkowo strasznie zraziło mnie to do Huaweia. Zrobiłem solidne poszukiwania netu co można zrobić i hurrraaa… da się radzić sobie mocno na okrętkę. Robimy tak:
1. Wiążemy Huawei Zdrowie z Google Fit.
2. Z Google Fit (z poziomu komputera i swojego konta google) można eksportować dane aktywności do pliku *.tcx
3. No i finalnie ten plik można dodać do Endomondo. Ale uwaga. Mi na ten moment wyeksportowany plik wczytuje jako ciąg 60 sekundowych aktywności. Da się je w Endomondo połączyć w całość, niemniej traci się wtedy sporo danych. Nie pokazuje mapy, odcinków. Walczę z tym ciągle jak to dokonać by wgrany plik był „pełniejszy. Jak mi się uda to opiszę dokładniej procedurę transferu.
Naprawdę szkoda, że aż tak trzeba kombinować 🙁

Podsumowanie.
Z zegarka jestem w miarę zadowolony. Solidny, stylowy. W czasie aktywności nie gubi sygnału GPS, dane podaje wiarygodne. Deklarowany czas działania jest raczej realny. Przy umiarkowanym łączeniu z bluetoothem, wyłączonym tętnie, 4 dokonanych aktywnościach używam go już 9 dni i mam dalej około 40% baterii.
Na ten moment najbardziej wkurza mnie zaznaczony wyżej brak eksportu plików z aktywnościami. Jeśli uda się to zrobić prościej albo producent doda taką opcję to będzie to dla mnie sprzęt wystarczający w 100% do używania sportowo-codziennego.

Salming Distance D1 – krótki opis

Logo strony Test Sprzetu

Opis bardziej „archiwalny” bo but występuje już  w swojej 5 odsłonie, ale może ktoś gdzieś wynajdzie i uzna, że też musi mieć 🙂

Specyfikacje, materiały i detale techniczne można wyszperać w necie więc pozwolę sobie je pominąć a skupić się na odczuciach z użytkowania.

Buty tej firmy były dla mnie całkowitą niewiadomą. Widziałem je kiedyś na expo, przed którymś maratonem, i nie powiem podobały mi się. Cena jednak zawierała się w zakresie jaki uważam za niepoważny do wydania 😉 więc zaciekawienie było czysto teoretyczne. Kiedy nadarzyła się okazja by je przetestować (dzięki uprzejmości portalu bieganie.pl) zgłosiłem się czym prędzej i po chwili sukces – mam je 🙂

Salming Distance D1 - widok z boku
Salming Distance D1 – widok z boku

Salimigi przybyły do mnie w okresie jesiennym. Dostałem je w oczodajnym kolorze, przez samego producenta określanym jako – safety yellow. Nie powiem dają po oczach. Przypuszczam, że mając inny kolor do wyboru tego bym sam bym sobie nie kupił, ale buty biegowe nie bierze się tylko dla koloru więc nie wybrzydzam.
Trochę mi ich było żal na jesienne trasy (spodziewałem się, że szybko się ubrudzą) ale skoro dostałem to trzeba testować. Problem szybko się jednak rozwiązał, chociaż może nie tak jak bym chciał.
Niestety… ten konkretnie model okazał się takim, z którym się nie polubiłem.
Buty w rozmiarze jaki z reguły noszę (45) po założeniu nieprzyjemnie opinały mi przednią część stopy. Czułem boki stopy, palce też sprawiały wrażenie, że będą szorować o górę przodu.
Wydaje mi się, że to przez „gumowe” wzmocnienie przodu i konstrukcję przodu buta. Podeszwa sprawia wrażenie szerokiej a cholewka w przodzie zwęża się i obniża.
Kurcze, słabo. Stopy przesadnie szerokiej nie mam (chyba :)) i tego się nie spodziewałem.
Przebiegłem więc w nich z 10-20 km i powędrowały na zimowy odpoczynek.

Salming Distance D1 - widok podeszwy
Salming Distance D1 – podeszwa

Distance wygrzebałem z szafy na wiosnę tego roku i postanowiłem dać im drugą szansę.
Niestety, nic się nie zmieniło. Opięcie przodu jest dalej i mi w bieganiu nie pasuje. Czuję to zwłaszcza przy rozpoczęciu biegu. Później noga trochę się przyzwyczaja i dyskomfort spada ale nie na tyle by całkiem o nim zapomnieć. Szkoda, ten minus pomniejsza całą resztę plusów, które buty niewątpliwie mają.

Plusy w.g. mnie to:

  1. Lekkość. Rozmiar 45 waży 270 gr (mierzone domową wagą kuchenną),
  2. Naturalność ruchu. Nie powiem, jest. Osoby ze słabszymi nogami mogą się w początku przygody z Salimgiem męczyć bo jednak dają trochę w kość,
  3. Sprężystość. Buty są w miarę”przyjemne” w biegu. Nie są toporne, sztywne, nie trzeba z nimi walczyć chociaż nie można też powiedzieć by w jakiś specjalny sposób pomagały (oferując sprężynujące odbicie itp  atrakcje :)). Podeszwę odbieram w kategorii zestrojenia na mniejszą amortyzację i lekką sztywność,
  4. Wygoda. Poza tym nieszczęsnym przodem ogólne wrażenie jest ok. Buty nie urażają, żadnym otarć, uszkodzeń stóp nie zanotowałem. Biegałem w nich spokojne treningi po około 10 km i tu nic złego się nie dzieje. Półmaratonu, maratonu to bym się jednak bał bo coś czuję, że moje paluszki mi nie podziękują. Ale kto wie, może kiedyś spróbuję.
  5. Przyczepność/czucie podłoża. Na suchym bo tylko tak biegałem jest dobrze, ładnie się trzymają. W mieście czucie podłoża jest dobre z przewagą jednak izolacji od podłoża. Jakieś kamyczki, krzywe chodniki nie przeszkadzają.
  6. Wykonanie/jakość. Bardzo dobra. Nic nie odpadło, nie odkleja się. Po pokonaniu w nich ponad 100 km dalej jak nowe.Cóż. Wiele więcej pisał o nich nie będę. Boję się, że ten but jest potwierdzeniem prawdy, iż jak coś nie pasuje nam na początku to już pasować nie będzie. Ale…szanse, że się poprawi (z czasem) mimo, że niewielkie to są, wiec ich całkiem nie skreślam. Będę powoli, pomału próbował je jeszcze polubić.

    Generalnie sporo recenzji tego buta jest w necie. W sumie wszyscy wypowiadali się o nim na plus, takich problemów jak mam nikt nie sygnalizował. Być może sukcesem do ich używania jest dobór rozmiaru przed zakupem. Większe może odebrał bym całkiem inaczej.

Sportowe rękawiczki zimowe – Aldi

Logo strony Test Sprzetu

Sportowe rękawiczki zimowe Dam/Męs – Aldi

Zaskoczyła mnie wiosna 🙂 bo poniższy tekst pisałem w ostatnich dniach zimy.  Nie będę już jednak wiele zmieniał –  będzie jak znalazł za rok.

Jako, że jest zima to musi być zimno (cytując klasyków). Mądrzejszy o doświadczenia z poprzednich sezonów dbam by jednak nie mrozić ważnych elementów siebie (szyja, ręce) i jednym ze standardów jakie używam są rękawiczki.
Nie jestem tu wybredny. Dawno temu podczas zimowych biegów używałem zwykłych wełnianych rękawiczek. Nie mogę powiedzieć o nich absolutnie złego słowa ale z czasem wymieniłem je na lekkie, biegowe rękawiczki z Lidla. To też mi pasowało i używałem je naprawdę w szerokim spektrum temperatur. Od kilku na plusie do  kilku stopni na minusie. Pewnie używałbym ich do tej pory ale w zeszłym roku uszkodziłem palec i niestety strasznie czuły zrobił się na temperatury. Gdy słupek rtęci termometrów zatrzymał się na minusie to marzł, sztywniał, przeszkadzał. Źle :(, szkoda zrobić mu krzywdę do końca, więc czym prędzej postanowiłem zainwestować w coś solidniejszego.

Jako, że w końcówce zeszłego roku rękawiczki pojawiły się w Aldi to uznałem, że je zakupię. Kosztowały coś koło 30 zł więc akceptowalnie. Solidny ich test wypadł w dobrej porze – bo przy okazji niedawnych mrozów. Jak było to przeczytacie poniżej.

Obrazek z tym co pisze o nich sam producent:

Rękawiczki Aldi - ulotka
Rękawiczki Aldi – ulotka

Pierwsze wrażenie
Rękawiczki prezentują się faktycznie sportowo. Czarne z żółtymi wstawkami i odblaskowym paskiem na grzbiecie dłoni. Od środka mają pseudo skórzane naszywki, w jednej z nich mieści się żelowa wkładka.  Materiał całości przyjemny, lekko śliski – ot taki jak wiele softshellowych ciuchów. Dla kontrastu kciuk wykończony jest od środka dłoni materiałem w fakturze zamszu.
Wkładka wewnętrzna wykonana jest w podobnym stylu jak wykończenie kciuka.  Sprawia to przyjemne wrażenie, jest miłe w dotyku.
Rękawice posiadają plastikowy karabinek (często jest coś takiego w rękawiczkach narciarskich) pozwalający złączyć je razem. Ot by ich nie zgubić.
Na mankietach mamy rzepowy ściągacz którym można ułatwić sobie zakładanie ich, jak i później dopasować rękawicę do przedramienia.

Rękawice zimowe Aldi
Rękawice zimowe Aldi

Rękawice zimowe Aldi
Rękawice zimowe Aldi

Wykonanie
Solidne.  Wszystko zszyte równo i mocno. Żadnych niedoróbek, uszkodzeń nie zanotowałem.

Test – użytkowanie
Rękawiczki są wyraźnie grubsze i sztywniejsze niż leciutkie biegowe rękawice z Lidla (jakie mam). Po wciśnięciu ich na rękę czuć ich grubość. O precyzyjnych pracach można zapomnieć ale przy odrobinie wprawy da się nacisnąć guziki w Suunto Ambit więc tragedii nie ma.
Użytkowanie w mocnych mrozach (ponad -10) wypadło znakomicie. Było mi ciepło w ręce/palce w całym czasie biegu (od około 1 do 1,5 godziny). Ba, nawet ręka w środku była lekko spocona.
Wiatroodporność wypadła dobrze, nic z czynników zewnętrzynych mi nie przeszkadzało.
W sumie same plusy. A minusy? Zanotowałem jeden związany z potliwością rąk w rękawicy. Dopóki mamy je na dłoni jest ok. Jeśli jednak przyjdzie nam do głowy je zdjąć to późniejsze założenie to już męka. Wewnętrzna rękawiczka trochę wyłazi i trzeba się zmęczyć by palce znów trafiły na swoje miejsce.

Podsumowanie
Rękawiczki przez zastowowane w nich patenty najbardziej kojarzą mi się z rękawicami narciarskimi i pewnie takie jest ich właściwe przeznaczenie. Nie jest to jednak żaden minus i podczas biegania też sprawdzają się bardzo dobrze.
Są ciepłe, nie czuć w nich wiatru. „Mobilność” ręki akceptowalna. Odblaskowe paski świecą mocno co pozwoli zwiększyć nasze bezpieczeństwo np. podczas biegów po zmroku. Polecam.

Seven for 7 – Opaska na buty z diodami LED

Logo strony Test Sprzetu

Seven for 7 – Opaska na buty z diodami LED (model 58219)

Wymiary: 6,5 x 9 x 3 cm
Zasilanie: 6V- (2xCRC2032)

Seven for 7 - opaska diodowa
Seven for 7 – opaska diodowa i jej opakowanie.

Koniec roku to zawsze czas promocji. Mniej ciekawych rzeczy ostatnio się trafia w marketach (albo wszystko mam), ale bogowie wyprzedaży widać mnie wspomagali, bo grzebiąc w ostatkach sportowego sprzętu trafiłem między innymi na takie coś. Planowo kosztowała ona chyba około 15-20 zł, a tu po 3,99 (albo coś koło tego). Grzechem by było nie wziąć. Hurtem chwyciłem 3 sztuki dla każdego (ja, Żona i syn). Wziąłem jeszcze po prawdzie kamizelkę odblaskową i pas z bidonami, ale to inna historia.

Opaska spakowana była w plastikową wytłoczkę, w której oprócz tekturki i opaski mieściła się też polska instrukcja. Do sprzętu dołączone są również 2 baterie (już w środku urządzenia). Miłym zaskoczeniem był fakt, ze da się w niej wymienić te baterie.  Odkręca się po 4 śrubki na spodzie obudowy. Myślałem, że to taka jednorazówka a tu proszę. Pozytywnie. Pewną niewiadomą pozostaje oczywiście fakt czy po ewentualnej wymianie urządzenie da się złożyć i zachowa szczelność, ale absolutnie nie neguję tego – zobaczę za kilka lat 🙂

Seven for 7 - opaska diodowa
Seven for 7 – opaska diodowa

Opaska wykonana jest z czarnego, matowego plastiku. Twardego, ale o dziwo wygina się (dopasowując do buta) i nie pęka.
W spodniej części, na końcach ma małe ostre wypustki, które jak mniemam mają jej pozwolić na trzymanie się buta. Na jednym z końców przyjemniejszy w dotyku włącznik, który ma 3 tryby – wyłączone/światło ciągłe/pulsacja. Środek opaski to przeźroczysty plastik rozprowadzający światło 2 diód, jakie w niej są.
Całość wykonana jest „w miarę”. Pewne niedoróbki na łączeniach/wytłoczce formy są, ale wygląda na szczelną i na ten moment się nie rozpada.

Wielkiej filozofii w używaniu nie ma. Odpalamy tryb jaki nam pasuje i można instalować. Zakłada się ją na tył buta. Na zapiętek (nad podeszwą).
Po założeniu czuć, iż przylega ciasno. Nie jest to może dyskomfort ale początkowo czuć, że coś nam tył buta ściska. Mam zawsze obawy co do takich atrakcji (w kontekście biegów dłuższych) ale raczej nie jest ona adresowana do ultrasów. Normalni 😉 ludzie nie powinni mieć z tego powodu żadnych problemów. Opaska trzyma się i nie spada 🙂 Testowo pobiegłem w niej około 7 km w sporej wilgotności/mżawce. Również warunki atmosferyczne jej nie zaszkodziły. Świeciła i świeci dalej.
Co do świecenia to światło widać. Od asfaltu się odbijało. Jako jedyny zabezpieczenie przed kierowcami to bym jej nie polecił ale jako uzupełnienie do kamizelki ostrzegawczej jak najbardziej. Zawsze to lepiej jesteśmy widoczni na drodze.
Na zdjęciach jest opaska niebieska. Jedna z tych, które kupiłem świeci na zielono i jej światło wg. mnie jest mocniejsze.

Seven for 7 - opaska diodowa
Seven for 7 – tak świeci w domu. W prawdziwej ciemności wygląda to trochę równiej

Po zdjęciu opaskę można przetrzeć mokrą szmatką i dalej wygląda solidnie. But też raczej strat nie zanotował – a zastanawiałem się czy od tych ostrych ząbków coś się nie uszkodzi. Jednym słowem – ok.

Cóż. Gadżet ale przydatny. W podobnej cenie warto kupić.

Makibes G05 – GPS Watch Sport

Logo strony Test Sprzetu

Korzystając z byłego już Black Friday (chińskiego) postanowiłem zakupić sobie smartwatcha. Założenia (i oczekiwania) jakie miałem:
1. w miarę dużo bajerów 🙂
2. możliwość wykorzystania autonomicznie tego urządzenia również do sportu.
3. niezbyt wygórowana cena,
Ze względu na pkt.2 szukałem zegarka, który może działać bez telefonu – czyli ma  wbudowany GPS. Jest w czym wybierać na Aliexpressie to fakt, można dostać mętliku w głowie od nazw, opcji i możliwości.

Po analizie ofert zdecydowałem się na sprzęt Makibes. Pewny dylemat miałem czy wziąść model G07 (stricte sportowy, droższy, reklamowany jako całkowicie wodoodpory i obsługujący GPS+Glonass) czy G05 (który wprawdzie nie dysponuje wodoodporności i glonassem ale sprawiał wrażenie bardziej nastawionego na opcje smart).
Ponieważ posiadam już zegarki biegowe (Suunto Ambit i A-Rival SpoQ) zwyciężył rozsądek i wziąłem model G05 (z dwóch dostępnych kolorów wybrałem cały czarny).

Makibes G05
Makibes G05 dostępne kolory

Po zwyczajowym oczekiwaniu na przesyłkę z chin (wcale nie tak długo szło) można było zacząć cieszyć się nowym zakupem.

Zawartość opakowania
W sumie niewiele – smartwatch, ładowarka magnetyczna wraz z kablem USB i 2 krótkie instrukcje (angielska i chińska).
Instrukcja angielska miejscami słabo tłumaczona (są błędy, ale sens idzie zrozumieć). Szkoda, że nie ma polskiej – to może być minus dla niektórych. Jeśli ktoś miał już jakiekolwiek doczynienie z dowolnym smartwatchem, to powinien sobie poradzić jednak i bez instrukcji.

Pierwsze wrażenie
Smartwatch przybył spakowany w solidne pudełeczko z przeźroczystą ścianką przednią.  Pudło w tonacji czarno, srebrno, czerwonej (jakby miało to jakieś większe znaczenie :)). Widać za to od razu zegarek i już na pierwszy rzut oka prezentuje się on fajnie (sorry dla dociekliwych ale na foto już go w środku nie ma, wyjąłem szybciej :)).
Małą, a miłą rzeczą są umieszczone po obu bokach „szybki” pudełka małe wypustki, za które możemy je otworzyć. Niby nic ale przydatne dla mężczyzn, którzy nie dysponują długimi paznokciami.

Makibes G05 box
Pudełko Makibes G05

Zegarek w pierwszym kontakcie sprawie solidne wrażenie (ale ciężki nie jest – około 82 gram wagi z kartami sim i pamięci). Obudowa masywna, plastikowa. Plastik jest matowy, nie widać na nim żadnych zabrudzeń więc dłużej powinien być jak nowy. „Ostre” kształty koperty nadają całości sportowego charakteru.
Szary (metaliczny) pierścień wokół szkła wykonany jest z jakiegoś stopu (a jeśli to plastik to naprawdę dobrze stop udaje).
Na obudowie umieszczono jeden przycisk sterujący (zegarek ma ekran dotykowy), z jednej strony kratka głośnika, z drugiej zabezpieczone gumową zatyczką wejście na kartę sim+pamięci i mikrofon.

Makibes G05
Makibes G05 – widok ogólny

Na spodzie zegarka umieszczony jest czujnik tętna i 4 styki do ładowania/komunikacji.

Makibes G05
Makibes G05 – spód

Trochę przyjemniejszy mógłby być pasek. Jest bardziej plastikowy niż gumowy a przez to sztywniejszy (miękki silicon przyjemniej by się dotykało). Na samym początku czasem miałem problem z zapięciem (bo pasek blokował się swoimi nacięciami na zapince). Po dojściu do wprawy już jest jednak ok.
Na ręce zegarek trzyma się dobrze. Nie przeszkadza, nie przesuwa się, nie uraża. Nie ma opcji by coś nas szarpało po włosach (jak ktoś ma ;)) Mimo swojej wielkości dobrze leży na nadgarstku.

Używanie – start
Przed pierwszym użyciem trzeba smartwatcha naładować. Zajmuje to około 2-3 godzin i trzeba do tego jakieś urządzenie z gniazdem usb (np. komputer), Ładowarka nie jest bowiem sieciowa – to tylko podstawa + kabel usb. Taki standard dzisiaj.
Ciekawostką jest za to podstawa ładowarki (stacja dokująca). Ma ona magnetyczną podstawę która po przytknięciu do zegarka sama wskakuje na właściwe miejsce. Odpada problem z celowaniem w  styki. Dodatkowo, nie ma opcji założyć jej odwrotnie. Jak będziemy próbowali magnes odpycha ładowarkę od zegarka. Na plus, nie uszkodzimy sprzętu.
Uprzedzając trochę fakty, po naładowaniu i póżniejszym umiarkowanym używaniu zegarek wytrzymuje dość sporo (deklarowane 5 dni bez problemu). Pewnie przy włączonym non stop bluetooth i intensywnym korzystanie z opcji telefonu, gps będzie to mniej (nie testowałem niestety więc tu nie mogę podać dokładnych danych).
Producent podaje takie wartości: 6 godzin GPS, 1-2 dni normalnego używania, 5 dni czuwania.
Skoro to smartwatch to warto włożyć do niego kartę SIM i kartę pamięci. Służy do tego niezbyt wygodna metalowa tacka mieszcząca się pod gumową osłonką. Z jednej strony ładujemy SIM, z drugiej microSD. Jak pamiętam w instrukcji nie pisze, którą gdzie, ale po wcięciach udało mi się to zrobić dobrze. Memorki obsługuje do 32GB – działają.
Jeśli zdecydujecie się instalować kartę pamięci w trakcie używania sprzętu to trzeba go zgasić/włączyć. Inaczej karty nie zobaczy

Używanie – smartwatch
Po wciśnięciu i przytrzymaniu przycisku zegarek startuje witając nas swoim logo. Głośny jest 🙂 i warto później ustawić parametry kontrastu, dżwięku w menu jeśli nie chcemy wszystkich w koło wkurzać.

Makibes G05
Makibes G05 – tarcza zegara (jedna z trzech)

Pierwszym co widać po odpaleniu to tarcza zegara. Do wyboru są trzy (niezbyt piękne ale finalnie najbardziej przypasowała mi ta widoczna na zdjęciu). Zmienia się je klikając w środek wskazówek. Na plus Makibesa jest wyświetlacz – ekran jest ostry i czytelny. Dobrze widać napisy.

Po nacieszeniu się wyglądem tarczy zegara, można by coś w swoim smartwatchu ustawić, poużywać. Ma  on do tego 3 menu i ekrany główne „aplikacji” (na nich widać np. ilość kroków, czas snu, pulsometr, barometr).
Pierwsze skrócone menu uruchamia się przesuwając palec po ekranie w dół. Tu  można włączyć bluetooth, wyświetlić kod kreskowy aplikacji (by ją sobie ściągnąć), wyregulować kontrast i przełączyć między dżwiękiem a wibracjami, Z tego menu ruszając się góra / dół możemy przechodzić cyklicznie przez w.w ekrany główne (kroki, pulsometr itd).

Makibes G05
Makibes G05 – menu skrócone

Drugie menu (przesunięcie na zegarze palca w lewo) to opcje sportowe. Chodzenie, bieganie, rower, historia aktywności i ustawienie jednostek (km, mile itp).

Makibes G05
Makibes G05 – menu sport

Z powyższego menu (klikając w białe pole po prawej) przechodzimy do ostatniego, trzeciego menu (menu główne). Są w nim opcje smartwatchowe – wybieranie numerów, przeglądanie wiadomości, historii połączeń, odpalanie i szukanie bluetootha, alarm, kalendarz, kalkulator, czas światowy, odtwarzacz muzyki, przeglądarka plików, ustawienia (dzwięki, wyświetlacz, reset, czas).

Makibes G05
Makibes G05 – menu główne

Przewijanie wszystkich menu, działa dość płynnie i wygodnie. Zegarek nie zacina się, nie przymula. Gdy chcemy z czegoś wyjść używamy do tego przycisku z prawej strony (jedyny jaki jest).
Od strony „telefonicznej” też jest ok. Kartę sim widzi. Da się normalnie dzwonić (rozmówcę słychać jak pisałem wyżej głośno). Przeglądanie wiadomości, kontaktów – jest, działa. SMSy wpisuje się tak jak w starszych telefonach – wyświetlona jest na ekraniku klawiaturka i cyklicznie naciskając dany przycisk wybieramy literkę.
Bluetooth łączy (tylko z komórką próbowałem, nie używam i nie mam niestety słuchawek).
Z karty pamięci da się odpalać i słuchać mp3, można oglądać zdjęcia .JPG (jak ktoś lubi na takim ekraniku).

Uzywanie – sport
Po zabawie z ogólnymi opcjami zegarka spróbowałem wykorzystać go do zastosowań sportowych. W tej dziedzinie możemy użyć m.in.

– Stoper. Ma pauzę, 20 międzyczasów, które na końcu możemy przejrzeć, skasować.

– Barometr. Po odpaleniu po chwili na ekranie pokazuje aktualne ciśnienie hPa.

Makibes G05
Makibes G05 – barometr

– Krokomierz. Wskazuje dokonane dzisiaj kroki, szacunkową odległość jaką przebyliśmy i procent realizacji celu (cele można ustawiać w aplikacji). Drugi ekran krokomierza to statystyka tygodniowa. Jest to słupkowy diagram pokazujący procenty realizacji celu. Po kliknięciu na ekranie przenosi nas do szczegółowych statystyk każdego dnia. Tu widać liczbę kroków, dystans, spalone kalorie i % realizacji celu.

Makibes G05
Makibes G05 – krokomierz (ekran główny)

-Monitor snu. Wygląd i możliwości zbliżone do krokomierza. Ustawiamy ile chcemy spać, później można przeglądać statystki tygodniowe i szczegółowe.

– Pomiar tętna. Zegarek informuje na początku by ustawić go blisko ciała i kliknąć na ekranie. Po chwili otrzymujemy bieżące wartości tętna. Na końcu okresu pomiarowego klikamy i pomiar zostaje zapisany. Można wtedy przeglądać historię zapisanych pomiarów.

Makibes G05
Makibes G05 – pomiar tętna

Makibes G05
Makibes G05 – statystki tętna

– Chodzenie/Bieganie/Rower – to co najważniejsze 🙂 Przy starcie pyta czy włączyć GPS. Potwierdzamy lub nie i zegarek zaczyna odliczać do startu aktywności. Odliczanie ustawia się w aplikacji – może być 3,2,1, Start lub np. od 10. UWAGA – odliczenie nie równa się złapaniu sygnału GPS. To trwa z reguły dłużej – do około minuty. Wg. mnie to minus. W międzyczasie zegarek owszem nalicza kroki, dystans itp. ale dane bierze chyba tylko z żyroskopu/akcelerometru.  W dystansie pewnie się wiele nie pomyli, jeśli jednak trasa jaką pokonaliśmy była mocno kręta to tu pewnie będzie spora rozbieżność (w widoku).
Ekran aktywności sportowej (taki sam dla wszystkich typów) wygląda jak poniżej. Mieści sporo podstawowych danych. Cyferki nie są duże, w czasie biegu widoczność może być problematyczna.

Makibes G05
Makibes G05 – chodzenie, bieganie, rower

Bieżącą aktywność można zapauzować i przeglądać to co do tej pory dokonaliśmy – ślad, dystans, prędkości, tempo.

Makibes G05
Makibes G05 – dane aktywności

– Historia aktywności. Pokazuje całościowy dystans jak i można przeglądać osobno każdą z nich. Format danych jak na obrazku wyżej.

Makibes G05
Makibes G05 – historia aktywności

Dokładność
Nie prowadziłem skomplikowanych testów ale wygląda zadowalająco. Jeden z biegów dokonałem równolegle z Suunto Ambitem. Wyszło tak:
Suunto: dystans 5,48 km, tempo:5:48
Makibes:dystans 5,55 km, tempo:5:45

Aplikacja
Dane z zegarka synchronizować możemy na smartfona za pomocą aplikacji FunDo Pro. Łączymy się standardowo przez bluetooth

Makibes G05
Makibes G05 – FunDo Pro, apka na Androida

Apka podzielona jest na części główne odpowiedzialne za Sport/Kroki/Sen/Serce/BP/Sp02. Dodatkowo są tu jeszcze podstrony O mnie, statystyki, raporty, ustawienia.

Na głównych ekranach FunDo pokazuje dane zczytane z smartwatcha (bieżące jak pamietam). Klikając np. w opcji sportu na ikonkę zegara możemy przejść w listę wszystkich aktywności i oglądać każdą z osobna.

Makibes G05
Makibes G05 – historia

Wchodząc głębiej (klikając na interesującą nas pozycję) przechodzimy do mapy. Niestety u mnie działa to średnio. Na mapie pokazuje pozycję startu, mety i pkt kilometrowe. Nie widać śladu – dokładniej to przy przybliżaniu/oddalaniu pokazuje się on by za chwilę zniknąć. Coś tu nie dopracowano.

Makibes G05
Makibes G05 – widok trasy

Wspominałem również, że dostępne są statystyki (Analiza). Dotyczą one Kroków i Snu. Formę mają podobną jak w zegarku. Słupkowe wykresy dotyczące, tygodnia, miesiąca, półrocza, roku. Jest również coś co nazywa się Raport. Tu powinno być zebranie danych dziennych (sen, aktywność).

Najlepsze nawet rekordy nie cieszą tak jeśli nie można się nimi podzielić 🙂 FunDo teoretycznie umożliwia sporo możliwości dotarcia do znajomych. Od standardowego FB przez niespotykane Linkedln.

Makibes_G05
Makibes_G05 – udostępniamy

Wszystko fajnie ale… brakuje możliwości transferu swoich dokonań na jakąś platformę treningową (np. Endomondo). Z poziomu zegarka również nie da się wyeksportować pliku gpx. Dla mnie to duża niedogodność, wszystkie swoje treningi zbieram bowiem w wymienionym Endomondo. Bez tego Makibes jest dla mnie mało użyteczny do codziennego trenowania. Z palca przecież dokonanych biegów wpisywał nie będę. Oj wielki minus.

Podsumowanie
Co do zegarka mam mieszane uczucia.
Z jednej strony wykonany jest solidnie. Spasowanie, materiały bardzo dobre. Wygląd przypadł mi do gustu i noszę go codziennie.
Nie zauważyłem jakichś dużych dysfunkcji w działaniu wgranych programów/opcji. Wszystko działa płynnie bez zawiech.

Z drugiej strony sporo jest drobnych niedociągnięć Słabe tłumaczenie instrukcji, menu zegarka czy apki na telefon.

Zegarek aż taki „smart” też nie  jest. Nie dysponuje on chyba żadnym systemem (tak zresztą pisało w aukcjach). Czyli nie wgramy do niego żadnych nowych aplikacji androidowych by zwiększyć funkcjonalność (próbowałem, nie rozpoznaje plików apk). Musi nam wystarczyć to co załadował do niego producent.

Nie ma niestety też multitaskingu. Jednocześnie działa tylko jedna opcja. By włączyć coś innego, aktualnie działająca gasi się. Czyli np. nie da się trenować i słuchać jednocześnie mp3. A przynajmniej ja nie wpadłem jak to zrobić.

No i finalnie największy minus dla mnie. Zegarek jak pisałem noszę na codzień. Noszę ale nie używam do treningów z powodu braku możliwości eksportu gpx. Dopóki taka opcja nie pojawi się w aplikacji nie widzę sensu. Owszem w razie W mając go możemy zapisać naszą aktywność. Do długofalowych treningów i późniejszej analizy danych (w popularnych platformach sportowych) na ten moment nie nadaje się.

Jednym zdaniem więc – tani sprzęt dla mniej wymagających użytkowników. „Profesjonaliści” muszą pozostać przy dużo droższych, wyspecjalizowanych komputerkach sportowych (Garmin, Suunto, Polar).

Skarpetki biegowe Active Touch (Aldi)

Logo strony Test Sprzetu

Test to chyba za dużo powiedziane, ale pozwolę sobie napisać parę słów o moich ostatnim nabytku. Są to tytułowe skarpetki biegowe (damskie i męskie) – Active Touch.
Wypatrzyłem je przy codziennych zakupach w Aldi. Kosztowały około 9,99 za parę, a że niedawno wymiękły moje poprzednie uznałem, że sobie kupię, Wziąłem 2 pary, różniące się kolorami.

Active Touch Skarpetki biegowe
Active Touch Skarpetki biegowe z Aldi

Informacje producenta
Jak odczytać można z metki są to skarpetki biegowe damskie i męskie (krótkie) o nazwie(?) Active Touch. Producent podaje o nich takie informacje:
Profesjonalne skarpety biegowe wykonane z materiału o specjalnej strukturze włókien zapewniającego maksymalną oddychalność.
– pluszowe wstawki chronią przed odciskami
– szybkoschnące
– idealnie odprowadzają wilgoć
– optymalny komfort noszenia
– zapewniają ochronę przed nieprzyjemnymi zapachami

Skład:
48 % poliester
22 % lyocell
20 % poliamid
8 % bawełna
2 % elastan (Lycra)

Wygląd/opakowanie
Skarpetki dostajemy złączone z tekturową metką za pomocą plastikowej spinki. Nie ma tu się nad czym rozwodzić bo w końcu nie o to chodzi.
Wizualnie wykonane w sportowym stylu – dwa kolory, wstawki z różnych warstw materiału, napis Race. Ot produkt do sportu, na pewno nie na eleganckie wyjście 🙂
W dotyku są całkiem przyjemne, widać i czuć, że mocno rozciągliwe. Uniwersalny rozmiar 43-46, przy czym na moich stopach (44) zapas „rozciągliwości” jest jeszcze spory. Powinny więc pasować rozmiarowo tak jak deklaruje producent.
Skarpetki wykonane są jako dedykowane na odpowiednią nogę (literki R i L). W większości kroju są takie same, ale mają faktycznie wstawkę (wzmocnienie) na zewnętrznej stronie stopy więc przyjmijmy, że należy tego pilnować.
Wzmocnienia w okolicy palców, pięty, podeszwy są wyczuwalne (grubszy materiał). O ile nie będzie to miało specjalnych profitów to przynajmniej jest szansa, że za szybko się nie przetrą.
Wszystkie powyższe bajery powodują, że w środku skarpetki są dość „włochate” – mają luźne niteczki itp. W żaden negatywny sposób jednak nie wpływało to na bieganie (przynajmniej w dystansach jakie w nich pokonywałem).

Active Touch Skarpetki biegowe
Active Touch Skarpetki biegowe – szare kolory pewnie będą lepsze dla faceta 🙂

Używanie
Pierwsze założenie przebiegło bez problemów 🙂 Skarpetki na nodze sprawiają wrażenie dość luźnych (w końcu uniwersalny rozmiar, a poprzednie jakie miałem było mocno dopasowane) i mających tendencję do ślizgania się (stopy w bucie).  Trochę obawiałem się czy nie będą się marszczyć, zsuwać. Szczęśliwie jednak nie.  Trzymają się i dystanse 10 km (bo przebiegłem w nich już kilka takich) nie powodują kontuzji w stylu bąbli, obtarć. Do luźności idzie się przyzwyczaić teraz już nie czuję z tego powodu żadnego dyskomfortu.
Co do cudownych właściwości odprowadzania wilgoci itp. nie wypowiem się autorytatywnie. Nie przeszkadzają na pewno. Raz czy dwa wdepnąłem w kałuże zalewającą but i w domu skarpetki nie były bardziej mokre niż po normalnym biegu. To plus. Teraz jest jednak jesień (chłodno już) więc całkiem możliwe, że każde inne zachowały by się podobnie.
W moich odczuciach skarpetki te są grubsze, mają pluszowe stawki więc raczej własnie na takie pory roku. W lecie mogłoby być w nich za gorąco.

Podsumowanie
Cóź… ciężko mi tu wymyślać nie wiadomo co. Skarpetki wygodne, nie obcierają. Po kilku praniach i biegach dalej są jak nowe. Dziur nie mają więc jestem zadowolony.

DUNLOP Buty sportowe męskie

Logo strony Test Sprzetu

DUNLOP Buty sportowe męskie (Men’s sport shoes)

Sportowe buty Dunlop
Sportowe buty Dunlop

Powoli przyszedł czas na wymianę kolejnych butów. W Crivit-ach, w których biegałem weekendowo, wymiękła wkładka. Wprawdzie zamieniłem ją na uniwersalną ale uznałem, że cóż mi szkodzi pobiegać  w nowych, a tamte przeznaczyć do codziennego chodzenia. W końcu wypada trochę zmniejszyć stany magazynowe biegowego obuwia 🙂

Tym razem na weekendowe trasy wziąłem kupione w Biedronce – Dunlopy. Buty opisane przez producenta w sposób następujący:

„wykonane metodą strobel – dla większej giętkości i optymalnego dopasowania”
„lekkie, wygodne i zapewniające stopom oddychanie – idealne do rekreacji i uprawiania sportu, np. do biegania lub na siłownię”

Dodatkowo w ulotce wskazano takie ich zalety jak:
– modne połączenie kolorów,
– system nacięć podeszwy zaprojektowany tak, by absorbować siłę uderzenia stopy o podłoże,
– materiał z siatki umożliwia stopą oddychanie,
– elastyczna, antypoślizgowa podeszwa z amortyzowanego tworzywa EVA,
– miękkie wyścielanie brzegu cholewki dla większego komfortu,
– solidny materiał,
– wyjmowana, wyprofilowana wkładka dopasowuje się do kształtu stopy i zapewnia stabilizację sródstopia.

Materiały użyte: Wierzch: 50% poliester siatka, 50% poliuretan, Wyściółka: 100% poliester, Podeszwa: 100 % EVA.

Brzmi zachęcająco a jak jest w rzeczywistości?

Waga, rozmiar
Buty kupiłem w rozmiarze 45 i ten jest dla mnie ok. Na długość są dobre, szerokość więcej niż spora. Przy moich, w miarę wąskich stopach, luzu jest dużo. Ciężko nawet ścisnąć but sznurówkami, tak by czuć opięcie na nodze. Wagowo – 240 gr czyli naprawdę mało.

Wygląd zewnętrzny, wykonanie
Buty wyglądają znośnie. Wykonane w modnym ostatnio stylu – „nadrukowane” napisy, płynne przejścia kolorów. Barwy mogły by być wprawdzie bardziej żywe, bo użyte tu czernie i pomarańcze wyglądają raczej na sprane, no ale z drugiej strony mniej będzie po nich widać ślady użycia. „Krój” dość sportowy, chociaż brakuje tego czegoś co mają niektóre firmowe buty – takiej dynamiki, agresywności. Te są trochę klockowate.
Ciekawostką, którą mam pierwszy raz jest język Dunlopa. Cieniutki, bez piankowego wypełnienia. Nie przeszkadza to w niczym ale jak pisałem wcześniej to + szerokość i czuje się w bucie spory luz 🙂  Budziło to obawy czy Dunlop nie będzie na nodze latał i przez to np. powodował obtarć (a jak działa to poniżej).
Pod względem wykonania buciki bez zarzutu. Niedoróbek, jakichś skaz nie widziałem.

Dunlop buty sportowe
Dunlop – widok na wierzch i podeszwę

Walory użytkowe
Buty są lekkie i sprężyste (sprężyste w znaczeniu uginania się a nie odbić od  asfaltu). Czuć to na nodze. Nie trzeba z nimi walczyć biegnąc – zakłada się i od razu przemieszcza swobodnie. Podobało mi się to.
Amortyzacji specjalnej w nich nie ma. Owszem tłumią nierówności i chronią przed pułapkami chodników itp ale bliżej im ku minimalizmowi. Z tego powodu osoby, które mają słabsze nogi i nigdy nie biegały w takich „delikatnych” modelach po dłuższym dystansie mogą czuć zmęczenie.
Do tej pory biegałem w Dunlopie po suchym i tu jest ok. Trzymają się podłoża. Jak będzie po deszczu to się dopiero okaże.
Luz w butach w biegu jest ok. Dunlopy trzymają się na stopie nie latają, nie urażają. Nie dorobiłem się żadnych bąbli, obtarć achillesów, To dla mnie też plus bo bardziej pasują mi buty luźniejsze niż dopasowane.
Przewiewność na akceptowalnym poziomie. Nie grzeją ale raczej wiaterku na nóżkach nie ma.

Podsumowanie
Nakręciłem w nich na ten moment około 30 km, z czego biegi po około 10 km długości. Pod koniec niektórych trochę zmęczenie stopy czułem (wychodzi „minimalizm”) ale bez tragedii. Buty mi pasują już od początku – lekkie, luźne. Mimo, że to niska półka butów sportowych to czuję, że się polubimy 🙂